Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty

Tomasz Stańko – Wrocław, Teatr Polski, 30.11.17 (December Avenue Tour) [Relacja]

fot. Antonina Tucka (Antgraphy)
Po ponadrocznej przerwie do Wrocławia wrócił Tomasz Stańko. Światowej renomy trębacz jest jednym z trzech Polaków mających kontrakt płytowy z prestiżową wytwórnią jazzową ECM. Pod koniec marca jej nakładem ukazał się album December Avenue, nagrany we współpracy z nowojorskimi muzykami. W czwartek panowie wspólnie zaprezentowali nowe kompozycje na deskach Teatru Polskiego.

Koncert miał bardzo klimatyczny, intymny charakter. Lekko spóźnieni jazzmani przywitali wrocławską publiczność bez słów – postawili na wprowadzenie muzyczne. Zespół rozpoczął delikatną improwizacją, do której dopiero po jakimś czasie dołączył jego lider. Na scenie szalał perkusista Gerald Cleaver, który nieustannie wzbogacał rytm dynamicznymi przejściami na werblu i tomach. Gra Amerykanina przypominała trochę rozdawanie kart, a nawet najbardziej akrobatyczna gra nie wywoływała u niego grymasów na twarzy. Po drugiej stronie półkola stworzonego przez muzyków i ich instrumenty – David Virelles na fortepianie. Kubańczyk grał odwrócony plecami do publiczności, ale dzięki temu ta mogła obserwować nieszablonowe zagrania muzyka. Obaj panowie współpracują ze Stańką od 2013 roku, a December Avenue jest już drugim wspólnie nagranym albumem. Nie sposób pominąć również Erica Revisa, który wystąpił gościnnie na kontrabasie i wielokrotnie ubarwiał eklektyczną muzykę swoimi wstawkami. Brzmienie prezentowane przez zespół było podzielone na dwa klimaty. Dynamiczne i energiczne kompozycje uzupełniały się z melancholijnymi balladami prowadzonymi przez trąbkę Stańki. Szczególną uwagę przykuł Yankiels Lid, oparty na chwytliwym motywie kontrabasowym i charakterystycznej grze dęciaka. Większość kompozycji miała podobną strukturę. Rozpoczynały się one od znamiennej frazy, by później przejść w improwizacje poszczególnych członków zespołu. W takich momentach Stańko często przerywał swoją grę i schodził na bok sceny. Obserwował swoich muzyków w akcji, a sam nieprzewidywalnymi gestami wczuwał się w rytm. Ostatecznie wracał do półkola, by na zakończenie wspólnie z pozostałą trójką przejść do początkowego motywu. W Blue Cloud wirtuozerski popis dał Virelles, który grał wyjątkowo przestrzenne dźwięki. W trakcie całego koncertu stosował wiele metod gry – w mocniejszych momentach uderzał w klawiaturę całą pięścią, a na potrzeby stworzenia lekkiego tła muskał dłońmi struny swojego fortepianu. Niecodzienne umiejętności zaprezentował także Revis. W długich pasażach kontrabasowych śpiewał dźwięki, które jednocześnie wydobywał z instrumentu. Stańko grał w większości kompozycji niespiesznie, sennie i odpowiednio do tytułu swojej ostatniej płyty. Doskonałą ilustracją grudnia może być tytułowy December Avenue, w którym gra trębacza wyraźnie dawała sygnał, w których momentach pozostali muzycy mają zagrać kolejne akcenty. Jak na lidera zespołu przystało. Po półtoragodzinnym występie Stańko po raz pierwszy podszedł do mikrofonu, przedstawił muzyków i wraz z nimi opuścił scenę. Na bis New York Quartet zagrał rozciągnięty i melancholijny Bright Moon.

Koncert był znakomitą ilustracją pogody i atmosfery panującej w listopadzie czy grudniu. Odbiór takiej muzyki na wiosnę czy latem nie byłby tak łatwy. Stańko pokazał wachlarz swoich umiejętności, jednocześnie wiedząc, kiedy i w jakim stopniu oddać pole do popisu pozostałym muzykom. Z uśmiechem na twarzy można było również podziwiać jego spontaniczne, delikatne ruchy sceniczne, świadczące o niemałym zaangażowaniu emocjonalnym w tworzoną muzykę. Zespół wiernie i przejmująco oddał klimat uwieczniony na płycie.

Herbie Hancock – Wrocław, Jazztopad Festival, 26.11.17 (2017 Fall Tour) [Relacja]

Wybitny fortepianista jazzowy wystąpił w niedzielny wieczór w Narodowym Forum Muzyki. Jego koncert był ostatnią atrakcją tegorocznego Jazztopadu. Zdobywca czternastu statuetek Grammy i Oscara zaprezentował słuchaczom półtoragodzinną dawkę syntezatorowych efektów dźwiękowych oraz fortepianowej wirtuozerii.

Zanim wrocławscy melomani zdążyli ochłonąć po sobotnim koncercie Charlesa Lloyda, dzień później na scenie sali głównej pojawiła się inna legenda jazzu. Hancock usiadł przy klawiaturze syntezatora i otworzył swoje show przestrzennym pejzażem Overture, który budował napięcie i nabierał dynamiki dzięki nerwowemu rytmowi perkusisty Trevora Lawrence’a Juniora. Muzycy grali nieprzerwanie przez dobre pół godziny. Bohater koncertu stawiał na kompromis pomiędzy elektrycznym instrumentem a fortepianem. Co ciekawe, na scenie grał również drugi klawiszowiec. Głównym instrumentem Terrace’a Martina był vocoder, który zamiennie nadawał kompozycjom rytm lub tworzył tło do solówek Hancocka. Martin z powodzeniem grał również na saksofonie. „To dosyć dziwne połączenie instrumentów” rzucił w pewnym momencie lider zespołu. Hancock był w wyśmienitym nastroju. Po zagraniu kilku kompozycji przedstawił wszystkich muzyków i żartował ze swojej popularności. Żartował również muzycznie, grając na samplach ludzkich odgłosów, m.in. krzyków. Klawiszowiec nie zamykał się na żaden gatunek muzyczny – w jego grze można było doszukać się nawet latynoskich smaczków czy ambientu. Lawrence Junior bardzo często decydował się na granie rytmów zaczerpniętych z hip-hopu. Zespół uzupełniał James Genus, który nieustannie nawiązywał kontakt z widzami. Hancock zaprezentował pełną gamę swoich umiejętności. Jego wirtuozeria była wyczuwalna przede wszystkim w trakcie gry na potężnym fortepianie. Muzyk często sięgał również po brzmienia clavinetu (m.in. w Actual Proof), fletu oraz fortepianu elektrycznego stylizowanego na lata 80. Zaskoczył eteryczny Come Running To Me, w którym wirtuoz zdecydował się na zabawę z vocoderem i przepuścił przez niego swój wokal. Był to jedyny utwór z tekstem. Na koniec występu Hancock zostawił najbardziej znane utwory. Cantaloupe Island zostało przyjęte z niemałym entuzjazmem widowni. Pokaz swoich umiejętności dali tu wszyscy muzycy po kolei, a Martin z powodzeniem dorównał partii saksofonu z liczącej ponad pięćdziesiąt lat wersji studyjnej. Na bis Hancock sięgnął po keytar i niczym rockman zagrał Chameleon. Publiczność zgromadzona w Narodowym Forum Muzyki zgotowała instrumentalistom owację na stojąco.

To był koncert jedyny w swoim rodzaju, ukazujący wszechstronność Hancocka oraz bardzo dobre zgranie całego zespołu. Klawiszowiec sięgnął po młody skład, który wcześniej miał sporo doświadczeń z popem i hip-hopem. Co więcej, panowie rozumieją się na tyle dobrze, że Hancock zapowiedział w trakcie koncertu swoją nową płytę. Jej producentem będzie Terrace Martin, a z mediów społecznościowych wiemy, że proces nagrywania już się rozpoczął. Blisko osiemdziesięcioletni Hancock wciąż zaskakuje, inspiruje i zachwyca swoją formą fizyczną. Publiczność pożegnał serią podskoków wykonywanych do kolejnych uderzeń perkusji. To był bezkompromisowy występ.

Snowy White And The White Flames – Reunited (2017) [Recenzja]

Snowy White to legenda bluesa i rocka. W latach 70. grał z Pink Floyd, a później z Thin Lizzy oraz Rogerem Watersem. Po ogromnej trasie The Wall Live z tym ostatnim, postanowił zawiesić karierę sceniczną i skupić się wyłącznie na nagrywaniu. W październiku ukazał się ósmy studyjny album gitarzysty z zespołem The White Flames. 

Płytę Reunited otwiera Have I Got Blues For You. Już pierwsze dźwięki gitary nie pozostawiają złudzeń – mamy do czynienia z klimatycznym i niespiesznym bluesem. White nigdy nie miał wielooktawowego głosu, ale jego delikatny wokal (a momentami melorecytacja) idealnie uzupełnia muzykę. Gitarzysta zaprosił do studia swoich przyjaciół, z którymi współpracuje od dziesięcioleci. Utwór wieńczy jazzująca solówka Maxa Middletona, grającego niegdyś z Jeffem Beckiem czy Kate Bush. Płyta utrzymuje podobny klimat przez większość utworów. To podsumowanie spotkania ludzi, którzy przez lata wspólnego grania rozumieją się bez słów. Bardzo dobrze słychać to w Headful Of Blues, gdzie perkusista Richard Bailey, basista Kuma Harada i Middleton bawią się muzyką i tworzą malowniczy podkład pod solówki White'a. Uwagę przykuwają przestrzenne partie gitary grane techniką slide. I've Heard It All Before to nieco żywsze granie oparte na delikatnej gitarze, licznych perkusjonaliach i chórkach. Warto zwrócić uwagę na tekst, w którym Snowy śpiewa: wszystko idzie w złym kierunku (...)szaleni politycy was zabiją (...)celebrytka z wystającymi cyckami ma plastikową twarz i wydęte wargi, a całość kończy stwierdzeniem Widziałem już to wcześniej i nie chcę tego widzieć już nigdy więcej. Zmęczony życiem, narzekający senior, czy doświadczony obserwator, który już dawno odciął się od showbiznesu i z dystansem komentuje rzeczywistość? Odpowiedź można znaleźć w kolejnych utworach. Where Will You Belong to kompozycja, która wyróżnia się w zestawie, urzeka przestrzenią i melancholijnym klimatem. Intrygujące akordy uzupełniają kapitalne solówki głównego bohatera płyty. Pomiędzy zwrotkami White sięga po gitarę klasyczną, która w ostatnich latach coraz częściej pojawia się w jego twórczości. Dwie końcowe minuty to miejsce na mocną i powolną solówkę na Les Paulu, która przyprawia o ciarki i przekazuje bardzo dużo emocji. I Know Our Time Ain't Long to powrót do żywego, bluesowego grania z charakterystycznym, harmonicznym riffem zagranym przy użyciu efektu Whammy. Snowy z ironią komentuje ludzkie rozmowy: codziennie słyszę wiele rozmów, ale mnóstwo z nich jest o niczym, po czym stwierdza: nasz czas niebawem się skończy, nie mamy czasu na niezrozumienie. Przewrotna puenta. White to inteligentny tekściarz, który potrafi trafnie skomentować dany problem jednym zdaniem. Unika przy tym sztucznej poetyckości. Następne trzy utwory na płycie to instrumentale. Rest Full jest delikatnym portretem dźwiękowym, opartym na lekkiej gitarze solowej i przenikliwych syntezatorach. Co ciekawe, na wszystkich instrumentach oprócz kong zagrał sam White. Long Time No C to powrót do zespołowego grania, z ponurą sekwencją akordów i nietypowymi akcentami. Bardzo ciekawe wypada tu muzyczna rozmowa między gitarą White'a, a pianinem elektrycznym Middletona. Ta konwersacja nie jest o niczym. Emptyhanded to fortepianowy blues z jazzowym zacięciem. Dużo tu melancholii, a White przez ponad cztery minuty jest w swoim żywiole. Mocny riff, rodem z płyty Dire Straits, otwiera Nuff Said. To prosta, przebojowa kompozycja z kapitalnymi solówkami i typowym, bluesowym brzmieniem. In California to nieco spokojniejsza ballada, w której Snowy opisuje swoje wspomnienia z kilku amerykańskich miast. Sentymentalny tekst uzupełniają dwie długie solówki bohatera płyty. Na deser White zaproponował Time To Start Living, blisko dwunastominutową, stopniowo nabierającą rozmachu, progresywną balladę. Dużo tu impresji – najpierw harmoniczna solówka na gitarze klasycznej, zaraz później mocne, rockowe granie. Jest tu kilka zmian klimatu, melancholia pojawia się tu na przemian z mocą i graniem "tu i teraz". Najbardziej niepokoi tekst. Niektóre wersy są jednoznacznym podsumowaniem życia: Jest czas by zacząć żyć i czas by umrzeća w międzyczasie musimy jakoś dawać sobie radę(...) oraz jestem zbyt stary żeby umrzeć młodo. Nagle następuje niespodziewana zmiana akordów, klimat staje się bardziej podniosły. Możesz być pewien, że gdzieś po drodze, będzie czas na bluesa śpiewa White, po czym kończy całość wyjątkowo przejmującą solówką.

Reunited to propozycja dla fanów brytyjskiego blues rocka. Album nie jest przełomowy, ale ma wiele intrygujących, muzycznych momentów i  dających sporo do myślenia tekstów. Snowy White to absolutna światowa czołówka, jeśli chodzi o umiejętność oddawania swoich emocji na strunach. To niedoceniany muzyk, który przez większość życia grał w cieniu gwiazd rocka. Miejmy nadzieję, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Foo Fighters – Concrete And Gold (2017) (Recenzja)

Show nadal trwa. Foo Fighters wracają z nowym albumem, który jest chyba najlepszą odpowiedzią na zeszłoroczne plotki dotyczące rozwiązania zespołu. Concerete And Gold to dowód na to, że Dave Grohl i spółka rozumieją się tak dobrze, jak nigdy wcześniej.

Płyta rozpoczyna się bardzo niepozornie. T-Shirt to lekka piosenka oparta na gitarze akustycznej i marzycielskim śpiewie lidera zespołu. "Nie chcę być królową, chcę po prostu mieć czystą koszulkę" stwierdza. Wtem, bez żadnej zapowiedzi, do gitarzysty dołącza cały zespół. Foo Fighters daje o sobie znać i pokazuje, jak naprawdę będzie brzmiała ta płyta. Run, pierwszy singiel promujący wydawnictwo, to zespołowe, rozbudowane granie oparte na screamach Grohla i mocnych, niemalże metalowych gitarach. Dawno zespół nie wydał czegoś równie mocnego. Najlepszym dowodem było zdziwienie na twarzach fanów słyszących przedpremierowe wykonanie utworu na czerwcowym Openerze. Make It Right to kolejna riffowa kompozycja. Bardzo udanym, zresztą niejednorazowym zabiegiem na płycie, było utworzenie chórków w refrenach, dodających nieco beatlesowskiego wyrazu. Smaczków związanych z legendarną czwórką z Liverpoolu jest na albumie zdecydowanie więcej, ale o tym później. Urzekają również osobne chórki, które stworzył Justin Timberlake, niepodpisany w booklecie. The Sky Is A Neighbourhood, kolejny singiel, to utwór z bluesowym zacięciem. Brzmienie opiera się zadziornej gitarze oraz delikatnych chórkach. Udanym połączeniem jest również mieszanie mocnych, przesterowanych gitar z instrumentami akustycznymi, które dodają nieco szlachetniejszego wyrazu. W tym przypadku w sesji udział brał kwartet smyczkowy, z Polką, Kingą Bacik, na wiolonczeli. W La Dee Da słyszymy w roli głównej Nate Mendela, z riffowym, brudnym basem. Głównym atutem tego drapieżnego utworu są zabawy rytmiczne Taylora Hawkinsa na perkusji oraz interesujące wstawki syntezatorowe Rami Jaffeego. Warto dodać, że "Concrete And Gold" to dla klawiszowca pierwszy album w roli pełnoprawnego członka zespołu. Grohl zaprosił do wykonania singla gości specjalnych – Alison Mosshart z The Kills, która udzielała się w chórkach, oraz saksofonistę Dave'a Koza. W przeciwieństwie do damskiego wokalu, partia jazzowego muzyka jest niemalże niesłyszalna i zasłania ją całe stado przesterowanych instrumentów. Foo Fighters lubi zaskakiwać i dobrym przykładem jest Dirty Water, z początku lekka, gitarowa ballada z szybkim rytmem i śpiewem w harmonii. To progresywna kompozycja, uzupełniana urzekającymi chórkami w wykonaniu Inary Geogre oraz gitarą Pata Smeara. Nagle głos zabierają mocniejsze brzmienia z przenikliwym syntezatorem w roli głównej. Co ciekawe, zagrał na nim producent płyty Greg Kurstin, który współpracował ostatnio m.in. z Adele przy płycie 25. Dirty Water to dobrze zaplanowane, pomysłowe granie i jeden z najmocniejszych punktów Concrete And Gold. Od tego momentu płyta będzie miała bardziej eksperymentalny charakter. Co prawda Arrows, to kolejny utwór o typowo singlowej, chwytliwej budowie, ale wstawki Mellotronu czy wibrafonu są na nagraniach Foo Fighters niemałym rarytasem. Największą niespodzianką jest Happy Ever After (Zero Hour), całkowicie akustyczna, radosna kompozycja, utrzymana w klimatach The Beatles. Jest tu także miejsce na bluesową, delikatną solówkę oraz na kilka partii instrumentów klawiszowych z lat 60. Sunday Rain to stopniowy powrót do mocniejszych brzmień. Chwytliwy riff i podniosłe refreny są umiejętnie skontrastowane z klimatycznymi zwrotkami, w których dużo organów Farfisa oraz flangerowych gitar. Co ciekawe, to jeden z niewielu utworów zespołu, w którym to perkusista, Taylor Hawkins, śpiewa główną partię wokalną. Skojarzenia z Rogerem Taylorem z Queen są jak najbardziej odpowiednie, nawet w kontekście barwy głosu. Miejsce Hawkinsa przed bębnami zajął natomiast sam Sir Paul McCartney, który akurat gościł w hollywoodzkim studio. Były Beatles zagrał bardzo klasycznie, bez ambitniejszych wstawek i wariacji (może to dlatego, że usiadł z pałeczkami bez wstępnego przesłuchania kompozycji). Kolejny bardzo mocny punkt albumu, który dodatkowo wzbogaca klimatyczna, jazzowa partia fortepianu w outrze. Foo Fighters obiera nowe kierunki, szuka inspiracji i te barwne sześć minut muzyki bez dwóch zdań to potwierdza. The Line to ostatni z singlowców, w którym ujmują gitarowe harmonie i moc wokalu Grohla. Lider fightersów to bardzo pewny, niezawodny element układanki. Album zamyka Concrete And Gold, zdecydowanie najwolniejsza i najmroczniejsza propozycja zespołu w zestawie. Oszczędna gra perkusji oraz potężne, minimalistyczne gitary wspaniale uzupełniają się z rozbudowanymi partiami chórków Shawna Stockmana. Urzeka również instrumentalna partia smętnej gitary, Mellotronu oraz umyślnie pozostawionego szumu wzmacniacza. To przykład nieszablonowej, pomysłowej produkcji. Utwór kończy się podniośle, a ostatni akord gitary, rozbrzmiewający przez ostatnie kilkadziesiąt sekund, nieodzownie kojarzy się z "A Day In The Life" Beatlesów. Foo Fighters nie jest jednak zespołem grającym proste piosenki o miłości. Z rozmarzenia i melancholii wybija nas Grohl. "Fuck You Darrell!" krzyczy w ostatnich sekundach albumu. Chodzi o Darrella Thorpa, który w trakcie sesji zajmował się inżynierią dźwięku.

Po Wasting Light i Sonic Highways nagrywanych kolejno na analogowym sprzęcie w garażu i w ośmiu różnych miastach, zespół planował nagranie nowego materiału w towarzystwie dwudziestotysięcznej widowni. Pomysł został jednak zarzucony, a Grohl przyznał w wywiadzie, że biorąc na wzgląd wcześniejsze "kombinacje", największą niespodzianką mógł być dla fanów... brak kolejnej. Mam wrażenie, że tym razem muzycy skupili się przede wszystkim na muzyce, a cała otoczka jej tworzenia okazała się mniej ważna. Decyzja lidera okazała się słuszna. Sukces albumu to także zasługa producenta, Grega Kurstina, który na co dzień zajmuje się muzyką popową. Dzięki niemu paleta brzmień Foo Fighters została znacząco urozmaicona, a Concrete And Gold to wyróżniająca się pozycja w dyskografii zespołu.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

David Crosby – Sky Trails (2017) [Recenzja przedpremierowa]

Siedemdziesięciosześcioletni David Crosby, legenda amerykańskiego folk rocka, były członek CSNY, jest ostatnio na fali wznoszącej. W piątek opublikuje swój trzeci solowy album w ciągu trzech lat. Sky Trails to zdecydowana zmiana stylistyczna w twórczości charyzmatycznego muzyka. Tym razem Crosby, przy wsparciu pokaźnej grupy wirtuozów, stawia na fuzję rocka i jazzu.

Album otwiera singlowy She’s Got To Be Somewhere, w którym rytm nadaje elektryczne pianino Fender Rhodes. To optymistyczny utwór w klimacie fusion jazzu, w którym, co dla muzyki Crosby’ego jest nowością, występuje również sekcja instrumentów dętych. Kameralny nastrój kompozycji dopełnia niepowtarzalny, brzmiący wyjątkowo młodo, wokal głównego bohatera płyty. Smaku dodają krótkie wstawki gitary oraz saksofonu. Sky Trails to płyta, na której rytmiczne i bardziej rozbudowane utwory są uzupełniane przez kameralne ballady oparte na jednym, głównym instrumencie. Przykładem może być tytułowa ballada, Sky Trails, w której potężne brzmienie gitary akustycznej, uzupełnianej przez harmonie wokalne Crosby’ego i Beccę Stevens, z którą muzyk współpracował przy okazji tworzenia poprzedniej płyty solowej, Lighthouse. Duet stopniowo buduje dynamikę, by w głównej części przejść do wielogłosu. Słowa refrenu przejęła Stevens, a Crosby buduje wokół nich odpowiednią aurę. Muzyk używa swojego głosu, niczym instrumentu, dodając do głównej linii melodycznej wiele pobocznych wątków. Całość z gracją uzupełnia saksofon sopranowy Steve’a Tavaglione’a. Pozostając w balladowych klimatach, warto zwrócić uwagę na dwie fortepianowe ballady. Before Tommorow Falls On Love, przepełniona jazzowymi akordami w wykonaniu syna Crosby’ego, Jamesa Raymonda oraz basowymi wstawkami Mai Agan, to wyjątkowo kameralne granie. Nastrojowy głos Crosby’ego perfekcyjnie uzupełnia muzyczne tło. Amelia, cover przyjaciółki muzyka, Joni Mitchell, to kolejny popis Raymonda, który wyprodukował album i miał duży wkład w brzmienie nagrań. Ten niedoceniany pianista prezentuje swoje możliwości dosłownie na każdym kroku. Wydawać się może, że w ramach projektu Sky Trails nie nagrał ani jednego zbędnego dźwięku. Jego kunszt można podziwiać w jednym z najlepszych utworów na płycie, rozbudowanym, siedmiominutowym graniu opatrzonym nazwą Capitol. Urzekające jazzowe akordy, przestrzenna gitara hawajska Grega Leisza oraz nieco toporny, elektroniczny rytm, tworzą wyjątkowo ciekawą, hipnotyzującą mieszankę. Wisienką na torcie jest długi dialog między saksofonem sopranowym, gitarą oraz oldschoolowym syntezatorem w końcówce. Takie granie, przyprawione dodatkowo lekko przybrudzoną gitarą Deana Parksa, może kojarzyć się z twórczością Crosby’ego za czasów CPR. Co ciekawe, na basie gra tu Andrew Ford, członek tego nieistniejącego już zespołu. Podobny klimat utrzymano również w Sell Me A Diamond. Mamy tu podobne instrumentarium, z fortepianem oraz gitarą hawajską na czele. Intryguje rytm, wynikający z połączenia automatu perkusyjnego, akustycznej perkusji (na której gra niezastąpiony Steve DiStanislao) oraz klaskania. Fraza „Makes conflict free sounds good to me” długo nie opuści waszych głów. Album jest kopalnią intrygujących linijek, nieco naiwnych, ale zarazem mających w sobie coś genialnego. W Here It’s Almost Sunset Crosby kontynuuje tytułowe słowa „ Why is the sun shining brighter? How can it be? How can still see?”. W kontekście jego narkotykowej przeszłości mają one niebanalne znaczenie. Muzyk przyznał w wywiadzie, że sam dziwi się, że nadal żyje. Przy okazji tego utworu nie sposób ominąć opisu warstwy muzycznej. Całość oparta jest na wyraźnym riffie basowym i powolnym rytmie. Przytulną przestrzeń tworzy pianino Rhodes oraz przeszywające, delikatne syntezatory. Kolejny raz, całość zdobią powabne wstawki Tavaglione’a na saksofonie. Zakończenie albumu to bardziej gitarowe granie, znane z poprzednich płyt muzyka. Wybija się urzekające Somebody Home, przepełnione kameralną aurą oraz ciepłym brzmieniem. Co ciekawe, solowy performance Crosby’ego uzupełnia tu zupełnie inny skład muzyków, niż w pozostałych utworach. David zaprosił do studia zespół Snarky Puppy, z którym, co ciekawe, nagrał utwór w niemalże identycznej wersji na potrzeby wydawnictwa live zespołu. Dzięki temu tylko tu słyszymy wstawki Hammondów czy dużą ilość perkusjonaliów. Co poza tym? Mamy tu melancholijne pianino, tremolową gitarę oraz wyjątkowo delikatną, ciepłą partię sekcji dętej, która brzmieniem przypomina syntezator. To zdecydowanie jeden z najlepszych momentów na albumie. Curved Air jest natomiast najbardziej eksperymentalnym utworem w zestawie. Skomponowany i zagrany przez Raymonda na gitarze klasycznej, jest połączeniem rytmu flamenco oraz, za sprawą rytmicznych sampli i shakuhachi, muzyki Dalekiego Wschodu. Skomplikowany rytm oraz niepokojący bezprogowy bas, tworzą klaustrofobiczną atmosferę. To jeden z najbardziej skomplikowanych utworów w dorobku Crosby’ego. Album zamyka Home Free, ostatni z zestawu akustycznych utworów. Kompozycja rozpoczyna się chłodnym pejzażem dźwiękowym, na który składają się chaotyczne dźwięki gitary akustycznej oraz kolejnego japońskiego instrumentu, koto. Pojawia się głos głównego bohatera płyty. Uzupełniają go potężne, ale delikatnie zagrane, akordy gitary akustycznej oraz fortepianu. Powolne tempo, refleksyjny tekst, w którym Crosby docenia swoje życie, a to wszystko w duecie ojca z synem. Klimatyczne zakończenie nastrojowego albumu.
W wieku, w którym oczekiwałbym od muzyka powielania sprawdzonych schematów, Crosby nagrał chyba najbardziej eksperymentalną płytę w karierze solowej. Oczywiście, spora w tym zasługa Raymonda, ale widać wyraźnie, że legenda folk rocka wciąż poszukuje, ma głowę pełną pomysłów i chętnie ucieka ze swojej strefy komfortu. Mimo że poszczególne utwory mają odmienne konwencje i zostały zagrane przez różne składy muzyków, to płyta ma spójny charakter. Obejmuje ona jeden, melancholijny nastrój, który został oddany na wiele sposobów z pomocą odmiennych filozofii grania. W wywiadzie Crosby przyznał, że sam może malować tylko w siedmiu barwach, ale z pomocą innych instrumentalistów może powiększać tę skalę. Coś w tym jest i Sky Trails wyraźnie to potwierdza.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Harry Styles – Harry Styles (2017) [Recenzja]

Długo zabierałem się do recenzji tej płyty, bo to jedna z większych muzycznych niespodzianek roku. Harry Styles, były członek popowego boysbandu One Direction, zaczyna zupełnie nowy etap w karierze. Muzyk całkowicie zrywa ze stylistyką swojej byłej grupy i stawia na muzykę tworzoną z udziałem prawdziwych instrumentów, klimatycznie osadzoną w latach 70. Niektórzy nazywają go mesjaszem, który wyrzuci z rozgłośni elektroniczne granie, dla innych to powielacz pomysłów Davida Bowiego i innych gigantów rocka. Prawda tak naprawdę leży gdzieś pośrodku.

Harry rozpoczyna płytę delikatnym Meet Me In A Hallway. Otwierające dźwięki to ujmujące połączenie gitary akustycznej i omnichordu, małego instrumentu klawiszowego charakterystycznego dla lat 80., na którym gra sam bohater albumu. Dużo tutaj przestrzeni i marzycielstwa. Znalazło się nawet miejsce na krótką solówkę gitary elektrycznej techniką slide. Wszystko po to, by wprowadzić słuchacza w odpowiedni nastrój i przejść do pierwszego singla z płyty, Sign Of The Times. To rozbudowana, progresywna ballada oparta na fortepianie i niezwykle ujmującym refrenie, w którym Styles wspina się na wyżyny swoich umiejętności wokalnych. Vintage'owego wykończenia dodają partie Mellotronu, który tworzył brzmienie Beatlesów czy pierwszych płyt Bowiego, oraz gitary lap steel. To bardzo dobrze przemyślany utwór, stworzony z komercyjnym zamysłem, mający jednak również niemałą wartość artystyczną. Patetyczna atmosfera jest niemal żywcem wyjęta z płyty Pink Floyd. Nic dziwnego, że perkusista legendarnego zespołu, Nick Mason, przyznał, że chciałby pracować razem z Harrym w studio. Carolina to bez cienia wątpliwości zwrot w stronę twórczości Bowiego, a konkretnie chaotycznego albumu Lodger. Klimat budują tu dynamiczne, momentami nieco orientalne skrzypce oraz duża dawka rozmaitych perkusjonaliów. Wyjątkowo ciekawą progresję akordów uzupełniają melodyczne chórki. Głos Stylesa jest naładowany emocjami, co jest raczej rzadkim zjawiskiem na płycie. Wykonania wokalisty cechuje bowiem duża dawka luzu, która pasuje do miłosnej tematyki tekstów. Two Ghosts to przebojowy, aczkolwiek nieco spokojniejszy utwór oparty na charakterystyczniej frazie We're not who we used to be. Kompozycji brakuje nieco wyrazu. Jest co prawda przyjemna w odbiorze, ale brakuje jej fragmentów, do których warto byłoby wracać. Przy okazji należy też dodać, że Harry zagrał tutaj nie tylko (ponownie) na omnichordzie, ale także na gitarze. Jego wykonania bardzo dobrze uzupełnia zespół. To rzadkie w przypadku komercyjnych płyt, gdzie często lista nazwisk twórców i muzyków sesyjnych jest dłuższa niż kolejki nastolatek stojące przed hotelem, w którym zatrzymywało się One Direction. Sweet Creature to nieco przesłodzona, akustyczna ballada z delikatnym śpiewem Harry'ego w harmonii. Ciekawsze rzeczy zwiastuje natomiast intro w Only Angel. To brzmienie Mellotronu, a dokładniej zsamplowanego chóru, zarejestrowanego w latach 60. Dodatkowo delikatne pianino, dokładnie to samo, które wieńczy Sign Of The Times, syntezatory i fragmenty dialogu z filmu Barfly "I saw this angel, I really saw an angel". Krzyk, mocne, glam rockowe gitary, sekcja rytmiczna z feelingiem i mamy już cały zarys kompozycji. To przebojowy utwór z prostymi refrenami i bardzo dobrym wykonaniem oraz aranżacją. Dodatkowy plus za kapitalny middle 8, który powoduje chwilę wytchnienia między kolejnymi mocnymi uderzeniami. Kiwi to jeden z krótszych utworów na płycie. Dużo tu przesterowanych gitar, krzyków, chórków i glam rockowego klimatu. Mocną i przeszywającą solówkę na gitarze elektrycznej gra tu Mitch Rowland. Nie jest to z pewnością najlepsza kompozycja na Harry Styles, ale znacząco ubarwia krążek i dodaje mu rockowego pazura. Ever Since New York to zwrot w stronę spokojniejszego grania. W roli głównej gitara akustyczna i jej charakterystyczny riff oraz uderzenia w tomy w wykonaniu przywołanego już Rowlanda. Kompozycja rozpoczyna nad wyraz ciekawą końcówkę płyty, którą tworzy również Woman. Should we just search romantic comedies on Netflix and then see what we find? – pyta Styles, a po chwili na komendę fortepianu dołączają kolejne instrumenty, To jeden z wyróżniających się utworów na krążku, mający w sobie energetyczny rytm i zarazem subtelność. Dobrym rozwiązaniem było użycie basu bezprogowego, który wielokrotnie wybija się z miksu i tworzy podstawę brzmienia. Wyjątkowo humorystycznym rozwiązaniem, które wnosi dużo luzu, jest kwakanie, tworzące podstawę rytmu. Ciekawe, czy jest to plastikowa kaczka, służąca do zabawy, czy przetworzony głos Stylesa. I was like "That was me, thanks" odpowiedział ponoć swojemu ojcu na pytanie, jak prawdziwa kaczka miała znaleźć się w studiu. Kończąc temat Woman – to brzmienie długo nie będzie chciało wyjść z Waszych głów. From The Dining Table to najbardziej pesymistyczny utwór na płycie, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Styles śpiewa o echach zakończonego związku i kryzysie uczuć. Ballada jest bardzo oszczędnie zagrana – dwie ponure gitary akustyczne, przełamane w środku podniosłą orkiestrą symfoniczną i przeszywającymi harmoniami Harry'ego. Warto przesłuchać utwór na słuchawkach – miks tak naprawdę dwa wykonania tego samego utworu. Zarówno partia gitary, jak i wokalu w lewej słuchawce różni się od tej, słyszalnej w prawej. Utwór zamyka płytę i pozostawia po niej bardzo dobre wrażenie.

Harry Styles to do pewnego stopnia powielanie sprawdzonych rozwiązań kompozycyjnych z użyciem instrumentów charakterystycznych dla ery "klasycznego rocka". Charyzma muzyka powoduje jednak, że utwory mają swój niepowtarzalny charakter i spaja ciekawsze fragmenty albumu z nieco słabszymi. Pierwszy krok w karierze solowej Stylesa jest powiewem świeżości na rynku komercyjnych publikacji. Miło, że w MTV ponownie można usłyszeć brzmienie gitar elektrycznych czy syntezatora Moog. 

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta


Coldplay – Kaleidoscope EP (2017) [Recenzja]

Na to niewielkie wydawnictwo trzeba było czekać wyjątkowo długo. Informacje o nowej epce Coldplay pojawiły się już bowiem na pół roku przed jej premierą. Zespół opisał płytkę jako zbiór outtake'ów z A Head Full Of Dreams, wyjątkowo komercyjnego albumu w dorobku Brytyjczyków. Dlaczego ukazały się one dopiero teraz? Odpowiedź wydaje się zaskakująco prosta. Trzeba również dodać, że na Kaleidoscope znalazły się także remiksy wcześniej publikowanych utworów.

Najmocniejszym punktem albumu jest All I Can Think About Is You. To urzekająca kompozycja, podzielona na dwie części. Pierwsza, nadzwyczaj przestrzenna, to delikatne granie z dużą ilością pogłosów, swingującym basem oraz lekko przytłumionym wokalem Chrisa Martina. Urzeka delikatna perkusja i marzycielskie wtrącenia gitary elektrycznej oraz fortepianu. Nagle, w połowie utworu, kompozycję przejmują klawisze. Poprzez dodawanie kolejnych instrumentów, muzycy budują przejmujące napięcie, które uwalnia się wraz z mocniejszymi uderzeniami perkusji. Całość ozdabia końcowe solo Jonny'ego Bucklanda na gitarze elektrycznej. Nie chce się wierzyć, że całość trwa zaledwie cztery i pół minuty. Kontynuując przegląd outtake'ów, warto rzucić okiem na A L I E N S, którego charakter był tak bardzo nieobecny na ostatniej płycie zespołu. Kompozycja zbudowana jest na nieregularnym rytmie 5/4, prowadzonym przez elektroniczną perkusję Willa Championa. W muzyce wyraźnie wyczuwalny jest duch eksperymentu. Sporo tu pogłosów, przeszywających syntezatorów, a na pierwszy plan wysuwa się delikatna gitara akustyczna. Tekst jest komentarzem dotyczącym kryzysu migracyjnego, a podmiot liryczny wczuwa się w odczucia uchodźców przybywających do Europy. Urzekają robotycznie śpiewane wstawki Martina, a utwór wieńczy orkiestra symfoniczna. Warto dodać, że w tworzeniu utworu brał udział Brian Eno, znany z ambientowego i eksperymentalnego grania, m.in. z Davidem Bowie. Zagrał na gitarze i jest współproducentem kompozycji. Hypnotised utrzymuje klimat poprzedników. Opiera się na dynamicznej grze fortepianu oraz instrumentów klawiszowych żywcem wyjętych z lat 80. Z czasem do głosu dochodzi również Buckland, Champion oraz basista, Guy Berryman. Dużo tutaj smacznej, stonowanej elektroniki, która buduje hipnotyzujący nastrój. Sporo tu także miejsca na instrumentalne partie. Łącznie ponad sześć minut grania. Teraz ta gorsza część płytki, czyli remiksy. Miracles (Someone Special) to nowa wersja utworu nagranego w 2014 roku do filmu Unbroken (Niezłomny). Oryginalna kompozycja była przeciętnym, radiowym kawałkiem, którego jedyną mocną stroną był motywujący tekst dobrze łączący się z fabułą filmu. Remiks nie zniszczył doszczętnie oryginału. Dodano mocniejsze partie sampli oraz zwrotkę rapera Big Seana, która jest tutaj tak potrzebna, jak kurs pentatoniki Ericowi Claptonowi. Something Just Like This (Tokyo Remix) to nagranie koncertowe ze stolicy Japonii. Utwór, stworzony wraz z The Chainsmokers okazał się hitem internetu. Wersja studyjna ukazała się na płycie tego drugiego zespołu, przez co jedynym wyjściem na przemycenie utworu przez Coldplay do swojej dyskografii, było opublikowanie wersji na żywo. Różnice między oboma wykonaniami są naprawdę niewielkie. Sama kompozycja jest przeciętnym radiowym produktem z wyraźnym refrenem, ale stworzona bez ciekawszych pomysłów.

Odczucia towarzyszące Kaleidoscope EP są mieszane. Zupełnie jak zawarte na niej utwory. Trzy outtake'i to przejmujące i pomysłowe granie, pełne nawiązań do wczesnej twórczości zespołu. Nawiązując do pytania ze wstępu, nie weszły one na płytę studyjną ze względu na mniej komercyjny wyraz, który kłóciłby się przykładowo z duetem Martina z Beyonce. Remiks i nagranie live to czysta komercja bez większej wartości artystycznej i czegoś, co bardziej zapadłoby w pamięć. Bez nich epka byłaby oceniona zdecydowanie lepiej. 

WERDYKT:  – płyta z przebłyskami

Sting – Praga, Metronome Festival 23.06.17 (57th & 9th Tour) [Relacja]

O tym, że Sting ma tendencję do ciągłych zmian, wie już chyba każdy, kto chociaż trochę śledzi poczynania Brytyjczyka. W zasadzie każda trasa byłego basisty The Police jest skrajnie inna. Bywało jazzowo, art rockowo, elektronicznie, folkowo i ze wsparciem orkiestry symfonicznej. W ramach trasy promującej album 57th & 9th Sting ponownie zmienia swój wizerunek, tym razem powracając do grania prostej, rockowej muzyki. W ramach światowego tournée zawitał także do Pragi, gdzie 23 czerwca wystąpił jako headliner pierwszego dnia Metronome Festival.

Sting pojawił się wraz z zespołem na scenie głównej punktualnie o 21:30. Przywitało go czternaście tysięcy widzów. Słowo „fani” byłoby chyba użyte zbyt pochopnie. Warto bowiem pamiętać, że część publiki kupiła bilet na festiwal z myślą o Kasabian, który grał następnego dnia, i przyszli popatrzeć na Stinga z czystej ciekawości. Muzyk rozpoczął set od bardzo energetycznych kawałków. Otwierający Synchronicity II, oryginalnie kompozycja grana przez The Police, pokazał, jak będzie brzmiał cały koncert. To czysto rockowe granie, a zespół wspierający Stinga był do niego idealnie skrojony. Basistę wsparło bowiem dwóch gitarzystów, ojciec Dominic i syn Rufus Millerowie, Josh Freese na perkusji oraz dwójka panów w chórku – Ben Thornewill oraz syn Stinga, Joe Sumner. W trakcie wykonywania niektórych utworów na scenie pojawiał się także Percy Cardona, który grał na akordeonie. Tak było w If I Ever Lose My Faith In You, włączonym do setlisty w tym miesiącu. Cardona idealnie odgrywał studyjne partie harmonijki, Miller senior rytmicznie dorzucał całą paletę przestrzennych dźwięków na gitarze, a Sting bawił się, grając na basie jakby od niechcenia. Utwór z Ten Summoner’s Tales był jednym z najmocniejszych punktów piątkowego występu. Z kolei absolutny szlagier, Englishman In New York, z solowym wstępem Stinga na basie, okazał się niewypałem. Typowo jazzowy utwór nie może brzmieć dobrze bez klawiszowca. Akordeon mógł w pewnym stopniu zastąpić etatowego pianistę Stinga, Davida Sanciousa, ale momentami jego absencja była zbyt mocno odczuwalna. Myślę, że to po prostu kwestia odpowiedniego doboru utworów. Rock połączony z reggae, w którym nie potrzeba było przestrzennych syntezatorów, czyli Spirits In The Material World, wypadł znakomicie i zaaplikował czeskiej publiczności potężną dawkę energii.

Blado wypadł natomiast inny hit The Police, Every Little Thing She Does Is Magic, który w ostatnich latach był ogrywany przez Stinga do znudzenia. Tutaj także brakowało Sanciousa. Perełką był rzadko grany She’s Too Good For Me, w którym zespół wspomógł się odtworzonym cykaniem zegara z taśmy. Było tutaj dużo miejsca na  improwizację pomiędzy Millerem seniorem i Cardoną, którzy grali swoje solówki na zasadzie wymiany. Obronił się także Fields Of Gold, w którym Dominic Miller grał na gitarze klasycznej, a jego syn przejął gitarę akustyczną. Akordeonista fantastycznie odtworzył partie grane w studyjnej wersji na dudach. Zrobiło się tak cicho, że słychać było każdy pojedynczy głos z widowni wspierający Stinga. Czy wspominałem już, że tą trasą promuje swój najnowszy album? No właśnie, pierwszy powiew świeżości, Petrol Head, pojawił się dopiero gdzieś w połowie setlisty. Utwór został poszerzony o solówkę Rufusa Millera i wypadł naprawdę solidnie, zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej. Wokal Stinga brzmiał perfekcyjnie. Nie chce się wierzyć, że Brytyjczyk jest już po sześdziesiątce – wygląda jak wysportowany chłopak i wyciąga nawet kilkunastosekundowe dźwięki. Po nowym utworze zespół wrócił do starej śpiewki w postaci Shape Of My Heart  i Message In A Bottle. Miałem wrażenie, że znam je już na pamięć i dokładnie wiedziałem, czego mogę oczekiwać w danym momencie. Na szczęście rozbudził mnie Joe Sumner, który przejął mikrofon taty (ten twierdził, że mówi „fluent czech”) i przy akompaniamencie gitary elektrycznej wykonał Ashes To Ashes Davida Bowiego. Z kolejnymi wersami kompozycja gęstniała dzięki dokładaniu partii kolejnych muzyków z zespołu. Kiedy Sumner wspiął się na swoje najwyższe rejestry (swoją drogą jego głos nie przypomina tego stingowego), Dominic Miller rozpoczął riff 50.000, drugiego utworu z nowej płyty, który jest dedykowany m.in Bowiemu. Warto dodać, że od kwietnia Sting wykonuje go w nowej wersji z innym tekstem i strukturą, czyniąc kompozycję zdecydowanie ciekawszą. Było tu dużo mocy, a wokalista fajnie zagęszczał przestrzeń utworu nożnym syntezatorem Moog Taurus, którego używał na scenie za czasów The Police.

Walking On The Moon również było strzałem w dziesiątkę. W gwiaździste, praskie niebo wystrzeliły białe reflektory, a atmosferę tworzył tu przede wszystkim Josh Freese, który bardzo wiernie odtworzył oryginalną i karkołomną partię perkusji Stewarda Copelanda. Im bliżej było końca setu, tym robiło się bardziej przewidywalnie. So Lonely i Desert Rose w surowych, rockowych wersjach nie wypadły interesująco. Z drugiej jednak strony, laicka publiczność zgromadzona na festiwalu właśnie tego oczekiwała, czekała na największe hity. Kolejny klasyk, Roxanne, wypadł od nich ciekawiej ze względu na bardziej improwizowaną, niemal jazzową formę i przejście do Ain’t No Sunshine w środkowej części kompozycji. Pierwszy zestaw bisów – na pierwszy ogień Next To You, który jest według mnie całkowicie niezrozumiałym wyborem. Ten schematyczny i surowy potworek  z czasów wczesnego The Police jest mało znany i zwyczajnie nuży. Every Breath You Take śpiewał ze Stingiem niemal każdy. Czy tylko mi się wydaje, że utwór grany nieprzerwanie od dwudziestu kilku lat, jakkolwiek dobry by nie był, jest już przewidywalny do cna? Mnie nudził się po pierwszym zetknięciu się z nim na żywo. Aż strach pomyśleć, co muszą czuć przy tym kawałku fani, którzy częściej niż ja chodzą na Stinga. Moją przedziwną mieszankę fascynacji, zawodu, nudy i ekscytacji zakończył drugi, upragniony przez wszystkich bis w postaci Fragile. Sting sięgnął tu po gitarę klasyczną i zagrał na niej ujmujące solówki. Publika stopniowo cichła, tak, by ostatni frażolet zagrany przez wokalistę rozniósł się po całej okolicy. Zespół był żegnany ogromnymi brawami, które ciągnęły się jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny.

To był bardzo solidny koncert, ale nic więcej. Zabrakło większej dozy wirtuozerii, która ujmowała na poprzedniej trasie Stinga, Back To Bass. Zawiodłem się również na ilości materiału z płyty 57th & 9th. Muzyk zaprezentował tylko dwie nowe piosenki, a na wszystkich innych koncertach gra cztery, a nawet pięć. Szkoda, że pominięto kapitalne One Fine Day czy Down, Down, Down. Sting wyrzucił również  z setlisty udane Mad About You, oczywiście na rzecz starych hitów The Police. Festiwale rządzą się jednak swoimi prawami i mimo wszystko zaproponowany zestaw utworów był dla większości satysfakcjonujący. Mnie pozostał niedosyt.  

Przedpremierowa recenzja "Is This The Life We Really Want?" Rogera Watersa

Na ten moment fani Rogera Watersa i Pink Floyd czekali ćwierćwiecze. Po latach spekulacji, 2 czerwca na rynku pojawi się, „Is This The Life We Really Want?”, nowy album basisty.  Z tej okazji Związek Producentów Audio-Video zorganizował w Warszawie wyjątkowe, przedpremierowe odsłuchanie albumu.

Album otwiera krótki When We Were Young. Z początku słyszymy niewyraźny głos Rogera, jak gdyby mówiącego pod wodą. Z kolejnymi sekundami staje się coraz bardziej wyraźny. Całość brzmi jak fragment wywiadu, muzyk przyznaje: „nadal się boję, nadal jestem zezłoszczony”. Nowe teksty wyraźnie to potwierdzają. Kompozycja gęstnieje, nakładają się kolejne głosy, dochodzi syntezator i bicie serca połączone z tykaniem zegara. Rytm zwiastuje Deja Vu, akustyczną balladę, smacznie uzupełnioną orkiestrą symfoniczna, sekcją rytmiczną i fortepianem. Utwór, zresztą nie jedyny na płycie, powstał na bazie dema If I Had Been God, które Waters stworzył w czasie trasy The Wall Live. The Last Refugee, które rozpoczyna przełączenie stacji w starym odbiorniku radiowym, to zupełnie inny klimat niż poprzednia kompozycja. Całość opiera się na potężnym brzmieniu syntezatorów rodem z lat 80., mocnych gitarach oraz melancholijnym fortepianie. Warto zaznaczyć, że Waters, nieposiadający zbyt pewnego i czystego głosu, wyciąga tutaj wyżyny swoich możliwości i śpiewa kolejne samogłoski aż miło. Ten utwór to naprawdę mocny punkt płyty. Picture That to z kolei bardziej rozbudowane granie, opierające się na rytmie Sheep z albumu „Animals” Floydów. Otwiera ją dźwięk windy. Pierwsza część kompozycji jest bardzo agresywna, Waters ujmuje swoim wysokim głosem i skandalizuje śpiewając: „wyobraź sobie sąd bez pieprzonych praw, wyobraź sobie burdel bez pieprzonych dziwek, wyobraź sobie sracz bez pieprzonej kanalizacji, wyobraź sobie przywódcę państwa bez pieprzonego mózgu”. To oczywiście wersety komentujące prezydenturę Donalda Trumpa, który jest obiektem krytyki Watersa przy każdej możliwej okazji. Wpada także w głowę wyraźny, kilkakrotnie powtarzany, syntezatorowy riff. Z czasem utwór przeistacza się w bardzo klimatyczne granie, rodem z Breathe z „The Dark Side Of The Moon”. Całość przeistacza się w powolnie rozmywające się syntezatorowe tło. Odgłosy wycia wilków zwiastują Broken Bones. Kompozycję w rytmie walca wyróżnia akustyczne brzmienie i ponure smyki. Mamy tutaj także motyw, który pojawił się we wspomnianym demie If I Had Been God. Bardzo zauważalny jest tutaj podział na lekkie zwrotki i mocne refreny, w których jest miejsce na lekkie akcenty solowe gitary elektrycznej (których na płycie jest jak na lekarstwo). Ciekawostką jest krótka wokaliza Rogera. Od zawsze cechowała go oszczędność w śpiewie, przez co taki smaczek jest zdarzeniem wyjątkowym. Słuchając utworu można było odnieść wrażenie, że gdzieś się go już słyszało. Mój strzał – Paranoid Eyes z „The Final Cut”. Tytułowy Is This The Life We Really Want? to bardzo progresywna rzecz, ciężka do zdefiniowania po jednorazowym odsłuchu. Jest tu wiele zmian akordów, wstawki basowe (np. flażolety). Ciekawostką jest po raz kolejny wokal Rogera. Tytułowa fraza idealnie łączy się z syntezatorem i można odnieść wrażenie, że dwa źródła dźwięku pochodzą z jednego instrumentu. Intryguje również rapowana wstawka znajdująca się pod koniec kompozycji, która nieodzownie kojarzy się z solowym To Kill The Child z EPki wydanej w 2004 roku. A Bird In A Gale to utwór, który wzbudził u mnie największe emocje i z pewnością mogę stwierdzić, że Waters nie nagrał czegoś podobnego w ciągu swojej całej kariery. Całość opiera się na nerwowym, pulsującym dźwięku maszyny, chociaż równie dobrze może to być wirująca pralka albo stukot przejeżdżającego pociągu. Mamy tutaj bardzo szybkie tempo, dużo syntezatora ARP Solina, charakterystycznego dla muzyki lat 70. oraz odgłosów, które pojawiły się już wcześniej, w The Last Refugee. Muzyka jest bardzo intensywna i naprawdę przerażająca. Potrafi przytłoczyć słuchacza. Zaciekawia końcówka utworu – niezidentyfikowany jak na razie wybuch oraz śmiechy tuż po nim. Jakość nagrania wskazywała na amatorski filmik rodem z YouTube’a. Kolejny bardzo mocny fragment albumu. The Most Beautiful Girl to drastyczny zwrot stylistyczny. Kompozycja, oparta na delikatnym brzmieniu fortepianu, jest uzupełniana przez smyki i linię melodyczną wskazującą raczej na coś z repertuaru Stinga. Co ważne, nie ma tutaj wyraźnych gitar. Singlowy Smell The Roses opiera się na muzyce Have Cigar z albumu „Wish You Were Here”. Przebojowy charakter podkreślają wyraźne refreny i dużo gitarowych brzmień, a zaskoczeniem jest instrumentalny, industrialny przerywnik bazujący na syntezatorach i biciu serca. Płytę zamykają trzy krótkie, połączone ze sobą utwory. Oceans Apart to krótka kompozycja rozpoczynająca się tak samo, jak Deja Vu. Dwa okalające ją utwory są natomiast oparte na tym samym motywie fortepianowym ze specyficznym feelingiem. Wait For Her to klasyczna, rockowa kompozycja z mocnymi refenami i sekcją rytmiczną w refrenach. Warto zauważyć, że to jedyny utwór na płycie, w którym słychać organy Hammonda, podstawę brzmienia większości płyt Rogera. Linia melodyczna kojarzy się z Hello In There Johna Prine’a, utworem, który był kilkakrotnie wykonywany w ostatnich latach przez Watersa. Part Of Me Died to niemalże repryza powyższego utworu, artysta śpiewa tutaj nieco bardziej kameralnie. Podniosła, mocna, oparta na dwugłosowym śpiewie końcówka utworu jest bardzo udanym podsumowaniem całej płyty. Brytyjczyk trzymał swoich słuchaczy w napięciu do samego końca.

Po pierwszym przesłuchaniu „Is This The Life We Really Want?” mam mieszane uczucia, podobnie jak Waters zmieszał na płycie brzmienia akustyczne i elektroniczne. Muzyk jest znany ze swojej skomplikowanej psychiki mającej podłoże jeszcze w dzieciństwie. Wydaje się, że zarówno muzycznie, jak i tekstowo, zbyt często powraca do przeszłości. Słychać tutaj echa największych płyt Pink Floyd, niemniej album wnosi też dużo świeżości i wyjątkowych struktur muzycznych. To trudna, porywająca i surowa pozycja do wielokrotnego przesłuchiwania i wgłębiania się w jej treść. Jestem przekonany, że wraz z kolejnymi odtworzeniami, słuchacze będą nią coraz mocniej zafascynowani.

Deep Purple – Katowice, 24.05.2017 (The Long Goodbye Tour) [Relacja]

Stało się. Po prawie pięćdziesięciu latach na scenie, Deep Purple, legenda brytyjskiego rocka, żegna się z fanami kolejnych europejskich krajów. Pod koniec maja muzycy zagrali  swoje (prawdopodobnie) ostatnie koncerty w Polsce. Zespół przyjechał do Katowic dzień po występie w łódzkiej Atlas Arenie i zagrał w Spodku. To był mój pierwszy koncert Purpli, przed którym nie zapoznałem się wcześniej z tym, co zespół zaprezentował w innych miastach. Opłacało się, dzięki temu muzycy wielokrotnie mnie zaskoczyli.

Brytyjczycy promowali występem swoje najnowsze wydawnictwo, wydany miesiąc wcześniej, album "InFinite" (recenzja w LINKU). Byłem więc szczególnie ciekawy, w jakim stopniu zespół zaprezentuje widzom materiał z tej płyty. Odpowiedź przyszła bardzo szybko – koncert otworzyły złowieszcze syntezatory Time For Bedlam. Na środku sceny pojawił się Ian Gillan, który zaintonował niskie, patetyczne intro. Z pierwszym uderzeniem perkusji do akcji wkroczył cały zespół. Wokalista zgubił co prawda rytm w pierwszej zwrotce i zapomniał wersów w drugiej, ale to było naprawdę kapitalne, mocne i przejmujące otwarcie koncertu. Bez chwili przerwy, purpurowi przeszli do Fireball, szybkiego i klasycznego grania zespołu. Utwór zabrzmiał potężnie, a punktem kulminacyjnym był charakterystyczny motyw zagrany przez Dona Aireya na przesterowanych Hammondach. Bloodsucker, podobnie do poprzedniego utworu, był sporym wyzwaniem dla Gillana, który zdecydowanie gorzej radzi sobie w dynamicznych, szybkich piosenkach, w których nie ma czasu na wytchnienie. Z racji screamów w oryginalnym nagraniu, zmienił nieco partię wokalną i utwór obronił się na żywo. Ciekawą wymianę solówek pokazali Airey i gitarzysta, Steve Morse.

W Spodku zapanowała prawdziwie purplowa atmosfera. Stały punkt koncertów, Strange Kind Of Woman, wypadł bardzo solidnie. Gillan dobrze czuje się z ogranym repertuarem i nawet spokojny bridge w rytmie walca, który wymaga od niego naprawdę wysokich rejestrów, śpiewa bez najmniejszego błędu. Tradycyjnie, kawałek kończyła wokaliza frontmana, którą Morse odtwarzał na gitarze. Gillan nie omieszkał rezygnować ze swojego humorystycznego zagrania i w pewnym momencie zamiast kolejnego wyciągania dźwięków opowiedział gitarzyście ponad minutową historię o ukochanej kobiecie. Reakcją Morse'a był zlepek zupełnie przypadkowych dźwięków. "Exactly" skwitował wokalista. W taki sposób zespół zakończył segway klasyków. Kolejnym fragmentem z "InFinite" okazał się Johnny's Band, utwór oparty na prostym riffie w stylu AC/DC. Z pozoru przebojowa kompozycja, nie porwała Spodka i nie wniosła do koncertu niczego nowego i wartego zapamiętania. Mistrzostwem był natomiast sposób zapowiadania kawałka. Gillan opowiadał, że chętnie poszedłby do fryzjera, żeby ściąć swoje włosy. Niestety, nie był przekonany, jaką fryzurę wybrać i zarzucił ten pomysł. W połowie zdania przerwał mu zespół, który grając pierwszy akord utworu, zagłuszył frontmana. Wyjątkowo wyszukane, brytyjskie poczucie humoru. Niespodzianką okazał się Uncommon Man pochodzący z przedostatniej płyty zespołu, "Now What?!". Purple szybko zapominają o swoich poprzednich płytach i rzadko zdarza się, że nowsze utwory zostają na dłużej w setliście. W tym przypadku ta nader udana kompozycja została nowym koncertowym szlagierem. W Spodku nieznacznie przedłużono jej subtelne intro, opierające się na przestrzennej, eterycznej gitarze Morse'a i syntezatorach Aireya. Gillan brzmiał pewnie i uzupełniał refrenowy riff. Mocnym punktem była nieco orientalna solówka na organach Hammoda, którą katowicka publiczność uzupełniła rytmicznymi oklaskami. Kolejną, nomen omen, niespodzianką był rozbudowany The Surprising. Nowy utwór spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem publiczności, prawdopodobnie dzięki udanym nawiązaniom do muzyki lat 60. i kapitalnej, przejmującej partii Aireya na pianinie, w trakcie której Spodek ogarnęła cisza. Utwór został zagrany nieco wolniej niż wersja studyjna, prawdopodobnie ze względu na skomplikowany rytm grany przez Iana Paice'a. Warto zwrócić uwagę na częstszą obecność Gillana na scenie w trakcie tej trasy. W poprzednich latach jego zejścia za kotarę w trakcie partii instrumentalnych były zdecydowanie częstsze. Wraz z solówką Aireya na Hammondach rozpoczęło się Lazy, blues ulubiony przez fanów. Było tutaj dużo swobody i zabawy, której brakowało w poprzednich, bardziej progresywnych kompozycjach.

Do takich klimatów zespół wrócił natomiast w Birds Of Prey, czwartym i ostatnim tego wieczora utworze z nowej płyty. Mocny riff gitarowy wspierany przez przeszywające dźwięki syntezatora Moog był kolejnym powiewem świeżości w setliście Deep Purple. Warto zauważyć, że muzycy przeszli w połowie utworu do niższej tonacji. Wszystko po to, żeby Gillan bez problemu wyciągnął najwyższe partie w kompozycji. Wisienką na torcie była rozciągnięta na wiele taktów, wysublimowana solówka Morse'a. Zaskoczył Hell To Pay, który potwierdził, że muzycy bardzo cenią sobie płytę "Now What?!". Atmosfera robiła się gorąca i coraz więcej widzów zaczynało się bawić. Miłym akcentem był wyraźny refren, który Gillan zaśpiewał wspólnie do jednego mikrofonu z Morsem i basistą, Rogerem Gloverem. Od ponad dziesięciu lat stałym elementem koncertu Deep Purple były solowe, kilkuminutowe występu Aireya i Morse'a. Tym razem swoje "pięć minut" dostał tylko ten pierwszy. W trakcie solówki pokazał cały przekrój swoich charakterystycznych brzmień, począwszy od elektronicznych brzmień Mooga i kiczowatych wstawek orkiestrowych, kończąc na nutach Marszałka Dąbrowskiego oraz fragmentach Szła Dzieweczka Do Laseczka i etiudy Chopina zagranych na fortepianie. Polskie akcenty spotkały się ze świetnym odbiorem widowni. Uderzając w klawisze organów, Airey zapowiedział Perfect Strangers. Brawurowe wykonanie utworu porwało do zabawy cały Spodek. Podobnie było w przypadku Space Truckin' oraz Smoke On The Water, które zamykały podstawowy set. Muzycy zagrali je tak jak zawsze – solidnie i bez nowych udziwnień. Ciekawym akcentem był film ilustrujący ostatni kawałek, prezentujący fragmenty gazet mówiące o pożarze w Montreaux, który jest tematem popularnego "Dymu na wodzie". Zespół wrócił na scenę po kilku chwilach i zagrał standardowy zestaw bisów – Hush i Black Night, klasyki z chwytliwymi riffami, które śpiewał chyba każdy widz. Przyznam, że ogrywanie niezliczony raz tych samych kawałków było dla mnie niezbyt ekscytującym doznaniem. Muzycy nie omieszkali wstawiać w kompozycje swoich solówek i stworzyli istnie jazzową atmosferę. Trzeba także podkreślić, że bisy były grane z niebywałą, niemalże mechaniczną precyzją. Zespół zszedł ze sceny, uśmiechając się i machając fanom. "Take it easy, bye" rzucił na pożegnanie Gillan.

Emocje na koncercie były ogromne. Cieszy, że zespół nadal porywa widzów i potrafi doprowadzić ich do różnych stanów. Ich brzmienie cały czas jest potężne, a wokal Gillana brzmi najlepiej od czasów trasy Bananas z 2003 roku. Dlatego też szkoda, że obecna trasa ma być tą ostatnią. Szacunek za to, że muzycy zaprezentowali naprawdę porządną dawkę utworów z dwóch najnowszych płyt, które często ekscytowały mocniej niż oklepane klasyki. Koncert w Spodku był absolutnie magicznym widowiskiem.

Dominic Miller – Silent Light (2017) [Recenzja]

Dominic Miller wyrósł w ostatnich latach na jednego z najpopularniejszych gitarzystów rockowo-jazzowych na świecie. Rozwój solowej kariery zaowocował kontraktem z największą jazzową wytwórnią na świecie – ECM. To jej nakładem ukazał się „Silent Light”.

Miller, grający także od trzech dekad w zespole Stinga, przyznawał w wywiadach, że myślał nad różnymi aranżacjami utworów. Okazało się jednak, że nie udało mu się złożyć zespołu na czas. Zaproponował więc producentowi, Manfredowi Eicherowi, nagranie materiału opartego w większej mierze na swoich partiach. W taki sposób na płycie znalazły się jedynie partie gitar i wspierających je perkusjonaliów, na których zagrał Miles Bould. Przykładem takiego grania może być Water, rozbudowana, składająca się z kilku wątków kompozycja, która opiera się na gitarze klasycznej. Utwór zmienia tempo oraz nastrój, a rytm podkreślają chwilowe wejścia shakerów. Taki charakter ma cała płyta. Miller, traktujący grę na instrumencie w bardzo klasyczny sposób, bazujący na technice fingerstyle, nawiązuje stylistycznie do swojego debiutu, „First Touch”. Zdecydował się zresztą na takie samo instrumentarium jak na płycie z 1995 roku. Na „Silent Light” zaciekawia przede wszystkim dobór repertuaru. Są tutaj zarówno nowe kompozycje, jak i te, które zarejestrował już wcześniej w innej formie. Jest to przede wszystkim muzyka ciszy i przestrzeni. W Valium słychać nawet uderzenia buta gitarzysty w trakcie gry. Warto zwrócić uwagę, że nawet w nowych utworach słychać wyraźne nawiązania do poprzednich nagrań artysty. Prawie sześciominutowy What Didn’t You Say to kompozycja idealnie definiująca styl gry Millera. Wyraźnie słyszalne są tu cytaty Chanson I z płyty „November” oraz Waves z „5th House”. Całość jest bardzo smacznie zmieszana. Le Pont to natomiast lekko zmodernizowana Chanson II. Ostatnia z premierowych kompozycji, Chaos Theory, to najbardziej energetyczna pozycja na płycie i zarazem jedyna, w której muzycy nagrali overduby. Dwie gitary klasyczne wsparte są dodatkowo perkusją i akustycznym basem, na którym zagrał Miller. To bardzo udany i nieco chaotyczny utwór, naładowany jazzowymi dźwiękami. Na „Silent Light” mamy też aż siedem starszych utworów nagranych na nowo. Najlepiej wypada z nich Angel, oryginalnie nagrane w rozbudowanym składzie na płytę „5th  House”. Miller przypomina swoje nieco zapominane kompozycje z pierwszych płyt – Baden i Urban Waltz, które, należy przyznać, z powodzeniem się bronią. Gitarzysta zdecydował się także na powtórzenie Tisane, które nagrał na poprzednią płytę, wydaną zaledwie trzy lata temu. Ciekawostką jest Fields Of Gold Stinga, potraktowane przez Millera w zupełnie świeży sposób i zagrane w innej tonacji. Muzyk odgrywa jednocześnie partię rytmiczną i melodyczną, uzupełniając znaną kompozycję o nowe akordy i wątki.

Płytę cechuje bardzo surowe, melancholijne i oszczędne brzmienie. Wydaje się, że nagranie albumu składającego się w zdecydowanej większości z kompozycji już wcześniej zarejestrowanych było w tym przypadku dobrym pomysłem. Jak wiadomo, wytwórnia ECM to więcej niż zwykła firma, to pewna filozofia publikowania muzyki, która ma swoje hermetyczne, ogromne środowisko fanów. Miller, jako nowy w gronie muzyków monachijskiej oficyny wydawniczej, pokazuje tak naprawdę nowej grupie odbiorców swoją dotychczasową karierę w pigułce. Wybrał stylistykę, w której czuje się najlepiej i zagrywki, które są dla niego charakterystyczne. Płyta, zarejestrowana w dwa dni w Oslo, to zarówno pewne podsumowanie dotychczasowej kariery, jak i zapowiedź kolejnych wydawnictw utalentowanego gitarzysty. 

WERDYKT:  ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Deep Purple – InFinite (2017) [Recenzja]

Nowa płyta Deep Purple to najprawdopodobniej pożegnanie zespołu. „InFinite”, zwieńczający długą karierę Brytyjczyków, to klamra podsumowująca wszystkie kierunki, które obierał zespół. Trafione, ale także te błędne.  

Album otwiera patetyczny i intrygująco przetworzony głos wokalisty, Iana Gillana. Tło zapełnia złowieszczy, niski syntezator. To Time For Bedlam. Po kilku wersach stylizowanych na modlitwę (podobnych do tych z „Blackstar” Bowiego), do akcji wkracza cały zespół. Utwór jest wyjątkowo agresywny, idealnie komponuje się z prowokującym tekstem. Wyraźny refren dodaje kompozycji singlowego zacięcia. Mistrzostwem jest też solówka Dona Airey’a, który przekomarza się z sekcją rytmiczną i przedziwnie akcentuje kolejne dźwięki organów Hammonda. Utwór cechuje kompozycja klamrowa, zamykają go kolejne przetworzone wersy Gillana. Druga propozycja zespołu, Hip Boots, to przeciętne, hardrockowe granie. Trzyminutowy kawałek opiera się na mocnym riffie, a wokalista zaciąga tutaj niczym wokaliści country. Singlowy All I Got Is You to powrót do konkretnego, rozbudowanego grania. Kompozycja opiera się na jazzujących akordach. Jedynym słabszym ogniwem są tutaj nieco kiczowate partie Airey’a na syntezatorze Moog. O ile na poprzednim, bardzo udanym albumie, „Now What?!” (recenzja TUTAJ), muzycy zaprezentowali długie kompozycje oscylujące w okolicach pięciu minut, o tyle na „InFinite” weszło kilka krótszych kawałków, trwających trzy minuty z hakiem. W tak krótkim czasie Purple nie mają możliwości rozbudować swoich pomysłów. Bardzo udany, fortepianowy motyw One Night In Vegas, mógł być z powodzeniem rozwinięty, a kompozycja mogłaby zyskać bardziej progresywnego charakteru. Potencjału nie wykorzystano również w Get Me Outta Here, opartym na rytmie reggae. Jego podstawą jest partia perkusji Iana Paice’a z utworu Bodyline z poprzedniej płyty zespołu. Została komputerowo zwolniona i przy kolejnych uderzeniach słychać elektroniczne, sztuczne zakłócenia. Należy tu skrytykować producenta płyty, Boba Ezrina, który zaakceptował ten niecodzienny pomysł. Na szczęście na „InFinite” pojawiły się też bardziej złożone utwory, których tak dużo było przecież na jej poprzedniczce. Absolutnym dziełem jest progresywny The Surprising, złożony z kilku motywów. To niesamowite, że Purple byli w stanie oddać brzmienie zespołu z wczesnych lat 70. Mroczne, nieco orientalizujące intro zapowiada, że nie będzie to utwór oczywisty. Po chwili wchodzi delikatna, balladowa gitara Steve’a Morse’a i wokal Gillana. Całość idealnie uzupełnia tekst o kuszeniu przez diabła i anioła. Po dwóch refleksyjnych zwrotkach ciszę przerywa agresywny werbel i Hammondy. Kompozycja nabiera rozpędu, w roli głównej pojawia się solo Morse’a. Akordy zmieniają się coraz szybciej i nabierają coraz większej ostrości. Nagle utwór całkowicie zmienia swój charakter, pojawiają się delikatne syntezatory, a po chwili wchodzi piękny motyw fortepianowy. To najbardziej magiczny moment „InFinite”. W ciągu sześciu minut Purple udowodnili, że nadal są w stanie tworzyć dzieła sztuki. W jednej kompozycji zawarli szereg skrajnych emocji. Skojarzenia z legendarnym Child In Time jak najbardziej dozwolone. Nieudanym pomysłem jest popowy Johnny’s Band, oparty na dennym riffie i prozaicznym refrenie. Całość, włącznie z tandetnym, elektronicznym intrem, przypomina płytę „Bananas”, którą zespół popełnił w 2003 roku. Ciekawą propozycją jest On Top Of The World. Pozornie to zwyczajny utwór podzielony na zwrotki i refreny. Dominuje tutaj mocny riff wsparty potężnym brzmieniem basu Rogera Glovera, ale nagle hardrockowy klimat zupełnie zanika, rozmywa się i w roli głównej pojawia się przestrzenny syntezator – to miejsce na popis Gillana. Opowiada humorystyczny monolog o wizycie u Wenus i konsumpcji ryżu. Kolejną dłuższą kompozycją jest balladowy Birds Of Prey. Wyrazisty, mocny riff kontrastują przestrzenne zwrotki. Na wokal Gillana ponownie nałożono efekty (tym razem phaser), a perkusję Paice’a wzbogacono o delay. Warto zauważyć też, że frontman Purpli wyciąga tutaj wysokie dźwięki aż miło. Pokazuje, że pomimo wieku nadal ma dobre możliwości wokalne, na których brak w trakcie koncertów coraz częściej narzekają fani. Przechodząc jednak do meritum – ten utwór to pokaz umiejętności Steve’a Morse’a, który gra tutaj niepodobną do swojego stylu, bardzo powolną i dostojną solówkę. Kiedy muzycy zbudowali odpowiedni klimat, nagle wszystko niszczy Roadhouse Blues. Cover The Doors nie pasuje do reszty utworów. To niczym niewyróżniający się blues, któremu brak charakteru. Jak jednak przyznali muzycy w wywiadach, został nagrany pod wpływem chwili, bez wcześniejszego opracowania. To słychać.

„InFinite” nadal zachowuje najważniejszy element muzyki Deep Purple – zabawę. Podstawą ich twórczości są eksperymenty, solówki oraz humorystyczne teksty Gillana. To wszystko u Brytyjczyków nadal funkcjonuje bardzo sprawnie . Płyta może sprawiać jednak pewien zawód – jest następczynią kapitalnej „Now What?!” i nie prezentuje jej poziomu. Ma kilka słabszych momentów, co jest już chyba znakiem firmowym większości płyt Purpli i chyba tak już musi pozostać.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta



Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK 

Anna Maria Jopek – Wrocław, 02.04.2017 (Minione Tour) [Relacja]

W Narodowym Forum Muzyki, w ramach ogólnopolskiej trasy „Minione” zagościła Anna Maria Jopek. Wraz z kubańskim trio zaprezentowała wrocławianom swój nowy album. To były prawie dwie godziny skupienia, improwizowania i gry ciszą.

Jopek już wcześniej czerpała inspirację z muzyki tradycyjnej innych kultur. Kilka lat temu nagrała płytę z muzyką Dalekiego Wschodu, a miesiąc temu wydała „Minione”, nowy studyjny album oparty  na jazzie z kubańskimi akcentami. Co ciekawe, materiał z płyty to nowe interpretacje polskich utworów przedwojennych. Od pierwszych minut NFM zawładnęła melancholia i łamane, jazzowe rytmy. Zespół pojawił się w bardzo nastrojowych okolicznościach – scenografia składała się z kilku lamp fotograficznych rozrzuconych po scenie i ekranu, na którym wyświetlane były ilustracje do piosenek. Pierwsze utwory były prezentowane w półmroku –  idealnie oddano w ten sposób charakter muzyki. Utwory przygotowane w studio były dla artystów podstawą do improwizowania i rozwijania tematów. Przykładem może być Co Nam Zostało Z Tych Lat, oryginalnie śpiewane przez Mieczysława Fogga. Utwór był popisem pianisty, Gonzalo Rubalcaby, który otworzył kompozycję delikatnym intrem, a później uzupełniał partię Jopek atonalnymi wstawkami. Bardzo dobrze wypadł Kogo Nasza Miłość Obchodzi, w którym wyróżnia się chwytliwa linia melodyczna i refren. Utwór był ilustrowany falami morskimi rozbijającymi się o nadbrzeżne kamienie. Już od pierwszych chwil, Jopek prezentowała bardzo wysoką dyspozycję wokalną. Wielokrotnie bawiła się emisją głosu, krzycząc, zaciągając czy wielokrotnie powtarzając daną sylabę. Momentami schodziła też ze sceny lub usuwała się w cień, tak żeby zespół mógł rozwinąć swoje instrumentalne pomysły.

Każdy z muzyków miał kilka momentów na swoje solówki. Ciekawie, aczkolwiek nieco smętnie, wypadł instrumentalny Besame Mucho, w którym Jopek na bieżąco wymyślała swoją wokalizę do akompaniującego jej fortepianu. Intrygował Pokoik Na Hożej, oparty na charakterystycznej linii basowej. Było w nim miejsce na długie instrumentalne pasaże, delikatne, kilkakrotnie powtarzane frazy przez Jopek i solo na bezprogowym basie w wykonaniu Armando Goli. Trzeba przyznać, że niektóre improwizacje dążyły donikąd, albo niepotrzebnie się dłużyły. Przez nie można było momentami odnieść wrażenie, że Jopek była tylko gościem specjalnym na koncercie Kubańczyków i pojawiała się przed mikrofonem raz na jakiś czas. Bardzo mocnym członem zespołu był perkusista, Ernesto Simpson, który używał na scenie wielu nietypowych technik gry. W Miasteczku Bełz korzystał z cowbella, który tworzył wyjątkowy klimat i był udanym urozmaiceniem dla obijanych talerzy. Zespół po raz pierwszy podziękował publiczności po półtoragodzinnej grze, po czym zszedł ze sceny. Dwa bisy trwały prawie pół godziny. W ich trakcie Jopek, która nie nawiązywała wcześniej kontaktu z publiką, pokusiła się o śpiewane podziękowania dla fanów. „Jeśli miałabym się kiedyś przeprowadzić, to spośród wszystkich miast na świecie wybrałabym Wrocław” stwierdziła z muzyką w tle. Podziękowała też po angielsku swoim muzykom.

Koncert z serii „Minione” to klimatyczne, intymne granie. To skromne aranżacje, wysuwające Jopek i Rubacalbę na pierwszy plan. W trakcie występu artyści bardzo wyraźnie operowali dynamiką gry, co urozmaicało kompozycje. Mimo że momentami czułem się nieco znużony, to miałem wrażenie, że obcuję ze sztuką najwyższej próby. Do odbioru takiej muzyki potrzebny jest odpowiedni nastrój. Warto było zobaczyć na żywo ten niecodzienny projekt.

Relacja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK

Depeche Mode – Spirit (2017) [Recenzja]

Po czteroletniej przerwie, z nową studyjną płytą powrócił Depeche Mode. Jeden z najważniejszych zespołów elektronicznych w historii stworzył „Spirit”, który jest reakcją na zmieniającą się rzeczywistość.

Album rozpoczyna się bardzo obiecująco. Od pierwszych sekund ujmuje blisko sześciominutowy Going Backwards, który został bardzo bogato zaaranżowany. Kompozycja ma progresywny charakter, zmienia kilkakrotnie swój klimat i moc. Spora dawka industrialnego grania, w którym znalazło się miejsce zarówno na fortepian, jak i monumentalne syntezatory. Singlowy Where’s The Revolution to przede wszystkim bardzo udany, frapujący refren. „Gdzie ta rewolucja? Działajcie ludzie!” śpiewa Gahan i nie tylko w tym kawałku podejmuje tematykę polityczną. Utwór ma komercyjny charakter, a główny motyw klawiszowy łatwo zapada w pamięć. Warto też zauważyć, że podstawą kompozycji jest rytm 3/4. Lżejszą propozycją jest The Worst Crime. Na pierwszy plan wybija się tu gitara elektryczna, gra na niej Martin Gore. Delikatny, balladowy klimat nadaje tutaj partia Mellotronu i przestrzenne, gustowne syntezatory. Brytyjczycy kapitalnie bawią się ciszą i operują nastojem. Scum to powrót do brzmień industrialnych, oparty jest bowiem na miksie dynamicznych sampli. Wokal Dave’a Gahana został mocno przesterowany, jest szorstki i ciężki w odbiorze, jednak idealnie uzupełnia się z instrumentami klawiszowymi. Po czterech pierwszych utworach płyta zmienia charakter. Kolejne utwory nie prezentują też tak wysokiego poziomu, jak powyższe. You Move, bardzo wiernie odtwarzający brzmienie lat 80., byłby dobrą ilustracją filmu akcji. Jest mroczny i drapieżny, ale zarazem bardzo przewidywalny. Podobnego klimatu możemy uświadczyć w Eternal, krótkiej, dwuminutowej kompozycji, którą tworzą smętne syntezatory. Atmosfera utworu gęstnieje, przeciąganie fraz Gore’a męczy z kolejnymi wersami coraz bardziej, a finałem jest swoista eksplozja, uderzenie kilku instrumentów klawiszowych jednocześnie. Przebłyskiem wydaje się być Cover Me, w którym został odpowiednio zbudowany klimat i kompozycja w ciągu pięciu minut nabiera mocy. Dodatkowo całość została ubarwiona pięknymi, przestrzennymi dźwiękami gitary hawajskiej. Zagrał na niej producent, James Ford. Ciekawym rozwiązaniem jest pojawienie się sekwencerowego motywu w drugiej części utworu, dzięki któremu całość nabiera dynamizmu. Podobnie skonstruowany został Fail, rozpoczynający się od lekkiego rytmu i gęstych syntezatorów, a kończący na typowo rockowym graniu, tak rzadko pojawiającym się na płycie. Gahan śpiewa natomiast o rodzaju ludzkim, chylącym się ku upadkowi. Motyw widma przełomu, rewolucji, pojawia się na albumie bardzo często. Końcówka płyty stoi pod znakiem krótkich, singlowych utworów, w których nie dzieje się nic wielkiego i przyciągającego uwagę. Charakterystyczne refreny Poison Heart, No More (This Is The Last Time) czy So Much Love mają radiowy potencjał, ale muzyka we wszystkich trzech przypadkach jest co najwyżej przeciętna i niczym się nie wyróżnia. Nieco ciekawszą propozycją jest bardziej rockowy Poorman. Nie ma tu jednak mowy o gitarowych solówkach czy riffach, partie rytmiczne jedynie mocniej wybijają się tu z miksu. Zaciekawia tekst, w którym skontrastowano portret bezdomnego i wielkich korporacji.

„Spirit” to płyta o dwóch obliczach. Mimo że zawarty na niej materiał jest spójny, to utwory o dużym potencjale i ciekawej aranżacji mieszają się z kompozycjami, o których można zapomnieć już po pierwszym przesłuchaniu. „Depesze” będą zadowoleni, bo na krążku jest dużo charakterystycznego stylu ich ulubieńców. Pozostali mają prawo ponarzekać, chociażby na zbyt często modulowane, szorstkie wokale, które psują odbiór bardzo dobrych tekstów. Na „Spirit” brakuje też jednego, kluczowego czynnika w muzyce – polotu.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przebłyskami

Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK