Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ★★★★★★. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ★★★★★★. Pokaż wszystkie posty

Coldplay – Music Of The Spheres (2021) [Recenzja]


Brytyjska formacja Coldplay nie każe długo czekać na kolejne, premierowe wydawnictwa. Zaledwie dwa lata temu zespół zaprezentował eksperymentalny i niezwykle udany koncept album Everyday Life. Złożony i niezbyt przebojowy projekt został przede wszystkim doceniony przez najzagorzalszych fanów zespołu. Można więc było się domyślać, że Music Of The Spheres będzie naturalnym następcą przebojowego A Head Full Of Dreams, który nie tylko przypomni o Coldplay na listach przebojów, ale będzie również pretekstem do wyruszenia w światową trasę koncertową. Zapowiedzi nowego albumu, a szczególnie jego instrumentalne fragmenty, były bardzo obiecujące. Jak wypadł całokształt?

Zespół przyzwyczaił nas do krótkich, przestrzennych pejzaży. Nie inaczej było w tym przypadku – tym bardziej że mamy do czynienia z albumem "kosmicznym", nawiązującym zarówno w warstwie graficznej, jak i tekstowej do wszechświata. Tytułowe Music Of The Spheres I to wdzięczne intro do singlowego Higher Power. Przebojową propozycję zespołu otwiera charakterystyczny, syntezatorowy motyw. Utwór cechuje dynamiczne brzmienie, słuchać tu inspiracje z lat 80. Szczególnie mogą kojarzyć się z nimi arpeggia na grane pianinie elektrycznym. Całość smacznie uzupełnia ciepłe brzmienie pianina Fender Rhodes, dynamiczny bas i chórek. Oczywiście, to utwór z typowo radiowym przeznaczeniem, wypada jednak naprawdę dobrze i udanie zapowiada krążek. Humankind rozpoczyna się od rytmicznych syntezatorów i przetworzonego głosu (wymieniającego nazwy planet, gwiazd?). Ponownie, trzonem kompozycji jest udany, podnoszący na duchu riff – pojawia się zarówno w intro, zwrotkach, jak i refrenach. Brzmienie uzupełnia gitara elektryczna i chórki perkusisty, Willa Championa. Chwytliwy refren z charakterystycznym śpiewem Chrisa Martina może wpadać w ucho. Wraz z odsłuchem kolejnych kawałków okazuje się, że to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Piosenka płynnie przechodzi w instrumentalny Alien Choir. To krótki, niespełna minutowy przerywnik oparty na elektronicznych brzmieniach bez momentu kulminacyjnego – ot, kosmiczny pejzaż dźwiękowy. 

Let Somebody Go to spokojna, popowa ballada, której trzonem jest powtarzany motyw grany na pianinie Rhodes. Piosenka traktuje o utracie miłości – nie mogło zabraknąć więc wyświechtanych fraz w stylu "love you to the moon and back", które biorąc pod uwagę tematykę albumu, nabierają podwójnego znaczenia. Wokal Martina uzupełnia Selena Gomez. Duet co do zasady udany, ale bardzo przewidywalny. Ciekawie robi się w Human Heart, opartym wyłącznie na wokalach. W smacznie zaaranżowanym chórze, do Martina dołącza wszechstronnie uzdolniony Jacob Collier (który dołożył swoje wokale również na poprzednim krążku grupy) oraz duet We Are King – siostry Paris and Amber Strother. Przytulny, ciepły utwór, który jest udanym przerywnikiem pomiędzy mocniejszymi brzmieniami. People Of The Pride rozpoczyna się potężnymi dźwiękami orkiestry ze smykami i instrumentami dętymi. Ich nieco plastikowe brzmienie i rozpiska wykonywanych partii w książeczce płyty sugeruje, że nie są to realne instrumenty, a wtyczka vst. Sam utwór jest zdecydowanie najbardziej rockowy spośród całego zestawu. Co ciekawe, prosty, bluesowy motyw został zaczerpnięty z utworu "Black and Gold" Sama Sparro. To utwór, który długo czekał na swoją szansę – twórcy przyznali, że kompozycja powstała w erze sesji do albumu Viva La Vida. Interesująco robi się w Biutyful. Spokojna, popowa ballada oparta jest na elektronicznym beacie i gitarze akustycznej. Nieznany wokal został podwyższony o kilka oktaw, tworząc uroczy efekt, podobny do tego z kawałka "Death Bed (Coffee For Your Head)" Powfu. Dopiero w drugiej zwrotce dołącza wokal Martina bez modulacji, tworząc intrygujący duet. 30-sekundowa mgła dźwiękowa Music Of The Spheres II, w której słyszymy tłum fanów nagrany w trakcie koncertu, to tak naprawdę intro do singlowego My Universe. Wyrazisty rytm, charakterystyczny refren, parę syntezatorów i gitar Jonny'ego Bucklanda. Muzycy zaprosili do wykonania utworu BTS, koreański boysband, który bije ostatnio rekordy popularności wśród fanów K-popu i nie tylko. Ich popularność przełożyła się na liczbę odtworzeń utworu w serwisach streamingowych. Utwór bije na głowę pozostałe propozycje z płyty tylko pod kątem marketingowym.

Kiedy wydaje się, że najgorsze już za nami, pojawia się Infinity Sign. Kompozycja rozpoczyna się rytmicznymi, tanecznymi wręcz syntezatorami, które mogą nieco kojarzyć się z intro do Humankind. Z tym że tu kompozycja przeradza się w rzecz typowo trance'ową. Główny motyw zbudowany jest na chóralnym śpiewie fanów, który na polskich stadionach funkcjonuje jako "ole ole ole nie damy się, nie damy się". W drugiej części utworu, po wejściu fortepianu, kompozycję uszlachetniają nieco chóralne partie Martina. Kompozycja prowadzi donikąd i może zostać odebrana jako kiczowata. Nagle pojawia się szereg niebanalnych dźwięków – to Coloratura. Przed nami dziesięciominutowy, najdłuższy utwór w historii zespołu. To kompozycja niespodziewanych zmian, ale najważniejsze zostało utrzymane od pierwszej do ostatniej minuty – to kosmiczny, zadumany klimat. Kameralne pianino przerywa nagle orkiestra, uzupełniająca przestrzeń nieoczywistymi akordami. Mistrzostwem jest główny motyw kompozycji, oparty na dwóch akordach – moje pierwsze skojarzenie to ścieżka dźwiękowa do filmu naukowego. Nagle mgła dźwiękowa wpada do próżni (a może czarnej dziury?). Wraca fortepian i Chris Martin: "Coloratura, We fell in through the clouds". Utwór ma progresywny charakter, bardzo dobrym pomysłem było zastosowanie rytmu perkusji rodem z klasycznego rocka z lat 70. Nie sposób opisać cały utwór krok po kroku. To swoista podróż, muzyka, która wzrusza, przejmuje i angażuje. Warto dodać o pomijanym często, cichym zakończeniu – delikatne, wysokie dźwięki fortepianu uwieńczają dzieło. Można odnieść wrażenie, że słyszymy migoczące gwiazdy. 

Szkoda tylko, że wspomnianą kosmiczną podróż można przeżyć wyłącznie w trakcie kilku fragmentów płyty. Tym bardziej że w założeniu panowie stworzyli koncept album. Zrozumiały jest fakt, że zespół potrzebuje nowych hitów, by zapełnić stadiony (choć postawię tezę, że starymi również wypełniłby największe obiekty). Z drugiej strony płyta, w której najważniejszą cechą jest klimat (spójna oprawa graficzna płyty i koncertów), odznacza się momentami jego brakiem. Kilka decyzji muzyków i producenta Maxa Martina wydaje się być zupełnie niezrozumiałych. Przede wszystkim – jaki jest cel tak wielu przerywników, które są tak krótkie, że nie sposób wejść w ich klimat? Coldplay już wielokrotnie udowadniał, że wie, jak budować odpowiedni nastrój. Przykładem może być krążek Ghost Stories. Tu czegoś wyraźnie zabrakło. Zapowiada się na to, że Music Of The Spheres to pierwszy rozdział większego projektu. Na wydaniach fizycznych płyty znajduje się bowiem w kilku miejscach niewielki podtytuł: Vol. 1 From Earth With Love. Oby kolejne longplaye były stworzone w bardziej przemyślany sposób i z większym naciskiem na treść muzyczną. Sama Coloratura nie uratuje całej płyty.

WERDYKT: ★ - płyta z przebłyskami 


Deep Purple – Whoosh! (2020) [Recenzja przedpremierowa]


Z taką częstotliwością nie nagrywali od lat 90., z takimi sukcesami artystycznymi  od lat 70. Na stare lata Deep Purple wróciło do formy. Po problemach zdrowotnych muzyków i długiej przerwie w studio, brytyjskie legendy rocka wydają już trzeci album w ciągu siedmiu lat. Whoosh! to kontynuacja dwóch poprzednich krążków, ale w zdecydowanie bardziej przebojowej formie. To zaleta czy wada?

Pisząc o płycie, nie sposób nie wspomnieć o jej poprzedniczkach  "Now What?!" oraz "InFinite". Obie płyty były nieoczekiwanym zwrotem akcji. Nowy producent, Bob Ezrin (znany m.in. ze współpracy z Kiss czy Pink Floyd), postawił sprawę jasno: panowie mają grać bez względu na długość utworów i ich przebojowość. Dzięki temu Deep Purple wróciło do grania z progresywnym, a momentami nawet psychodelicznym pazurem. 

Otwierający Throw My Bones zwiastuje odmienne podejście do tematu. To przebojowy, singlowy kawałek, który w żadnym przypadku nie przypomina nastrojowych, rozwijających się otwieraczy z dwóch poprzednich płyt. Tego brzmienia nie da się pomylić  bluesująca gitara, sączący się hammond i wyrazisty rytm. Całość wzbogaca symulacja smyków, grana przez Dona Aireya  najprawdopodobniej na jego Kurzweilu. Są wyraziste refreny, są solówki  obiecujący początek płyty. Drop The Weapon rozpoczyna się od gitarowo-organowej struktury. Powtarzający się, intrygujący motyw, szybki rytm i prosty refren  mamy do czynienia z kolejną propozycją na singiel. Ciekawym rozwiązaniem jest przejście w bridge'u z typowego rytmu 4/4 na 6/4. We're All In The Same Dark to kontynuacja klimatu poprzedniego utworu. Wysoki śpiew Iana Gillana uzupełniają chórki  również jego autorstwa. Trudno znaleźć tu jednak coś, co przyciągnie na dłużej naszą uwagę i da pretekst do ponownego przesłuchania. Jeśli musiałbym scharakteryzować ten utwór, to byłby "ten z bluesową gitarą Morse'a"  bo rzeczywiście gitarzysta gra tu na nieco słabiej przesterowanej gitarze. 

Nothing At All! Jeden z najciekawszych utworów na płycie, który bardzo wdzięcznie łączy przebojowość z kunsztem i techniką wykonawców. Chwytliwy i podniosły motyw, w którym Airey mistrzowsko uzupełnia się z Morsem, jest z pewnością inspirowany muzyką klasyczną. Sam Ian Gillan, który napisał tekst o niszczycielskim wpływie człowieka na przyrodę (matka natura jest opisana jako "old lady"), stwierdził, że to jego ulubiona kompozycja z nowej płyty. Po wyciszeniu słyszymy potężny akord hammonda Aireya. To przecież początek Perfect Strangers!  Nic z tego  to Need To Shout. To swoiste puszczenie oczka do słuchacza jest chyba najbardziej pomysłowym fragmentem całej kompozycji. Brakuje tu charakterystycznego motywu przewodniego czy oryginalnych solówek. Co prawda, Airey po raz pierwszy decyduje się tu na solowe pianino, ale brzmi wtórnie. Utwór spokojnie mógłby trafić na album pokroju "Bananas". Z pomocą nadchodzi Step By Step  tajemniczy i mroczny utwór w ujmującym rytmie 6/4. Ciekawie brzmi tu wokal Gillana, wspierany dodatkowo dogranymi harmoniami. Jeszcze jeden chórek "z klawisza" jest tu jednak absolutnie zbędny. Intrygują motywy, naastępujące po zwrotkach, intryguje również solówka Aireya na organach. Nie jest to jednak brzmienie klasycznego hammonda - wyróżnia się piskliwością i niedostrojeniem. What The What to zdecydowanie najsłabsza kompozycja, która trafiła na "Whoosh!". Fortepianowy blues może kojarzyć się z dokonaniami Gillana z jego pierwszym zespołem The Javelins. Odsyłam również do bonus tracka z "Now What!?" - It'll Be Me.
 
The Long Way Round to nieśmiały desant w kierunku bardziej rozbudowanego grania. Rytm narzuca tu żywiołowa gitara Morse'a, wspierana dodatkowo hammondowymi akcentami Aireya. Powtarzający się motyw gitarowy może kojarzyć się z The Mule. Ciekawym dodatkiem są tu pasaże instrumentalne  najpierw solówka na Moogu, a na koniec przestrzenne outro. Pianino z orkiestralnym layerem to już aireyowski klasyk. Do tego charakterystyczna, tłumiona gitara z dużą ilością delayu. Kiedy atmosfera gęstnieje, nagle wszystkie instrumenty rozstrajają się i stopniowo obniżają ton  efekt jest bardzo ciekawy i klaustrofobiczny. Mocny bas zwiastuje The Power Of The Moon. Takiego utworu purple jeszcze nie popełniły. Przenikliwy motyw na fortepianie i bliżej niezidentyfikowanych klawiszach, powtarza się zapętlony w trakcie zwrotek. Wokal Gillana udanie moduluje phraser. Z tajemniczymi zwrotkami kontrastuje mocny i prosty refren. Nie brakuje również solówek  kolejno Morse'a i Aireya. Warto dodać, że w kompozycji wyjątkowo mocno wybija się bas Rogera Glovera, który wielkim technikiem nie jest, solówek nie gra, ale szarpie struny ze szwajcarską precyzją. Czas na instrumentalny jam  Remission Possible. Hammond jest przesterowany, niczym ten Lorda, na pierwszych płytach kwintetu. Gitarowy, spieszny motyw jest bardzo luźnym nawiązaniem do solówki z Child In Time. Pod koniec taktów uwagę zwraca na siebie Ian Paice z udanymi i wybijającymi się przejściami na bębnach. Mniej więcej w połowie tego półtoraminutowego utworu przychodzi ulga  organy jedynie sączą się gdzieś w tle, a uwagę słuchacza przyciąga gitara Morse'a, niemal żywcem wyciągnięta z Uncommon Man.
Instrumental płynnie przechodzi w Man Alive. To najbardziej złożony utwór na płycie. Brzmienia orkiestry, chórki Gillana, do tego delikatne uderzenia Paice'a z nałożonym tykaniem zegara. Spokojne momenty z recytacją wokalisty, poprzecinane są dynamicznymi i ostrymi zwrotkami z charakterystycznym riffem. To, jak na Purpli, bardzo elektryczny i skomplikowany brzmieniowo utwór. Mam wręcz wątpliwości, czy zespół da radę grać kawałek na żywo bez nakładek z playbacku  a przecież to singiel promujący płytę. Uwagę przyciąga tu także tekst – Gillan mówi i śpiewa o postapokaliptycznej wizji ziemi. "Matka natura lubi pustkę, więc Ziemia została wyczyszczona". Nagle morze wyrzuciło coś na brzeg  to jedyny, żywy człowiek. Warto dodać, że w klimatycznym outro z tykającym zegarem, pojawia się tytułowa fraza płyty  "Whoosh!". To onomatopeja, która według Gillana symbolizuje przemijanie ludzkiej populacji na Ziemi i podsumowuje karierę Deep Purple. Ciekawostką jest uzupełnienie w postaci instrumentalnego And The Adress. To remake pierwszego utworu z debiutanckiego krążka "Shades Of Deep Purple". Kompozycja nagrana 52 (!) lata temu przez skład Blackmore/Lord/Simper/Evans/Paice brzmi w 2020 roku bardziej dynamicznie i mocniej. Jedynym członkiem zespołu, który zagrał w obu wersjach, jest perkusista. Płytę zamyka dramatyzujące i momentami elektroniczne Dancing In My Sleep. Rytmiczną kompozycję dekorują dostojne smyki i wyjątkowo udany, chwytliwy motyw. Poza konkretnymi momentami można jednak odnieść wrażenie, że słyszeliśmy to już wcześniej.

"Whoosh!" to przedziwne połączenie charakterystycznego, rockowego grania z eksperymentami brzmieniowymi. Nie wszystkie nowe pomysły są udane, ale muzykom udało się jednak raz na jakiś czas zaskoczyć świeżym brzmieniem. To nierówny album. Część kompozycji aż prosi się o rozwinięcie i dopisanie do nich ciekawych, instrumentalnych pasaży. Z drugiej strony, niektóre utwory są z kolei mocno wtórne i pełnią rolę wypełniaczy. Jedno zespołowi udało się na pewno  zachować w nagraniach charakter występu na żywo. Utwory były bowiem w większości nagrywane na tzw. "setkę". 

WERDYKT: ★ - płyta z przebłyskami 

Nick Mason's Fictitious Sports (1981) [Recenzja]

Końcówka lat 70. była dla muzyków Pink Floyd czasem rozłamu. Każdy z czterech filarów zespołu rozpoczął pracę na boku – David Gilmour i Rick Wright nagrali solowe płyty, a Roger Waters przygotował dema pod The Wall i pierwowzór solowego The Pros And Cons Of Hitch Hiking. Co zrobił Nick Mason? Odpowiedź poniżej.

Perkusista zespołu nigdy nie miał zapędów kompozytorskich, co dla większości bębniarzy typowe. Największe dźwiękowe "kreacje" Masona to trudna w odbiorze kompozycja The Grand Vizier's Party z płyty Ummagumma, która bazuje na uderzaniu najróżniejszych przedmiotów. Zasługą Nicka jest również Speak To Me, intro do The Dark Side Of The Moon. Koniec. Tym bardziej dziwić może solowy krążek perkusisty – Fictitious Sports. Okazuje się jednak, że pod medialnym opakowaniem kryją się kompozycje Carli Bley, awangardowej i jazzowej pianistki ze Stanów Zjednoczonych. W praktyce Mason zagrał w utworach na perkusji i zaprosił do studia swoich dobrych znajomych. Już pierwszy utwór Can't Get My Motor To Start intryguje mnóstwem dźwięków. Rytm na werblu uzupełniają szeleszczące gitary i dziesiątki głosów – momentami tworzące chór. Do tego solówka na harmonijce i dęciaki. To całkowita ucieczka od stylu Pink Floyd. Bardzo udany, nieco chaotyczny utwór o kabaretowym zabarwieniu. I Was Wrong to ciąg dalszy jazzowych naleciałości – tym razem z dozą funku. Charakterystyczny riff uzupełniają dynamiczne zwrotki i wokal. Wszystkie piosenki śpiewa na albumie Robert Wyatt z Soft Machine, który występował również na płytach Davida Gilmoura. Wokalista słynie ze swojej pesymistycznej, nieco przytłumionej barwy głosu. W połączeniu z dynamiczną muzyką osiągnięto jednak bardzo ciekawy efekt. Coś, co rzuca się w uszy przy odsłuchu kolejnych utworów, to bardzo dobre brzmienie sekcji rytmicznej. Nie przejmuje całego miksu, ale gra mocno i dobitnie. Tak jest również w Siam, gdzie basista Steve Swallow gra dodatkowo kostką. Intrygujący utwór, który ponownie uzupełnia motyw dęciaków. Kontrastują z nim spokojne refreny. Na uwagę zasługuje solówka na saksofonie Gary'ego Windo, dodatkowo uzupełniana przez bliżej nieokreślone dźwięki atakujące słuchacza na szerokości całej panoramy stereo. Pod numerem czwartym kryje się prawdziwy diament – Hot River. Rozbudowana, mocna ballada z ciekawą sekwencją akordów i nieco dramatycznym tonem. Organy Hammonda i narracyjny fortepian mogą kojarzyć się z grą Ricka Wrighta na płytach pokroju Wish You Were Here. Wyatt śpiewa tu w duecie z Karen Kraft – przełamuje ona dramatyzm głosu Wyatta aranżacją wokalu w stylu piosenki autorskiej. Prawdziwą ozdobą nie tylko tego utworu, ale i całej płyty są rozciągnięte solówki gitarowe Chrisa Speddinga. Niespieszne, trochę w stylu Gilmoura. Uważniejsze ucho zauważy, że w trakcie tej najdłuższej, zamykającej utwór, oprócz wokalizy Kraft, słyszymy również odgłosy tonięcia. Na najwyższą notę zasługuje tu także Mason, któremu zawsze służyły niespieszne rytmy – dzięki nim ma bowiem mnóstwo przestrzeni na improwizowane przejścia na bębnach. Boo To You Too to takie swoiste połączenie Shakin' Stevensa z piosenką kabaretową. Dużo dęciaków, przekolorowane chórki i nieoczekiwane zmiany tempa. Do tego gitarowa solówka i klimat rhythm and bluesa. Przedziwna kombinacja. Do Ya? to całkowita zmiana klimatu. Kompozycja rozpoczyna się od lamentu dęciaków. Powolne tempo łączy się z melancholijnym fortepianem. Wyatt brzmi tu zupełnie jak na swoich solowych, niezwykle ciężkostrawnych albumach. Utwór ma jednak swoje walory, intryguje i potrafi wprowadzić słuchacza w określony klimat. Wervin' to powrót do dynamicznego grania z szalonymi dęciakami i mocną grą sekcji rytmicznej. Ciekawym rozwiązaniem jest trzynutowy, nerwowy motyw fortepianu, brzmiący niemalże jak sekwencer. Ozdobą jest jazzowe solo saksofonu z eksperymentalnymi dźwiękami syntezatora w tle. Album zamyka I'm A Mineralist. Przedziwny, progresywny utwór, który mógłby trafić do jednej szufladki z Hot River. Powolne tempo wyznacza gitara i fortepian. Marzycielski klimat uzupełniają dźwięki dzwonków. Markotny wokal Wyatta uzupełnia dramatyczna trąbka. Nagle pojawia się motyw chóru, wspomagany przez organy. Cmentarny klimat ciągnie się niemalże w nieskończoność – jedyną zmianą są inne akcenty chóru. Męczącą podróż przerywa cisza. Powrót do pierwotnego klimatu. Nagle kolejna zmiana – dynamiczne wejście gitarowego riffu, solówki na puzonie i energicznej perkusji. Co się dzieje? Też chciałbym odpowiedzieć na to pytanie. I'm A Mineralist będzie jeszcze dwukrotnie zmieniał swój klimat, kończąc na powtarzanej "pogrzebowej" konsekwencji. Utwór, który bardzo dobrze podsumowuje złożoność tej płyty – żeby nie powiedzieć "jej chaotyczność".

Nicka Masona w Nicku Masonie nieco mało, co jest często wyznacznikiem recenzji tej płyty. Należy patrzeć na nią jak na projekt sygnowany nazwiskiem perkusisty Pink Floyd. Muzyk miał niemały udział w produkcji krążka, choć jeśli chodzi o zawartość muzyczną i tekstową – to album Carli Bley. Należy przyznać, że płyta się broni. Mimo zmian stylistycznych ma spójne brzmienie instrumentów i swój charakter. Zdarzają się na niej perełki, nie brakuje jednak utworów, wobec których przechodzi się obojętnie. Mocne strony – świetna sekcja rytmiczna i pomysłowość realizacji. Słabe – chaotyczność i zbyt dużo zmian nastroju.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przebłyskami

Arek Jakubik – Szatan Na Kabatach (2018) [Recenzja]

Zdecydowana większość kojarzy Arkadiusza Jakubika z wielkiego ekranu. Niektórzy wiedzą również, że wspólnie z kilkoma muzykami tworzy formację Dr. Misio, w której jest wokalistą i całkiem niezłym performerem. Dwudziestego kwietnia otworzył nowy etap swojej kariery, wydając pierwszą solową płytę – „Szatan Na Kabatach”.
Jakubik zamienił rock na oldchoolowe brzmienia syntezatorów oraz szybkie, niepokojące rytmy. Główny bohater płyty zapowiadał, że album będzie bardzo eklektyczny i nie do końca można się z tym zgodzić. Artysta stworzył spójny, niepokojący zestaw, przepełniony elektroniką i wzbogacony niebanalnymi efektami dźwiękowymi. Sporo tu brzmieniowych nawiązań do lat 90. (Cudowne Pogaństwo), przestrzennej muzyki Tycho (Szatan na Kabatach) oraz brytyjskiego popu ostatnich lat (Atomowy Skuter). Nerwowe rytmy, elektroniczne pulsy oraz ostre syntezatory przypominające brzmieniem Kraftwerk czy Bauhaus przełamywane są przez marzycielskie partie gitar. Mocnym fragmentem płyty jest singlowy Dziś W Internecie, w którym Jakubik recytuje tytuły portali internetowych i w osobliwy, trafiający w sedno sposób prezentuje kondycję współczesnego społeczeństwa. Artysta, który jeszcze w Dr. Misio przepadał za prezentowaniem swoich poglądów, przemyca do swoich solowych kompozycji dużo wątków politycznych i socjologicznych. Szczególnie zwraca uwagę na mechanizmy, które rządzą mieszkańcami dużych miast. Tytułowy Szatan Na Kabatach to portret przeciętnego obywatela, który popada w marazm, mieszkając w dużym mieście. W Psach prowokuje powtarzane stwierdzenie „A wszystkie drzewa wyciąć trzeba, bo przysłaniają sanktuarium”, które można skojarzyć ze skandalizującym singlem Pismo, nagranym wspólnie z Dr. Misio. Teksty piosenek są przesiąknięte aurą tajemnicy i dwuznaczności. Jakubik lubuje się w powtórzeniach i grach słownych. Jego sposób śpiewu i melorecytacji może kojarzyć się z nagraniami Marcina Świetlickiego. Nic dziwnego – frontman Świetlików jest współtwórcą tesktów na albumie.

„Szatan Na Kabatach” to płyta, w której dominuje pesymizm i ironia. Nastroje, które, jak przekonuje sam autor, wiernie odzwierciedlają jego osobę, potrafią emanować i zarażać słuchaczy. Mimo dynamicznych rytmów płyta nie jest łatwa w odbiorze. Potrafi za to przejąć, zmusić do refleksji i wywoływać u odbiorców zamierzone emocje.

★★★★★★ – płyta z przebłyskami

Coldplay – Kaleidoscope EP (2017) [Recenzja]

Na to niewielkie wydawnictwo trzeba było czekać wyjątkowo długo. Informacje o nowej epce Coldplay pojawiły się już bowiem na pół roku przed jej premierą. Zespół opisał płytkę jako zbiór outtake'ów z A Head Full Of Dreams, wyjątkowo komercyjnego albumu w dorobku Brytyjczyków. Dlaczego ukazały się one dopiero teraz? Odpowiedź wydaje się zaskakująco prosta. Trzeba również dodać, że na Kaleidoscope znalazły się także remiksy wcześniej publikowanych utworów.

Najmocniejszym punktem albumu jest All I Can Think About Is You. To urzekająca kompozycja, podzielona na dwie części. Pierwsza, nadzwyczaj przestrzenna, to delikatne granie z dużą ilością pogłosów, swingującym basem oraz lekko przytłumionym wokalem Chrisa Martina. Urzeka delikatna perkusja i marzycielskie wtrącenia gitary elektrycznej oraz fortepianu. Nagle, w połowie utworu, kompozycję przejmują klawisze. Poprzez dodawanie kolejnych instrumentów, muzycy budują przejmujące napięcie, które uwalnia się wraz z mocniejszymi uderzeniami perkusji. Całość ozdabia końcowe solo Jonny'ego Bucklanda na gitarze elektrycznej. Nie chce się wierzyć, że całość trwa zaledwie cztery i pół minuty. Kontynuując przegląd outtake'ów, warto rzucić okiem na A L I E N S, którego charakter był tak bardzo nieobecny na ostatniej płycie zespołu. Kompozycja zbudowana jest na nieregularnym rytmie 5/4, prowadzonym przez elektroniczną perkusję Willa Championa. W muzyce wyraźnie wyczuwalny jest duch eksperymentu. Sporo tu pogłosów, przeszywających syntezatorów, a na pierwszy plan wysuwa się delikatna gitara akustyczna. Tekst jest komentarzem dotyczącym kryzysu migracyjnego, a podmiot liryczny wczuwa się w odczucia uchodźców przybywających do Europy. Urzekają robotycznie śpiewane wstawki Martina, a utwór wieńczy orkiestra symfoniczna. Warto dodać, że w tworzeniu utworu brał udział Brian Eno, znany z ambientowego i eksperymentalnego grania, m.in. z Davidem Bowie. Zagrał na gitarze i jest współproducentem kompozycji. Hypnotised utrzymuje klimat poprzedników. Opiera się na dynamicznej grze fortepianu oraz instrumentów klawiszowych żywcem wyjętych z lat 80. Z czasem do głosu dochodzi również Buckland, Champion oraz basista, Guy Berryman. Dużo tutaj smacznej, stonowanej elektroniki, która buduje hipnotyzujący nastrój. Sporo tu także miejsca na instrumentalne partie. Łącznie ponad sześć minut grania. Teraz ta gorsza część płytki, czyli remiksy. Miracles (Someone Special) to nowa wersja utworu nagranego w 2014 roku do filmu Unbroken (Niezłomny). Oryginalna kompozycja była przeciętnym, radiowym kawałkiem, którego jedyną mocną stroną był motywujący tekst dobrze łączący się z fabułą filmu. Remiks nie zniszczył doszczętnie oryginału. Dodano mocniejsze partie sampli oraz zwrotkę rapera Big Seana, która jest tutaj tak potrzebna, jak kurs pentatoniki Ericowi Claptonowi. Something Just Like This (Tokyo Remix) to nagranie koncertowe ze stolicy Japonii. Utwór, stworzony wraz z The Chainsmokers okazał się hitem internetu. Wersja studyjna ukazała się na płycie tego drugiego zespołu, przez co jedynym wyjściem na przemycenie utworu przez Coldplay do swojej dyskografii, było opublikowanie wersji na żywo. Różnice między oboma wykonaniami są naprawdę niewielkie. Sama kompozycja jest przeciętnym radiowym produktem z wyraźnym refrenem, ale stworzona bez ciekawszych pomysłów.

Odczucia towarzyszące Kaleidoscope EP są mieszane. Zupełnie jak zawarte na niej utwory. Trzy outtake'i to przejmujące i pomysłowe granie, pełne nawiązań do wczesnej twórczości zespołu. Nawiązując do pytania ze wstępu, nie weszły one na płytę studyjną ze względu na mniej komercyjny wyraz, który kłóciłby się przykładowo z duetem Martina z Beyonce. Remiks i nagranie live to czysta komercja bez większej wartości artystycznej i czegoś, co bardziej zapadłoby w pamięć. Bez nich epka byłaby oceniona zdecydowanie lepiej. 

WERDYKT:  – płyta z przebłyskami

Depeche Mode – Spirit (2017) [Recenzja]

Po czteroletniej przerwie, z nową studyjną płytą powrócił Depeche Mode. Jeden z najważniejszych zespołów elektronicznych w historii stworzył „Spirit”, który jest reakcją na zmieniającą się rzeczywistość.

Album rozpoczyna się bardzo obiecująco. Od pierwszych sekund ujmuje blisko sześciominutowy Going Backwards, który został bardzo bogato zaaranżowany. Kompozycja ma progresywny charakter, zmienia kilkakrotnie swój klimat i moc. Spora dawka industrialnego grania, w którym znalazło się miejsce zarówno na fortepian, jak i monumentalne syntezatory. Singlowy Where’s The Revolution to przede wszystkim bardzo udany, frapujący refren. „Gdzie ta rewolucja? Działajcie ludzie!” śpiewa Gahan i nie tylko w tym kawałku podejmuje tematykę polityczną. Utwór ma komercyjny charakter, a główny motyw klawiszowy łatwo zapada w pamięć. Warto też zauważyć, że podstawą kompozycji jest rytm 3/4. Lżejszą propozycją jest The Worst Crime. Na pierwszy plan wybija się tu gitara elektryczna, gra na niej Martin Gore. Delikatny, balladowy klimat nadaje tutaj partia Mellotronu i przestrzenne, gustowne syntezatory. Brytyjczycy kapitalnie bawią się ciszą i operują nastojem. Scum to powrót do brzmień industrialnych, oparty jest bowiem na miksie dynamicznych sampli. Wokal Dave’a Gahana został mocno przesterowany, jest szorstki i ciężki w odbiorze, jednak idealnie uzupełnia się z instrumentami klawiszowymi. Po czterech pierwszych utworach płyta zmienia charakter. Kolejne utwory nie prezentują też tak wysokiego poziomu, jak powyższe. You Move, bardzo wiernie odtwarzający brzmienie lat 80., byłby dobrą ilustracją filmu akcji. Jest mroczny i drapieżny, ale zarazem bardzo przewidywalny. Podobnego klimatu możemy uświadczyć w Eternal, krótkiej, dwuminutowej kompozycji, którą tworzą smętne syntezatory. Atmosfera utworu gęstnieje, przeciąganie fraz Gore’a męczy z kolejnymi wersami coraz bardziej, a finałem jest swoista eksplozja, uderzenie kilku instrumentów klawiszowych jednocześnie. Przebłyskiem wydaje się być Cover Me, w którym został odpowiednio zbudowany klimat i kompozycja w ciągu pięciu minut nabiera mocy. Dodatkowo całość została ubarwiona pięknymi, przestrzennymi dźwiękami gitary hawajskiej. Zagrał na niej producent, James Ford. Ciekawym rozwiązaniem jest pojawienie się sekwencerowego motywu w drugiej części utworu, dzięki któremu całość nabiera dynamizmu. Podobnie skonstruowany został Fail, rozpoczynający się od lekkiego rytmu i gęstych syntezatorów, a kończący na typowo rockowym graniu, tak rzadko pojawiającym się na płycie. Gahan śpiewa natomiast o rodzaju ludzkim, chylącym się ku upadkowi. Motyw widma przełomu, rewolucji, pojawia się na albumie bardzo często. Końcówka płyty stoi pod znakiem krótkich, singlowych utworów, w których nie dzieje się nic wielkiego i przyciągającego uwagę. Charakterystyczne refreny Poison Heart, No More (This Is The Last Time) czy So Much Love mają radiowy potencjał, ale muzyka we wszystkich trzech przypadkach jest co najwyżej przeciętna i niczym się nie wyróżnia. Nieco ciekawszą propozycją jest bardziej rockowy Poorman. Nie ma tu jednak mowy o gitarowych solówkach czy riffach, partie rytmiczne jedynie mocniej wybijają się tu z miksu. Zaciekawia tekst, w którym skontrastowano portret bezdomnego i wielkich korporacji.

„Spirit” to płyta o dwóch obliczach. Mimo że zawarty na niej materiał jest spójny, to utwory o dużym potencjale i ciekawej aranżacji mieszają się z kompozycjami, o których można zapomnieć już po pierwszym przesłuchaniu. „Depesze” będą zadowoleni, bo na krążku jest dużo charakterystycznego stylu ich ulubieńców. Pozostali mają prawo ponarzekać, chociażby na zbyt często modulowane, szorstkie wokale, które psują odbiór bardzo dobrych tekstów. Na „Spirit” brakuje też jednego, kluczowego czynnika w muzyce – polotu.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przebłyskami

Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK 

Sting – 57th & 9th (2016) [Recenzja]


Po kilkunastu latach zabaw z jazzem, folkiem i muzyką akustyczną, Sting, słynący przede wszystkim z nagrań rockowych, wraca do bardziej komercyjnego nurtu. Tytuł  "57th & 9th" muzyk zaczęrpnął z jednego z nowojorskich skrzyżowań, które przemierzał codziennie w drodze do studia. Jak zapowiadał, to tętniące życiem miasto spowodowało, że powrócił do mocniejszych brzmień. Powrót do przeszłości nie powinien jednak oznaczać płyty z autoplagiatami.

Już pierwszy singiel, I Can't Stop Thinking About You, może zyskać tytuł utworu "wtórnego". Komentarze, jakoby Sting powrócił do klimatów jego pierwszego zespołu, The Police, są jak najbardziej trafne. Utwór zbudowany jest na tych samych akordach co "Truth Kills Everybody", z debiutanckiej płyty tria. Jedyną zmianą jest nowy, dodany motyw gitarowy. Kolejny singiel, 50 000, to nic innego, jak Invisible Sun z płyty "Ghost In The Machine" z 1981 roku. Nagrania różnią się jedynie tonacją i linią melodyczną. Nowy utwór nie zawiera także syntezatorów i opiera się wyłącznie na brzmieniu gitar. Kolejną kotrowersyjną kompozycją jest najdłuższy na płycie, blisko pięciominutowy Inshallah. Istotą brzmienia jest technika gry na gitarze zwana tappingiem. Partie Dominica Millera oraz struktura utworu jest bardzo podobna do "Never Coming Home" z solowego wydawnictwa "Sacred Love". Jest to jeden ze spokojniejszych utworów na płycie, opiera się na brzmieniu syntezatorów i delikatnych uderzeniach perkusji. Powiewu świeżości dodaje Down, Down, Down, który przywołuje klimat płyty "Ten Summoner's Tales". Tutaj nie ma jednak mowy o żadnym naśladownictwie, a jedynie o delikatnych nawiązaniach do starszych nagrań. Warto podkreślić, że cały album ma surowe brzmienie i brakuje na nim ozdobników oraz wirtuozerstwa. To prosto zagrany zestaw krótkich, zazwyczaj lekko ponad trzyminutowych kompozycji. Taka filozofia sprawdza się m.in. w One Fine Day, poruszającej balladzie, bazującej na mocnych gitarach i uroczym brzmieniu pianina. Ciekawy jest też tekst, mówiący o globalnym ociepleniu, pokazujący różne spojrzenia na problem i wołający o zaangażowanie polityków. Mocnym akcentem płyty jest też jazzujący Pretty Young Soldier, który bazuje na rytmie 3/4 i dużo w nim rytmicznych zabaw Josha Freese'a na perkusji. Akcenty "na dwa" sprawiają, że utwór jest bardzo rozbujany i delikatny. Elementy jazzu i ambitniejszych struktur znajdziemy też w If You Can't Love Me. Kompozycja opiera się na nietypowym rytmie 7/8, w którym bazą jest ponura partia gitary Millera. Wyróżnia się też brakiem wyraźnego refrenu, co dodaje jej niekomercyjnego charakteru. Utwór może kojarzyć się z najlepszymi nagraniami Stinga, a klimat rodem z sesji z lat 90. tworzy oszczędna partia fortepianu Roba Matchesa. Są tu także organy Hammonda obsługiwane przez producenta płyty, Martina Kirszenbauma. To dzięki instrumentom klawiszowym utwór nabiera głębi, której brakuje w większości materiału z płyty. Niezrozumiała wydaje się być absencja pianisty Davida Sanciousa, który koncertował ze Stingiem przez ostatnie sześć lat. Jedynym utworem na płycie, w którym sprawdza się czysto gitarowe brzmienie, jest Petrol Head. Opiera się na mocnym riffie Millera oraz brudnych, często atonalnych brzmieniach Lyle'a Workmana stworzonych przy użyciu efektu Whammy. Muzyka idealnie łączy się tutaj z tekstem, który mówi o maniaku szybkich prędkości i seksu. Na przeciwnej półkuli znajdują się dwie krótkie kompozycje bazujące wyłącznie na gitarze akustycznej. Zarówno Heading South On The Great North Road, jak i Empty Chair to spokojne uzupełnienia albumu, które powodują, że może on być odbierany jako bardziej kameralny.

Płyta "57th & 9th" była tworzona i nagrywana zaledwie kilka tygodni. Ciężko w tak krótkim czasie porządnie zaplanować swoją pracę i pokusić się o ambitniejsze kompozycje. Nie znaleziono także czasu na rozbudowanie aranżacji i napisanie partii solowych. Mając w studiu Millera, znając wybitnych skrzypków czy saksofonistów, grzechem jest niewykorzystanie posiadanego potencjału. Płyta jest przystankiem na dobrej drodze Stinga do powrotu do pełni kompozytorskiej formy. Należy przyznać, że ma swój klimat i można na niej znaleźć prawdziwe perełki. Mocną stroną pozycji są też teksty, które mieszają tematykę miłosną z polityką. Duży minus za pójście na łatwiznę i opakowanie trzech istniejących wcześniej utworów pod nowymi nazwami i z dodatkiem nowych tekstów. 

WERDYKT: ★★★★★★ - album z przebłyskami

Bruce Springsteen – High Hopes (2014) [Recenzja]

Przepis na sukces w branży muzycznej nie jest zdefiniowany. Bardzo dobrze wie o tym Bruce Springsteen, legenda amerykańskiego rocka, który nagrał album praktycznie bez wysiłku. Wydany w styczniu longplay „High Hopes” popularny „The Boss” stworzył bowiem z coverów swoich ulubionych utworów i dobrze znanych fanom autorskich kompozycji nagranych na nowo. 

Wydawać się może, że album nie jest niczym przełomowym, co więcej, z góry skazanym jest na porażkę. Springsteen zrobił jednak wszystko, żeby po przesłuchaniu płyty zmienić zdanie. Album zaskakuje różnorodnością. Tytułowy utwór, cover zespołu The Havallinas to typowa folkowo-soulowa kompozycja oparta na dźwiękach instrumentów dętych. Na krążku nie brakuje charakterystycznych dla Bossa utworów rockowych o folkowym zabarwieniu (This Is Your Sword, Frankie Fell In Love, Heaven’s Wall), które brzmią jak fragmenty jego pierwszych nagrań. Przede wszystkim Springsteen postawił jednak na ballady rockowe. Bezsprzecznym hitem jest Harry’s Place, którego brzmienie opiera się na dynamicznym basie i niemal dyskotekowym rytmie, ubarwionym orkiestrą smyczkową i solem nieżyjącego już saksofonisty Clarence’a Clemonsa. W ucho wpada także Hunter Of Invisible Game, którego pełne polotu partie smyczkowe, powodują, że utworu można słuchać bez przerwy.  Energiczne, naładowane decybelami kompozycje mistrzowsko uzupełniają się z nastrojowymi, lekko popowowymi piosenkami. Ciekawym rozwiązaniem jest użycie w nich sampli perkusyjnych, które dodają świeżego, nowoczesnego brzmienia. Co prawda wymienione powyżej kompozycje stoją na bardzo wysokim poziomie, jednak dwie ballady wyraźnie wybijają się przed „szereg”. American Skin (41 Shots) i The Ghost Of Tom Joad to ponad siedmiominutowe, rozbudowane utwory, które w pełni prezentują kunszt Springsteena oraz innych muzyków występujących na płycie. Nie sposób nie wspomnieć o fantastycznym gitarzyście znanym z Rage Against The Machine, Tomie Morello. To właśnie w powyższych kompozycjach prezentuje on swój niepowtarzalny styl, jego solówki są nieszablonowe i grane unikalnymi metodami. Warto podkreślić też udział muzyków z E Street Band, którzy z Bossem koncertują nieprzerwanie od 40 lat – pianisty Roya Bittana, gitarzysty Nilsa Lofgrena, basisty Garry’ego Tallenta oraz perkusisty Maxa Weinberga. Panowie mają sześćdziesiątki na karku, ale grają z pasją i energią dwudziestolatków.

Skazany na porażkę jeszcze przed premierą, album High Hopes już po pierwszym odtworzeniu utwierdza słuchacza w przekonaniu, że pozory mylą, a Bruce Springsteen ma się dobrze i może podbijać serca kolejnych pokoleń. Zupełnie nie przeszkadza fakt, iż są to utwory, które debiutowały na scenie lata temu.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przybłyskami