Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sting. Pokaż wszystkie posty

Sting – Warszawa, 30.07.22 (My Songs Tour) [Relacja]

Ten koncert miał odbyć się dwa lata wcześniej. Na szczęście w końcu się udało. Sting, który pół roku po krakowskim występie w 2019 r. miał wrócić na PGE Narodowy w ramach tej samej trasy, zawiesił plany koncertowe z powodu epidemii koronawirusa. Warszawski koncert mógł więc przypominać klimatem krakowskie wydarzenie – zarówno pod względem doboru utworów, jak i ich aranżacji. Miał jednak zupełnie inny klimat. Pojawiło się także kilka nowości.

Trzon zespołu – podobnie jak w Krakowie – to w dużej mierze skład z trasy Stinga i Shaggiego z 2018 roku. Jamajczyk Kevon Webster na klawiszach, Gene Noble i Melissa Musique w chórkach oraz duet gitarzystów – Dominic i Rufus Miller – ojciec i syn. Nowym perkusistą został Zach Jones, który już wcześniej wbijał bębny m.in. na album 44/876. To jego uderzenia rozpoczęły dynamiczne Message In A Bottle, grane wcześniej przez Stinga z The Police. Utwór, podobnie jak kilka innych kompozycji z lat 70. i 80. został zagrany w niższej tonacji. Warszawska publiczność przyjęła pierwsze dźwięki z ogromnym entuzjazmem. Sting imponował formą wokalną, a gitarowe harmonie były zgrabnie uzupełniane przez organy Webstera. Englishman In New York, kolejny radiowy hit, został przedstawiony w ciekawej, rockowej wersji, ale z poszanowaniem oryginalnego nagrania. Webster grał charakterystyczne frazy pizzicato, a Shane Seager partię na harmonijce ustnej – bardzo podobną do tej, którą w wersji studyjnej sformułował Branford Marsalis na saksofonie. Kolejny hit w niższej tonacji – Every Little Thing She Does Is Magic – zabrzmiał jeszcze ciekawiej niż w oryginale. Głębiej i nieco poważniej, choć tematyka utworu jest dość banalna. Sting, śpiewający z mikrofonem nagłownym, swobodnie spacerował po scenie, nawiązując od czasu do czasu kontakt z publicznością.

Powiewem świeżości były utwory z najnowszego albumu Stinga, The Bridge [Recenzja]. Płyta, która ukazała się w zeszłym roku, okazała się jednak niewystarczającym powodem, by zaktualizować nazwę trasy. Sting pozostał przy haśle My Songs, skupiając się przede wszystkim na promocji składanki ze swoimi największymi hitami nagranymi na nowo [Recenzja]. If It's Love, pierwszy singiel z The Bridge, został przyjęty ciepło, choć oczywiście nie wywołał takiej euforii, jak jego poprzednicy. Miło słyszeć, że utwory – nawet te najnowsze – ulegają ciągłym modyfikacjom. W przypadku If It's Love to m.in. nowe, dłuższe intro oraz wyższe dźwięki gitary Dominica Millera w refrenie, dzięki czemu jest ciekawiej. Rushing Water, drugi singiel z The Bridge to utwór stworzony do gry na żywo. Świetny, chwytliwy motyw i charakterystyczny refren dobrze odnalazły się w zaszczytnym gronie przebojów. Tu również pokuszono się o drobne zmiany – zespół bawił się akcentami, przerywając na chwilę grę głównego motywu, niczym przed kilkoma laty w Seven Days. Sting zmodyfikował również ostatnie frazy "Ease into the water". Ciekawe jednak, że muzycy nie dali szansy publiczności, by nagodzić utwór brawami – piosenka płynnie przeszła w kolejną. If I Ever Lose My Faith In You wskoczył do setlisty w połowie czerwca. Kompozycja została zaprezentowana w prostej, albumowej wersji z harmonijką ustną. Bez chwili wytchnienia, spokojne outro przerodziło się w nieco zmodyfikowany Fields Of Gold. Dominic Miller odrzucił gitarę klasyczną i zdecydował się na grę akordami na swoim nowym blond Telecasterze. Solówkę zagrał Rufus – na barytonowej gitarze elektrycznej. To te same, znane dźwięki, ale grane oktawy niżej. Efekt okazał się bardzo ciekawy. Utwór zyskał również nowe outro, bazujące na głównym motywie. Przed Brand New Day Sting wdał się w rozmowę z Seagerem, sugerując, że musi wcielić się w trudną rolę zagrania partii harmonijki ustnej, którą w wersji albumowej wykonał Stevie Wonder. Faktycznie, utwór był popisem Seagera. Energetyczny utwór z nowymi padami syntezatorowymi poderwał po raz kolejny publiczność zgromadzoną na Stadionie Narodowym. Kolejny "klasyk" – Shape Of My Heart – został zaprezentowany w połączeniu z Lucid Dreams, utworem rapera Juice WRLD. Partie rapu należały w tym przypadku do Gene'a Noble'a ze swoim wielooktawowym, soulowym wokalem. Warto dodać, że zespół kompletnie zawalił bridge. Wątek stracił Dominic Miller, grający na gitarze klasycznej oraz Webster. Solo miał grać tam Seager, który wydusił kilka fałszów, a gdy już zaczął grać dłuższą frazę, Sting zaczął śpiewać kolejną zwrotkę.

Kolejny utwór to nowość w setliście, niegrana od kilku lat. Heavy Cloud No Rain z płyty Ten Summoner's Tales został odświeżony, a ciekawym rozwiązaniem było nawiązanie dialogu Stinga z Musique. Nie zabrakło również charakterystycznej solówki Dominica Millera, którą pochwalił w trakcie gry lider zespołu. Zabrakło natomiast niezwykle udanego Wrapped Around Your Finger, które wypadło z setlisty na korzyść wspomnianego utworu. Powrót do muzyki The Police – najpierw Walking On The Moon (oczywiście w obniżonej tonacji), a później So Lonely z wplecionym fragmentem Everything's Gonna Be Alright Boba Marleya. Ten fragment koncertu zdradził (nie pierwszy raz) inspiracje Stinga reggae, a jak ryba w wodzie czuł się Rufus Miller i Kevon Webster. Kolejne płynne przejście bez przerwy na oddech – tym razem Desert Rose. Jeden z największych hitów Stinga był popisem przedstawicieli rodziny Millerów. Na koniec podstawowego setu pojawiły się dwa kolejne utwory The Police. Zróżnicowane dynamicznie King Of Pain Sting zaśpiewał wraz ze swoim synem, Joe Sumnerem, wymieniając się z nim frazami w zwrotkach. Popis solowy dał również Dominic Miller, a gitarową frazę zakończył – jak za dawnych lat – w innej tonacji, co dało bardzo interesujący efekt. Every Breath You Take to element obowiązkowy każdego występu Stinga. Około 30 tys. słuchaczy z euforią przyjęło pierwsze dźwięki charakterystycznego riffu. I to tyle. Zespół opuścił scenę po godzinie i 15 (słownie: piętnastu) minutach.


Muzycy wrócili, by przypomnieć kolejny hit – Roxanne – jak zawsze, w wersji z jamem między zwrotkami. Przed ostatnim utworem na scenie pojawił się Maciej Stuhr, który usiadł obok Stinga i tłumaczył jego słowa. "Alternatywa dla demokracji to przemoc, opresje, zniewolenie i milczenie. Ta alternatywa to tyrania. Musimy bronić wolności, by być sobą. Wojna w Ukrainie to absurd zbudowany na kłamstwie". Podsumowaniem przesłania Stinga było kameralne Fragile, w którym główny bohater wieczoru, tradycyjnie, grał na gitarze klasycznej. Co ciekawe, Stuhr nieśmiało wsparł Stinga wokalnie w refrenach. Po krótkim pożegnaniu Brytyjczyk pojawił się na scenie z kieliszkiem wódki i wypił symboliczny toast.

To był bardzo energetyczny, ale krótki występ, w którym zabrakło przestrzeni pozwalającej na odpowiednie wybrzmienie poszczególnych utworów. Tym warszawski koncert różnił się od krakowskiego. Dwie rzeczy pozostały niezmienne – świetna forma Stinga i jego stałe punkty w setliście, bez których nie mógłby się odbyć żaden koncert. Szkoda tylko, że muzyk nie przewidział więcej miejsca na mniej oczywiste utwory, które z powodzeniem gra na przedkoncertowych próbach. W trakcie tej warszawskiej zagrał m.in. Why Should I Cry For You oraz absolutną perełkę – przestrzenne When The Angels Fall. Oba z niedocenianego albumu The Soul Cages.

Sting – The Bridge (2021) [Recenzja]

Multigatunkowy Sting powrócił z nowym zestawem piosenek. W ostatnich latach takie hasło – powiedzmy to sobie szczerze – ekscytowało coraz mniej. Było musicalowe i folkowe The Last Ship, był rockowy i źle wyprodukowany krążek 57th & 9th, pojawiła się również płyta z Shaggim w rytmach reggae. Co tym razem wymyślił były wokalista i basista The Police? W wielkim skrócie –  zaprezentował krążek, który powinien nagrać już dużo wcześniej.

Wyrazisty i prosty rytm perkusji zapowiada Rushing Water. To energetyczny, rockowy, mądry i nośny utwór z wpadającym ucho refrenem i ciekawym riffem w zwrotkach. Są gitary wieloletniego kompana basisty, Dominica Millera, są również przeszywające syntezatory. Wisienką na torcie są efektowne chórki, przywołujące najlepsze dokonania Stinga. To propozycja radiowa, ale w obliczu zmieniającego się rynku muzycznego trudno nazwać ją mainstreamową. Podobnie zresztą, jak drugi z singli – If It's Love. To beztroskie granie z wyraźnym podziałem na zwrotki i refreny. Nie ma tu momentów zaskoczenia, nie ma bridge'a, który narzucałby zmianę nastroju. Jest pogodnie, stosownie do nieco naiwnego tekstu, w którym miłość porównana jest do choroby. Gitary Millera mogą przywoływać klimat All This Time, ale to zdecydowanie mniej ambitne granie. W utworze słyszymy również innych muzyków z zespołu Stinga: Josha Freese'a na perkusji oraz Gene'a Noble'a i Mellisę Musique w chórkach. W tle pojawia się nawet... klaszczący Shaggy. Na koniec największa kontrowersja – główny motyw, który Sting zdecydował się zagwizdać. Przez to utwór brzmi trochę jak intro do serialu o rodzinnych perypetiach. Wydaje się, że ciekawiej byłoby, gdyby ten motyw zagrał na gitarze Dominic Miller. The Book Of Numbers jest prowadzone przez gitarę elektryczną z obniżonym strojeniem. Jest tu zdecydowanie więcej przestrzeni, niż w poprzednich kompozycjach. Pojawia się gitara akustyczna, są również brzmieniowe zabawy Millera. Gorzej dzieje się w refrenach, w których pojawiają się plastikowe dęciaki i perkusja z wtyczki vst (zasługa producenta, Martina Kirszenbauma). Mimo wszystko utwór ma w sobie coś, co przykuwa uwagę. Dodatkową ciekawostką jest tekst, w którym Sting przedstawia historię J. Roberta Oppenheimera, twórcy bomby atomowej. Jego duch pojawia się na meksykańskiej pustyni. Historia opowiadana jest w kontekście Księgi Liczb ze Starego Testamentu. Loving You to ukłon w stronę R&B. Utwór wyprodukowała Maya Jane Coles, niezwiązana wcześniej z twórczością Stinga. W praktyce jedyną rzeczą wykonaną w tym utworze przez Stinga jest tekst i partie wokalne. Jednostajny, elektroniczny rytm, uzupełnia powtarzający się motyw gitarowy i przedziwne, zmodulowane wokale w tle (miało być nowocześnie i klubowo?). Polecam traktować utwór jako przerywnik.

Harmony Road to rzecz, którą co niektórzy mogli gdzieś już słyszeć. Konkretnie – na albumie Absinthe Dominica Millera, pod nazwą Etude. Sting stworzył ten utwór na podstawie zapętlonego motywu gitarzysty. Ostatecznie, Millera zamienił gitarę klasyczną na elektryczną, zmienił tonację i nagrał swoje partie na nowo. To chyba najciekawsza współpraca między muzykami od czasów The Lullaby For An Anxious Child. Nietypowy rytm 5/4 (który już wcześniej pojawił się m.in. w Seven Days) w połączeniu ze skomplikowaną, wijącą się linią melodyczną Stinga, powoduje, że utwór może okazać się nieoczywisty i nieco trudniejszy w odbiorze. Nadal jest to jednak "soft" czy inny "pop" rock. Magicznym momentem jest zmiana klimatu w środkowej części kompozycji i gościnna solówka na saksofonie sopranowym Branforda Marsalisa. Melancholijne brzmienie ciekawie łączy się z tekstem, mówiącym o wpływie okolicy, w której się wychowaliśmy, na naszą tożsamość. To motyw, z którym Sting rozprawiał się (choć w zupełnie inny sposób) na płycie The Last Ship. For Her Love to rzecz chyba specjalnie stworzona po to, by przywoływała motyw z Shape Of My Heart. Należy jednak przyznać, że pomimo podobnego motywu gitary klasycznej, kompozycja podąża odmienną ścieżką. Za udany można uznać refren, podzielony na kwestie delikatnego chóru oraz partię Stinga. W mocniejszym bridge'u pojawia się również dodatkowa dramaturgia. Szkoda tylko, że podstawą rytmu jest stały, powtarzalny motyw reggaetonowy. Dzięki perkusji kompozycja mogłaby zmieniać swoją dynamikę i lepiej uzupełniałaby partie gitarowe. 

Czas na utwory mocniej inspirowane folkiem. The Hills On The Border, bazujący na legendzie związanej z murem Hadriana, to prosty, zaprogramowany rytm, skrzypce, melodeon i delikatne syntezatory. Gdzieniegdzie z miksu wybijają się również przestrzenne gitary Millera. W efekcie mamy do czynienia z nieoczywistym popem mocno czerpiącym z brytyjskich tradycji. Interesującym rozwiązaniem jest również chmura dźwiękowa, powstała na bazie folkowych instrumentów. Słyszymy ją w bridge'u i w outro. To specyficzny, ale udany kawałek. Jedną z najciekawszych propozycji na płycie jest Captain Bateman. W oryginale to Lord Bateman, tradycyjna, folkowa ballada, wywodząca z terenów Anglii i Szkocji. Historia, pochodząca najprawdopodobniej z XII wieku, została oryginalnie ujęta w 21 zwrotkach. Sting znacząco skondensował historię uwięzionego lorda, który proponował córce strażnika więziennego małżeństwo w zamian za uwolnienie. Trzeba przyznać, że utwór brzmi bardzo świeżo – to ciekawa fuzja rocka, folku, a w ostatniej części również klimatów fusion ze smacznymi syntezatorami (Fred Renaudin) i wokalizą Laili Biali. Ucho cieszą również delikatne wstawki skrzypiec (Peter Tickell), a w ostatnim refrenie – skwitowanie refrenu coraz to niższymi akordami w tonacji. Niezwykle cieszy również powrót Manu Katche! Po 18 latach przerwy, francuski perkusista pojawił się w dwóch albumowych utworach. Drugim z nich jest jazzujące The Bells Of St. Thomas. Katche gra tu na miotełkach, Sting szarpie struny kontrabasu, a Miller... ponownie przywołuje solową kompozycję. Tak – utwór oparty jest na motywie walca, znanym ostatnio jako Valium (płyta Silent Light), a wcześniej – Luberon (album First Touch). W tym przypadku gitarę z pudłem zastąpiły subtelne dźwięki szklankowego stratocastera. Ponownie, wartościowym uzupełnieniem są przestrzenne syntezatory Renaudina i Tony'ego Lake'a. To jedna z najlepszych kompozycji na płycie, dodatkowo okraszona surrealistycznym tekstem. The Bridge powstał po tym, jak Sting przygotował nową aranżację tradycyjnego Waters Of Tyne. Ballada na dwie gitary akustyczne to wdzięczne podsumowanie albumu i opisanych na nich historii, w których pojawia się motyw mostu, łączącego dwa światy. Tak przynajmniej swój zamysł opisuje Sting. Odważniejsi mogą więc nawet stwierdzić nawet, że mieliśmy do czynienia z koncept albumem.

Po przesłuchaniu albumu pojawia się sporo przemyśleń. Po pierwsze – ten album jest brzmieniową konsekwencją tego, co Sting prezentował kilka lat temu na trasie Back To Bass (2011-2013). Po drugie: produkcyjnie to najmocniejszy album od lat – pomijając już nawet pomijające się z rzadka wtyczki vst. Brzmienie utworów jest spójne, a dobór instrumentów – pomysłowy. Bardzo cieszy powrót byłych członków zespołu Stinga – oprócz Katchego, Marsaillsa i Tickella, słyszymy również znakomitą wokalistkę, Jo Lawry. Wydaje się także, że to stylistycznie najmocniejszy powrót Stinga do tego, co nagrywał w złotych dla niego latach 90. Zastanawia z kolei fakt, że muzyk mocno wspierał się pomysłami swoich muzycznych partnerów. Jaka jest tego przyczyna? Zostawiam to do własnej interpretacji. Płyta stawia wiele znaków zapytania, ale zdecydowanie warto poświęcić jej czas.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Sting – My Songs (2019) [Recenzja]

Jest taka jedna magiczna zasada, która wywindowała niejednego artystę na szczyt list przebojów i największe sceny świata – trzeba być szczerym wobec słuchacza. Słysząc hasło "nowy album studyjny", czekamy na nieznane dotąd doznania, chcemy usłyszeć kogoś w nowej odsłonie. Sęk w tym, że nowy album Stinga to nic innego, jak składanka największych przebojów w nowych wykonaniach. Artysta zapowiadał publikowane utwory jako przebudowane, odświeżone i zaaranżowane na nowo. Czyżby?

To, co dzieje się w pierwszych minutach krążka to kryminał. Nowe wersje utworów z 1999 roku – Brand New Day i Desert Rose, to nic innego, jak remiksy. Słyszymy wokale sprzed dwudziestu lat i część partii instrumentalnych z sesji do płyty Brand New Day. Sporo również nowych dodatków – zaskakuje wyrzucenie oryginalnych partii perkusji na rzecz automatu perkusyjnego. Są też nowe głosy bliżej niezidentyfikowanych wokalistów, często przetworzone i podwyższone o kilka oktaw – wszak to teraz modne. Warto dodać, że utwory doczekały się już przecież swoich remiksów przy okazji wydania singlów – oba kawałki mają już po kilka przeróbek. Trzecia propozycja na My Songs to kolejny remiks – tym razem If You Love Somebody (Set Them Free). Omawiam go osobno, ponieważ w przeciwieństwie do poprzednich jest całkiem udany. Hit z 1985 roku został przerobiony na modłę mieszanki disco z soulem. Pojawiły się nowe, smaczne syntezatory. Został saksofon Branforda Marsailisa. Drażni tylko ten automat perkusyjny. Nie wierzę w to, że Sting zamienił partię Omara Hakima na kupę japońskiego złomu w imię postępu technologicznego. Za wszystkie trzy remiksy odpowiada Dave Aude, który regularnie zabiera się za przeróbki nowych piosenek Stinga. Zazwyczaj z miernym efektem. Zapominamy o niesmacznym początku i przenosimy się do 2017 roku. To wtedy w trakcie trasy 57th & 9th Sting wszedł ze swoim zespołem do kilku amerykańskich studiów i na nowo nagrał klasyki The Police. Miało być "refitted and rearranged", a wyszły wierne kopie oryginałów. Tak jest w przypadku Every Breath You Take, Message In A Bottle czy Walking On The Moon. Odbiór nowych nagrań jest pozytywny, ale brakuje tu elementów zaskoczenia i świeżości – czegoś, co nadałoby nagraniom nowej wartości i zwyczajnie dałoby powód do ich wydania. Ciekawie wypada So Lonely, zagrane w niższej tonacji. To chyba jedyny utwór w zestawie, który przebija oryginalną wersję, nagraną przez The Police. Kawałek, pierwotnie wydany w 1978, mógł drażnić piskliwym wokalem Stinga. Tu jego głos jest bardziej stonowany, czysty, a kiedy trzeba – zdublowany, co daje bardzo interesujący efekt. Ciekawie robi się także w Demolition Man, który zaczyna się od charakterystycznego intro Dominica Millera z użyciem efektu wah-wah. Ta sama zagrywka rozpoczynała również swojego czasu na koncertach inny utwór Policjantów, Driven To Tears. Kompozycja brzmi dynamicznie, mocniej, niż oryginał. Ciekawostką jest nowy bridge, w którym zachowawczą solówkę grają obaj Millerowie – Dominic i jego syn, Rufus. Solidnie wypada również Can't Stand Losing You, po które Sting nie sięgał od czasów koncertów z The Police. Na płycie słyszymy wierną kopię oryginału z 1979 roku. Ciekawszą wersję słyszeliśmy natomiast na ostatnich koncertach trasy promującej My Songs. Tam utwór trwa ponad pięć minut i rozpoczyna się jamem z jamajskim zacięciem. Podsumowując nowe wersje utworów The Police, należy przyznać, że wypadają blado w stosunku do wykonań live z ostatnich tras koncertowych Stinga. Tam bywały uzupełniane przez skrzypce czy akordeon i rzeczywiście odbiegały od znanych nam oryginałów. Nabierały nowych kolorów. W trzeciej grupie utworów na My Songs lądują wykonania popowo-akustyczne, nagrane z udziałem Jerry'ego Fuentesa z The Last Bandoleros. Nowa wersja Fields Of Gold brzmi bardziej plastikowo i patetycznie. Kompozycja nie została przearanżowana, a na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (brakuje charakterystycznych zagrywek Millera na gitarze klasycznej). Dodano również nowe, przestrzenne syntezatory i delikatny, ale elektroniczny rytm. Fragile dostało nowe wokale, elektroniczny puls, pianino elektryczne, szumy i przedziwne głosy w tle. Brak tu wartości dodanej, czegoś, co przekonałoby słuchaczy do sięgnięcia po nową wersję, a nie oryginał. Całkiem przyjemnie robi się w Shape Of My Heart, może to dlatego, że brzmienie przypomina to oryginalne. Utwór został jednak nagrany na nowo w całości – na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (a nie klasyczną) oraz cajon. Na końcu krążka dostajemy kolejną porcję nowoczesnych i "fajnych" hitów, które w zamyśle miały chyba pożreć konkurencję w listach przebojów i Spotify. Nowy Englishman In New York ma rytm... salsy. Dodano również nowe wokale, syntezatory i przedziwne przejścia do refrenów w stylu perkusji z lat 80. W trakcie charakterystycznej przerwy, w której słyszymy wyłącznie elektroniczne uderzenia, dodano dźwięki... trąbiących samochodów. If I Ever Lose My Faith In You to kolejny popis Dave'a Audego. Utwór brzmi jak podkład hiphopowy. Nowe partie wokalu Stinga zostały mocno przetworzone. Po odśpiewaniu każdego wersu słyszymy więc echo z obniżonym głosem w stylu kronik policyjnych. Dzięki takim małym, nowoczesnym smaczkom Sting  z  p e w n o ś c i ą  przypadnie do gustu młodszym pokoleniom. Wersja sprzed ponad 20 lat z akustyczną perkusją i gitarami jest już bowiem przestarzała i po prostu niezdatna do odbioru. Płytę My Songs "wieńczy" Roxanne. Tym razem to nie żaden remiks czy nowe wykonanie studyjne, a fragment koncertu z Paryża z 2017 roku. Co ciekawe, Sting grał wtedy swój hit, miksując go z Ain't No Sunshine Billa Withersa. Ktoś jednak skrzętnie wyciął fragment coveru i na płycie dostajemy trzyminutową Roxanne, zbliżoną brzmieniem do oryginału. 

"Więcej" nie jest synonimem słowa "lepiej". Sting był na bardzo dobrej drodze do wyjścia na artystyczną prostą. Potwierdzeniem może być charakterna płyta 57th & 9th i bardzo udany album 44/876, nagrany z Shaggim. Trudno jednak uznać My Songs za kolejny pełnoprawny album studyjny, chociażby przez remiksy i wykonanie koncertowe. Byłoby to bardzo ciekawe greatest hits i z powodzeniem mogłoby trafić na przykład do boksu "The Best Of 25 Years" z 2011 roku. Dlaczego więc zdecydowano się na publikację My Songs? Z dwóch powodów. Dzięki płycie Sting przez następne półtora roku może skupić się na koncertach i graniu największych przebojów. Możliwe, że przy okazji będzie tworzył materiał na prawdziwie nową płytę studyjną. Drugim powodem publikacji Moich Utworów są pieniądze. W płytę zaangażowano Dave'a Audego i Jerry'ego Fuentesa, którzy nagrywają dla tej samej wytwórni, co Sting – Cherrytree Records. Spoiwem współpracy jest szef wytwórni i przy okazji manager Stinga, Martin Kierszenbaum. Mam nieodparte wrażenie, że to on, a nie Sting stoi za stworzeniem recenzowanego produktu.

WERDYKT: ★★ – nieporozumienie

Gra ze Stingiem była moim marzeniem – Rufus Miller (Sting & Shaggy) [Wywiad]

Przez ostatnie pół roku grał w zespole Stinga i Shaggiego. Z Brytyjczykiem wystąpił już na trzech trasach. Teraz angażuje się w promocję swojej pierwszej solowej płyty, "Pop Skull" – na razie trafiła do serwisów streamingowych. Poznajcie Rufusa Millera.

fot. materiały promocyjne/Robert Wolański

Marcin Obłoza: Od czerwca grałeś w zespole Stinga i Shaggiego. Było dużo reggae i wakacyjnego klimatu. Jak podsumujesz tę serię występów?

Rufus Miller: Atmosfera była bardzo pozytywna, wszyscy się polubili, dobrze się przy tym bawiąc. W zespole Stinga pojawiła się świeża krew, bo dołączyli do nas muzycy z zespołu Shaggiego. To także kolejna trasa z moim tatą i Joshem Freesem, więc w zespole była równowaga.

Jak ludzie reagowali na tak nietypową współpracę? Sting – zamyślony, poważny Brytyjczyk, pojawił się na scenie ze spontanicznym wykonawcą muzyki reggae i dancehallu z Jamajki.

O to właśnie chodzi – Sting lubi zapraszać na scenę najróżniejszych muzyków. Wszyscy są profesjonalistami, więc po prostu zaczynają ze sobą współgrać.

Za wami koncerty w Łodzi i Trójmieście. Czy były w jakiś sposób wyjątkowe?

Było wspaniale. Wyprzedały się całe areny. Słuchacze naprawdę słuchali tego, co graliśmy. To były wyjątkowe występy.

Co dalej?

Dzięki tym występom mogłem odkryć swoją, solową karierę. Nagrałem więc swój album – na razie ukazał się w serwisach streamingowych. Jestem naprawdę dumny z tego, co stworzyłem. Gram na gitarze od siódmego roku życia. Zacząłem tworzyć swoje utwory,  robiłem to gdzieś na boku przez wiele lat. Mój obecny etap życia jest dobrym czasem na to, by ludzie usłyszeli moje piosenki.  

Pierwszymi singlami, które pojawiły się na YouTube były Idle Hands i Wicked Lady.
Ukazują dwie odmienne strony. Kolejne trzy-cztery utwory to po prostu ja i gitara akustyczna. Jest też kilka kolejnych rockowych utworów, takich, jak Wicked Lady. Interesują mnie takie ciemne, gotyckie klimaty, więc przemycam je do swojej muzyki.

Moje pierwsze rockowe skojarzenie – twoje koncertowe solówki z rockowego Petrol Head z poprzedniej płyty Stinga.

Słuchałem partii studyjnych Lyle’a Workmana. Były niezwykłe. Widziałem, że nie uda mi się tego powtórzyć. Pozwolono mi więc stworzyć swoją własną partię, to było naprawdę miłe.

Jaka jest w takim razie twoja ulubiona piosenka z trasy z Shaggim?

(śpiewa) Wake up, it’s a beautiful day (Morning Is Coming – M.O.) Uwielbiam te zagrywki.

Oglądamy występ w Atlas Arenie i nagle na scenie pojawia się Shaggy przebrany za sędziego, z długą, siwą peruką. Ochroniarz w przeciwsłonecznych okularach każe Stingowi ubrać strój więźnia. Rozpoczyna się proces i utwór „Crocked Tree”. Kto miał tak przedziwny pomysł na wykonanie tego utworu?

Nie mam pojęcia, to po prostu zaczęło dziać się na próbach. Jeśli przesłuchasz uważnie studyjnej wersji piosenki, to od razu zauważysz, że wyraźnie różni się od innych. Po prostu urzeczywistniliśmy proces, który wybrzmiewa w utworze.

Jesteś w zespole Stinga już od siedmiu lat.

Jeśli gra z dwoma gitarzystami. Trochę bolało, kiedy musiałem odejść. Na moje miejsce wrócił na pewien czas klawiszowiec David Sancious, który jest prawdziwą legendą. Kiedy Sting chciał wrócić do składu z dwoma gitarami, byłem nieco zaskoczony, ale szczęśliwy.

Jak to jest grać z taką legendą jak Sting?

To niesamowite. Mam jeszcze w głowie dziecięcą perspektywę, w której mój tato dołącza do jego zespołu. Miałem wtedy pięć lat. Zawsze, jeśli chciałem zobaczyć tatę w akcji, nie było problemu. Jako dziecko nie zauważasz tej koncertowej otoczki. Nadal mam więc w głowie tamtą perspektywę.

Twój ojciec, Dominic Miller, pomógł ci zapewne w aklimatyzacji w zespole. Miałeś wtedy ledwo dwadzieścia sześć lat.

Zdecydowanie. Pamiętam, że nim zaczęliśmy występować, powiedział mi „stwórzmy coś legendarnego” – coś na najwyższym poziomie. Tak, jak w Mettalice i innych zespołach – ludzie muszą wiedzieć o duecie naszych gitar. Już teraz, jeśli myśli się o muzycznych duetach synów z ojcami, to jesteśmy na tej liście.  Może to brzmi jak tani chwyt, ale między nami zachodzą prawdziwe emocje. Muszę przyznać, że dołączenie do tej ekipy to jak zdobycie Mount Everest.

Widziałem, że masz nową gitarę.

Kupiłem ją w styczniu 2018 roku, głównie na potrzeby mojej muzyki. Nie sądziłem, że będzie pasowała do muzyki Stinga. Wziąłem ją jednak jako gitarę zapasową na trasę „44/876”.  Nie byłem do niej przekonany, ale pewnego dnia techniczny powiedział, że trochę mi ją ustawi i mogę wypróbować ją na soundchecku (zaciera ręce). Mogę opowiadać godzinami o małych różnicach, bo wcześniej przez dwie godziny musiałem dźwigać ciężkiego Les Paula. Ta gitara ma to samo, ciężkie brzmienie Gibsona. Nie wyobrażam sobie Andy’ego Summersa, grającego Every Breath You Take na tak dużej gitarze, ale inżynier dźwięku przyznał mi, że ma świetne brzmienie. Techniczny dodał, że muszę dokupić sobie drugi, zapasowy egzemplarz.

Jak wyglądał twój pedalboard?

Podstawą jest chorus, kompresor, delay i vibrato. Mam dwa pedalboardy, bo lubię mieć coś w zanadrzu. Jeden z nich jest ustawiony pod tape echo. Czasami używam też delaya Bossa, który ma cyfrowe brzmienie. Do tego wzmacniacze Mesa Boogie.

Twój ojciec powiedział mi kiedyś, że nieważny jest sprzęt, na jakim grasz. Zgodzisz się z tym?

Jak najbardziej, nauczył mnie tego. Żyję z takim podejściem i prawdopodobnie z nim umrę (śmiech).

Mówi się o tym, że Sting nagrywa nowy album.

Nic o tym nie wiem, spytam się go przy następnej okazji. Sting bardzo lubi niespodzianki. Zaskakuje nawet nas. To ekscytujące, bo pracując z nim, nie wiesz nawet czy zostaniesz w zespole. Dzięki temu jego muzycy zawsze są czujni i polują na muzykę. Możliwe, że obudzi się któregoś dnia i stwierdzi, żeby zrobić coś zupełnie innego. To zrobił przecież z ostatnią płytą z Shaggim. Na promocyjnej trasie albumu „57th & 9th” grałem na większości koncertów. Nagle, kiedy promował "44/876", zaczął kombinować z innymi muzykami. Miał nowych gitarzystów. Oglądałem te występy na YouTube i miałem tylko nadzieję, że nadal będzie chciał mnie zatrudnić.

Wiemy natomiast już na pewno, że Sting wyrusza w nową, wakacyjną trasę My Songs już bez Shaggy’ego. Wiążesz z nim dalsze plany?

Zdecydowanie. Dużo o tym myślałem i stwierdziłem, że będąc pięciolatkiem, to było moje największe marzenie. Chciałem zajmować się muzyką i być blisko taty. Pamiętam, że czasami dawali mi pograć na próbach i bardzo dużo to dla mnie znaczyło. Nagle zapominasz o swoim marzeniu, bo życie po prostu daje ci szansę. Jak dużo rockowych zespołów zapełnia całe hale – mam na myśli takiego prawdziwego rocka, całkowicie na żywo? Naprawdę niewiele. Moje muzyczne CV nie jest tak naprawdę zbyt wystarczające, żeby znaleźć się w tym miejscu, ale rozumiem to. Byłoby mi szkoda, gdybym opuścił zespół. Chcę w nim zostać.

Sting & Shaggy – 44/876 (2018) [Recenzja]

Duet Stinga z Shaggym to jedna z największych niespodzianek roku. Muzycy po raz pierwszy weszli do studia w 2016 roku i zarejestrowali singiel Don’t Make Me Wait. Współpraca przebiegała jednak na tyle dobrze, że powstał „44/876” – wakacyjny album utrzymany w klimatach reggae.

Płytę otwiera tytułowa, czysto dancehallowa kompozycja. Syntezatory, elektroniczny beat i charakterystyczny efekt MLG horns nie jest najlepszą zapowiedzią albumu. W karaibski klimat wprowadza gospodarz, Shaggy, który zaprasza Stinga do podróży na Jamajkę. Chyba ciężko o bardziej toporny i dosłowny tekst. 44/847 zdecydowanie odstaje klimatem i produkcją od reszty kompozycji, a to dlatego, że brakuje w niej akustycznych instrumentów i choć odrobiny polotu. Reggae pojawia się natomiast w Morning Is Coming. Należy przyznać, że charakterystyczny rytm na dwa został bardzo smacznie zmieszany z partiami dęciaków i gitar. Całość ozdabiają refreny śpiewane w harmonii przez Stinga oraz delikatne wstawki Branforda Marsalisa na saksofonie sopranowym. To pierwszy występ wybitnego jazzmana na płycie Stinga od 2010 roku.  Kolejny singiel, Waiting For The Break Of Day, to wyraźny zwrot w stronę brzmienia The Police. Po delikatnym, fortepianowym intrze, na pierwszy plan wysuwa się mocna perkusja i swingujący bass Stinga. Mimo że Shaggy uzupełnia utwór swoimi deklamowanymi wstawkami, nie ma tu mowy o karaibskim klimacie. Całość opiera się na dźwiękach clavinetu i przestrzennych syntezatorów, które mogą kojarzyć się z płytą „Sacred Love”, wydaną przez Brytyjczyka w 2003 roku. Warto podkreślić, że „44/876” został naprawdę dobrze wyprodukowany i zmiksowany. Muzycy, często za pomocą oldschoolowych instrumentów, bardzo dobrze uchwycili wakacyjny klimat, a wykonanie może kojarzyć się z popem z lat 90. (w tym przypadku to komplement). Takie granie uchwycono w Gotta Get Back My Baby – przestrzennej kompozycji z elementami reggae i chwytliwym refrenem. Obaj wokaliści dzielą się tu partiami niemalże po połowie i uzupełniają się celująco. Co ciekawe, utwór w podobnej formie ukazał się już w 2012 roku, na solowym krążku Shaggy'ego, "Rise". Wtedy nosił tytuł Get Back My Baby. Piątą propozycją duetu jest Don’t Make Me Wait, od którego rozpoczęła się wspólna praca w studio. Tak naprawdę była to piosenka Shaggy’ego, do której dwa lata temu Sting dołożył swoje wysokie wokale. Wyraźny, wyjątkowo chwytliwy refren został bardzo dobrze przyjęty przez stacje radiowe, ale patrząc z perspektywy całego albumu, to jeden ze słabszych utworów. Bardzo dobrą singlową propozycją może być natomiast Dreaming In The U.S.A., który aranżacją przypomina soulowe nagrania wytwórni Motown z lat 60. Paradoksalnie, to kolejny bardzo „stingowy” utwór. W refrenach i zwrotkach przemycono gitarę z Roxanne The Police. Genialnie brzmią również dwa cichsze fragmenty utworu. Pierwszy oparty jest na przestrzennych chórkach Stinga i instrumentach z nałożonym pogłosem, drugi to natomiast tłumiona, klimatyczna partia gitary Dominica Millera. Utwór jest bardzo pomysłowo zaaranżowany i nawiązując do jego tekstu – zabiera nas w swoistą podróż. 22nd Street to rzecz, która spokojnie mogłaby ukazać się na jednej z pierwszych płyt solowych basisty The Police. Dużo tu przestrzennych, gitarowych brzmień oraz pozytywnych, słodkich wstawek instrumentów klawiszowych. Jeden z najlepszych utworów na płycie. No dobrze, w takim razie gdzie to reggae? Należy przyznać, że pokaźna część utworów to lekki pop z ewentualnymi wstawkami rodem z Jamajki. Inaczej jest już na przykład w Just One Lifetime, gdzie rytm na dwa uzupełnia całe stado dęciaków i funkowa, tłumiona gitara elektryczna. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to najlepszy refren na płycie, w którym Sting pokazuje pełnię swoich umiejętności.  Mocną stroną utworu jest również tekst, który zachęca do poprawy stosunków międzyludzkich. Brytyjczyk użył w nim fragmentu wiersza „Mors i cieśla” Lewisa Carrolla. Klimatycznym, bardzo udanym i rozbudowanym utworem jest Sad Trombone. Niespieszna kompozycja z rytmem na dwa ozdobiona jest charakterystycznym riffem granym, nomen omen, na puzonie. Wnikliwi dopatrzą się kalki motywu z History Will Teach Us Nothing, który Sting nagrał w 1987 roku. W refrenie jest tu również sporo smaczków z Sister Moon. To kolejny utwór, który zawłaszczył sobie Sting. Shaggy ubarwia go jedną krótką zwrotką i kilkoma wtrąceniami. W poszukiwaniu Jamajczyka warto zwrócić uwagę na To Love And Be Loved oraz Crocked Tree, dwa nieco chaotyczne utwory w karaibskim klimacie. Shaggy prezentuje w nich swój niezwykły głos, który jest w niezmiennie dobrej formie od ponad dwudziestu lat. Płytę kończy Night Shift, zwracający uwagę wykorzystaniem sampli imitujących prace na budowie. Powtarzany w kółko refren uzupełniają wokale córki Stinga, Eliot Sumner, oraz infantylne wtrącenia saksofonu i fletu.

Album stworzony przez muzyków z teoretycznie dwóch innych światów zawiera interesujący materiał. Kompozycje, teoretycznie bliższe Shaggy’emu, zostały mocniej naznaczone przez Stinga. Decydującym czynnikiem okazała się umiejętność śpiewu – wszystkie refreny przejął Brytyjczyk, przez co częściej pojawia się na nagraniach. Sting chyba nigdy nie był w swojej solowej karierze tak blisko muzyki The Police, jak na „44/876”. Co więcej, duet z Shaggym zdecydowanie przebija poprzednie wydawnictwo instrumentalisty, „57th & 9th”. Wspólna praca wyszła na dobre także Jamajczykowi, który od co najmniej dziesięciu lat nie miał pomysłu na swoją twórczość i nie prezentował ciekawego materiału.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Sting – Praga, Metronome Festival 23.06.17 (57th & 9th Tour) [Relacja]

O tym, że Sting ma tendencję do ciągłych zmian, wie już chyba każdy, kto chociaż trochę śledzi poczynania Brytyjczyka. W zasadzie każda trasa byłego basisty The Police jest skrajnie inna. Bywało jazzowo, art rockowo, elektronicznie, folkowo i ze wsparciem orkiestry symfonicznej. W ramach trasy promującej album 57th & 9th Sting ponownie zmienia swój wizerunek, tym razem powracając do grania prostej, rockowej muzyki. W ramach światowego tournée zawitał także do Pragi, gdzie 23 czerwca wystąpił jako headliner pierwszego dnia Metronome Festival.

Sting pojawił się wraz z zespołem na scenie głównej punktualnie o 21:30. Przywitało go czternaście tysięcy widzów. Słowo „fani” byłoby chyba użyte zbyt pochopnie. Warto bowiem pamiętać, że część publiki kupiła bilet na festiwal z myślą o Kasabian, który grał następnego dnia, i przyszli popatrzeć na Stinga z czystej ciekawości. Muzyk rozpoczął set od bardzo energetycznych kawałków. Otwierający Synchronicity II, oryginalnie kompozycja grana przez The Police, pokazał, jak będzie brzmiał cały koncert. To czysto rockowe granie, a zespół wspierający Stinga był do niego idealnie skrojony. Basistę wsparło bowiem dwóch gitarzystów, ojciec Dominic i syn Rufus Millerowie, Josh Freese na perkusji oraz dwójka panów w chórku – Ben Thornewill oraz syn Stinga, Joe Sumner. W trakcie wykonywania niektórych utworów na scenie pojawiał się także Percy Cardona, który grał na akordeonie. Tak było w If I Ever Lose My Faith In You, włączonym do setlisty w tym miesiącu. Cardona idealnie odgrywał studyjne partie harmonijki, Miller senior rytmicznie dorzucał całą paletę przestrzennych dźwięków na gitarze, a Sting bawił się, grając na basie jakby od niechcenia. Utwór z Ten Summoner’s Tales był jednym z najmocniejszych punktów piątkowego występu. Z kolei absolutny szlagier, Englishman In New York, z solowym wstępem Stinga na basie, okazał się niewypałem. Typowo jazzowy utwór nie może brzmieć dobrze bez klawiszowca. Akordeon mógł w pewnym stopniu zastąpić etatowego pianistę Stinga, Davida Sanciousa, ale momentami jego absencja była zbyt mocno odczuwalna. Myślę, że to po prostu kwestia odpowiedniego doboru utworów. Rock połączony z reggae, w którym nie potrzeba było przestrzennych syntezatorów, czyli Spirits In The Material World, wypadł znakomicie i zaaplikował czeskiej publiczności potężną dawkę energii.

Blado wypadł natomiast inny hit The Police, Every Little Thing She Does Is Magic, który w ostatnich latach był ogrywany przez Stinga do znudzenia. Tutaj także brakowało Sanciousa. Perełką był rzadko grany She’s Too Good For Me, w którym zespół wspomógł się odtworzonym cykaniem zegara z taśmy. Było tutaj dużo miejsca na  improwizację pomiędzy Millerem seniorem i Cardoną, którzy grali swoje solówki na zasadzie wymiany. Obronił się także Fields Of Gold, w którym Dominic Miller grał na gitarze klasycznej, a jego syn przejął gitarę akustyczną. Akordeonista fantastycznie odtworzył partie grane w studyjnej wersji na dudach. Zrobiło się tak cicho, że słychać było każdy pojedynczy głos z widowni wspierający Stinga. Czy wspominałem już, że tą trasą promuje swój najnowszy album? No właśnie, pierwszy powiew świeżości, Petrol Head, pojawił się dopiero gdzieś w połowie setlisty. Utwór został poszerzony o solówkę Rufusa Millera i wypadł naprawdę solidnie, zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej. Wokal Stinga brzmiał perfekcyjnie. Nie chce się wierzyć, że Brytyjczyk jest już po sześdziesiątce – wygląda jak wysportowany chłopak i wyciąga nawet kilkunastosekundowe dźwięki. Po nowym utworze zespół wrócił do starej śpiewki w postaci Shape Of My Heart  i Message In A Bottle. Miałem wrażenie, że znam je już na pamięć i dokładnie wiedziałem, czego mogę oczekiwać w danym momencie. Na szczęście rozbudził mnie Joe Sumner, który przejął mikrofon taty (ten twierdził, że mówi „fluent czech”) i przy akompaniamencie gitary elektrycznej wykonał Ashes To Ashes Davida Bowiego. Z kolejnymi wersami kompozycja gęstniała dzięki dokładaniu partii kolejnych muzyków z zespołu. Kiedy Sumner wspiął się na swoje najwyższe rejestry (swoją drogą jego głos nie przypomina tego stingowego), Dominic Miller rozpoczął riff 50.000, drugiego utworu z nowej płyty, który jest dedykowany m.in Bowiemu. Warto dodać, że od kwietnia Sting wykonuje go w nowej wersji z innym tekstem i strukturą, czyniąc kompozycję zdecydowanie ciekawszą. Było tu dużo mocy, a wokalista fajnie zagęszczał przestrzeń utworu nożnym syntezatorem Moog Taurus, którego używał na scenie za czasów The Police.

Walking On The Moon również było strzałem w dziesiątkę. W gwiaździste, praskie niebo wystrzeliły białe reflektory, a atmosferę tworzył tu przede wszystkim Josh Freese, który bardzo wiernie odtworzył oryginalną i karkołomną partię perkusji Stewarda Copelanda. Im bliżej było końca setu, tym robiło się bardziej przewidywalnie. So Lonely i Desert Rose w surowych, rockowych wersjach nie wypadły interesująco. Z drugiej jednak strony, laicka publiczność zgromadzona na festiwalu właśnie tego oczekiwała, czekała na największe hity. Kolejny klasyk, Roxanne, wypadł od nich ciekawiej ze względu na bardziej improwizowaną, niemal jazzową formę i przejście do Ain’t No Sunshine w środkowej części kompozycji. Pierwszy zestaw bisów – na pierwszy ogień Next To You, który jest według mnie całkowicie niezrozumiałym wyborem. Ten schematyczny i surowy potworek  z czasów wczesnego The Police jest mało znany i zwyczajnie nuży. Every Breath You Take śpiewał ze Stingiem niemal każdy. Czy tylko mi się wydaje, że utwór grany nieprzerwanie od dwudziestu kilku lat, jakkolwiek dobry by nie był, jest już przewidywalny do cna? Mnie nudził się po pierwszym zetknięciu się z nim na żywo. Aż strach pomyśleć, co muszą czuć przy tym kawałku fani, którzy częściej niż ja chodzą na Stinga. Moją przedziwną mieszankę fascynacji, zawodu, nudy i ekscytacji zakończył drugi, upragniony przez wszystkich bis w postaci Fragile. Sting sięgnął tu po gitarę klasyczną i zagrał na niej ujmujące solówki. Publika stopniowo cichła, tak, by ostatni frażolet zagrany przez wokalistę rozniósł się po całej okolicy. Zespół był żegnany ogromnymi brawami, które ciągnęły się jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny.

To był bardzo solidny koncert, ale nic więcej. Zabrakło większej dozy wirtuozerii, która ujmowała na poprzedniej trasie Stinga, Back To Bass. Zawiodłem się również na ilości materiału z płyty 57th & 9th. Muzyk zaprezentował tylko dwie nowe piosenki, a na wszystkich innych koncertach gra cztery, a nawet pięć. Szkoda, że pominięto kapitalne One Fine Day czy Down, Down, Down. Sting wyrzucił również  z setlisty udane Mad About You, oczywiście na rzecz starych hitów The Police. Festiwale rządzą się jednak swoimi prawami i mimo wszystko zaproponowany zestaw utworów był dla większości satysfakcjonujący. Mnie pozostał niedosyt.  

Sting – If On A Winter’s Night... (2009) [Recenzja]

Są takie płyty, których klimat i treść pasują wyłacznie do jednej pory roku. Nierzadko używa się przecież stwierdzenia "płyta wakacyjna" – przebojowa, dynamiczna i lekka. W tym przypadku, album Stinga, If on a Winter’s Night..., jest dedykowany zimie. Seria utworów tradycyjnych i coverów wcześniejszych dokonań artysty została wydana z myślą o świątecznym czasie, choć jak przyznaje główny zainteresowany, to płyta, która wynika z fascynacji całym okresem zimowym, a Boże Narodzenie jest jedynie jego częścią. Jak jednak powszechnie wiadomo, do stworzenia takiej płyty namówiła Stinga wytwórnia. Albumy świąteczne okazały się bowiem strzałem w dziesiątkę i każdy muzyk w kryzysie twórczym dzięki takiemu projektowi może liczyć na pewny zarobek. Wydaje się jednak, że Brytyjczyk potraktował swoje zadanie domowe nieco inaczej niż wszyscy i zamiast znanych kolęd, sięgnął po dawne, tradycyjne utwory.

Płytę cechuje bardzo bogate instrumentarium. Podstawą większości utworów jest kontrabas (we wszystkich utworach gra na nim Ira Ccoleman, mimo, że Sting również potrafi na nim grać), perkusjonalia (Rhani Krija, Cyro Baptista) oraz instrumenty akustyczne. Przykład takiego grania występuje w singlowym Soul Cake. Gitara klasyczna, mandolina czy skrzypce, tworzą podstawę folkowego brzmienia, wspartego rytmicznym tamburynem. To jeden z najbardziej energicznych utworów na płycie. Warto jednak podkreślić, że nawet w przypadku przebojowych, dynamicznych kompozycji, nie ma tutaj typowego "stingowego" klimatu, znanego z wcześniejszych solowych płyt muzyka. Nawet nowa wersja The Hounds Of Winter, utworu oryginalnie wydanego na płycie "Mercury Falling" z 1996 roku, została opracowana w zupełnie innej konwencji, niż pierwowzór. Jest kameralna, akustyczna i pozbawiona przestrzeni, która cechowała wcześniejsze nagranie. Mimo, że Sting zaprosił do studia wielu nowych muzyków, grających na instrumentach, które nigdy wcześniej nie pojawiały się na jego nagraniach, w studiu pojawili się także jego stali współpracownicy. Oprócz wspomnianego Krijy, w wyżej wymienionym utworze na organach gra David Sancious, koncertujący i nagrywający ze Stingiem w latach 90. (chociaż jego partia na organach jest bardzo słabo wyeksponowana w mixie), a gitary obsługuje Dominic Miller. Co prawda, na co dzień gra na elektrycznym Stratocastrze, ale odnalazł się w tym projekcie bardzo dobrze. Ma charakterystyczne brzmienie gitary klasycznej, a jego akustyczne płyty solowe bardzo przypominają "If On A Winter's Night...". Sting często wraca na albumie do przeszłości – kolejnym przykładem może być Gabriel's Message, tradycyjna kompozycja, którą nagrał już w latach 80. jako b-side. Nowa, bardzo udana wersja wersja baskiskiej pieśni jest jazzowa, oparta na chóralnym śpiewie artysty i dwóch harmonijnych, pełnych melancholii partiach trąbki Ibrahima Maaloufa. Ponownie nagranym utworem jest też Lullaby For An Anxious Child, ballada stworzona we współpracy z Millerem i po raz pierwszy nagrana w 1996 roku. W nowej wersji słyszymy skrzypce, akordeon czy harfę i dzięki nim kompozycja zyskała blasku. Jasnym punktem albumu jest też Christmas At Sea, wiersz Roberta Louisa Stevensona, do którego Sting skomponował muzykę. Jest on oparty na przestrzennym brzmieniu harfy i gitarach. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj Mary Macmaster, która gra na tym pierwszym instrumencie oraz śpiewa w gaelickim dialekcie języka szkockiego w refrenach. Utwór ma celtycki klimat i chyba najlepiej spośród kompozycji na płycie oddaje zimowy nastrój. Nurtuje Balulalow, oparty na dwóch, powtarzających się dźwiękach gitary akustycznej i przenikliwemu, narastającemu brzmieniu chóru. Całość delikatnie wspiera orkiestra symfoniczna, która pojawia się zaledwie kilkukrotnie na płycie. Nieco nietypowo brzmi tutaj wokal Stinga, śpiewa bowiem bardzo nisko. Gardłowy głos, jak gdyby wychodzący z przepony, słychać także m.in. w Hurdy-Gurdy Man czy Cold Song. W połączeniu z minimalistycznymi podkładami taka technika śpiewu może naprawdę nużyć słuchacza. Bardzo dobrze uzupełnia się natomiast z orkiestrą symfoniczną, jak w You Only Cross My Mind In Winter. W utworze na lutni gościnnie zagrał Edin Karamazov (z nim Sting stworzył wcześniejszy album z muzyką średniowieczną). Trzeba przyznać, że kilka utworów na płycie, szczególnie tych oszczędniej zaaranżowanych, to zapełniacze. Nie ma w nich nic odkrywczego. Fani popowego Stinga mogą być więc nieco zawiedzeni. Ciekawą propozycją może być dla nich Burning Babe, który opiera się na zwartej linii melodycznej i bardzo wyraźnej, niemal rockowej partii perkusji (której brakuje w większej ilości na albumie). Sting śpiewa tutaj w harmonii. Kompozycję w nietypowym rytmie 5/8, uzupełnia lekka partia trąbki Chrisa Botti. Szkoda, że większa ilość materiału na płycie nie przybrała podobnego kształtu...

If on a Winter’s Night..., w porównaniu do innych, świątecznych płyt wypada bardzo dobrze. Jest nietuzinkowa, kompozycje są pomysłowo zaaranżowane. Sting dostał temat narzucony odgórnie przez wytwórnię, ale mimo tego nie poszedł na łatwiznę. Odnalazł naprawdę interesujące, nieznane kompozycje, które po opracowaniu przez niego, nie mają komercyjnyego wyrazu. W obliczu kryzysu twórczego, do którego sam się przyznawał, nie mógł chyba stworzyć niczego ciekawszego.

WERDYKT: ★★★★★ – przeciętna płyta

Sting – 57th & 9th (2016) [Recenzja]


Po kilkunastu latach zabaw z jazzem, folkiem i muzyką akustyczną, Sting, słynący przede wszystkim z nagrań rockowych, wraca do bardziej komercyjnego nurtu. Tytuł  "57th & 9th" muzyk zaczęrpnął z jednego z nowojorskich skrzyżowań, które przemierzał codziennie w drodze do studia. Jak zapowiadał, to tętniące życiem miasto spowodowało, że powrócił do mocniejszych brzmień. Powrót do przeszłości nie powinien jednak oznaczać płyty z autoplagiatami.

Już pierwszy singiel, I Can't Stop Thinking About You, może zyskać tytuł utworu "wtórnego". Komentarze, jakoby Sting powrócił do klimatów jego pierwszego zespołu, The Police, są jak najbardziej trafne. Utwór zbudowany jest na tych samych akordach co "Truth Kills Everybody", z debiutanckiej płyty tria. Jedyną zmianą jest nowy, dodany motyw gitarowy. Kolejny singiel, 50 000, to nic innego, jak Invisible Sun z płyty "Ghost In The Machine" z 1981 roku. Nagrania różnią się jedynie tonacją i linią melodyczną. Nowy utwór nie zawiera także syntezatorów i opiera się wyłącznie na brzmieniu gitar. Kolejną kotrowersyjną kompozycją jest najdłuższy na płycie, blisko pięciominutowy Inshallah. Istotą brzmienia jest technika gry na gitarze zwana tappingiem. Partie Dominica Millera oraz struktura utworu jest bardzo podobna do "Never Coming Home" z solowego wydawnictwa "Sacred Love". Jest to jeden ze spokojniejszych utworów na płycie, opiera się na brzmieniu syntezatorów i delikatnych uderzeniach perkusji. Powiewu świeżości dodaje Down, Down, Down, który przywołuje klimat płyty "Ten Summoner's Tales". Tutaj nie ma jednak mowy o żadnym naśladownictwie, a jedynie o delikatnych nawiązaniach do starszych nagrań. Warto podkreślić, że cały album ma surowe brzmienie i brakuje na nim ozdobników oraz wirtuozerstwa. To prosto zagrany zestaw krótkich, zazwyczaj lekko ponad trzyminutowych kompozycji. Taka filozofia sprawdza się m.in. w One Fine Day, poruszającej balladzie, bazującej na mocnych gitarach i uroczym brzmieniu pianina. Ciekawy jest też tekst, mówiący o globalnym ociepleniu, pokazujący różne spojrzenia na problem i wołający o zaangażowanie polityków. Mocnym akcentem płyty jest też jazzujący Pretty Young Soldier, który bazuje na rytmie 3/4 i dużo w nim rytmicznych zabaw Josha Freese'a na perkusji. Akcenty "na dwa" sprawiają, że utwór jest bardzo rozbujany i delikatny. Elementy jazzu i ambitniejszych struktur znajdziemy też w If You Can't Love Me. Kompozycja opiera się na nietypowym rytmie 7/8, w którym bazą jest ponura partia gitary Millera. Wyróżnia się też brakiem wyraźnego refrenu, co dodaje jej niekomercyjnego charakteru. Utwór może kojarzyć się z najlepszymi nagraniami Stinga, a klimat rodem z sesji z lat 90. tworzy oszczędna partia fortepianu Roba Matchesa. Są tu także organy Hammonda obsługiwane przez producenta płyty, Martina Kirszenbauma. To dzięki instrumentom klawiszowym utwór nabiera głębi, której brakuje w większości materiału z płyty. Niezrozumiała wydaje się być absencja pianisty Davida Sanciousa, który koncertował ze Stingiem przez ostatnie sześć lat. Jedynym utworem na płycie, w którym sprawdza się czysto gitarowe brzmienie, jest Petrol Head. Opiera się na mocnym riffie Millera oraz brudnych, często atonalnych brzmieniach Lyle'a Workmana stworzonych przy użyciu efektu Whammy. Muzyka idealnie łączy się tutaj z tekstem, który mówi o maniaku szybkich prędkości i seksu. Na przeciwnej półkuli znajdują się dwie krótkie kompozycje bazujące wyłącznie na gitarze akustycznej. Zarówno Heading South On The Great North Road, jak i Empty Chair to spokojne uzupełnienia albumu, które powodują, że może on być odbierany jako bardziej kameralny.

Płyta "57th & 9th" była tworzona i nagrywana zaledwie kilka tygodni. Ciężko w tak krótkim czasie porządnie zaplanować swoją pracę i pokusić się o ambitniejsze kompozycje. Nie znaleziono także czasu na rozbudowanie aranżacji i napisanie partii solowych. Mając w studiu Millera, znając wybitnych skrzypków czy saksofonistów, grzechem jest niewykorzystanie posiadanego potencjału. Płyta jest przystankiem na dobrej drodze Stinga do powrotu do pełni kompozytorskiej formy. Należy przyznać, że ma swój klimat i można na niej znaleźć prawdziwe perełki. Mocną stroną pozycji są też teksty, które mieszają tematykę miłosną z polityką. Duży minus za pójście na łatwiznę i opakowanie trzech istniejących wcześniej utworów pod nowymi nazwami i z dodatkiem nowych tekstów. 

WERDYKT: ★★★★★★ - album z przebłyskami

Sting – The Last Ship (2013) [Recenzja]


Dziesięć lat trwała niemoc artystyczna Stinga, brytyjskiego basisty i kompozytora. Co prawda, w ciągu poprzedniej dekady muzyk znany z The Police nagrał trzy albumy, jednak były to wydawnictwa zawierające kolejno: muzykę średniowieczną, kolędy i autorskie kompozycje w wersji symfonicznej. Po serii płyt „eksperymentalnych” Sting przełamał się i stworzył The Last Ship – album z nowym, zadziwiającym materiałem autorskim. 

Należy podkreślić, że jest to pierwszy concept album w dorobku artysty - wszystkie utwory tworzą spójną historię o stoczniowcach z Newcastle, rodzinnej miejscowości Stinga. Impulsem do stworzenia tej swoistej opowieści było zamknięcie stoczni, obok której dorastał muzyk. Jak sam przyznaje w wywiadach, rozpoczynając pracę nad tekstami, odkrył antidotum na swoje twórcze niepowodzenia – po raz pierwszy pisząc o losach stworzonych bohaterów, a nie o sobie. The Last Ship zadziwia także brzmieniem. Po latach mieszania popu i rocka Sting postawił na brzmienie akustyczne, niekiedy bardzo jazzujące. Istotą albumu są minimalistyczne aranżacje, przeważnie na gitarę klasyczną i fortepian. Tak jest w przypadku tytułowych dwóch części The Last Ship, wspieranych dodatkowo męskim chórem, akordeonem i orkiestrą symfoniczną. Utwory tworzą kompozycję klamrową albumu, otwierają i zamykają go, przy czym różnią się tekstem i partiami poszczególnych instrumentów. Te, jak i wiele innych kompozycji na płycie, zostało napisanych w walczykowym rytmie 3/4, idealnie pasującym do wykorzystanego instrumentarium. Warto także zwrócić uwagę na znikomą ilość perkusjonaliów (nie mówiąc już o mocnym brzmieniu perkusji), zazwyczaj zdefiniowanej w brzmieniu talerzy. Tak jest w singlowym, ale kameralnym Practical Arrangement czy ponurym, opartym na fortepianowej sekwencji I Love Her But She Loves Someone Else. Wyróżnia się kolejny singiel, And Yet, utwór o wyraźnie zarysowanym rytmie i ciepłych partiach gitary Dominica Millera, który może kojarzyć się z płytami Stnga z końca lat 80. Na płycie występuje też kilka akcentów folkowych, które słychać przede wszystkim w What Have We Got?, opartym na riffie zagranym na skrzypcach. Trzeba jednak przyznać, że muzyka szantowa w wykonaniu Gordona Sumnera nie należy do marzeń fanów. Dziwi też fakt, że oprócz Millera i skrzypka Petera Tickella, Sting nie zaprosił do studia żadnego z pozostałych muzyków towarzyszących mu w tym czasie na trasie koncertowej. Najwyraźniej uznał, że chce odciąć się od dotychczasowej twórczości.

The Last Ship nie jest złym albumem, jednak w obliczu oczekiwania na prawdziwie rockowy materiał, zawiódł oczekiwania części fanów. Brzmienie krążka jest bardzo spójne i nie brakuje na nim mocnych fragmentów. Idealna muzyka na długie, jesienne wieczory.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta