Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gilmour David. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gilmour David. Pokaż wszystkie posty

David Gilmour – On An Island (2006) [Recenzja]

Po 22 latach od ukazania się poprzedniego albumu solowego i 12 latach od wydania ostatniego albumu Pink Floyd, David Gilmour pokazał światu On An Island. Gitarzysta bez pośpiechu pracował nad nowymi kompozycjami i odbija się to zarówno na jakości muzyki, jak i na klimacie nagrania.

Album otwiera coś, do czego przywykli fani Pink Floyd – instrumentalne intro. Żeby było jeszcze ciekawiej, Castellorizon to w dużej mierze miks odgłosów z całej płyty, tak, jak gdyby zapowiadał, co za chwile się stanie. Całość zdobi solówka na gitarze elektrycznej, wspierana przez dramatyczną orkiestrę symfoniczną. Kompozycja płynnie przechodzi w On An Island. To rockowy, ale bardzo kameralny utwór oparty na rytmie walca. Są tu przestrzenne gitary hawajskie i akustyczne oraz chórki Grahama Nasha i Davida Crosby'ego, wspomagające Gilmoura. Warto też zwrócić uwagę na partię organów Hammonda, na których gościnnie zagrał Richard Wright, klawiszowiec Pink Floyd. Należy przyznać, że mimo kameralnej atmosfery, kompozycja nabiera momentami prawdziwie rockowego pazura. Wystarczy rzucić uchem na wybitnie brzmiące i dopracowane solówki Gilmoura na Stratocasterze i Gibsonie Les Paul. The Blue kontynuuje klimat poprzednika. To powolna, marzycielska kompozycja, oparta na niespiesznym tempie i niewyraźnych zmianach akordów. Ponownie słyszymy tutaj Wrighta, który akompaniuje swoim niepewnym, melancholijnym głosem, Davidowi. Przejmuje refren, nieco mocniejszy od zwrotek, pięknie wykończony przez nałożone na siebie głosy i delikatne muśnięcia Hammondów. Całość uzupełnia ujmujące pianino Joolsa Hollanda i żony Gilmoura, Polly Samson, którzy sprawili, że utwór płynie niczym morskie fale. Całość wieńczy jedna z najlepszych solówek Gilmoura w karierze – z użyciem efektu Whammy, podnoszącego brzmienie gitary o oktawę. Najmocniejszym akcentem płyty jest Take A Breath, wyraźnie zbudowane na tytułowej fazie, wymrukiwanej przez chór. Jest tu sporo bluesa i tłustych, gitarowych brzmień. Intryguje środkowa część kompozycji, która jest obrazem dźwiękowym bez rytmu. Piski gitary i szumy mogą przypominać nieco floydowe Echoes. Utwór, tradycyjnie już na tej płycie, kończy bardzo dobre solo Gilmoura. Niespodzianką jest Red Sky At Night, wybitny instrumental, oparty na solówce Davida na saksofonie. Muzyk przyznawał, że przed nagraniem płyty pobierał lekcje gry na tym instrumencie i na On An Island pokazał swoje umiejętności w pełnej krasie. Jego partia jest bardzo gęsta i melancholijna. Tło tworzy przestrzenna orkiestra symfoniczna (warto wspomnieć, że jej aranżacje na całą płytę przygotował Zbiegniew Preisner), delikatne organy Hammonda, płaczliwe gitary lap steel oraz odgłosy bawiących się dzieci. Magiczny moment. This Heaven to kolejna bluesowa propozycja, tym razem oparta na akustycznym, chwytliwym riffie, któremu wtóruje linia melodyczna. Ciekawym zabiegiem było użycie zsamplowanej partii perkusji Adama Topola, która dodaje utworowi przestrzeni. Poza tym dużo tutaj hammondowych wtrąceń oraz kapitalnie brzmiącego Les Paula. Czy wspomniałem już, że płyta ma wiele magicznych momentów? Kolejnym z nich jest instrumentalny Then I Close My Eyes. Rozpoczyna go obraz dźwiękowy człowieka grającego w łódce na Cümbüsie, tradycyjnym instrumencie strunowym z Turcji. Delikatnie wchodzi riff B.J. Cole'a, odtworzony od tyłu. Klimatu dodają niskie pomruki harmonijki basowej. Po chwili wkracza delikatna, akustyczna gitara lap steel i wraz z przestrzennym, oszczędnym pianinem, zawiązują rytm. Ten budowany jest także na delikatnej perkusji oraz kotłach. Całość uzupełniają smaczki grane na wiolonczeli, pomruki i urzekające akordy grane przez Alasdaira Malloya na wyjątkowej, szklanej harmonice. Magicznym momentem jest wejście partii kornetu Roberta Wyatta. Legenda progresywnego rocka zawarła w swojej solówce całą paletę barw emocji. Wyatt zagrał bardzo kameralnie, przejmująco i, jeśli można użyć tego sformułowania w muzyce, dobrotliwie. Smile to najprostszy utwór na albumie. Ballada opiera się na brzmieniu akustycznych gitar – jednej, granej akordami, a drugiej, solowej, marki Weisenborn. Całość smacznie łączy się z marzycielską orkiestrą symfoniczną, a miłym uzupełnieniem są chórki w wykonaniu żony Gilmoura, Polly Samson. Warto też dodać, że jako pisarka, miała duży udział w tworzeniu tekstów na płytę, a główną tematyką jest śmiertelność. Absolutnie magicznym momentem (którym to już na tym krążku?!) jest Pocketful Of Stones. Intryguje patetyczne, intensywne intro złożone z orkiestry symfonicznej, gitary lap steel i gitary akustycznej granej przy użyciu smyczka E-bow. Główna część utworu to akustyczna, wyciszona ballada, oparta na przestrzennym brzmieniu fortepianu Leszka Możdżera. Pocketful to piękne połączenie delikatnych, intymnych zwrotek i mocnych refrenów. Jest tutaj także miejsce na wysmakowaną, mocną i idealnie brzmiącą solówkę Gilmoura na Stratocasterze. Ciekawe, że utwór posiada odpowiednią moc, ale nie ma w nim sekcji rytmicznej. W tym jego cały urok. Where We Start to chyba najcieplejszy utwór na albumie. Opiera się na prostych gitarach rytmicznych i melancholijnym pianinie. Również perkusja, jedyny instrument, na którym nie zagrał tutaj Gilmour, jest stonowana i oszczędna. To prawie siedem minut grania pod znakiem delikatnych wokali i celujących zagrywek na gitarze Gretsch Duo Jet. 

On An Island to bez wątpienia dzieło sztuki. Po pierwsze, Gilmour pokazał na nim, że odnajduje się w nowych dla siebie klimatach i potrafi do pewnego stopnia odciąć się od floydowej przeszłości. Po drugie, na albumie nie ma zbędnego dźwięku. Wszystko jest tutaj przemyślane do cna. Mimo tego płyta nie jest "overproduced" i słuchając jej czuć klimat improwizacji. Niesamowite wrażenie robi również brzmienie gitar Gilmoura – chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek uzyskał. Cieszy również, że jest to koncept album i wszystkie utwory są spójne. Czy ta płyta ma jakieś minusy? Nie. A piszę to po kilkusetnym przesłuchaniu. 

WERDYKT: ★★★★★★★★★★ – przełomowa płyta!

David Gilmour – Wrocław, 25.06.2016 (Rattle That Lock Tour) [Relacja]

Pierwszy raz postanowiłem zamieścić na blogu inny tekst niż recenzję. Zmusiło mnie do tego wydarzenie wyjątkowe na skalę światową, z którym w moim przypadku wiązało się wiele niecodziennych sytuacji. Jakie może być prawdopodobieństwo przyjazdu ulubionego gitarzysty do mojego miasta? Właśnie. Kiedy więc na rok przed koncertem usłyszałem wiadomość o Davidzie Gilmourze we Wrocławiu byłem w niemałym szoku. Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej starałem się kupić bilety na koncert w Oberhausen i niestety, spóźniłem się. Cała hala, podobnie jak europejska trasa w 2015 roku, została wyprzedana w dziesięć minut. Pół roku później, w styczniu, okazało się, że całkiem podobnie było także w przypadku wrocławskiego koncertu. Bilety weszły do sprzedaży bardzo niespodziewanie, bez żadnej zapowiedzi, przez co nie zdążyłem kupić miejsc w Golden Circle. Gdyby nie telefon od czujnego przyjaciela skończyłbym zapewne w okolicach ostatniego rzędu. Będąc w Empiku godzinę po rozpoczęciu dystrybucji, zostałem posiadaczem wejściówki na sektor środkowy. Za śmieszne 145 złotych (impreza była dofinansowywana przez biuro Europejskiej Stolicy Kultury) stałem się uczestnikiem historycznego wydarzenia. Pojawiła się bowiem informacja, że koncert będzie transmitowany w publicznej telewizji, a do zespołu Gilmoura dołączy na scenie orkiestra symfoniczna pod batutą Zbigniewa Preisnera oraz pianista Leszek Możdżer. Jak najbardziej wskazane były też skojarzenia z koncertem Gilmoura w Stoczni Gdańskiej z 2006 roku.

CZWARTEK, 23.06.16
Postanowiłem, że skoro całe zamieszanie dziać się będzie w moim mieście, to mogę pozwolić sobie na krążenie wokół sceny i wyczekiwanie na muzyków już na kilka dni przed koncertem. Scena była rozkładana już od tygodnia, a w Internecie pojawiła się informacja, że Gilmour przyleciał do Wrocławia w środę wieczorem. Byłem więc przekonany, że od czwartku będzie działał i warto pokrążyć wokół Placu Wolności. W międzyczasie poznałem ludzi, którzy uświadomili mi, że to do nich należy miano prawdziwych fanów. W czasie rozmowy z parą z Anglii dowiedziałem się, że szukają kas biletowych, bo przylecieli bez wejściówek. Ich naiwność była rozbrajająca, podobnie jak historia o wizycie w położnej obok sceny Operze. Pytali tam o możliwość oglądania widowiska z balkonu budynku. Ciekawą historię sprzedał mi też pewien Ukrainiec, który twierdził, że koniecznie musi spotkać się z managerem Gilmoura. Przy zakupie jednego biletu dostał trzy i uważał, że tylko bliski współpracownik gitarzysty może pomóc rozwiązać mu problem i określić, czy wszystkie trzy są ważne. Był to dosyć odważny plan, chociaż, jak twierdził mój rozmówca, obaj panowie go kojarzą bo wysłał do nich demo, które zainspirowało później Gilmoura do napisania A Pocketful Of Stones z płyty "On An Island". Ciekawa teoria której w tamtym momencie nie miałem zamiaru obalać. Muzycy wyszli na scenę około 14. Była to jedyna próba bez orkiestry symfonicznej. Widać było, że wszyscy czerpali z gry dużą radość. Zagrali kilka klasyków, ale ciekawiły przede wszystkim pierwsze, względnie publiczne, wykonania wcześniej niegranych utworów. To wtedy pierwszy raz po 22-letniej można było usłyszeć One Of These Days. Pierwszy raz w historii Gilmour sięgnął po Dancing Right In Front Of Me z najnowszej, solowej płyty Rattle That Lock. Najbardziej zaskoczył jednak fakt, że na próbie pojawił się również kawałek grany ostatni raz w Gdańsku, który odnosił się do Jesieni Ludów w 1989 i obalenia komunizmu. Co ciekawe, Great Day For Freedom nie znalazł się ostatecznie w setliście sobotniego koncertu. Domyślam się co mogło być powodem tej decyzji. Ciekawi mnie jedynie, czy rezygnacja z utworu była wyłacznie pomysłem artysty. Po próbie złapałem Zbiegniewa Preisnera, który na moją prośbę o autograf na okładce Rattle That Lock odparł "Ale ja nie jestem Davidem Gilmourem" i ostatecznie zostawił mi na niej swój podpis.

PIĄTEK, 24.06.16
Wieczorem poprzedniego dnia upewniłem się, że David mieszka w hotelu Monopol zlokalizowanym jakieś pięćdziesiąt metrów od sceny. Polly Samson, żona muzyka, opublikowała na Instagamie film, który ukazywał widok na dach kościoła pw. św. Stanisława, Wacława i Doroty z pokoju hotelowego. Nie miałem więc wątpliwości, że to tam mogę ubiegać się o ich autografy. Potwierdził to dodatkowo sam Gilmour, który następnego stał przez długi czas na balkonie hotelu, oparty o barierkę. Jak się okazało, już od rana pod hotelem czatowała grupka klikunastu fanów. Poznałem wyjątkowych ludzi, prawdziwych pasjonatów, z którymi do dzisiaj dyskutuję o Pink Floyd. Na wyjście Gilmoura z budynku czekaliśmy pięć godzin. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się, że David nie rozdaje autografów od 2008 roku. Mimo wszystko, gitarzysta uśmiechnął się do ludzi machających plakatami i zdecydowanie powiedział "Idziemy dalej", po czym zniknął za bramą wejściową na teren imprezy. Tuż przed nadchodzącą próbą miałem też okazję spotkać Leszka Możdżera, który, ku zaskoczeniu wszystkich, dziękował za prośby o autograf. Podpisywał płyty wszystkim zainteresowanym i nie okazywał przy tym znudzenia czy pychy. Człowiek z klasą i wyjątkowymi umiejętnościami. Te mogliśmy podziwiać już na próbie. Gilmour częściej niż poprzedniego dnia sięgał po utwory solowe. Łącznie zagrał kilkanaście kawałków, które miałem okazję słuchać z dwóch miejsc. Pierwszą część próby podziwiałem zza fosy, która była mocno oddalona od sceny. Tam poznałem też niezwykle życzliwą kobietę, która skorzystała ze znajomości i zaprowadziła mnie przez Narodowe Forum Muzyki na tył sceny. Tam widziałem muzyków z kilkunastu metrów. 

Co więcej, spotkałem saksofonistę Joao Mello, który kręcił się pod sceną w trakcie utworów, w których nie grał. W momencie gdy go zauważyłem siedział akurat na schodach prowadzących na scenę z instrumentem zawieszonym na szyi. Mimo, że oddzielał nas wysoki płot pokryty płachtą, udało mi się złapać z nim kontakt i dać mu okładkę oraz marker nad ogrodzeniem. Wyjątkowo miły człowiek, co ciekawe, starszy ode mnie zaledwie o dwa lata. Widać, że wygrał los na loterii i z londyńskich pubów trafił od razu na światową trasę legendy rocka. W pewnym momencie, kiedy chodził bez saksofonu, podszedł do niego ochroniarz i spytał się kim jest. Ten pokazał przepustkę z wymownym napisem "Artist". Co zaskakujące, zarówno on, jak i pozostali muzycy w żadnym wypadku nie przypominają prawdziwych gwiazd rocka. To po prostu równi goście, którzy jeżdżą po świecie i bawią się muzyką. Na potwierdzenie tej tezy idealna jest anegdota poznanego przeze mnie tego dnia fana z Bukaresztu. Ponoć cały zespół Gilmoura, mieszkający w zupełnie innym hotelu niż główny bohater, poszedł poprzedniego wieczora na piwo do czeskiej knajpy na Rynku. Siedzieli tam kilka godzin i zostali przyuważeni przez owego Rumuna. Przez cały czas ich pobytu na piwie nikt ich nie rozpoznał, nikt nie poprosił o zdjęcie.
Warto zaznaczyć, że w piątek odbyła się tez druga, wieczorna próba oznaczona jako "dress rehearsal", która została stworzona na potrzeby mającego ukazać się DVD. Muzycy ubrali się tak samo, jak następnego dnia, a cała próba została zarejestrowana. Jej fragmenty wizualne i partie instrumentów zostaną zapewne użyte na potrzeby produkcji płyty i zastąpią nieudane momenty z właściwego, sobotniego koncertu.


SOBOTA, 25.06.16
Dzień koncertu. W moim przypadku już trzeciego w tym mieście, jednak pierwszego kompletnego, wzbogaconego efektami świetlnymi. Atmosfery nie zepsuli reprezentanci Polski, którzy na EURO pokonali po karnych Szwajcarię. Bardzo mocno zdziwiło mnie wejście na teren koncertu. Nie było żadnych kolejek, a przed Placem Wolności, na ogrodzonym terenie rozłożono leżaki i maty, było mnóstwo miejsca do zrelaksowania się przed koncertem. Nie odmówiłem sobie koszulki ze wszystkimi datami europejskiej trasy, tourbooka oraz biografii basisty Guya Pratta z autografem (która jest napisana z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru). Jeszcze przed właściwym koncertem na scenie pojawił się Możdżer, który zaprezentował półgodzinny, solowy set. W tak krótkim czasie pokazał swoje nietuzinkowe zdolności i alternatywne metody gry na fortepianie. Punktualnie o 21:45 na scenie pojawił się główny bohater wieczoru.

Całość rozpoczęła orkiestra, grająca pierwsze dźwięki 5 A.M. Stworzyła piękne tło pod solo gitarzysty. Gilmour miał jednak czasami problemy z trafianiem w rytm lub w odpowiedni dźwięk. Nie było to jednak tak rzucające się w uszy, jak w transmisji z dźwiękiem z soundboardu. Zachwycił wyjątkowo "smaczny" i dopieszczony dźwięk jego gitary. Rattle That Lock zostało poprzedzone krótkim mixem głosów i instrumentów z taśmy. David zaśpiewał utwór wyjątkowo mocno i czysto. Zaskoczył udział orkiestry, której nie było w wersji studyjnej utworu. O tym, że specjalnie na tą noc przygotowano nowe orkiestracje, przekonałem się również w Faces Of Stone, gdzie smyki towarzyszą już w fortepianowym intrze. Kilka błędów popełnił grający je Greg Phillinganes, który podobnie jak drugi klawiszowiec, Chuck Leavell i gitarzysta Chester Kamen, wystąpił na scenie z Gilmourem po raz pierwszy. Po pozytywnym Wish You Were Here i ostrym, przywróconym po latach do setlisty What Do You Want From Me?, powrócił solowy materiał artysty.Wróciła także orkiestra symfoniczna. Wykonanie A Boat Lies Waiting poświęconego Rickowi Wrightowi, zmarłemu klawiszowcowi Pink Floyd, było jednym z najjaśniejszych punktów całego wieczoru. Kompozycja opierająca się na przestrzennnym brzmieniu pianina, gitary hawajskiej i orkiestrze grającej jeden akord wypadła niezwykle poruszająco. Całość uzupełnił The Blue, który bez przerwy na oklaski przeszedł z poprzedniego utworu. Wyjątkowo dobrze odtworzono oryginalne partie z płyty, orkiestra zagrała subtelnie, a Gilmour przedłużył swoje charakterystyczne solo grane przy użyciu efektu Whammy. Wyjątkowe przeżycie, miałem wrażenie, że nie tylko mnie cieszy duża ilość solowych utworów muzyka. W kameralnej wersji Money David po "Think I'll buy me a football team" wtrącił "Poland maybe" co było miłą aluzją do zakończonego kilka godzin wcześniej meczu. Miło słuchało się również gitarowej konwersacji muzyka z Kamenem w środkowej części utworu. Us And Them urzekało swoją klasą, było zagrane niemalże tak samo, jak na The Dark Side Of The Moon. Na koniec pierwszego setu serca publiczności zdobył solowy In Any Tongue, który został uwieńczony fantastyczną, długą solówką. Dobrze brzmiały także chróki, śpiewające wyższe partie Gilmoura. Dobrą robotę wykonał też Guy Pratt który w trzeciej zwrotce dodał dynamiki i zagrał fragment riffu z On The Turning Away. Bardzo dobrze wypadł też High Hopes, który w znacznej mierze opiera się na brzmieniu smyków i wrocławska wersja jest jedną z lepszych jakie słyszałem. Do pełni zachwytu brakowało mi tylko równie wybitnej wersji solówki na gitarze klasycznej, jak tej z Gdańska, jednak Gilmour zawsze ją improwizuje. Muszę przyznać, że pierwsza część koncertu była wyjątkowo klimatyczna, intymna i w wielu momentach doprowadzała do łez. Nie wierzę w magię, ale to była magiczna chwila. Czekając na kontunuację koncertu, w przerwie byłem świadkiem kolejnej niecodziennej sytuacji. Nagle przede mną przeszła kolumna ochroniarzy, a za nimi syn Gilmoura, Gabriel oraz żona muzyka, Polly Samson, która tworzyła teksty na ostatnią płytę. Kolejne utwory przeżywali z wieży na której swoje stanowiska mieli kamerzyści. Jeszcze jeden dziwny zbieg okoliczności!

Drugi set okazał się bardziej dynamiczny i floydowy. Otwierał go przywołany wyżej One Of These Days, w którym perkusista Steve Di Stanislao najpierw grał na maszynie tworzącej brzmienie wiatru, a Gilmour uderzał w talerz. Później ten drugi zasiadł do gitary lap steel i  odtworzył z niezłym powodzeniem oryginalną solówkę. Warto odnotować wirtuozerski popis Pratta na basie i użyty po raz pierwszy klip ilustrujący utwór, który powstał w 1971 (jego twórca, Ian Emes, miał w tym czasie wystawę swoich prac w Galerii Miejskiej i był na koncercie). Shine On You Crazy Diamond, jak zawsze, wywołało ekscytację wielu fanów. Co bardzo mi się spodobało, początkowe intro na syntezatorze zostało potraktowane przez Philinganesa z wyjątkowym pietyzmem i powagą. Ciekawostką był następny utwór, Dancing Right In Front Of Me, który tym razem zadebiutował już oficjalnie. Wersja wrocławska różniła się od studyjnej wsparciem saksofonu Joao Mello w głównym riffie. Utwór wypadł wyjątkowo dobrze i dziwię się, że po tym koncercie Gilmour zagrał go na całej trasie jeszcze tylko raz. Pięknie wypadło floydowe Coming Back To Life, w którym syntezatory ustąpiły na rzecz orkiestry. David skracał niektóre dłuższe frazy, czuć było momentami, że chrypi i nie da rady wyciągnąć niektórych słów. Kolejny magiczny moment – On An Island – było zagrane idealnie, przenosiło w inny wymiar, idealnie dawkowało subtelność z mocą zawartą w solówkach. Orkiestra zagrała tutaj wyjątkowo oszczędnie. Kolejną perełką okazały się dwa utwory z Rattle That Lock. The Girl In The Yellow Dress zostało ubarwione pianinem Leszka Możdżera, który zagrał niezwykle jazzująco (jego gra przywołuje mi na myśl "Bring Me The Disco King" Bowiego). Dialog pianisty, Gilmoura i Mello wyszedł naprawdę szykownie. Nastrój odmienił przebojowy Today, mój faworyt z nowej płyty Davida. Został dodatkowo ubarwiony harmonizującymi smykami w intrze. Mam wrażenie, że był to najbardziej energiczny utwór koncertu. Co więcej, swoje umiejętności pokazał Chuck Leavell, grając solo na elektrycznym pianinie Wurlitzera. W Sorrow i Run Like Hell, które kończyły drugi, set również nie brakowało mocy, wszyscy wokół krzyczeli i klaskali w rytm.
W tym drugim Guy Pratt, który wykrzykuje wersy na przemian z Gilmourem, zmienił nieco treść wersu i zaśpiewał "They're gonna send you back to Poland in a cardboard box". Na bisy wyszedł natomiast w niebieskiej koszulce z flagą Unii Europejskiej co było dosyć wymownym komentarzem na ogłoszony kilka dni wcześniej Brexit. Na bis Time z Breathe (Reprise) oraz Comfortably Numb. Idealne uwieńczenie wyjątkowych dni. Chyba nigdy nie zapomnę tych wszystkich wyjątkowych momentów i emocji jakie mi towarzyszyły. A jak zapomnę to wrócę do tej relacji!

Recenzja promowanej płyty Rattle That Lock

David Gilmour – Rattle That Lock (2015) [Recenzja]

Dziewięć lat musieli czekać fani Davida Gilmoura na jego nową, solową płytę. Oczekiwania wobec niej były ogromne i to właśnie nadzieja na album w klimacie najlepszych dokonań Pink Floyd, czy chociaż solowej poprzedniczki "On An Island" zniszczyły wielu rzetelny odbiór "Rattle That Lock". Nagranie, co niepodobne do Gilmoura, nie jest spójne i opiera się na kilku muzycznych gatunkach. 

Artysta postanowił promować swoje nowe dzieło utworem tytułowym, który idealnie nadał się do podbijania list przebojów. Rattle That Lock to pięciominutowy kawał porządnego rockowego grania, z wyraźnym, chwytliwym refrenem i partią chóru. Rytm oparto na jinglu nagranym przez Gilmoura na dworcu kolejowym we Francji. Sam muzyk przyznał, że słysząc sygnał pojawiający się przed zapowiedzią spikera miał ochotę tańczyć i rzeczywiście, w połączeniu z charatkerystycznym brzmieniem starego Fendera Esquiera i akcentów na Hammondach, utwór jest bardzo dynamiczny. Warto także podreślić mądry tekst żony Gilmoura, Polly Samson, która na podstawie "Raju Utraconego" Johna Miltona stworzyła historię o zbuntowanym aniele. Mimo tego, nie wszyscy fani byli zadowoleni z przebojowego charakteru utworu i mogli mieć spore wątpliwości dotyczące zawartości nieopublikowanego jeszcze wtedy albumu. Drugi singiel, Today, mógł niepokoić jeszcze bardziej. To utwór niemal żywcem przeniesiony z lat 80' (mogący kojarzyć się z krążkiem "About Face"), pełen mocnych gitar, pianina Rhodes, niekonwencjonalnych partii chórków i syntezatorów. Wielkie brawa dla Guya Pratta za wybitną (podobnie jak w tytułowym utworze), rozbujaną partię basu. Ponadto sześciominutowa całość zaczyna się minutowym intrem imitującym mszę kościelną. Trzeba przyznać, że Gilmour musiał mieć odwagę, by promować album utworami do niego niepodobnymi. Ale pokazał przy tym, że mimo siedemdziesiątki na karku eksploruje nowe terytoria i album może być dużą niespodzianką (a dla niektórych sporym zawodem). Na "Rattle That Lock" znajdziemy bowiem zarówno typowo jazzowe granie (The Girl In The Yellow Dress) z kontrabasem i długim solem na saksofonie, jak i mroczne klimaty Pink Floyd. Te najlepiej oddaje ballada In Any Tongue, która opiera się na zadumanym fortepianie, wolnym rytmie i dramatycznym wokalem. Na końcu utworu znalazło się także piękne, dostojne solo na Stratocasterze. To faworyt wszystkich fanów lubiących klimaty "The Wall" czy "The Dark Side Of The Moon". Warto zwrócić uwagę na Faces Of Stone, utwór w rytmie walca, ozdobiony brzmieniem akordeonu i muzycznie wracający do lat młodości matki Gilmoura, o której mówi tekst. W Dancing Right In Front Of Me można znaleźć wyraźne nawiązania do Beatlesów czy Stinga. Delikatne zwrotki, ozdobione smykami, przyjemnie kontrastują z mocnym riffem i porywającym solo. Perełką jest także A Boat Lies Waiting, wyrażający tęsknotę za przyjacielem Gilmoura z Pink Floyd, klawiszowcem Rickiem Wrightem. Oparty jest na melancholijnym brzmieniu fortepianu i gitary hawajskiej. W tle słyszymy głos adresata utworu. Dodatkiem do tej jakże niejednorodnej mieszanki są trzy utwory instrumentalne – Beauty, przechodzące z zadumy do dynamizmu, oraz 5 A.M. i ...And Then kolejno otwierające i zamykające album, oparte na tej samej sekwencji akordów i brzmieniu orkiesty, różniące się od siebie aranżacją.

Niewiele jest aż tak dwuznacznych albumów jak ten. Całość wypada dosyć mizernie i niespójnie, ale pojedyncze utwory to dzieła sztuki. Można odnieść wrażenie, że utwory pochodzą z różnych sesji i lat. Intrygująca mieszanka prezentująca możliwości legendy gitary w pełnej krasie.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta