Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miller Dominic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miller Dominic. Pokaż wszystkie posty

Dominic Miller – Absinthe (2019) [Recenzja przedpremierowa]

Czasami warto wykonać krok w tył, żeby później zrobić dwa do przodu. Potwierdzeniem tej sentencji są ostatnie publikacje Dominica Millera, który przed trzema laty związał się z wytwórnią ECM. Pierwszy album nagrany dla nowej oficyny podawał gitarzystę w wersji sauté, jedynie z delikatnym akompaniamentem perkusji. Na Absinthe mamy do czynienia z prawdziwie zespołowym graniem. Miller częściej odsuwa się na drugi plan, oddając przestrzeń innym muzykom. Wszystko po to, by zilustrować szalony świat artystów pomieszkujących w przeszłości na południu Francji.


Bezpośrednią inspiracją do stworzenia płyty były historie malarzy i pisarzy, którzy tworzyli w Prowansji na przełomie XIX i XX wieku. Mowa tu między innymi o Vincencie Van Goghu, Eriku Satiem czy Claudzie Debussym (Dominic wymieniał swoje inspiracje w wywiadzie z poprzedniego roku). Tytułowy absynt, alkohol bazujący na halucynogennym działaniu piołunu miał być kompanem ich procesów twórczych. To także symbol artystycznego szaleństwa. Utwór tytułowy zaczyna się spokojnym intro gitary klasycznej. Główny sprawca zamieszania wprowadza w odpowiedni klimat, powoli przyłączają się do niego pozostali muzycy. Kadrowe wybory Millera to połączenie wieloletnich współpracowników i zupełnie nowych twarzy. Manu Katché, z charakterystycznie wysoko nastrojonym werblem, nie grał z Millerem od dobrych parunastu lat. W Absinthe na pierwszy plan wysuwa się również Santiago Arias, grający na bandoneonie (nieco mniejszy odpowiednik akordeonu). Miller wypatrzył Argentyńczyka na jednym z koncertów lokalnych muzyków w Buenos Aires. Słuchamy Mixed Blessings i wiemy, że to muzyka Dominica Millera. Gitarzysta wciąż lubuje się w melancholijnych, często dysonansowych akordach. Wydaje się, że gdyby nie udział innych muzyków, materiał spokojnie mógłby trafić na surową płytę Silent Light sprzed dwóch lat. Arias zarysowuje tu wyraźny, melodyjny motyw. Uzupełnia go miotełkowanie Katchego, a gdzieś w tle plumka delikatny syntezator Mike'a Lindupa z Level 42. Kolejne dwie kompozycje to tak naprawdę miniatury – Verveine, czyli "werbena", rzeczywiście ma wyjątkowo kojące właściwości. Uzupełniająca się gitara i fortepian przypominają motyw z If You Can't Love Me Stinga (płyta 57th & 9th). La Petite Reine to monotonny rytm Katchego na bębnach. Chwilami dołącza do niego fingerstyle gitarzysty. To swoista chwila wytchnienia przed Christianią. O ile większość utworów ma tytuły kojarzące się z Francją, o tyle tutaj bohaterem została alternatywna, hippisowska dzielnica Kopenhagi. Brzmienia tej gitary akustycznej nie da się podrobić. Mamy tu sporo smaczków, łącznie z efektem vibrato (!) i grą tych samych dźwięków na dwóch strunach.. Do przestrzennej, zadumanej gitary dołącza przepełniona groovem perkusja. Całość uzupełnia Arias – czasami wtrącając solowe frazy, czasami wyłącznie malując akordy. Etude to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Zaczyna się od niespokojnego, energicznego motywu granego przez Millera i basistę, Nicholasa Fiszmana. Dołączająca perkusja Katchego zamyka przestrzeń, a bandoneon dekoruje kompozycję. Dramaturgii dodaje również wchodzący momentami fortepian Lindupa. Szlachetny motyw trwa przez blisko sześć minut. Jest on bazą do wzajemnego przenikania się instrumentów oraz zespołowej interakcji. Mimo wyłącznie akustycznych instrumentów robi się naprawdę mocno. Bicycle to wyciszony utwór bazujący na gitarze akustycznej Millera i rytmie perkusji. Warto zaznaczyć, że to ten sam motyw, co w La Petite Reine. Nieśmiałe solo gra tu Fiszman, pod koniec pojawia się Prophet 5 sterowany przez Lindupa. Są zabawy rytmem i akordami, jest również modulacja dynamiki. Bardzo nastrojowa gra. Co ciekawe, Miller ćwiczył już ten utwór na próbach przed zeszłorocznymi koncertami, jeszcze w ramach trasy Silent Light. Ombu to definitywna wersja Evelyn, bonus tracka z płyty Ad Hoc z 2014 roku. Wtedy były dwie gitary klasyczne i bas – teraz kompozycję przejęła genialna gra Katchego. Bębniarz umiejętnie buduje groove i wchodzi w strukturę utworu. Momentami głos przejmuje również Miller i Arias. Najciekawiej robi się, gdy gitarzysta zupełnie oddaje przestrzeń, grając co takt jeden akord. To właśnie wtedy szaleje Katché, a Fiszman wspiera go funkującą grą na basie. Jeden z najjaśniejszych momentów płyty. Ténébres rozpoczyna się od solowego wstępu bandoneonu. Utwór przejmują ciepłe kolory malowane przez gitarę Millera – raz ciepłe i liryczne, czasami szarpane i pełne nadziei (jak w końcówce). Mamy tutaj też trochę solowego, millerowego grania. Trzeba bowiem zaznaczyć, że Abisnthe nie jest albumem, na którym wirtuoz nadmiernie chwali się swoimi umiejętnościami. Nagranie kończy groove'owy Saint Vincent. Dużo tu staccata – tworzonego przez Lindupa na fortepianie i przez Millera na gitarze klasycznej. Przekładając brzmienia na realia malarskie – to tak, jak gdyby muzycy zostawiali kolejne kropki na płótnie, tworząc z nich pewną całość. Energetyczny rytm perkusji, szarpana gra Millera i melancholijny bandoneon powoduje, że nie wyjmujemy płyty z odtwarzacza do ostatniej sekundy wyciszenia muzyki.

 

Absinthe to granie tu i teraz. Muzycy występują z dużą świadomością, jak gdyby już w trakcie grania danej nuty myśleli o kolejnych decyzjach i dźwiękach. To nie jest płyta dla każdego – problemem może okazać się specyficzny, momentami piskliwy dźwięk bandoneonu. Ciekawi natomiast fakt, że na tej płycie Miller nie jest typowym wirtuozem, a raczej architektem gry, kimś, kto steruje pozostałą czwórką. Dopiero w ostatnim zdaniu tej recenzji dodaję, że jest on gitarzystą znanym z występów ze Stingiem – niech to będzie taki swoisty komplement.

 

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

 

Dominic Miller about the new album "Absinthe" – "It's highly energetic"

"I'm the same as Sting, we work very similar. We always like to take different roots" said Dominic Miller in May 2018. "My new album is highly energetic. There's quite a lot of power – especially for ecm records. We play some grooves, really hard grooves. It's nothing like the previous album".

                                                                                                                                                          photo: promotional materials

Marcin Obłoza: One of your new composition is entitled "Bicycle". 

Dominic Miller: I can't remember why I called it like that. It's got a circular kind of movement, it has no beginning and no end. That's what I feel when I'm on a bike – it's a sort of meditation. You keep going and going and going... uphills, downhills... comfortable sections, difficult sections... but you never stop. I like that constant movement. "Bicycle" is a good metaphor for something that's constant.

How long had you been recording the new album?

Two days.

So it will be quite raw material. 

Well, it's just raw like all ecm records. All these albums were done in two or three days. That's the philosophy of the label – to capture a moment. If you spend too long over something, you'll lose a lot of sincerity and honesty. It's like a first love – you can't recreate that. What we do with ecm is to record that initial spark of communication. That's what you hear. It has got mistakes or misarticulated notes, that's true. But that's what makes it beautiful, I think. It's a completely new chapter. I'm not sure what it is, you just have to wait and see. It's very difficult to describe music verbally.

I noticed, that people like to describe music like a fine arts, just to make a specific description of a sound. 

That's a very good thing that you say, because my new album is directly inspired by painters. They were hanging around in the south of France around the beginning of the 20th century. I wanted to capture that energy, that not just painters, but writers and thinkers, had around that time in France. In the south particularly, where the light is magic and there's a sort of uncomfortable feeling about the mistral. Everyone thought that those artists were crazy. No one took them seriously, but they still created something amazing – e.g. Erik Satie, Claude Debussy, Vincent Van Gogh or Paul Cezanne. They were really breaking down the barriers. I wanted to make an homage to them, all these crazy pioneers. I'm trying to create that energy on the new album.


"Absinthe" will be released on the 1st of March via ecm records.

Dominic Miller will be on tour in February and March 2019. 

Nowa płyta będzie całkowicie inna – wywiad z Dominiciem Millerem (Sting, Phil Collins)


Przyjechał do Szczecina, by promować swój najnowszy album “Silent Light”, chociaż większość kojarzy go z gry u boku Stinga. Dominic Miller spotkał byłego członka The Police blisko trzydzieści lat temu i gra z nim do dziś. Gitarzysta mówi nam o ostatnim albumie swojego szefa „44/876”, nagranym w duecie z Shaggym. Po raz pierwszy opowiada również o swojej nowej płycie, która ukaże się na początku przyszłego roku.


Marcin Obłoza: „Silent Light” jest albumem nagranym w całości od nowa, ale znalazły się na nim utwory, które ukazywały się już na wcześniejszych płytach. Czy zgodzisz się, że ta płyta jest swoistą składanką the best of?

Dominic Miller: Miałem mało czasu na przygotowanie materiału do nagrania. Skomponowałem kilka nowych kawałków – What You Didn’t Say, En Passant czy Valium, a reszta to tak, jak mówisz – utwory the best of, bo najlepiej pasowały mi do narracji i nastroju tego projektu. Myślę, że moje wybory były słuszne. Na płytę trafiło też Fields Of Gold Stinga. To rodzaj prywatnej wiadomości, dziękuję mu w niej za blisko trzydzieści niesamowitych lat wspólnej pracy.

Na albumie słyszymy wyłącznie twoją gitarę i perkusistę, Milesa Boulda. Przyznałeś wcześniej, że nie zaangażowałeś w projekt większej liczby muzyków, bo mieli problem ze znalezieniem wolnego czasu.

Tak, każdy był wciąż zajęty. Też jestem zapracowany, bo mam napięty harmonogram koncertów ze Stingiem. Wszystko zostało zrobione w pośpiechu, w dobrym znaczeniu tego słowa. Miałem miesiąc, żeby się przygotować, wiedziałem, że mam utwory, które zawsze chciałem zinterpretować z producentem Manfredem Eicherem. Tak samo jest z muzyką klasyczną – możesz grać poszczególne kompozycje setki razy i wciąż znajdować w nich coś nowego. Nie musisz wykonywać ich raz.

Twoja wersja Fields Of Gold to zupełnie inna interpretacja piosenki Stinga.

O tak, jest w innej tonacji i aranżacji.

Zauważyłem ciekawą zależność. Kiedy Sting grał rock i pop, ty prezentowałeś albumy akustyczne. Kiedy zrezygnował w 2006 roku z grania muzyki rozrywkowej i opublikował serię akustycznych albumów z orkiestrą symfoniczną czy lutnią, ty zacząłeś zabawy w klimatach fusion jazzu. Teraz Sting wrócił do rocka – w kwietniu opublikował płytę „44/876” z Shaggym – a ty po kilkunastu latach ponownie nagrałeś muzykę akustyczną.

To bardzo zabawne, interesująca obserwacja. Nie wiem, dlaczego tak było. Mam tak samo, jak Sting – zawsze bierzemy na warsztat przeróżne korzenie muzyczne. Idąc tym tokiem myślenia – moja kolejna płyta będzie całkowicie inna. Prawdę mówiąc, mój nowy album jest już nagrany. Jest wyjątkowo energetyczny. Dużo w nim energii, szczególnie jak na płytę wytwórnii ECM. Na perkusji zagrał Manu Katche, a Nicolas Fiszman na basie. Mam też muzyka z Argentyny, który zagrał na bandoneonie. Gramy wspólnie naprawdę ciężkie rytmy. Ta muzyka będzie znacząco różniła się od tego, co nagrałem na album „Silent Light”. Może to znaczy, że następny album Stinga będzie folkowy? Kto wie? Warto coś zmieniać, najważniejszym mianownikiem jest fakt, że kompozycje pochodzą z jednego miejsca. Kwestia tego, jak je zaprojektujesz.

Na razie grałeś jeden z nowych utworów na próbie.

Nazywa się Bicycle. Często jeżdżę na rowerze, jak wracam do domu. Prawdę mówiąc, rzadko jednak tam bywam. Nie pamiętam, dlaczego tak nazwałem ten utwór. Może kojarzyć się z ruchem kolistym, nie ma początku i końca. Tak czuję się, gdy jeżdżę rowerem – to rodzaj medytacji, która trwa i trwa... w górę i w dół. W utworze momenty wygody przeplatają się z sekcjami trudności, ale nigdy się nie zatrzymujesz. Lubię ciągły ruch, więc pomyślałem, że Bicycle może być dobrą metaforą na coś stałego.

Kiedy nowy album zostanie opublikowany?

Wyjdzie na początku marca.

Wiem, że nagrywałeś go we Francji, ponieważ zdjęcia z sesji pojawiały się na instagramie. Było ich jednak niewiele – ile trwała rejestracja nowych utworów?

Dwa dni.

Czyli to naprawdę surowy materiał.

Podobnie, jak „Silent Light”. Wszystkie płyty ECM zostały nagrane w ciągu dwóch-trzech dni. Filozofią wytwórni jest uchwycenie momentu. Jeśli poświęcisz czemuś zbyt wiele czasu, zostaniesz perfekcjonistą i stracisz wiele szczerości i surowej energii – takiej samej, jak w przypadku pierwszej miłości. Nie da się odtworzyć później takich rzeczy. Wspólnie z wytwórnią ECM próbujemy złapać pierwotną iskrę komunikacji i nagrać ją. To właśnie słyszysz. Są tam błędy, niedociągnięcia czy źle wyartykułowane nuty, to prawda. Myślę jednak , że dzięki nim muzyka jest piękna. To kompletnie nowy rozdział, nie mam pojęcia, co z niego wyniknie. Musisz poczekać i przekonać się sam. Ciężko opisać muzykę słowami.

Zauważyłem, że ludzie często uciekają w takich sytuacjach do plastycznych metafor.

To bardzo trafna uwaga, bo bezpośrednią inspiracją nowego albumu są malarze, którzy pałętali się po południu Francji na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Chciałem zarejestrować tę energię, którą nie tylko malarze, ale także poeci, pisarze czy myśliciele mieli w tamtym czasie we Francji. Szczególnie na południu światło jest magiczne i nieprzyjemnie wieje mistral. Wszyscy myśleli, że to, co robią ci ludzie, było szaleństwem. Nikt nie brał ich na poważnie. Mimo tego tworzyli niezwykłe rzeczy, także muzykę – by wymienić Erika Satiego czy Claude’a Debussy’ego. Oni naprawdę przekraczali bariery. Podobnie Vincent Van Gogh czy Paul Cézanne. Chciałem złożyć hołd tym wszystkim szalonym pionierom.

W przeszłości skomponowałeś dla Stinga muzykę do Shape Of My Heart, jednego z największych hitów lat 90. Czy często przemycasz do jego muzyki swoje solowe dokonania?

Nie mam z tym problemu, często bierzemy muzyczne cytaty z innych utworów. Klasycznym przykładem może być partia w Brothers In Arms Dire Straits, gdzie Sting śpiewa: „I want my MTV”. To ta sama melodia, co „don’t stand so close to me”. To samo robię ze swoją muzyką.

W kwietniu Sting nagrał w duecie z Shaggym album 44/876. Teraz, aż do listopada promujecie płytę w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jak pracowało się z kimś tak spontanicznym, jak Shaggy?

To świetny koleś i artysta. Wiem, że wiele osób pyta się „Dlaczego Sting robi takie rzeczy?”. Sting robi, co tylko zechce. Gdy decyduje się na coś, to robi to bardzo dobrze, poświęca się temu. Zaangażowanie Shaggiego jest równie mocne.

Wspomniana płyta to duża dawka przebojowego popu, ale również reggae – gatunku, w którym Shaggy odnajduje się najlepiej. Nie miałeś problemu z dostosowaniem stylu swojej gry do tak odmiennej muzyki?

O to właśnie chodzi – wspieram go przy okazji każdego projektu, bo mocno się w niego angażuje. Jestem zadowolony z każdej decyzji, którą podejmie.

Mało kto wie, ale oprócz solowej kariery i występów ze Stingiem, jesteś gitarzystą sesyjnym. Twoja gitara jest na albumie „...But Seriously” Phila Collinsa.

To był niezwykły moment. Pamiętam, że był dla mnie wielką szansą. Rezygnowałem wtedy ze wszystkiego, co wiedziałem i czego się uczyłem o muzyce. Pytałem moją wyższą siłę, bo nie jestem religijny, jak mam to zrobić. Odpowiedź – graj prosto. Po prostu zrób to, co jest wymagane. Nie ma tu związku z Twoją osobowością. Jesteś już we właściwym miejscu, nie musisz więc robić niczego niezwykłego. Okazało się, że pierwsze arpeggio w przeboju Another Day In Paradise było zwyczajną rozgrzewką w studio. Phil powiedział „mamy to”. Wywnioskowałem, że jeśli grasz z innymi artystami, musisz całkowicie wyzbyć się swojego ego. Po prostu podaję muzykę i to działa. Nie o ciebie w tym chodzi. Jeśli, to, co robisz, przykuwa uwagę w piosence – robisz to źle.

Dominic Miller – Szczecin i Ostrów Wielkopolski (Silent Light Tour 2018) [Relacja]

Dominic Miller, jazzowy gitarzysta wytwórni ECM, znany przede wszystkim z występów ze Stingiem, wyruszył w wyjątkowo długą, drugą część trasy promującej album „Silent Light”. W jej ramach aż sześciokrotnie wystąpi przed polską publicznością.

 
Relacja będzie miksem wrażeń z dwóch koncertów gitarzysty. Co ciekawe, muzyk w trakcie obu występów przyznawał, że nie tworzy setlist i na bieżąco informuje swój zespół o tym, co zagrają. Rzucając lekko światło na formę obu występów – szczeciński koncert w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza z 29 maja był przepełniony najbardziej znanymi, starszymi kompozycjami. Prezentacja w Kinie Komeda w Ostrowie Wielkopolskim z  3 czerwca zawierała aż osiem z jedenastu utworów z Silent Light. Fakt, że muzyk daje ponieść się chwili, dodaje występom pikanterii. Z drugiej jednak strony, Miller ma pewne stałe punkty programu. Oba koncerty rozpoczęły się od Do You Want Me i La Boca z debiutu First Touch. Na początku nie zabrakło również Ripped Nylon oraz rarytasu w postaci St. Agnes And The Burning Train z płyty The Soul Cages Stinga. Jeden z niewielu instrumentali szefa Millera został bardzo wiernie oddany, a partię drugiej gitary klasycznej zastąpił grą na basie Nicolas Fiszman. Muzycy czerpali z gry bardzo dużo radości,  często wymieniając się spojrzeniami. Uwagę wokół siebie często skupiał perkusista, Miles Bould, który grał z niezwykłym feelingiem i sięgał po niestandardowe techniki gry, m.in. podwójny rim shot. W La Belle Dame Sans Regret, w zamykającej części z rytmem bossa nova, sięgał po trójkąt. Miller namawiał go do częstszego korzystania z tego niewielkiego instrumentu. Główny bohater wieczoru był w bardzo dobrej formie, czerpał dużą radość z gry i szukał kontaktu z publicznością. W Szczecinie przyznał nawet, że Filharmonia jest urzekająca i jest jedną z najładniejszych i najlepiej brzmiących lokalizacji, w których grał. Pozostając przy utworach Stinga – tych na obu koncertach było wyjątkowo dużo. Reinterpretacja Fields Of Gold, która trafiła na Silent Light, została odegrana dokładnie tak samo, jak w studio. Delikatne Shape Of My Heart z perkusjonaliami i basem, podkreśliło nieocenioną rolę Millera w trakcie komponowania utworu. Gitarzysta zaprezentował również A Day In The Life Beatlesów, który również wykonywał swojego czasu ze Stingiem.



No dobrze, co w takim razie z nowym materiałem? Należy przede wszystkim podkreślić, że na scenie brzmi on zdecydowanie bardziej dynamicznie i mocniej, niż w studio. Cała w tym zasługa sekcji rytmicznej, której na nagraniu praktycznie nie ma (jest tylko Miles Bould, grający na przeszkadzajkach). Dzięki temu utwory, takie, jak rozkołysane, walcowe Valium i nieco skrócony What You Didn’t Say (tylko Ostrów Wlkp.), brzmiały bardzo świeżo. W drugim z wymienionych utworów Fiszman używał wyjątkowo dużo delayu, dzięki czemu jego bas brzmiał jak syntezator. Belgijski muzyk polskiego pochodzenia zaprezentował słuchaczom szeroką paletę barw i zastosowań swojego instrumentu. Water, w którym Miller grał z ogromnym skupieniem, zabrzmiało bardzo wiernie w stosunku do wersji z albumu. Z nowej płyty na scenie pojawił się również Urban Waltz, Tisane, En Passant i Baden (ostatnie dwa tylko w Ostrowie Wlkp.), Ciekawie wypadł miks Exciting Purgatory i Scirocco, który zakończył się zabawami rytmicznymi i śmiechem muzyków. Jednym z najlepszych momentów był Rush Hour, połączony z intro do February Sun. Miller w charakterystycznym riffie zaprezentował swoje niebanalne umiejętności i bawił publikę nietypowym rozkładaniem akcentów w taktach. Nowością jest również wtrącenie w kompozycję bluesowego riffu rodem z nagrań B.B. Kinga. Do setlisty trafiły również utwory z elektronicznych albumów Dominica – Sharp Object (Szczecin) i Catalan (Ostrów Wlkp.), które w wersjach akustycznych nabrały nowych walorów i brzmiały jeszcze ciekawiej, niż w wersjach studyjnych. Podstawowy set zamykało nietypowe wykonanie Truco. Po zapowiedzi utworu gitarzysta zagrał kilka taktów jednego akordu, po czym wstał i skierował się do wyjścia. Wrócił, wyjaśniając, że zapomniał o jednej sekcji. Na koniec kolejne dzieło Stinga – Bring On The Night, połączone z When The World Is Running Down, You Make The Best Of What’s Still Around. Obie publiczności żegnały artystę na stojąco.

Surowe koncerty z serii Silent Light to powrót Millera do akustycznej gry z czasów debiutanckiego albumu. Gitarzysta ma inteligentne poczucie humoru, które, co ciekawe, potrafi przelać na strukturę swoich kompozycji, używając odpowiednich dźwięków. Koncerty prezentowały pełne, szerokie spektrum możliwości gitarzysty. Cały czas unosił się w nich duch improwizacji. Teraz pozostało nam czekać na kolejne dzieło muzyka – premiera w marcu 2019 roku.

Dominic Miller – Silent Light (2017) [Recenzja]

Dominic Miller wyrósł w ostatnich latach na jednego z najpopularniejszych gitarzystów rockowo-jazzowych na świecie. Rozwój solowej kariery zaowocował kontraktem z największą jazzową wytwórnią na świecie – ECM. To jej nakładem ukazał się „Silent Light”.

Miller, grający także od trzech dekad w zespole Stinga, przyznawał w wywiadach, że myślał nad różnymi aranżacjami utworów. Okazało się jednak, że nie udało mu się złożyć zespołu na czas. Zaproponował więc producentowi, Manfredowi Eicherowi, nagranie materiału opartego w większej mierze na swoich partiach. W taki sposób na płycie znalazły się jedynie partie gitar i wspierających je perkusjonaliów, na których zagrał Miles Bould. Przykładem takiego grania może być Water, rozbudowana, składająca się z kilku wątków kompozycja, która opiera się na gitarze klasycznej. Utwór zmienia tempo oraz nastrój, a rytm podkreślają chwilowe wejścia shakerów. Taki charakter ma cała płyta. Miller, traktujący grę na instrumencie w bardzo klasyczny sposób, bazujący na technice fingerstyle, nawiązuje stylistycznie do swojego debiutu, „First Touch”. Zdecydował się zresztą na takie samo instrumentarium jak na płycie z 1995 roku. Na „Silent Light” zaciekawia przede wszystkim dobór repertuaru. Są tutaj zarówno nowe kompozycje, jak i te, które zarejestrował już wcześniej w innej formie. Jest to przede wszystkim muzyka ciszy i przestrzeni. W Valium słychać nawet uderzenia buta gitarzysty w trakcie gry. Warto zwrócić uwagę, że nawet w nowych utworach słychać wyraźne nawiązania do poprzednich nagrań artysty. Prawie sześciominutowy What Didn’t You Say to kompozycja idealnie definiująca styl gry Millera. Wyraźnie słyszalne są tu cytaty Chanson I z płyty „November” oraz Waves z „5th House”. Całość jest bardzo smacznie zmieszana. Le Pont to natomiast lekko zmodernizowana Chanson II. Ostatnia z premierowych kompozycji, Chaos Theory, to najbardziej energetyczna pozycja na płycie i zarazem jedyna, w której muzycy nagrali overduby. Dwie gitary klasyczne wsparte są dodatkowo perkusją i akustycznym basem, na którym zagrał Miller. To bardzo udany i nieco chaotyczny utwór, naładowany jazzowymi dźwiękami. Na „Silent Light” mamy też aż siedem starszych utworów nagranych na nowo. Najlepiej wypada z nich Angel, oryginalnie nagrane w rozbudowanym składzie na płytę „5th  House”. Miller przypomina swoje nieco zapominane kompozycje z pierwszych płyt – Baden i Urban Waltz, które, należy przyznać, z powodzeniem się bronią. Gitarzysta zdecydował się także na powtórzenie Tisane, które nagrał na poprzednią płytę, wydaną zaledwie trzy lata temu. Ciekawostką jest Fields Of Gold Stinga, potraktowane przez Millera w zupełnie świeży sposób i zagrane w innej tonacji. Muzyk odgrywa jednocześnie partię rytmiczną i melodyczną, uzupełniając znaną kompozycję o nowe akordy i wątki.

Płytę cechuje bardzo surowe, melancholijne i oszczędne brzmienie. Wydaje się, że nagranie albumu składającego się w zdecydowanej większości z kompozycji już wcześniej zarejestrowanych było w tym przypadku dobrym pomysłem. Jak wiadomo, wytwórnia ECM to więcej niż zwykła firma, to pewna filozofia publikowania muzyki, która ma swoje hermetyczne, ogromne środowisko fanów. Miller, jako nowy w gronie muzyków monachijskiej oficyny wydawniczej, pokazuje tak naprawdę nowej grupie odbiorców swoją dotychczasową karierę w pigułce. Wybrał stylistykę, w której czuje się najlepiej i zagrywki, które są dla niego charakterystyczne. Płyta, zarejestrowana w dwa dni w Oslo, to zarówno pewne podsumowanie dotychczasowej kariery, jak i zapowiedź kolejnych wydawnictw utalentowanego gitarzysty. 

WERDYKT:  ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Dominic Miller – 5th House (2012) [Recenzja]

Dominic Miller to bardzo ciekawy przypadek. Mimo, że występuje na największych scenach świata i bierze udział w sesjach nagraniowych znanych przebojów, nie jest powszechnie znany. Tymczasem gitarzysta grający od dwudziestu lat w zespole Stinga, nagrywający m.in. z Philem Collinsem, wiedzie całkiem udaną karierę solową.

5th House jest albumem całkowicie instrumentalnym, jak na twórczość Millera przystało. Ma charakter ilustracyjny, Argentyńczyk bowiem znakomicie potrafi oddać na strunach konkretne emocje. Płytę cechuje bardzo przestrzenne brzmienie. Przykładem może być If Only, które opiera się na potężnym brzemieniu syntezatora i chwytliwym riffie basowym. Jest to wbrew pozorom jeden z niewielu momentów na płycie, w którym Miller gra solo. Jego gra opiera się bowiem na wariacjach akordowych, charakterystycznych dla muzyki południowoamerykańskiej. Tak jest w Angel, który otwiera płytę. Melancholijne brzemienie gitary klasycznej uzupełnione jest delikatnym brzmieniem pianina elektrycznego Mike'a Lindupa i pojawiającej się momentami sekcji rytmicznej. Warto podreślić, że brzmi ona wyjątkowo solidnie, a momentami bardzo efektownie. Możliwości legendarnego Vinniego Colaiuty (wystepującego od lat ze Stingiem) oraz niepowtarzalnego Pino Palladino można podziwiać przede wszystkim w Dead Head, opartym na rytmie 7/4, w którym uwagę zwracają nieregularne akcenty basu i pianina stanowiące tło dla solówki na bębnach przpuszczonej przez flanger. Intuguje rockowy Yes, w którym Miller czerpie z hard rocka, a mocne gitary są uzupełniane przez przestrzenne syntezatory. Wyjątkowo kunsztowną robotą wydaje się być Waves, który opiera się na wyłącznie jednym, dysonansowym akordzie. Całość grana jest w rytmie bossa nova (smakowita partia Rhaniego Krija na perkusjonaliach, który również jest znany z wystepów ze Stingiem), a istotą utworu są nastepujące po sobie naprzemiennie, pojedyncze dźwięki gitary elektrycznej i pianina Fender Rhodes. To chyba najlepsza ilustracja morza i jego fal w historii muzyki (a znanych jest naprawdę wiele prób). Jak przyznał twórca, kompozycje powstały przede wszystkim w trakcie światowej trasy ze Stingiem. Zapewne to właśnie dzięki temu na płycie można odnaleźć sporo orientalnych brzmień. Gitarowy temat z partią wokalną Mike'a Lindupa przywołującą arabskie pieśni tworzy Catalan. W kompozycji Tokyo dominuje natomiast szarpana gitara klasyczna, a temat wzbogacony jest o syntezatorowe solo, które momentami nieco przypomina w brzmieniu koto – tradycyjny japoński instrument.

5th House to wyjątkowo spójny album. Mimo różnych klimatów, które budują poszczególne kompozycje, spoiwem jest tutaj brzmienie gitar i syntezatorów. Te instrumenty występują na płaszczyźnie całego krążka i wydawać się może, że jedynie dostosowują się do narzuconego rytmu lub nastroju. Wbrew pozorom, ten instrumentalny zestaw nie jest lekki i przyjemny. Spora część albumu składa się ze skomplikowanych rytmicznie i strukturalnie utworów, które wymagają dużego skupienia słuchacza i odsłaniają swoje piękno dopiero po nastym przesłuchaniu. Brawa dla Millera i producenta, Hugha Padghama (kolejny człowiek w projekcie związany ze Stingiem), którzy idealnie połączyli delikatność z progresją i stworzyli bardzo solidny materiał.

WERYKT: ★★★★★★★★ - bardzo dobra płyta