Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

Deep Purple – Dolina Charlotty, 26.07.2016 (World Tour '16) [Relacja]

Czy trzeci koncert jednego zespołu w ciągu kilku lat ma sens? Może w przypadku wykonawców grających dwie godziny do clicktracka to rzeczywiście zasadne pytanie. Jeśli jednak mowa o Deep Purple, angielskiej legendzie hard rocka, odpowiedź jest tylko jedna. Podążając za tą myślą, mając świadomość, że ich utwory nigdy nie są grane tak samo, bez cienia wątpliwości kupiłem bilet do Doliny Charlotty. Koncert organizowany był bowiem w ramach Festiwalu Legend Rocka, corocznego święta promowanego przez twórcę miejsca i właściciela tamtejszego hotelu.

W sielankowej Charlocie, kilka kilometrów za Słupskiem, znaleźliśmy się wraz z kumplem, Maćkiem, dosyć wcześnie, tak, żeby zdążyć na otwarcie bram. Oczekiwanie na Purpli "umilał" nam najpierw blok reklamowy, powtarzany pięćdziesiąt razy w kółko, a później, już bez cudzysłowów, zespół Turbo. Atmosfera w amfiteatrze mieszczącym około dziesięciu tysięcy ludzi wyraźnie gęstniała. Robiło się coraz ciemniej, a puste ławki obok nas zaczęły się wypełniać. Na wyraźne życzenie zespołu, bez dłuższej przerwy po supporcie, show rozpoczęło się delikatnie po 21. Purple nie przyjechały do Charlotty w ramach trasy promującej nowe wydawnictwo. Tournee płyty "Now What?!" skończyło się w 2014 roku i od tego czasu zespół przemierzał świat grając trasy bez konkretnej nazwy (żeby nie powiedzieć "bez konkretnego powodu"). W przypadku światowego tournee z 2016 roku koncert na Pomorzu był jednym z ostatnich na trasie składającej się z 31 miast.

Występ rozpoczęło intro będące kompozycją Gustava Holsta, tak robiono też na Now What Tour. Muzycy wychodzili na scenę wedle swojego uznania. Na początku instrumentaliści, którzy zaintonowali Highway Star. Jako ostatni przywitał polską publiczność wokalista Ian Gillan. Na jego formę często narzekają internauci, ale muszę przyznać, że to, co pokazał w Charlocie, znacznie przebijało dyspozycję chociażby z trasy Rapture Of The Deep (koncertów we Wrocławiu w 2009 i 2010 roku). Jego śpiew był momentami piskliwy, ale w dziewięćdziesięciu kilku procentach czysty. Tak naprawdę dopiero na nagraniach słychać było pewne niedociągnięcia, a na koncercie były one skutecznie zacierane przez hałas. A Purple lubią pohałasować, szczególnie w swoich klasycznych numerach. Niespodzianką było Bloodsucker, kompozycja z wykrzykiwanym refrenem, Mimo wszystko, Gillan wykrzesał z siebie pokłady sił i nie powodował u fanów uśmiechów litości. Panowie przy wyborze kompozycji do grania najwyraźniej przedłożyli jakość muzyki nad rzetelną oceną, czy nadal potrafią ją porządnie odtworzyć. Mimo wszystko, na początku koncertu, odbiór zespołu był naprawdę dobry. Następujące Hard Lovin' Man, niejako połaczone ze Strange Kind Of Woman, to już koncertowy szlagier ostatnich tras. Mimo trudnych partii Gillan śpiewa tutaj perfekcyjnie. Może te utwory ma już po prostu dobrze wyuczone? Popis swoich umiejętności dają tutaj soliści – Don Airey na klawiszach (szczególnie zapada w pamięci jego odwzorowanie sygnału karetki na organach Hammonda) i Steve Morse na gitarze. Humorem sypał natomiast Gillan, który w Hard Lovin wyszedł na scenę z miniaturową repliką gongu. W Strange Kind wdał się natomiast w dialog z Morsem. Z początku wyśpiewywał kilkusekundowe frazy, które powtarzał gitarzysta. Nagle, zamiast kolejnej takiej frazy, rozpoczął minutową opowieść o wspinaniu się na balkon ukochanej, co Morse później również próbował oddać na strunach. Jak się okazało, zespół pokazał kilka fragmentów ich ostatniego (wtedy) albumu. Vincent Price, mocny kawałek rodem z horroru, został okraszony przedziwnymi i nieco kiczowatymi grafikami trupich czaszek i świec (za zespołem znajdował się ekran). To był także jeden z niewielu momentów, w których Airey odszedł od Hammondów i grał na syntezatorze imitującym chór. Później przyszedł czas na tradycyjne solo Steve'a Morse'a – Contact Lost, które genialnie połączył z intrem do kolejnej "nowej" kompozycji, Uncommon Man. Przyznam, że to na ten utwór czekałem najbardziej. To był absolutnie magiczny moment, w całym amfiteatrze panowała cisza. Tylko przestrzenna gitara Morse'a. Później pierwsze uderzenia bębnów Iana Paice'a, syntezator Airey'a. Absolutny geniusz w budowaniu nastroju. Później fanfary, główny riff i pięć minut kapitalnego grania z klimatyczną solówką Airey'a na Moogu. Powrotem do klasyki był Lazy, które otworzyło kilkuminutowe solo na Hammondach. Gillan wziął harmonijkę, a wakacyjny, lekki klimat dopełniały koślawo grafiki rodem z Windows Media Player. Największą niespodzianką koncertu był Demon's Eye, nieco zapomniany utwór z płyty "Fireball" z 1971 roku. Ten charakterystyczny riff i wysokie wokale Gillana, ku mojemu zdziwieniu, spowodowały, że ludzie wstali i zaczęli tańczyć.
Cienko wypadł natomiast Hell To Pay, którego tonacja została obniżona i szczególnie w refrenie czegoś mu brakowało. Prawdziwą zagadką okazał się kilkuminutowy występ solowy Airey'a. Zagrał improwizowaną kombinację przy użyciu swoich wszystkich instrumentów. Rozpoczął od solówki Mooga z podkładem kościelnych organów. Kiedy przesterował dźwięki syntezatora i zamienił je w szum, przeszedł do gry imitującej orkiestrę symfoniczną z kotłami. Brzmiało to absolutnie kiczowato, a mnie rozbawiło do łez. Później przyszedł czas na popis fortepianowy. Airey wtrącił w swoją wypowiedź elementy Chopina oraz pieśni Szła Dzieweczka Do Laseczka. Cały amfiteatr wtórował mu w odpowiednich momentach i śpiewał charakterystyczne "ha ha". Tylko dlaczego brzmienie fortepianu uzupełniał layer ze smykami? To nie brzmiało dobrze. Przechodząc do Hammondów, Airey zaintonował intro do Perfect Strangers. Wszyscy poderwali się z miejsc i atmosfera zrobiła się naprawdę gorąca. Muzycy zagrali bardzo dobrą wersję kawałka, a Gillan wyciągał wszystko bez najmniejszego błędu. Muszę przyznać, że najmniej satysfakcjonowały mnie następne, ostatnie utwory w secie. Były to absolutne szlagiery, które kończą każdy koncert Purpli od dwudziestu lat i trochę mi się przejadły. Paradoksalnie, to na nich bawiłem się jednak najlepiej, prawdopodobnie przez szybki rytm i dużo partii, w których można było wtórować Gillanowi. Ten w przerwach między zwrotkami, często schodził w trakcie koncertu za specjalną kotarę umieszczoną za perkusją, by później wyskoczyć zza jednego ze wzmacniaczy. Space Truckin' Smoke On The Water zostały zagrane niemalże mechanicznie, były dopracowane pod każdym względem. Po nich zespół wrócił na bisy – Hush z elementami Green Onions oraz Black Night. Przed drugim utworem na toporną solówkę zdobył się Glover, który jest basistą solidnym, ale zdecydowanie niewirtuozerskim. Tutaj każdy już śpiewał i tańczył. Udzieliła się atmosfera, która była skrzętnie budowana przez zespół. Po zakończeniu koncertu i tradycyjnym "you're fantastic" Gillana instrumentaliści zeszli ze sceny, by z bliższej odległości rzucić fanom kilka kostek i pałeczek perkusyjnych. Najdłużej z publicznością został Glover, który zaczął przybijać piątki z pierwszym rzędem.

To był idealny wakacyjny koncert. Purple wyraźnie bawili się na scenie, a widzowie podłapali ich nastrój. Bardzo miło, że muzycy, mimo braku przymusu wydawnictwa, nadal chcieli promować album Now What?!. Całość idealnie dopełniała otaczająca aura miejsca. Było bardzo kameralnie, niczym na wsi, a obok amfiteatru w Charlocie znajduje się jezioro i lasy. Zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że takie otoczenie zdecydowanie sprzyjało w odbiorze tej przedziwnej mieszance rocka, hard rocka i jazzu.

Leonard Cohen – You Want It Darker (2016) [Recenzja]

W 2016 roku odeszło kilka znaczących postaci muzyki.  W nietypowych okolicznościach, zaledwie dwa tygodnie po publikacji swojego nowego krążka, odszedł Leonard Cohen. Na „You Want It Darker” kanadyjski bard ponownie czaruje słuchaczy swoim ciepłym barytonem. W tekstach podkreśla natomiast, że akceptuje nadchodzącą śmierć.

Temat ten podjął w tytułowym utworze, który został wydany jako singiel promujący wydawnictwo. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj męski chór. Tło uzupełnia delikatna sekcja rytmiczna z kapitalnym, dostojnym basem. Cohen podkreśla kilkukrotnie: „Jestem gotowy, Panie”. Nie bierze jednak wszystkiego na poważnie, a tytułowa fraza okazała się grą słowną: „Chcesz, żeby było ciemniej  – zgaśmy płomień”. „You Want It Darker” to powrót Cohena do muzyki folkowej, mimo że nie wskazuje na to pierwszy utwór. Jego żydowskie korzenie są najwyraźniej słyszalne w Traveling Light, w którym pojawia się cała armia egzotycznych instrumentów strunowych, m.in. bouzouki, mandolina czy octophone. Co ciekawe, klasyczny motyw przełamywany jest elektronicznymi zwrotkami. Kompozycja przypomina utwory z płyty „Popular Problems”, wydanej dwa lata wcześniej. Dużo folku jest też w Steer Your Way. Kompozycja rozpoczyna się melancholijnie, ale dzięki chórkom i sekcji rytmicznej, zbudowany został podniosły klimat. To także jeden z szybszych utworów na płycie. Intryguje Leaving The Table, w którym pojawiają się gitary oraz Mellotron, nieco zapomniany w XXI. wieku syntezator klawiszowy, używany m.in. przez Beatlesów. Cohen sugeruje natomiast, że „wychodzi z gry” i tworzy krótkie podsumowanie swojego życia. Klimat i chór montrealskiej synagogi z tytułowego utworu powraca w kameralnym It Seemed The Better Way. Melorecytację barda uzupełnia partia skrzypiec i delikatny bas. Najbardziej przebojowy utwór na płycie, If I Didn’t Have Your Love, ma wyraźne znamiona soulu i popu. Prowadzi go delikatne, rytmiczne pianino. Rockowego zacięcia dodaje partia gitary elektrycznej oraz organów Hammonda. „Trzymajmy poziom, gdy się rozstajemy” śpiewa w On The Level Cohen. Nie tylko bowiem w tym utworze, w jego tekstach pojawia się miłość. Z pewnością nie jest to jednak jej typowa odmiana. Zamiast wyrazów zachwytu, bard skłaniał się ku uszczypliwym stwierdzeniom: „Powinni dać medal mojemu sercu za puszczenie Cię wolno”. Szczególną kompozycją jest jazzujący Treaty. Cechuje ją bogata orkiestracja i soulowy, fortepianowy motyw (grany przez producenta Pata Leonarda, znanego chociażby ze współpracy z Rogerem Watersem). Cohen kieruje słowa do Boga i godzi się z przemijaniem. Temat powraca w String Reprise / Treaty, w którym ta sama kompozycja jest zaaranżowana na kwartet smyczkowy. Kiedy słuchaczowi może wydawać się, że delikatne pociągniecia smykami dążą do wyciszenia, pod koniec utworu ostatni raz pojawia się Cohen. „Chciałbym, żeby istniał pakt między moją a Twoją miłością” zaznacza ponownie. Budując odpowiedni nastrój, artysta trzyma słuchacza w napięciu do ostatniej sekundy trwania płyty.

„You Want It Darker” to bardzo klimatyczny, mroczny krążek. Pat Leonard oraz syn Cohena seniora, Adam, stworzyli bardzo gustowną mieszankę muzyki żydowskiej, akustycznej oraz elektronicznej. Eksperymenty łączenia ze sobą automatu perkusyjnego ze skrzypcami czy gitarą klasyczną rzadko wypadają dobrze. Aranżacyjny majstersztyk. Leonard Cohen pokazał natomiast, że pomimo osiemdziesiątki na karku potrafił tworzyć teksty na najwyższym poziomie artystycznym. Są przekorne, refleksyjne, a momentami także humorystyczne. Udowodnił nimi, że do końca zachował błyskotliwość.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobry album

Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK 

Sting – 57th & 9th (2016) [Recenzja]


Po kilkunastu latach zabaw z jazzem, folkiem i muzyką akustyczną, Sting, słynący przede wszystkim z nagrań rockowych, wraca do bardziej komercyjnego nurtu. Tytuł  "57th & 9th" muzyk zaczęrpnął z jednego z nowojorskich skrzyżowań, które przemierzał codziennie w drodze do studia. Jak zapowiadał, to tętniące życiem miasto spowodowało, że powrócił do mocniejszych brzmień. Powrót do przeszłości nie powinien jednak oznaczać płyty z autoplagiatami.

Już pierwszy singiel, I Can't Stop Thinking About You, może zyskać tytuł utworu "wtórnego". Komentarze, jakoby Sting powrócił do klimatów jego pierwszego zespołu, The Police, są jak najbardziej trafne. Utwór zbudowany jest na tych samych akordach co "Truth Kills Everybody", z debiutanckiej płyty tria. Jedyną zmianą jest nowy, dodany motyw gitarowy. Kolejny singiel, 50 000, to nic innego, jak Invisible Sun z płyty "Ghost In The Machine" z 1981 roku. Nagrania różnią się jedynie tonacją i linią melodyczną. Nowy utwór nie zawiera także syntezatorów i opiera się wyłącznie na brzmieniu gitar. Kolejną kotrowersyjną kompozycją jest najdłuższy na płycie, blisko pięciominutowy Inshallah. Istotą brzmienia jest technika gry na gitarze zwana tappingiem. Partie Dominica Millera oraz struktura utworu jest bardzo podobna do "Never Coming Home" z solowego wydawnictwa "Sacred Love". Jest to jeden ze spokojniejszych utworów na płycie, opiera się na brzmieniu syntezatorów i delikatnych uderzeniach perkusji. Powiewu świeżości dodaje Down, Down, Down, który przywołuje klimat płyty "Ten Summoner's Tales". Tutaj nie ma jednak mowy o żadnym naśladownictwie, a jedynie o delikatnych nawiązaniach do starszych nagrań. Warto podkreślić, że cały album ma surowe brzmienie i brakuje na nim ozdobników oraz wirtuozerstwa. To prosto zagrany zestaw krótkich, zazwyczaj lekko ponad trzyminutowych kompozycji. Taka filozofia sprawdza się m.in. w One Fine Day, poruszającej balladzie, bazującej na mocnych gitarach i uroczym brzmieniu pianina. Ciekawy jest też tekst, mówiący o globalnym ociepleniu, pokazujący różne spojrzenia na problem i wołający o zaangażowanie polityków. Mocnym akcentem płyty jest też jazzujący Pretty Young Soldier, który bazuje na rytmie 3/4 i dużo w nim rytmicznych zabaw Josha Freese'a na perkusji. Akcenty "na dwa" sprawiają, że utwór jest bardzo rozbujany i delikatny. Elementy jazzu i ambitniejszych struktur znajdziemy też w If You Can't Love Me. Kompozycja opiera się na nietypowym rytmie 7/8, w którym bazą jest ponura partia gitary Millera. Wyróżnia się też brakiem wyraźnego refrenu, co dodaje jej niekomercyjnego charakteru. Utwór może kojarzyć się z najlepszymi nagraniami Stinga, a klimat rodem z sesji z lat 90. tworzy oszczędna partia fortepianu Roba Matchesa. Są tu także organy Hammonda obsługiwane przez producenta płyty, Martina Kirszenbauma. To dzięki instrumentom klawiszowym utwór nabiera głębi, której brakuje w większości materiału z płyty. Niezrozumiała wydaje się być absencja pianisty Davida Sanciousa, który koncertował ze Stingiem przez ostatnie sześć lat. Jedynym utworem na płycie, w którym sprawdza się czysto gitarowe brzmienie, jest Petrol Head. Opiera się na mocnym riffie Millera oraz brudnych, często atonalnych brzmieniach Lyle'a Workmana stworzonych przy użyciu efektu Whammy. Muzyka idealnie łączy się tutaj z tekstem, który mówi o maniaku szybkich prędkości i seksu. Na przeciwnej półkuli znajdują się dwie krótkie kompozycje bazujące wyłącznie na gitarze akustycznej. Zarówno Heading South On The Great North Road, jak i Empty Chair to spokojne uzupełnienia albumu, które powodują, że może on być odbierany jako bardziej kameralny.

Płyta "57th & 9th" była tworzona i nagrywana zaledwie kilka tygodni. Ciężko w tak krótkim czasie porządnie zaplanować swoją pracę i pokusić się o ambitniejsze kompozycje. Nie znaleziono także czasu na rozbudowanie aranżacji i napisanie partii solowych. Mając w studiu Millera, znając wybitnych skrzypków czy saksofonistów, grzechem jest niewykorzystanie posiadanego potencjału. Płyta jest przystankiem na dobrej drodze Stinga do powrotu do pełni kompozytorskiej formy. Należy przyznać, że ma swój klimat i można na niej znaleźć prawdziwe perełki. Mocną stroną pozycji są też teksty, które mieszają tematykę miłosną z polityką. Duży minus za pójście na łatwiznę i opakowanie trzech istniejących wcześniej utworów pod nowymi nazwami i z dodatkiem nowych tekstów. 

WERDYKT: ★★★★★★ - album z przebłyskami

David Gilmour – Wrocław, 25.06.2016 (Rattle That Lock Tour) [Relacja]

Pierwszy raz postanowiłem zamieścić na blogu inny tekst niż recenzję. Zmusiło mnie do tego wydarzenie wyjątkowe na skalę światową, z którym w moim przypadku wiązało się wiele niecodziennych sytuacji. Jakie może być prawdopodobieństwo przyjazdu ulubionego gitarzysty do mojego miasta? Właśnie. Kiedy więc na rok przed koncertem usłyszałem wiadomość o Davidzie Gilmourze we Wrocławiu byłem w niemałym szoku. Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej starałem się kupić bilety na koncert w Oberhausen i niestety, spóźniłem się. Cała hala, podobnie jak europejska trasa w 2015 roku, została wyprzedana w dziesięć minut. Pół roku później, w styczniu, okazało się, że całkiem podobnie było także w przypadku wrocławskiego koncertu. Bilety weszły do sprzedaży bardzo niespodziewanie, bez żadnej zapowiedzi, przez co nie zdążyłem kupić miejsc w Golden Circle. Gdyby nie telefon od czujnego przyjaciela skończyłbym zapewne w okolicach ostatniego rzędu. Będąc w Empiku godzinę po rozpoczęciu dystrybucji, zostałem posiadaczem wejściówki na sektor środkowy. Za śmieszne 145 złotych (impreza była dofinansowywana przez biuro Europejskiej Stolicy Kultury) stałem się uczestnikiem historycznego wydarzenia. Pojawiła się bowiem informacja, że koncert będzie transmitowany w publicznej telewizji, a do zespołu Gilmoura dołączy na scenie orkiestra symfoniczna pod batutą Zbigniewa Preisnera oraz pianista Leszek Możdżer. Jak najbardziej wskazane były też skojarzenia z koncertem Gilmoura w Stoczni Gdańskiej z 2006 roku.

CZWARTEK, 23.06.16
Postanowiłem, że skoro całe zamieszanie dziać się będzie w moim mieście, to mogę pozwolić sobie na krążenie wokół sceny i wyczekiwanie na muzyków już na kilka dni przed koncertem. Scena była rozkładana już od tygodnia, a w Internecie pojawiła się informacja, że Gilmour przyleciał do Wrocławia w środę wieczorem. Byłem więc przekonany, że od czwartku będzie działał i warto pokrążyć wokół Placu Wolności. W międzyczasie poznałem ludzi, którzy uświadomili mi, że to do nich należy miano prawdziwych fanów. W czasie rozmowy z parą z Anglii dowiedziałem się, że szukają kas biletowych, bo przylecieli bez wejściówek. Ich naiwność była rozbrajająca, podobnie jak historia o wizycie w położnej obok sceny Operze. Pytali tam o możliwość oglądania widowiska z balkonu budynku. Ciekawą historię sprzedał mi też pewien Ukrainiec, który twierdził, że koniecznie musi spotkać się z managerem Gilmoura. Przy zakupie jednego biletu dostał trzy i uważał, że tylko bliski współpracownik gitarzysty może pomóc rozwiązać mu problem i określić, czy wszystkie trzy są ważne. Był to dosyć odważny plan, chociaż, jak twierdził mój rozmówca, obaj panowie go kojarzą bo wysłał do nich demo, które zainspirowało później Gilmoura do napisania A Pocketful Of Stones z płyty "On An Island". Ciekawa teoria której w tamtym momencie nie miałem zamiaru obalać. Muzycy wyszli na scenę około 14. Była to jedyna próba bez orkiestry symfonicznej. Widać było, że wszyscy czerpali z gry dużą radość. Zagrali kilka klasyków, ale ciekawiły przede wszystkim pierwsze, względnie publiczne, wykonania wcześniej niegranych utworów. To wtedy pierwszy raz po 22-letniej można było usłyszeć One Of These Days. Pierwszy raz w historii Gilmour sięgnął po Dancing Right In Front Of Me z najnowszej, solowej płyty Rattle That Lock. Najbardziej zaskoczył jednak fakt, że na próbie pojawił się również kawałek grany ostatni raz w Gdańsku, który odnosił się do Jesieni Ludów w 1989 i obalenia komunizmu. Co ciekawe, Great Day For Freedom nie znalazł się ostatecznie w setliście sobotniego koncertu. Domyślam się co mogło być powodem tej decyzji. Ciekawi mnie jedynie, czy rezygnacja z utworu była wyłacznie pomysłem artysty. Po próbie złapałem Zbiegniewa Preisnera, który na moją prośbę o autograf na okładce Rattle That Lock odparł "Ale ja nie jestem Davidem Gilmourem" i ostatecznie zostawił mi na niej swój podpis.

PIĄTEK, 24.06.16
Wieczorem poprzedniego dnia upewniłem się, że David mieszka w hotelu Monopol zlokalizowanym jakieś pięćdziesiąt metrów od sceny. Polly Samson, żona muzyka, opublikowała na Instagamie film, który ukazywał widok na dach kościoła pw. św. Stanisława, Wacława i Doroty z pokoju hotelowego. Nie miałem więc wątpliwości, że to tam mogę ubiegać się o ich autografy. Potwierdził to dodatkowo sam Gilmour, który następnego stał przez długi czas na balkonie hotelu, oparty o barierkę. Jak się okazało, już od rana pod hotelem czatowała grupka klikunastu fanów. Poznałem wyjątkowych ludzi, prawdziwych pasjonatów, z którymi do dzisiaj dyskutuję o Pink Floyd. Na wyjście Gilmoura z budynku czekaliśmy pięć godzin. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się, że David nie rozdaje autografów od 2008 roku. Mimo wszystko, gitarzysta uśmiechnął się do ludzi machających plakatami i zdecydowanie powiedział "Idziemy dalej", po czym zniknął za bramą wejściową na teren imprezy. Tuż przed nadchodzącą próbą miałem też okazję spotkać Leszka Możdżera, który, ku zaskoczeniu wszystkich, dziękował za prośby o autograf. Podpisywał płyty wszystkim zainteresowanym i nie okazywał przy tym znudzenia czy pychy. Człowiek z klasą i wyjątkowymi umiejętnościami. Te mogliśmy podziwiać już na próbie. Gilmour częściej niż poprzedniego dnia sięgał po utwory solowe. Łącznie zagrał kilkanaście kawałków, które miałem okazję słuchać z dwóch miejsc. Pierwszą część próby podziwiałem zza fosy, która była mocno oddalona od sceny. Tam poznałem też niezwykle życzliwą kobietę, która skorzystała ze znajomości i zaprowadziła mnie przez Narodowe Forum Muzyki na tył sceny. Tam widziałem muzyków z kilkunastu metrów. 

Co więcej, spotkałem saksofonistę Joao Mello, który kręcił się pod sceną w trakcie utworów, w których nie grał. W momencie gdy go zauważyłem siedział akurat na schodach prowadzących na scenę z instrumentem zawieszonym na szyi. Mimo, że oddzielał nas wysoki płot pokryty płachtą, udało mi się złapać z nim kontakt i dać mu okładkę oraz marker nad ogrodzeniem. Wyjątkowo miły człowiek, co ciekawe, starszy ode mnie zaledwie o dwa lata. Widać, że wygrał los na loterii i z londyńskich pubów trafił od razu na światową trasę legendy rocka. W pewnym momencie, kiedy chodził bez saksofonu, podszedł do niego ochroniarz i spytał się kim jest. Ten pokazał przepustkę z wymownym napisem "Artist". Co zaskakujące, zarówno on, jak i pozostali muzycy w żadnym wypadku nie przypominają prawdziwych gwiazd rocka. To po prostu równi goście, którzy jeżdżą po świecie i bawią się muzyką. Na potwierdzenie tej tezy idealna jest anegdota poznanego przeze mnie tego dnia fana z Bukaresztu. Ponoć cały zespół Gilmoura, mieszkający w zupełnie innym hotelu niż główny bohater, poszedł poprzedniego wieczora na piwo do czeskiej knajpy na Rynku. Siedzieli tam kilka godzin i zostali przyuważeni przez owego Rumuna. Przez cały czas ich pobytu na piwie nikt ich nie rozpoznał, nikt nie poprosił o zdjęcie.
Warto zaznaczyć, że w piątek odbyła się tez druga, wieczorna próba oznaczona jako "dress rehearsal", która została stworzona na potrzeby mającego ukazać się DVD. Muzycy ubrali się tak samo, jak następnego dnia, a cała próba została zarejestrowana. Jej fragmenty wizualne i partie instrumentów zostaną zapewne użyte na potrzeby produkcji płyty i zastąpią nieudane momenty z właściwego, sobotniego koncertu.


SOBOTA, 25.06.16
Dzień koncertu. W moim przypadku już trzeciego w tym mieście, jednak pierwszego kompletnego, wzbogaconego efektami świetlnymi. Atmosfery nie zepsuli reprezentanci Polski, którzy na EURO pokonali po karnych Szwajcarię. Bardzo mocno zdziwiło mnie wejście na teren koncertu. Nie było żadnych kolejek, a przed Placem Wolności, na ogrodzonym terenie rozłożono leżaki i maty, było mnóstwo miejsca do zrelaksowania się przed koncertem. Nie odmówiłem sobie koszulki ze wszystkimi datami europejskiej trasy, tourbooka oraz biografii basisty Guya Pratta z autografem (która jest napisana z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru). Jeszcze przed właściwym koncertem na scenie pojawił się Możdżer, który zaprezentował półgodzinny, solowy set. W tak krótkim czasie pokazał swoje nietuzinkowe zdolności i alternatywne metody gry na fortepianie. Punktualnie o 21:45 na scenie pojawił się główny bohater wieczoru.

Całość rozpoczęła orkiestra, grająca pierwsze dźwięki 5 A.M. Stworzyła piękne tło pod solo gitarzysty. Gilmour miał jednak czasami problemy z trafianiem w rytm lub w odpowiedni dźwięk. Nie było to jednak tak rzucające się w uszy, jak w transmisji z dźwiękiem z soundboardu. Zachwycił wyjątkowo "smaczny" i dopieszczony dźwięk jego gitary. Rattle That Lock zostało poprzedzone krótkim mixem głosów i instrumentów z taśmy. David zaśpiewał utwór wyjątkowo mocno i czysto. Zaskoczył udział orkiestry, której nie było w wersji studyjnej utworu. O tym, że specjalnie na tą noc przygotowano nowe orkiestracje, przekonałem się również w Faces Of Stone, gdzie smyki towarzyszą już w fortepianowym intrze. Kilka błędów popełnił grający je Greg Phillinganes, który podobnie jak drugi klawiszowiec, Chuck Leavell i gitarzysta Chester Kamen, wystąpił na scenie z Gilmourem po raz pierwszy. Po pozytywnym Wish You Were Here i ostrym, przywróconym po latach do setlisty What Do You Want From Me?, powrócił solowy materiał artysty.Wróciła także orkiestra symfoniczna. Wykonanie A Boat Lies Waiting poświęconego Rickowi Wrightowi, zmarłemu klawiszowcowi Pink Floyd, było jednym z najjaśniejszych punktów całego wieczoru. Kompozycja opierająca się na przestrzennnym brzmieniu pianina, gitary hawajskiej i orkiestrze grającej jeden akord wypadła niezwykle poruszająco. Całość uzupełnił The Blue, który bez przerwy na oklaski przeszedł z poprzedniego utworu. Wyjątkowo dobrze odtworzono oryginalne partie z płyty, orkiestra zagrała subtelnie, a Gilmour przedłużył swoje charakterystyczne solo grane przy użyciu efektu Whammy. Wyjątkowe przeżycie, miałem wrażenie, że nie tylko mnie cieszy duża ilość solowych utworów muzyka. W kameralnej wersji Money David po "Think I'll buy me a football team" wtrącił "Poland maybe" co było miłą aluzją do zakończonego kilka godzin wcześniej meczu. Miło słuchało się również gitarowej konwersacji muzyka z Kamenem w środkowej części utworu. Us And Them urzekało swoją klasą, było zagrane niemalże tak samo, jak na The Dark Side Of The Moon. Na koniec pierwszego setu serca publiczności zdobył solowy In Any Tongue, który został uwieńczony fantastyczną, długą solówką. Dobrze brzmiały także chróki, śpiewające wyższe partie Gilmoura. Dobrą robotę wykonał też Guy Pratt który w trzeciej zwrotce dodał dynamiki i zagrał fragment riffu z On The Turning Away. Bardzo dobrze wypadł też High Hopes, który w znacznej mierze opiera się na brzmieniu smyków i wrocławska wersja jest jedną z lepszych jakie słyszałem. Do pełni zachwytu brakowało mi tylko równie wybitnej wersji solówki na gitarze klasycznej, jak tej z Gdańska, jednak Gilmour zawsze ją improwizuje. Muszę przyznać, że pierwsza część koncertu była wyjątkowo klimatyczna, intymna i w wielu momentach doprowadzała do łez. Nie wierzę w magię, ale to była magiczna chwila. Czekając na kontunuację koncertu, w przerwie byłem świadkiem kolejnej niecodziennej sytuacji. Nagle przede mną przeszła kolumna ochroniarzy, a za nimi syn Gilmoura, Gabriel oraz żona muzyka, Polly Samson, która tworzyła teksty na ostatnią płytę. Kolejne utwory przeżywali z wieży na której swoje stanowiska mieli kamerzyści. Jeszcze jeden dziwny zbieg okoliczności!

Drugi set okazał się bardziej dynamiczny i floydowy. Otwierał go przywołany wyżej One Of These Days, w którym perkusista Steve Di Stanislao najpierw grał na maszynie tworzącej brzmienie wiatru, a Gilmour uderzał w talerz. Później ten drugi zasiadł do gitary lap steel i  odtworzył z niezłym powodzeniem oryginalną solówkę. Warto odnotować wirtuozerski popis Pratta na basie i użyty po raz pierwszy klip ilustrujący utwór, który powstał w 1971 (jego twórca, Ian Emes, miał w tym czasie wystawę swoich prac w Galerii Miejskiej i był na koncercie). Shine On You Crazy Diamond, jak zawsze, wywołało ekscytację wielu fanów. Co bardzo mi się spodobało, początkowe intro na syntezatorze zostało potraktowane przez Philinganesa z wyjątkowym pietyzmem i powagą. Ciekawostką był następny utwór, Dancing Right In Front Of Me, który tym razem zadebiutował już oficjalnie. Wersja wrocławska różniła się od studyjnej wsparciem saksofonu Joao Mello w głównym riffie. Utwór wypadł wyjątkowo dobrze i dziwię się, że po tym koncercie Gilmour zagrał go na całej trasie jeszcze tylko raz. Pięknie wypadło floydowe Coming Back To Life, w którym syntezatory ustąpiły na rzecz orkiestry. David skracał niektóre dłuższe frazy, czuć było momentami, że chrypi i nie da rady wyciągnąć niektórych słów. Kolejny magiczny moment – On An Island – było zagrane idealnie, przenosiło w inny wymiar, idealnie dawkowało subtelność z mocą zawartą w solówkach. Orkiestra zagrała tutaj wyjątkowo oszczędnie. Kolejną perełką okazały się dwa utwory z Rattle That Lock. The Girl In The Yellow Dress zostało ubarwione pianinem Leszka Możdżera, który zagrał niezwykle jazzująco (jego gra przywołuje mi na myśl "Bring Me The Disco King" Bowiego). Dialog pianisty, Gilmoura i Mello wyszedł naprawdę szykownie. Nastrój odmienił przebojowy Today, mój faworyt z nowej płyty Davida. Został dodatkowo ubarwiony harmonizującymi smykami w intrze. Mam wrażenie, że był to najbardziej energiczny utwór koncertu. Co więcej, swoje umiejętności pokazał Chuck Leavell, grając solo na elektrycznym pianinie Wurlitzera. W Sorrow i Run Like Hell, które kończyły drugi, set również nie brakowało mocy, wszyscy wokół krzyczeli i klaskali w rytm.
W tym drugim Guy Pratt, który wykrzykuje wersy na przemian z Gilmourem, zmienił nieco treść wersu i zaśpiewał "They're gonna send you back to Poland in a cardboard box". Na bisy wyszedł natomiast w niebieskiej koszulce z flagą Unii Europejskiej co było dosyć wymownym komentarzem na ogłoszony kilka dni wcześniej Brexit. Na bis Time z Breathe (Reprise) oraz Comfortably Numb. Idealne uwieńczenie wyjątkowych dni. Chyba nigdy nie zapomnę tych wszystkich wyjątkowych momentów i emocji jakie mi towarzyszyły. A jak zapomnę to wrócę do tej relacji!

Recenzja promowanej płyty Rattle That Lock

David Bowie – ★ /Blackstar/ (2016) [Recenzja]


Albumy wywołujące coś więcej niż ekscytację fanów i krytyków są rzadkością. Taki wydaje się być Blackstar (w oryginalnej pisowni ""), jak się okazało, ostatnia płyta Davida Bowiego. Jest napakowana skrajnościami  wieloma gatunkami muzycznymi pozornie niemożliwymi do połączenia. To najtrudniejsza płytą artysty od ponad dwudziestu lat (a dokładniej albumu Outside), a odniosła prawdopodobnie największy od lat 80., komercyjny sukces.

Ciężko opisywać tą płytę bez zwrócenia uwagi na śmierć Bowiego zaledwie dwa dni po jej premierze. Wiele wersów z  można z łatwością interpretować jako pożegnanie artysty. Krążek rozpoczyna się od tytułowego utworu. To prawie dziesięciominutowa, jedna z najdłuższych kompozycji muzyka w karierze. Opiera się na trzech częściach zbudowanych z dwóch motywów. Pierwszy, otwierający i zamykający suitę jest mroczny, oparty na motywach arabskich. Głos Bowiego przypomina chorał i jest przepuszczony przez efekt balansujący wysokością dźwięków. Co ciekawe, brak tutaj refrenu. Dynamizm utworu podkreśla agresywnie grająca sekcja rytmiczna – Tim Lefebvre na basie i Mark Guiliana grający niepowtarzalny rytm na perkusji. Całość ozdobiona jest rytmicznymi syntezatorami, smykami oraz rwanymi solówkami saksofonu. W środkowej części kompozycja nabiera charakteru typowego dla Bowiego. Tu jego głos jest delikatny, wspierany chórkami. Całość brzmi bardzo bluesowo i ozdobione jest brzmieniem dęciaków (dozwolone skojarzenia z twórczością artysty z lat 80.). Tytułowy Blackstar – postać często opisywana jako nowa persona Bowiego, jest bardzo tajemnicza i ciężko ją interpretować. Zastanawia fakt odkryty przez fanów – twierdzą, że utwór odtworzony od tyłu zawiera tekst, częściowo po francusku, poświęcony Lucyferowi. Równie dwuznacznym utworem wydaje się być Sue (Or In A Season Of Crime), w którym podmiot w chaotyczny sposób zapewnia tytułowy obiekt wetchnień, że wspólna przyszłość będzie udana. Dowiaduje się jednak, że Sue go zdradza. Całości akompaniuje najmocniejszy podkład na płycie, pełen piskliwych gitar, ostrych syntezatorów i nerwowych perkusyjnych uderzeń. O relacji damsko-męskiej traktuje także Tis' A Pity She Was A Whore, jednak w sposób bardziej symboliczny. Opisana napaść tytułowej "kurwy" na podmiot jest, jak przyznało środowisko artysty, nawiązaniem do początku I wojny światowej. Utwór charakteryzuje się hip-hopowym, bardzo szybkim rytmem. Nie zostawia zbyt wiele przestrzeni dla innych instrumentów, w tle słyszalne są tylko syntezatory i chórki. Całość zdobią wyjątkowe partie saksofonu i pianina, których dźwięki grane są z coraz szybszą częstotliwością. Podobny charakter ma Girl Loves Me, który jest równie rytmiczny, lecz zdecydowanie lżejszy. O brzmieniu stanowią szarpane dźwięki syntezatorów i basu. Wydaje się, że Bowie porzuca momentami śpiew na rzecz rapowania. Nurtuje powtarzane, bliżej niezrozumiałe hasło "Where the fuck did Monday go?" oraz nienaturalne podjazdy wokalne Bowiego na końcu wersów. Ciekawostką jest tekst będący mieszanką Polari – języka uzywanego w latach 60. przez środowiska gejowskie w Wielkiej Brytanii, będącego połączeniem angielskiego i włoskiego oraz Nadsat – fikcyjnego języka stworzonego na potrzeby "Mechanicznej Pomarańczy" przez Anthony'ego Burgessa. Stonowana ballada Lazarus, oparta na dźwiękach instrumentów dętych i delikatnych gitar, zaciekawia przede wszystkim tekstem. Jest uważana za podsumowanie życia Bowiego, śpiewa on bowiem, że znajduje się w Niebie, a "blizny, których nie zobaczysz" były kojarzone przez fanów z rakiem, z którym artysta walczył pod koniec życia i utrzymywał ten fakt w tajemnicy. W utworze wyróżnia sie długa, pełna emocji, solówka na saksofonie w wykonaniu Donny'ego McCaslina. Koniec płyty w porównaniu z wcześniejszymi kompozycjami, może wprawić w zadumę. Dollar Days to utwór bazujący na fortepianie i gitarze akustycznej. Stopniowo dochodzi również akustyczna perkusja, jej automatyczny odpowiednik oraz przestrzenne syntezatory obsługiwane przez Jasona Lindnera. Utwór ma nihilistyczny tekst, w którym opisane jest życie prostytutki. Może to być jednak przedziwna metafora opowiadająca o autorze słów. W obliczu jego śmierci w pamięć zapada przede wszystkim powtarzany idiom  "I'm dying to" – "bardzo chcę", który zawiera czasownik "to die" – "umierać". Kompozycja najprawdopodobniej przekazuje emocje Bowiego, który godzi się z losem i jest gotowy na każdą, nawet najgorszą ewentualność. Po krótkim, gitarowym solo pojawia się energetyczne brzmienie automatu perkusyjnego – rozpoczyna się I Can't Give Everything Away. Pomiedzy szybką sekcją rytmiczną odnaleźć można brzmienia syntezatorów, saksofonu oraz harmonijki (która, jak sprytnie zauważono, przywołuje motyw z A New Career In A New Town z płyty "Low"). Utwór ma bardzo podobną strukturę do poprzednika, po krótkich zwrotkach uwagę przykuwa wielokrotnie powtarzana fraza. W tym utworze jest ona wyjątkowo prosta do rozszyfrowania – "nie mogę oddać wszystkiego", jakby Bowie chciał podkreślić swoje ambicje lub mnogość przemyśleń, którymi nie zdążył podzielić się z fanami. Między wersy pod koniec utworu wkradają się również organy hammonda i kolejne solo na gitarze Bena Mondera. Całość kończy się dosyć nieoczekiwanie, jakby od niechcenia, zbliżający się koniec podkreślają jedynie delikatne, syntezatorowe wstawki. Zupełnie w taki sposób, w jaki odszedł David.

Wydawanie werdyktu zawsze sprawia duży problem. Nie sposób sprawiedliwie zaszufladkować album oraz skonfrontować jego słabe i mocne strony, jednak  to dzieło, które bez cienia wątpliwości zasługuje na najwyższą notę. To nieprawdopodobne, że blisko siedemdziesięcioletni człowiek był w stanie stworzyć tak odważną, nietuzinkową i (o ile w XXI wieku można jeszcze tego dokonać) innowacyjną muzykę. Dziesięć gwiazdek za groteskowe, ale udane pomysły, przenikanie się skrajnych stylów i niepowtarzalny, niemożliwy do zdefiniowania klimat płyty. W obliczu tego dzieła można stwierdzić, że David uczynił ze swojej śmierci sztukę, niczym średniowieczni bohaterowie utworów kojarzeni z definicją "ars moriendi".

WERDYKT: ★★★★★★★★★★ - przełomowa płyta!