Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2022. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2022. Pokaż wszystkie posty

Iggy Pop – Katowice, 06.08.22 (Free Tour) [Relacja]

Iggy Pop był bohaterem drugiego dnia Off Festival. Przełożona trasa w założeniu miała promować album Free z 2019 roku. Katowicki występ był jednak przede wszystkim podsumowaniem ponad 50-letniej kariery legendy punku. Było energiczne, spontanicznie, a momentami – refleksyjnie. Cichymi bohaterami koncertu byli muzycy Free Band, którzy brali udział w nagraniu ostatniej płyty. To dzięki nim prosta i rytmiczna muzyka Popa zyskała nową jakość oraz elementy jazzu i eksperymentu.

O tym, że to będzie koncert nietuzinkowy, dowiedzieliśmy się już w trakcie intra. Na scenie pojawiła się Sarah Lipstate, znana pod pseudonimem Noveller, która rozpoczęła show pierwszymi akcentami swojej solowej, instrumentalnej kompozycji – Rune. Intensywny, mroczny puls, uzupełniały kolejne, nakładane partie gitary elektrycznej. Były przestrzenne akordy, było również granie na gitarze skrzypcowym smyczkiem. Całość uzupełniały w tle archiwalne nagrania z koncertów Iggiego. Gdy dramaturgia osiągnął szczyt, na scenie pojawił się Pop. Pierwsze dźwięki basu zapowiedziały Five Foot One. Iggy, w marynarce założonej na gołe ciało, od pierwszych sekund nawiązał świetny kontakt z fanami. Prowokował, wymachiwał rękoma, robił uniki. W całym tym zamieszaniu upuścił nawet mikrofon. Był w znakomitej formie – również wokalnej – choć jego kawałki nie wymagają zazwyczaj wielkiego warsztatu. Precyzyjny rytm uzupełniały instrumenty dęte – Leron Thomas (twórca większości utworów z nowego albumu) grał na trąbce, a Corey King na puzonie. T.V. Eye i I Wanna Be Your Dog, klasyczne propozycje z repertuaru The Stooges, wybrzmiały potężnie i rozgrzały katowicką publiczność. Iggy nie wytrzymał długo w odzieniu i zdjął swoją marynarkę. Oprócz instrumentów dętych świetną robotę robiły dwie gitary. Noveller grała tu czysto rockowo, bez użycia swojej niezliczonej liczby efektów gitarowych. Co najwyżej przydawał się jej pedał wah wah. Swoje trzy grosze wtrącił tu również Florian Pelliessier, grający na hammondach. Klawiszowiec jest na co dzień muzykiem jazzowym, ale znakomicie odnalazł się w świecie mocnych riffów. 

The Endless Sea z solowego albumu New Values był jedną z najbardziej nieoczywistych kompozycji. Prosty rytm basu Kenny'ego Ruby'ego uzupełniał charakterystyczny rytm perkusji (Tibo Brandalise). W końcu pojawił się bohater kompozycji – charakterystyczny temat, grany na przenikliwie brzmiącym syntezatorze. Dla Iggiego to była chwila odpoczynku od scenicznych ekscesów. Tutaj wokalista skupił się na wiernym oddaniu oryginalnego wykonania. Kolejne dwa utwory, Lust For Life oraz The Passenger, to prawdopodobnie dwa największe przeboje Popa. Rozpoznawalne już po pierwszych taktach, chóralnie odśpiewywane przez publikę, jeszcze mocniej podgrzewające atmosferę. Podobnie, jak poprzednie kawałki, zostały smacznie uzupełnione przez sekcję dętą. Świetnie czuł je Brandalise, a kolejną solówkę w The Passenger zaprezentował Pellissier. Intensywne, przesterowane organy hammonda, mogące kojarzyć się z partiami Jona Lorda w Deep Purple, były świetnym dodatkiem do tej nieskomplikowanej kompozycji. Pomimo niezwykłej intensywności, bijącej ze sceny, pojawiły się jednak również nieco bardziej refleksyjne momenty. Przed Death Trip Iggy zagaił do publiczności, że czerpie z każdego koncertu ogromną energię, bo nie wie, ile jeszcze będzie mógł grać. Szybko jednak rozliczył się z perspektywą śmierci w typowy dla niego, żartobliwy sposób – udając, że podrzyna sobie gardło.

James Bond był niespodzianką w tej jakże przebojowej setliście, bazującej na twórczości z lat 70. i 80. Singiel z albumu Free [Recenzja] ujął przede wszystkim udanym, basowym riffem oraz świetną solówką Thomasa na trąbce. Pellissier, który na początku utworu nie miał klawiszowych obowiązków, stanął za perkusistą i w przekolorowany sposób udawał Jamesa Bonda. Wracamy do lat 70. i albumu The Idiot [Recenzja] – najpierw Sister Midnight, napisane wraz z Davidem Bowiem. Utwór był grany ze świetnym feelingiem i z poszanowaniem studyjnych brzmień. Szczególnie warto pochwalić gitarę Gregoire'a Fauque'a z nałożonym flangerem oraz werbel Brandalise'a ze specjalnym pogłosem. Te partie brzmiały tak, jakby zostały żywcem wyjęte z sesji do The Idiot. Potężne dźwięki syntezatora (zsamplowane ze studyjnej wersji) oznaczały, że czas na Mass Production. Niespieszny, rozbudowany utwór był magicznym, jednym z najlepszych momentów koncertu. Iggy naśladował swoimi gestami pracę maszyny i brawurowo wykonał partie ze swoim charakterystycznym vibrato. To utwór mocno klawiszowy – pojawiło się tu więc miejsce na przeszywające partie Pellissiera. Mimo wszystko, jeden z głównych motywów, który w wersji studyjnej również był grany na syntezatorze, tutaj został wykonany w wersji gitarowo-trąbkowej. Efekt? Brzmieniowo nie do odróżnienia. Tym bardziej że zadbano o lekkie niedostrojenie dźwięków – jak w oryginale. Francusko-amerykański zespół wczuwał się tu maksymalnie w każdy takt. To było niespieszne granie, ale intensywne do granic możliwości. Ostatni moment wytchnienia przed mocną końcówką – Free. Krótka, przestrzenna kompozycja, bazująca na zabawach dźwiękami Noveller oraz zadumanej partii Thomasa. Iggy powtarzał "I wanna be free" i na chwilę zniknął ze sceny, by oddać ją swoim muzykom. 

Końcówka koncertu to ukłon w stronę muzyki The Stooges. Było intensywne Gimme Danger z solówkami Fauque'a oraz Thomasa, a także I'm Sick Of You, czyli – jak powiedział Iggy – jego ulubiona kompozycja dawnego zespołu. Szczególnie drugi z utworów mógł intrygować. W pierwszej, balladowej części delikatny śpiew Iggiego uzupełniały delikatne wtręty trąbki. "I'm Sick Of You" – wrzasnął wokalista, a zespół zaczął grać szybszą i czysto rockową partię. Tu kolejny solowy popis dał Fauque. Minęła ponad godzina mocnego grania, a Iggy nie miał dość. Elektroniczne sample prowadziły przebojowy Run Like A Villain z solowego albumu Zombie Birdhouse. W Search And Destroy publiczność skandowała wraz z Iggim. Tu na przestrzeń i jazz miejsca już nie było. Szalał za to Fauque, dla którego najmocniejsze kawałki były okazją do grania solówek. Intensywna końcówka setu. Po pożegnaniu z publicznością zespół wrócił jeszcze, by przypomnieć dwa utwory The Stooges – Down On The Street oraz Fun House.

Iggy był w świetnej formie i widać było, że chłonie energię płynącą od publiczności. Trzeba również przyznać, że dobrał sobie kapitalny zespół ludzi, którzy potrafili świetnie oddać brzmienie studyjnych wersji utworów. Z drugiej strony wnosili też do doskonale znanej muzyki coś świeżego. Jeśli wszyscy myśleli, że zespół Iggiego z trasy z 2016 r. z Joshem Hommem (Queens Of The Stone Age) oraz Mattem Heldersem (Arctic Monkey) był nie do przebicia, to warto sprawdzić wykonania obecnego zespołu. To był występ festiwalowy, więc zabrakło większej liczby przedstawicieli najnowszego albumu z Sonali czy Glow In The Dark na czele. Nie zabrakło jednak wielu świetnych "klasyków" w kapitalnych aranżacjach.

Sting – Warszawa, 30.07.22 (My Songs Tour) [Relacja]

Ten koncert miał odbyć się dwa lata wcześniej. Na szczęście w końcu się udało. Sting, który pół roku po krakowskim występie w 2019 r. miał wrócić na PGE Narodowy w ramach tej samej trasy, zawiesił plany koncertowe z powodu epidemii koronawirusa. Warszawski koncert mógł więc przypominać klimatem krakowskie wydarzenie – zarówno pod względem doboru utworów, jak i ich aranżacji. Miał jednak zupełnie inny klimat. Pojawiło się także kilka nowości.

Trzon zespołu – podobnie jak w Krakowie – to w dużej mierze skład z trasy Stinga i Shaggiego z 2018 roku. Jamajczyk Kevon Webster na klawiszach, Gene Noble i Melissa Musique w chórkach oraz duet gitarzystów – Dominic i Rufus Miller – ojciec i syn. Nowym perkusistą został Zach Jones, który już wcześniej wbijał bębny m.in. na album 44/876. To jego uderzenia rozpoczęły dynamiczne Message In A Bottle, grane wcześniej przez Stinga z The Police. Utwór, podobnie jak kilka innych kompozycji z lat 70. i 80. został zagrany w niższej tonacji. Warszawska publiczność przyjęła pierwsze dźwięki z ogromnym entuzjazmem. Sting imponował formą wokalną, a gitarowe harmonie były zgrabnie uzupełniane przez organy Webstera. Englishman In New York, kolejny radiowy hit, został przedstawiony w ciekawej, rockowej wersji, ale z poszanowaniem oryginalnego nagrania. Webster grał charakterystyczne frazy pizzicato, a Shane Seager partię na harmonijce ustnej – bardzo podobną do tej, którą w wersji studyjnej sformułował Branford Marsalis na saksofonie. Kolejny hit w niższej tonacji – Every Little Thing She Does Is Magic – zabrzmiał jeszcze ciekawiej niż w oryginale. Głębiej i nieco poważniej, choć tematyka utworu jest dość banalna. Sting, śpiewający z mikrofonem nagłownym, swobodnie spacerował po scenie, nawiązując od czasu do czasu kontakt z publicznością.

Powiewem świeżości były utwory z najnowszego albumu Stinga, The Bridge [Recenzja]. Płyta, która ukazała się w zeszłym roku, okazała się jednak niewystarczającym powodem, by zaktualizować nazwę trasy. Sting pozostał przy haśle My Songs, skupiając się przede wszystkim na promocji składanki ze swoimi największymi hitami nagranymi na nowo [Recenzja]. If It's Love, pierwszy singiel z The Bridge, został przyjęty ciepło, choć oczywiście nie wywołał takiej euforii, jak jego poprzednicy. Miło słyszeć, że utwory – nawet te najnowsze – ulegają ciągłym modyfikacjom. W przypadku If It's Love to m.in. nowe, dłuższe intro oraz wyższe dźwięki gitary Dominica Millera w refrenie, dzięki czemu jest ciekawiej. Rushing Water, drugi singiel z The Bridge to utwór stworzony do gry na żywo. Świetny, chwytliwy motyw i charakterystyczny refren dobrze odnalazły się w zaszczytnym gronie przebojów. Tu również pokuszono się o drobne zmiany – zespół bawił się akcentami, przerywając na chwilę grę głównego motywu, niczym przed kilkoma laty w Seven Days. Sting zmodyfikował również ostatnie frazy "Ease into the water". Ciekawe jednak, że muzycy nie dali szansy publiczności, by nagodzić utwór brawami – piosenka płynnie przeszła w kolejną. If I Ever Lose My Faith In You wskoczył do setlisty w połowie czerwca. Kompozycja została zaprezentowana w prostej, albumowej wersji z harmonijką ustną. Bez chwili wytchnienia, spokojne outro przerodziło się w nieco zmodyfikowany Fields Of Gold. Dominic Miller odrzucił gitarę klasyczną i zdecydował się na grę akordami na swoim nowym blond Telecasterze. Solówkę zagrał Rufus – na barytonowej gitarze elektrycznej. To te same, znane dźwięki, ale grane oktawy niżej. Efekt okazał się bardzo ciekawy. Utwór zyskał również nowe outro, bazujące na głównym motywie. Przed Brand New Day Sting wdał się w rozmowę z Seagerem, sugerując, że musi wcielić się w trudną rolę zagrania partii harmonijki ustnej, którą w wersji albumowej wykonał Stevie Wonder. Faktycznie, utwór był popisem Seagera. Energetyczny utwór z nowymi padami syntezatorowymi poderwał po raz kolejny publiczność zgromadzoną na Stadionie Narodowym. Kolejny "klasyk" – Shape Of My Heart – został zaprezentowany w połączeniu z Lucid Dreams, utworem rapera Juice WRLD. Partie rapu należały w tym przypadku do Gene'a Noble'a ze swoim wielooktawowym, soulowym wokalem. Warto dodać, że zespół kompletnie zawalił bridge. Wątek stracił Dominic Miller, grający na gitarze klasycznej oraz Webster. Solo miał grać tam Seager, który wydusił kilka fałszów, a gdy już zaczął grać dłuższą frazę, Sting zaczął śpiewać kolejną zwrotkę.

Kolejny utwór to nowość w setliście, niegrana od kilku lat. Heavy Cloud No Rain z płyty Ten Summoner's Tales został odświeżony, a ciekawym rozwiązaniem było nawiązanie dialogu Stinga z Musique. Nie zabrakło również charakterystycznej solówki Dominica Millera, którą pochwalił w trakcie gry lider zespołu. Zabrakło natomiast niezwykle udanego Wrapped Around Your Finger, które wypadło z setlisty na korzyść wspomnianego utworu. Powrót do muzyki The Police – najpierw Walking On The Moon (oczywiście w obniżonej tonacji), a później So Lonely z wplecionym fragmentem Everything's Gonna Be Alright Boba Marleya. Ten fragment koncertu zdradził (nie pierwszy raz) inspiracje Stinga reggae, a jak ryba w wodzie czuł się Rufus Miller i Kevon Webster. Kolejne płynne przejście bez przerwy na oddech – tym razem Desert Rose. Jeden z największych hitów Stinga był popisem przedstawicieli rodziny Millerów. Na koniec podstawowego setu pojawiły się dwa kolejne utwory The Police. Zróżnicowane dynamicznie King Of Pain Sting zaśpiewał wraz ze swoim synem, Joe Sumnerem, wymieniając się z nim frazami w zwrotkach. Popis solowy dał również Dominic Miller, a gitarową frazę zakończył – jak za dawnych lat – w innej tonacji, co dało bardzo interesujący efekt. Every Breath You Take to element obowiązkowy każdego występu Stinga. Około 30 tys. słuchaczy z euforią przyjęło pierwsze dźwięki charakterystycznego riffu. I to tyle. Zespół opuścił scenę po godzinie i 15 (słownie: piętnastu) minutach.


Muzycy wrócili, by przypomnieć kolejny hit – Roxanne – jak zawsze, w wersji z jamem między zwrotkami. Przed ostatnim utworem na scenie pojawił się Maciej Stuhr, który usiadł obok Stinga i tłumaczył jego słowa. "Alternatywa dla demokracji to przemoc, opresje, zniewolenie i milczenie. Ta alternatywa to tyrania. Musimy bronić wolności, by być sobą. Wojna w Ukrainie to absurd zbudowany na kłamstwie". Podsumowaniem przesłania Stinga było kameralne Fragile, w którym główny bohater wieczoru, tradycyjnie, grał na gitarze klasycznej. Co ciekawe, Stuhr nieśmiało wsparł Stinga wokalnie w refrenach. Po krótkim pożegnaniu Brytyjczyk pojawił się na scenie z kieliszkiem wódki i wypił symboliczny toast.

To był bardzo energetyczny, ale krótki występ, w którym zabrakło przestrzeni pozwalającej na odpowiednie wybrzmienie poszczególnych utworów. Tym warszawski koncert różnił się od krakowskiego. Dwie rzeczy pozostały niezmienne – świetna forma Stinga i jego stałe punkty w setliście, bez których nie mógłby się odbyć żaden koncert. Szkoda tylko, że muzyk nie przewidział więcej miejsca na mniej oczywiste utwory, które z powodzeniem gra na przedkoncertowych próbach. W trakcie tej warszawskiej zagrał m.in. Why Should I Cry For You oraz absolutną perełkę – przestrzenne When The Angels Fall. Oba z niedocenianego albumu The Soul Cages.

Snowy White – Driving On The 44 (2022) [Recenzja przedpremierowa]

Snowy White, legenda brytyjskiego bluesa, ma ostatnio bardzo produktywny czas. Były muzyk Thin Lizzy czy Pink Floyd prezentuje piąty album studyjny w ciągu sześciu lat! Były projekty z jego zespołem – The White Flames – były także albumy solowe, w których gitarzysta sam grał na większości instrumentów. Tym razem, z pomocą trzech muzycznych przyjaciół, przygotował optymistyczny zestaw bluesowego i balladowego grania z gitarą w roli głównej.

Nowy album otwiera instrumentalne Freshwater. Co ciekawe, pierwsze dźwięki należą do klawiszowca, Maxa Middletona. Przestrzenne, intrygujące arpeggia zwracają uwagę słuchacza i w kolejnych minutach są rozwijane przez White'a – mamy tu m.in. funkującą gitarę rytmiczną oraz mocne solówki. To dynamiczne, zespołowe granie, w którym znalazło się również miejsce na fortepianowe solo Middletona, współkompozytora utworu. Ten utwór to podróż – mniej więcej w okolicy trzeciej minuty zaskakuje nagła zmiana klimatu: rytm staje się spokojniejszy, pojawia się syntezator i perkusjonalia. Świetne rozpoczęcie albumu i definicja zabawy muzyką. Więcej bluesa przynosi ze sobą – a jakże – Longtime Blues. To nastrojowy utwór, bazujący na śpiewnym motywie gitarowym i przestrzennych smykach. Rzecz może kojarzyć się z kompozycjami Chrisa Rei (w szczególności z albumem On The Beach). Co ciekawe, w utworze pojawia się tylko dwóch muzyków – oprócz Snowy'ego (gitary, bas, klawisze), słyszymy również Thomasa White'a – syna gitarzysty, grającego na perkusji elektrycznej. Way Down In The Dark to tętniący życiem utwór o dość poważnej tematyce – mówi o toksycznych, zadufanych w sobie ludziach, którzy chcą pouczać innych. Snowy odpowiada krótko: "nikt nie będzie mi mówił, co mam myśleć". Podobne motywy pojawiały się już na poprzednich albumach White'a, między innymi na płycie Reunited. Kompozycję wyróżnia zespołowy charakter – świetne solo oraz przestrzenne akordy na fortepianie Rhodes gra Ferry Lagendijk, a lekkie smaczki basowe dołożył bohater płyty. Swoje trzy grosze wtrąca również Thomas White, który oprócz gry na perkusji, uzupełnia dynamikę utworu na bongosach czy cowbellu. Słyszymy nawet sample gongu, który pojawiał się już na nagraniach studyjnych White'a w latach 90.  To ponad siedmiominutowa, rozbudowana i dobrze przemyślana kompozycja z charakterystycznym, powtarzanym wersem tytułowym.

Driving On The 44 otwiera prosty, gitarowy motyw. To dynamiczny, rockowy utwór, a wyraziste gitary są tu uzupełniane przez organy hammonda. Co ciekawe, w refrenie pojawił się motyw gitarowy z utworu Nuff Said z 2017 r. (album Reunited). Klimat i tematyka piosenki może z kolei nawiązywać do innego utworu White'a z motywem autostrady – Highway To The Sun. Utwór uzupełnia gitarowe i trochę zbyt mocno przesterowane solo gitarowe. Warto również zwrócić uwagę na humorystyczny tekst. Bohater jechał do miasta Wichita w stanie Kansas, ale zboczył z drogi, trafiając na tytułową autostradę 44 i najprawdopodobniej trafi do miasta Wichita Falls w stanie Teksas. Kilka słów również o samym wokalu White'a. Jak wiadomo, Snowy jest przede wszystkim gitarzystą i – jak sam wielokrotnie przyznawał – nie czuje się pewnie jako wokalista. Wypracował jednak swój nienarzucający się styl z pogranicza śpiewu i melorecytacji. Dzięki temu utworów słucha się naprawdę dobrze, a wokal pasuje do klimatu muzyki. Blues 22 to kolejny zwrot w kierunku klasycznego bluesa. Są gitary, fortepianowe i organowe wstawki oraz blisko 3,5-minutowe, smaczne, przesterowane solo. Podobne, bluesowe granie mamy w instrumentalnym Slinky Too, choć tym razem w rytmie shuffle. To solowy popis gitarzysty. 

Na Driving On The 44 nie brakuje również ballad. To m.in. mocny Ain't No A Secret Thing z potężnym motywem gitarowym oraz bluesującym fortepianem Lagendijka. Bardzo udaną kompozycją jest nastrojowy Keep On Flying. Jednym z bohaterów utworu jest gitara klasyczna – prowadzi utwór i pojawia się również w wydaniu solowym. Słychać również luźne, gitarowe nawiązania do motywu z innego utworu White'a, Good Question, nagranego jeszcze w latach 80. Ciekawym zabiegiem jest również uzupełnienie perkusji rytmem wybijanym przez gitarę akustyczną. Jej brzmienie zostało ustawione w equalizerze w taki sposób, że pełni funkcję perkusjonaliów. Interesujący jest również sam tekst, sugerujący, by żyć w zgodzie ze swoimi ideałami. Muzycznie White'owi udaje się to od zawsze. 

Końcowe minuty albumu to, oprócz bluesa, dawka dynamicznego grania. Najpierw One Man Girl z tekstem o typowej w bluesie tematyce – uczuciach.  Wyróżnikiem jest tu solo na fortepianie Middletona oraz udane, gitarowe harmonie. Co ciekawe, gitarzysta kojarzony ze złotym Gibsonem Les Paul, tym razem nagrywał swoje partie na gitarze PRS. Lady Luck (So Mean To Me) to singlowa propozycja oparta na wyrazistym rytmie oraz gitarowych brzmieniach. W tym przypadku White sięga po efekt wah-wah, z którego bardzo często korzystał w latach 90. 

To nie jest płyta przełomowa i nie takie było jej założenie. Przyznaje to zresztą sam bohater płyty, opisując ją w przedpremierowych wywiadach jako spokojną i nastrojową kolekcję utworów, które powstały w czasie lockdownu. Jednego Snowy'emu odmówić nie można – prawdy i wierności swoim ideałom. White to mistrz gitarowych fraz, który stawia na improwizację i brzmienie bez większych udziwnień. Driving On The 44 to płyta, która podąża swoją drogą.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

"Nagrałem nową płytę w trzy dni" – Rino De Patre o albumie "Sound Of The Rainbow" [WYWIAD]

Mimo że nowy materiał nagrał ekspresowo, na album trzeba było czekać ponad dekadę. Rino De Patre, włoski gitarzysta jazzowy, specjalnie dla Czynników Pierwszych mówi o tym, jak powstawały kompozycje z nowej płyty "Sound Of The Rainbow". "Lubię porównywać proces twórczy do kalejdoskopu, który przechwytuje promienie słońca i przetwarza w nieograniczone kompozycje kształtów i kolorów" mówi De Patre. Poznamy również szczegóły jego wyjątkowej współpracy z Dominiciem Millerem.

Marcin Obłoza: Czy pamiętasz swoje pierwsze, muzyczne kroki?

Rino De Patre: Po raz pierwszy usłyszałem dźwięk gitary klasycznej, będąc u wujka. Miałem osiem lat i gitara od razu wzbudziła moje zainteresowanie – ze względu na szczególny kształt, ale także jej brzmienie. Wujek nauczył mnie grać akordy w pierwszej pozycji. Od tamtego momentu nigdy nie rozstałem się z gitarą. Moje pierwsze występy miały miejsce w kościołach, w trakcie uroczystości religijnych. Grywałem również w garażu z zaprzyjaźnionym perkusistą. Jeszcze później zmontowałem zespół i zacząłem występować w salach tanecznych, na imprezach pod chmurką, w pubach...

W 2010 roku zaprezentowałeś "The Dawn From My Heart". Dlaczego nagrałeś album z gitarą solową, bez wsparcia innych muzyków?

Stworzenie płyty w samotności było dla mnie czymś naturalnym. To była konieczność, potrzebowałem takiego wymiaru i brzmienia, żeby wyrazić swoje emocje. Lubię brzmienie gitary solo, bez akompaniamentu – jest intymne i osobiste. Jedynym dodatkiem były nałożone partie grane na tej samej gitarze. To może być na przykład kwestia użycia otwartego stroju, by poszerzyć spektrum dźwięków lub dodać do kompozycji głębi. Dzięki takim zabiegom brzmienie staje się bliższe temu, co podpowiada mi serce.

Jak wygląda twój proces komponowania? Co rozpoczyna w twoim przypadku prace nad nowym utworem? Charakterystyczny motyw, pomysł na konkretny klimat czy może coś, czego doświadczyłeś albo zobaczyłeś?

Inspiracja może przyjść w każdym miejscu i czasie. Często wyobrażam sobie kompozycję, gdy – niezależnie od miejsca, w którym się znajduję – nieświadomie gram coś abstrakcyjnego. Zamykam oczy, nie myśląc za dużo. Wchodzę w swoisty trans. Gdy moja świadomość wychwytuje melodię lub motyw, otwieram oczy i wracam do rzeczywistości. Czuję, że dzieje się coś cudownego, poprawia mi to nastrój, dzięki temu dzień staje się lepszy. Rodzi się nowy utwór, więc na tym etapie muszę być "świadomy". Nagrywam nową rzecz na smartfona lub mały dyktafon, by utrwalić pomysł. Rozwijam go później, buduję strukturę kompozycji i aranżuję harmonię. Lubię porównywać proces twórczy do kalejdoskopu, który przechwytuje promienie słońca i przetwarza w nieograniczone kompozycje kształtów i kolorów.

Jak wymyślasz tytuły gotowych kompozycji? To spore wyzwanie, żeby znaleźć odpowiedni tytuł instrumentalnego utworu. Czy nawiązują one do twoich inspiracji?

Tytuły to efekt moich inspiracji, to melodie przetłumaczone na słowa. Faktycznie, nie jest to łatwe. Czasami pokazuję nowe kompozycje osobie mającej w sobie "muzyczną empatię", by zasugerowała mi odpowiedni tytuł.


Minęła dekada i w 2021 roku zaprezentowałeś nowy album – "Sound Of The Rainbow". Jak wyglądał proces tworzenia nowych kompozycji?

Tak naprawdę nigdy nie przestałem pisać nowej muzyki. Pomysły, które pojawiły się po wydaniu pierwszego albumu, są naturalną ewolucją mojej kreatywności. Pisanie muzyki to dar. To dla mnie także potrzeba – taka sama, jak oddychanie. Po wydaniu "The Dawn From My Heart" uświadomiłem sobie, że mam naturalną zdolność komponowania. Dzień po dniu aranżowałem kolejne utwory, skupiając się na tym, co czuję, gdy je gram. Rezultatem jest "Sound Of The Rainbow".

Jak wyglądał proces nagrywania albumu? Zarejestrowałeś cały materiał w krótkim czasie czy zbierałeś kolejne nagrania przez wspomnianą dekadę?

Mimo że faktycznie minęło dziesięć lat od nagrania debiutanckiego albumu, napisałem nową muzykę w ciągu kilku lat. Gdy była już taka możliwość, nagrałem całą płytę w trzy dni.

Dlaczego tym razem zdecydowałeś się nagrać nową muzykę wraz z zespołem?

Po prostu lubię brzmienie, które mogłem osiągnąć z moim świetnym zespołem. Część utworów napisałem specjalnie z myślą o kolegach, którzy mogli dodać do nich nowe kolory, rytmy, perkusjonalia. Stworzyć takie brzmienie, które spowodowało, że utwory zabrzmiały dokładnie tak, jak sobie je wyobrażałem. Przykładami mogą być: Il Cerchio, La Tarantella, Il Sogno i tytułowy Sound Of The Rainbow, który zamyka album.

Dwie z nowych kompozycji – La Strada i Cave Of Crystal – to duety z Dominiciem Millerem, gitarzystą znanym m.in. z występów ze Stingiem.  Skąd pomysł na taką współpracę?

Spotkałem go w 2008 roku, gdy grałem solowy koncert na festiwalu gitarowym nieopodal Mediolanu. Nie wiedziałem, że siedzi wśród publiczności. Po wszystkim podszedł do mnie i pogratulował występu. Zapytał, czy napisałem wszystkie kompozycje, które grałem. Powiedział, że chętnie pozostanie w kontakcie, tak, by móc ze mną współpracować i grać. Przesłałem mu swoje utwory. Spotykaliśmy się później kilka razy i zaproponował mi swój udział w nowych kompozycjach, które napisałem. Dlatego też przekładaliśmy sesje nagraniowe, gdzie Dominic zagrał ze mną we wspomnianych dwóch kawałkach. Rok po studyjnych nagraniach, wystąpiłem z nim na dwóch koncertach w ramach jego włoskiej trasy. Zagraliśmy wspólnie utwór Do You Want Me z jego pierwszego albumu „First Touch”. To było wyjątkowe doświadczenie, które zapamiętam do końca mojego życia. Mam nadzieję, że będę miał w przyszłości kolejną możliwość występu z Dominiciem, bo grając razem, zbudowaliśmy harmonię i dobrą więź.

Czy jedna z twoich nowych kompozycji, La Tarantella, jest inspirowana włoskim tańcem ludowym?

To sugeruje tytuł, ale również pierwsze nuty i charakterystyczny, ciągły rytm. To zdecydowanie najbardziej włoska z kompozycji. Powstała w naturalny, spontaniczny sposób. Nie zależało mi na tym, by faktycznie napisać "tarantellę" – po prostu wychwyciłem chwilową inspirację. Zdecydowałem się włączyć ten utwór do programu płyty, ponieważ to hołd złożony znanemu, włoskiemu stylowi tanecznemu, który mam we krwi.

Jak opisałbyś muzykę, która trafiła na twój najnowszy album?

Chcę, by wywoływała dobre samopoczucie. To moje przesłanie nadziei. Wolę opisywać swoją muzykę, grając ją na żywo, niż o niej opowiadać. Niemniej, ciekawią mnie przemyślenia słuchaczy. Dlatego zbieram wiadomości, myśli i odczucia, którymi dzielą się ze mną odbiorcy. Dokładnie rok po wydaniu albumu, planuję opublikować ich przemyślenia.

Używasz tego samego modelu gitary, co wspomniany Dominic Miller. Dlaczego wybrałeś tę charakterystyczny instrument z mniejszym pudłem rezonansowym? Przez wzgląd na brzmienie, które chciałeś dzięki niej osiągnąć?

Przez lata grałem na tradycyjnej gitarze klasycznej, która nie była zbyt wygodna. Słuchałem, jak Dominic gra na gitarze Yairi Torres i oczarowało mnie jej brzmienie oraz kompaktowy rozmiar. Znalazłem egzemplarz w sklepie muzycznym w Mediolanie. To mój instrument pierwszego wyboru ze względu na łatwość gry i – przede wszystkim – jego barwę. Niełatwo jest znaleźć ten model w Europie, dlatego byłem szczęściarzem, że znalazłem go właśnie w Mediolanie. Poznałem również dystrybutora marki Yairi na rynek francuski, Roberta Harveya, który jest profesjonalistą i ma wyjątkową wiedzę dotyczącą modeli, produkowanych przez tę firmę. Można znaleźć go na portalu Reverb: https://reverb.com/fr/shop/k-yairi-guitar-specialist.

Na koniec mały raport dotyczący kondycji włoskiej muzyki. Jakich muzyków jazzowych mógłbyś polecić słuchaczom?

We Włoszech zawsze wrzało od ciekawych wykonawców i wyjątkowej muzyki. Byłoby nie w porządku, gdybym wymienił tylko kilku z nich. Czasami mam wrażenie, że brakuje odpowiednich struktur, które pomagałyby nowym talentom w zaistnieniu. Nie wdając się w szczegóły – bycie muzykiem we Włoszech nie zawsze postrzegane jest jako praca. Trudno jest budować swoją muzyczną przyszłość, nie mając drugiego zawodu, niezwiązanego z muzyką. Jestem jednak optymistą. Dzięki technologii, z której możemy korzystać, wytrwałości i dozie szczęścia, możemy wysłać swoją muzykę w każdy zakątek świata.

Rino De Patre about "Sound Of The Rainbow" – "I recorded new music in three days"

He recorded a brand new material in three days, but we had to wait for the new album for more than a decade. Rino De Patre, Italian jazz guitarist, describes the creative process behind the "Sound Of The Rainbow" – exclusively for Czynniki Pierwsze. "I like to compare this creative activity, which is not easy to explain, to a kaleidoscope that captures light rays, transforming them into infinite compositions of shapes and colors" De Patre said. We also talked about the details of his collaboration with Dominic Miller. 


Marcin Obłoza: Do you remember your first music experiences? 

Rino De Patre: I remember that the first time I heard the sound of a classical guitar was at my uncle’s place. I was 8 years old, and I have immediately been attracted to this instrument, both for its particular shape and sound. My uncle, seeing me so interested, started to teach me the chords in the first position. From that time, I never stopped playing guitar. I had my first live experiences playing in church during the religious ceremonies. Then I started to play in a garage with a drummer, a friend of mine. Later, I made up a band and I began to play at the dance halls, in the square parties, in pubs and so on… 

In 2010 you recorded "The Dawn From My Heart". Why did you decide to make a solo guitar album, without any other musicians?

Recording an album in total solitude was natural, a kind of necessity for me, as I needed this dimension, this sound, to express my emotions. I like that kind of sound – so intimate and personal, resulting from the use of solo guitar, without the input of other instruments, with the addition – if necessary – of overdubs recorded with the same guitar. Even using open tunings for broadening the sound spectrum or simply for adding depth to the composition and make it closer to what my heart suggests to me. 

How the process of making a composition looks like in your case? What begins works on tune? Is it a distinctive guitar motif, the idea of a particular mood, or maybe something that you experienced or saw?

Inspiration may happen to me at any place or time. I often conceive my compositions while, in any venue, I am simply unconsciously playing something abstract, with my eyes closed, without thinking too much and entering to a semi-trance zone. When my rational part encodes a melody or a theme my eyes open again going back to reality. A wonderful thing is happening, which significantly changes my mood, my day, literally making me happy. A new tune is being born, so I try to get "conscious". I record it immediately with a smartphone or a small portable recorder, in order to fix the idea that I will later develop and arrange harmoniously and at structural level. I like to compare this creative activity, which is not easy to explain, to a kaleidoscope that captures light rays, transforming them into infinite compositions of shapes and colors. 

How about the titles? It’s always quite a challenge to find an appropriate title for an instrumental. Are the titles of your songs the result of your inspirations?

The titles are the result of my inspirations, melodies that are translated into words. It's not always easy. Sometimes I let a person with particular musical empathy listen to the "newborn" songs, in order to let someone be inspired for suggesting me the title. 

After more than a decade, in 2021, you presented a new album, "Sound Of The Rainbow". How the creative process of writing new music looked like? 

Actually, I never stopped writing music. The ideas I wrote after the release of my first album, is the natural evolution of my creative streak. Composing music is like a gift. For me, it is also a need – like the air I breathe. After the first album, I became aware of having a natural ability to compose. Day after day I arrange the songs I compose, focusing on what I feel as I perform them. All this is the result, the fruit of my new album, "Sound of The Rainbow". 

Did you record the whole material in short time (like few months) or did you collect the recorded pieces from the whole, past decade? 

Although ten years have passed since the release of my first album, I wrote the music for "Sound of The Rainbow" within a few years. Then, once it was possible to proceed with the recording, I recorded the entire new album in three days. 

Why did you decide to play new music with the band? 

I really like the kind of sound I was able to achieve with my great band. I wrote some of the songs with the idea of playing them with my travel mates who, would add new colors, grooves, percussion with their own instruments. The sound coding that made the tunes sound exactly as I had them in my mind. Examples are: Il Cerchio, La Tarantella, Il Sogno and finally the piece Sound of The Rainbow, as the closing of the album of the same name. 

Two of the new compositions – La Strada and Cave Of Crystal – are the duets with Dominic Miller, acknowledged guitarist, popular for the works with Sting. Why did you decide to ask Dominic for cooperation? 

I met Dominic Miller in 2008, during one of my solo gig, at a guitar festival close to Milan. I was unaware he was among the audience and, at the end of my gig, he approached me, congratulating for my performance. He asked if I wrote the compositions which I played. I said that all my repertoire was written by me, and he told me that he would have been happy to be in touch with me, for collaborating and for playing a gig together. He asked me also to send him further compositions I wrote. Afterwards, we met several times, and then he offered me to collaborate on some tunes of my new album. Therefore, we scheduled a recording session in studio, where Dominic played in duet with me, and we recorded the tunes La Strada and Cave of Crystal. About one year after we recorded the tracks of my album, Dominic invited me to play with him a tune in two dates of his Italian tour. We played as in duet, as well as with his band, the tune Do You Want Me, taken from his album “First Touch”. It was an amazing experience, which I will remember for the rest of my life. I really hope in future to have another chance to play again with Dominic, because we both found a natural harmony in playing together and a good connection. 



One of your composition from the new album is called La tarantella. Is it inspired by the Italian folk dance? 

The song La Tarantella, as suggested by its name, but also from the very first notes and the unstoppable rhythm, is certainly the most Italian composition of the album. Even this piece was conceived in a natural, spontaneous way without pushing myself to write a “tarantella” – the inspiration simply came to me. I included it among the compositions of the album, as an important piece also to pay homage to the famous Italian folk dance that is in my blood. 

How would you describe the music from your new album? 

I conceive my music to make people feel good, and I express a message of hope through it, given also the times we are living. I prefer to describe my music by playing it live, rather than in words. However, it would rather be interesting to have it described by the listeners through the various media and during my performances. In this regard, I'm collecting the several messages, thoughts, feelings and feedbacks that the people who have listened to the music of "Sound of The Rainbow" expressed. Exactly one year after the release of the album, I will publish what my fans have written to me about "Sound of the Rainbow". 

You use the same model of the guitar as mentioned Dominic Miller. Why did you choose this distinctive model with smaller soundbox? Is it connected with the particular sound you wanted to achieve? 

I played for years a traditional classical guitar, which was not very comfortable. Then I listened the Yairi “Torres” model played by Dominic Miller and I have been captured by its sound and by its very comfortable size to play. I was looking for it for a while, until I found it in a guitar shop in Milan. I decided to buy it. I choose it as a main instrument for its ease to play and – most of all – for its peculiar sound timbre. This specific model is not pretty easy to find out in Europe, therefore I have been lucky to find it in Milan. I had also the chance to know the Yairi distributor for the French market, Mr. Robert Harvey, who is a very professional guy, and he has an outstanding knowledge of Yairi guitars. You may find his page on Reverb website, through the following link: https://reverb.com/fr/shop/k-yairi-guitar-specialist

For the end, a small report about Italian music. Do you have some recommendations from Italian jazz scene?

I think that in Italy has always been a great ferment of interesting musicians and original music. It would be unfair and embarrassing to name just a few or give some examples. However, sometimes the right structures, needed to bring out new talents and to let them express, through their compositions and their performances, are lacking. Without going around it, in Italy being a musician is often not considered as a job. To build a future in this field, without a second profession other than music (such as teaching, for instance), is pretty difficult. Nevertheless, I am optimistic. Indeed, thanks to the technology that all of us nowadays may use, including myself, together with the perseverance and a bit of luck, we may address our music to every corner of the world.