Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ★★★★★★★★. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ★★★★★★★★. Pokaż wszystkie posty

Rino De Patre – The Dawn From My Heart (2010) [Recenzja]


Płyty w wydaniu sauté, gdzie główny bohater jest podany bez akompaniamentu innych instrumentów, są niemałym wyzwaniem. Ważna jest harmonia, ale również samo wykonanie – słyszalny jest nawet najdrobniejszy błąd. Właśnie takiemu wyzwaniu postanowił stawić czoła Rino De Patre, włoski gitarzysta jazzowy. W debiucie skupił się na pomysłowym wykorzystaniu brzmienia i możliwości gitary klasycznej. 

Tytułowy The Dawn From My Heart to kameralna kompozycja rozpisana na trzy partie gitar – dwie, odpowiadające za melodie oraz jedną, grającą basowe podstawy akordów. W połowie utworu główny motyw zastępuje nowa sekwencja akordów, dążącą do wyciszenia. Po chwilowej pustce pojawia się delikatne solo – finisz to powrót do głównego motywu, uzupełnionego dodatkowo o zabawy harmonią. My Family to zdecydowanie bardziej dynamiczna kompozycja, przykuwająca uwagę chwytliwym riffem oraz charakterystycznym dźwiękiem podciągniętych strun. Ich dźwięk pełni tu rolę perkusjonaliów, może kojarzyć się z werblem. De Patre niebanalnie zaplanował utwór, przełamując go kolejnymi, nowymi wątkami. W momentach powtórzeń melodii, do tego, co już znamy, dodaje również nowe struktury. Rememberances charakteryzuje główny, powtarzany motyw i bardzo kameralny klimat. Ponownie jednak – jak w poprzednich kompozycjach – gitarzysta lubi bez zapowiedzi proponować zmiany nastroju czy tonacji, tak, by dodatkowo zaskoczyć i wytężyć uwagę słuchacza. Sonidos De Cubiertos przynosi nam mocno zarysowany rytm oraz zapadający w głowie motyw. To mocno jazzujące granie inspirowane momentami muzyką Ameryki Południowej. Urzeka kunszt muzyka, który bawi się timingiem, a jego grę cechuje bardzo dobra artykulacja. W podobnym nastroju utrzymuje nas Tango Of The South. Tu jednak nowością może być delikatny syntezator, stanowiący tło spokojniejszych momentów utworu. Prayer, uformowany w rytmie 3/4, to przestrzenne granie, w którym głównymi bohaterami są pojedyncze nuty. The Sleeping Giant jest oparty na akordach granych legato, dodatkowo wspartych przez przestrzenny bas. Wisienką na torcie są kameralne frażolety, czarujące przede wszystkim w outro. To jeden z najbardziej intrygujących utworów na albumie. Sunday Of May oraz Freemind są powrotem do grania, które otwierają charakterystyczne riffy, rozwijane w kolejnych sekwencjach. Album zamyka Largo, interpretacja kompozycji G.F. Handela z opery Kserkses. Prosta, przestrzenna wersja na gitarę solo, delikatnie wycisza słuchacza. 

The Dawn From My Heart to ciekawa propozycja kameralnego, ale wirtuozerskiego jazzu gitarowego prosto z Włoch. Płyta została wydana wyłącznie na Półwyspie Apenińskim i jej premiera przeszła w Europie bez większego echa. Warto przyjrzeć się talentowi Rino De Patre – jego gra jest pełna pomysłów, niekonwencjonalnych rozwiązań i ciekawych pomysłów aranżacyjnych – mimo że w większości utworów słyszymy wyłącznie gitarę klasyczną. 

WERDYKT: ★★★★★★★★ - bardzo dobra płyta


Manu Katché – The Scope (2019) [Recenzja]

Tej płyty nikt się nie spodziewał. Manu Katché przez prawie dwadzieścia ostatnich lat zadomowił się w klimatach jazzu. W tym roku zaproponował coś zupełnie innego – zestaw popu i jazzu z dużą domieszką elektroniki. Perkusista, występujący niegdyś z Peterem Gabrielem czy Stingiem, postawił na prosty przekaz i oszczędne aranżacje.

Już pierwszy utwór, Keep Connection, dobrze oddaje klimat całego albumu. To dynamiczne granie z zabawą rytmem, podbarwione dodatkowo elektroniką. Tego wysoko nastrojonego werbla i dźwięku małych splashów nie da się pomylić. Utwór dodatkowo przyprawiono dźwiękami kory, afrykańskiego odpowiednika harfy, na której gra Kandia Kouyaté. Glow to rytmiczna, ale melancholijna kompozycja, oparta na motywie pianina elektrycznego. Grę Katchego uzupełniają elektroniczne sample oraz piękne, harmonizujące smyczki. To również pierwszy z utworów z tekstem. Autor powtarza wielokrotnie cztery wersy, a towarzyszy mu Kayla Galland. Katché nie jest wybitnym wokalistą, ale warto odnotować, że to nie pierwszy wokalny performance w jego wykonaniu. Utwory z The Scope mogą kojarzyć się z jego pierwszą solową płytą – It's About Time z 1991 roku. Tam Katché był głównym wokalistą – z różnymi skutkami. Teraz do studia zaprosił plejadę wokalistów, a sam jest bardziej ich uzupełnieniem, a niżeli liderem. Przykładem może być Vice, w którym on sam śpiewa wyłącznie refreny. Zwrotki to sprawka Faddy Freddy'ego – Senegalczyka, który najlepiej odnajduje się w szeroko pojętym soulu. Vice to utwór typowo popowy, ale z wieloma nawiązaniami. Głównym jest brzmienie The Police – zespołu Stinga. Wszak Katché był jego perkusistą sesyjnym i koncertowym. W tle pojawiają się liczne gitarowe pogłosy oraz "łamane" wtrącenia na talerzach. Show Katchego zaczyna się jednak dopiero w okolicach trzeciej minuty. Utwór przechodzi w klimaty jamajskiego dab. Na wokale, gitarę i perkusję nałożone są nieskończone pogłosy. Perkusista niezwykle umiejętnie bawi się akcentami i przejściami. Całość trzyma w ryzach niezwykle energiczny bassowy riff. To jeden z najciekawszych i najbardziej dynamicznych momentów albumów. Overlooking uspokaja atmosferę. Jest gitara akustyczna, jest również fortepian z kapitalnymi wstawkami i solówką. Syntezatory jedynie podbarwiają tło. Całość opiera się na powtarzanym motywie głównym. Klimatyczne granie. Please Do to powrót do klimatów popu. To drugi już utwór, który bazuje na kilkuwersowym, powtarzanym schemacie słów. W tle brzęczy funkowa gitara, przebijają się również jazzowe akordy pianina elektrycznego. Ciekawym zabiegiem jest dodanie przestrzennych, powtarzających się (brzmiących niemalże jak sampel) plumkań fortepianu. Jedną z największych niespodzianek jest singlowe Paris Me Manque. To niezwykle udane połączenie jazzu i rapu. Zmyślnie zbudowano tu rytm – gra zarówno Katché, jak i perkusja elektroniczna. Mocny, szybki rytm genialnie uzupełnia jednak pianino elektryczne i powtarzany motyw Alexandre'a Tassela na flugelhornie. W krótkim niespełna trzyminutowym utworze jest nawet miejsce na jego solówkę. Bohaterem utworu jest jednak raper Jazzy Bass, który napisał i zaśpiewał melancholijny tekst o życiu w Paryżu – o tym, że zmieniła się tożsamość miasta. Bardzo udana rzecz. Let Love Rule to utwór z równie rozbudowanym tekstem, tym razem o szeroko pojętej tematyce miłosnej. Kompozycja, która mocno przypomina utwory z It's About Time – z jedną tylko różnicą. Główne partie wokalu przypadają bowiem Jonathcie Brook. Zmysłowy głos i dużo przestrzeni podbijanej gitarą elektryczną, akustyczną i flugelhornem łączą się ze sobą bez zarzutu. Warto przy okazji sprawdzić wersję śpiewaną na żywo przez Julie Erikssen – w mojej ocenie jeszcze lepiej czuje utwór i przekazuje zawarte w nim emocje. Don't You Worry to powrót do prostego, kilkuzdaniowego przekazu Katchego i bezpretensjonalnego, popowojazzowego grania. Sporo tu elektroniki – w tym samplowanych, przetworzonych głosów i syntezatorów. W teorii to muzyka do windy, ale kompozycje przełamują mocne wejścia gitary elektrycznej i bębnów. W Goodbye For Now dużo klimatu z poprzednika, choć nieco więcej jazzu. Melancholijny motyw na gitarze akustycznej uzupełnia elektronika i mechaniczne wtręty. Soczyście brzmi tu również solówka na gitarze elektrycznej (w roli głównej Patrick Manouguian). Trzeba przyznać, że Katché dał na płycie przestrzeń każdemu z zaproszonych muzyków. Tricky 98' to eksperyment i dodatek do albumu. Manu przyznawał w wywiadach, że duża część kompozycji powstała na podstawie elektronicznych sampli. To może być jedna z nich. Atmosfera wyraźnie nawiązuje do lat 90. – dużo pętli, sztuczne brzmienie talerzy i nieco przestarzały syntezator. Nawet bas wystukano tu na klawiaturze. Ot, ciekawostka. 

Niespodziewany ruch Katchego wyszedł nadspodziewanie udanie. Mimo mocnej rytmizacji partii instrumentów utwory mają w sobie bardzo dużo przestrzeni. Jeśli miałbym skojarzyć tą płytę z określonym klimatem i okolicznościami, to byłby to letni wieczór. Płyta do przeżywania i wielokrotnego zasłuchiwania się, ale z drugiej strony idealna do niezobowiązujących rozmów przy winie czy innych specjałach. Ta równowaga odbija się również na partiach instrumentalnych. Z jednej strony Katché pojawia się tu jako wokalista i pokazuje całą paletę swoich umiejętności gry na perkusji, ale z drugiej strony pozwolił wszystkim swoim współpracownikom na rozwinięcie skrzydeł. Płyta, do której chętnie się wraca.

WERDYKT: ★★★★★★★★  bardzo dobra płyta

Dominic Miller – Absinthe (2019) [Recenzja przedpremierowa]

Czasami warto wykonać krok w tył, żeby później zrobić dwa do przodu. Potwierdzeniem tej sentencji są ostatnie publikacje Dominica Millera, który przed trzema laty związał się z wytwórnią ECM. Pierwszy album nagrany dla nowej oficyny podawał gitarzystę w wersji sauté, jedynie z delikatnym akompaniamentem perkusji. Na Absinthe mamy do czynienia z prawdziwie zespołowym graniem. Miller częściej odsuwa się na drugi plan, oddając przestrzeń innym muzykom. Wszystko po to, by zilustrować szalony świat artystów pomieszkujących w przeszłości na południu Francji.


Bezpośrednią inspiracją do stworzenia płyty były historie malarzy i pisarzy, którzy tworzyli w Prowansji na przełomie XIX i XX wieku. Mowa tu między innymi o Vincencie Van Goghu, Eriku Satiem czy Claudzie Debussym (Dominic wymieniał swoje inspiracje w wywiadzie z poprzedniego roku). Tytułowy absynt, alkohol bazujący na halucynogennym działaniu piołunu miał być kompanem ich procesów twórczych. To także symbol artystycznego szaleństwa. Utwór tytułowy zaczyna się spokojnym intro gitary klasycznej. Główny sprawca zamieszania wprowadza w odpowiedni klimat, powoli przyłączają się do niego pozostali muzycy. Kadrowe wybory Millera to połączenie wieloletnich współpracowników i zupełnie nowych twarzy. Manu Katché, z charakterystycznie wysoko nastrojonym werblem, nie grał z Millerem od dobrych parunastu lat. W Absinthe na pierwszy plan wysuwa się również Santiago Arias, grający na bandoneonie (nieco mniejszy odpowiednik akordeonu). Miller wypatrzył Argentyńczyka na jednym z koncertów lokalnych muzyków w Buenos Aires. Słuchamy Mixed Blessings i wiemy, że to muzyka Dominica Millera. Gitarzysta wciąż lubuje się w melancholijnych, często dysonansowych akordach. Wydaje się, że gdyby nie udział innych muzyków, materiał spokojnie mógłby trafić na surową płytę Silent Light sprzed dwóch lat. Arias zarysowuje tu wyraźny, melodyjny motyw. Uzupełnia go miotełkowanie Katchego, a gdzieś w tle plumka delikatny syntezator Mike'a Lindupa z Level 42. Kolejne dwie kompozycje to tak naprawdę miniatury – Verveine, czyli "werbena", rzeczywiście ma wyjątkowo kojące właściwości. Uzupełniająca się gitara i fortepian przypominają motyw z If You Can't Love Me Stinga (płyta 57th & 9th). La Petite Reine to monotonny rytm Katchego na bębnach. Chwilami dołącza do niego fingerstyle gitarzysty. To swoista chwila wytchnienia przed Christianią. O ile większość utworów ma tytuły kojarzące się z Francją, o tyle tutaj bohaterem została alternatywna, hippisowska dzielnica Kopenhagi. Brzmienia tej gitary akustycznej nie da się podrobić. Mamy tu sporo smaczków, łącznie z efektem vibrato (!) i grą tych samych dźwięków na dwóch strunach.. Do przestrzennej, zadumanej gitary dołącza przepełniona groovem perkusja. Całość uzupełnia Arias – czasami wtrącając solowe frazy, czasami wyłącznie malując akordy. Etude to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Zaczyna się od niespokojnego, energicznego motywu granego przez Millera i basistę, Nicholasa Fiszmana. Dołączająca perkusja Katchego zamyka przestrzeń, a bandoneon dekoruje kompozycję. Dramaturgii dodaje również wchodzący momentami fortepian Lindupa. Szlachetny motyw trwa przez blisko sześć minut. Jest on bazą do wzajemnego przenikania się instrumentów oraz zespołowej interakcji. Mimo wyłącznie akustycznych instrumentów robi się naprawdę mocno. Bicycle to wyciszony utwór bazujący na gitarze akustycznej Millera i rytmie perkusji. Warto zaznaczyć, że to ten sam motyw, co w La Petite Reine. Nieśmiałe solo gra tu Fiszman, pod koniec pojawia się Prophet 5 sterowany przez Lindupa. Są zabawy rytmem i akordami, jest również modulacja dynamiki. Bardzo nastrojowa gra. Co ciekawe, Miller ćwiczył już ten utwór na próbach przed zeszłorocznymi koncertami, jeszcze w ramach trasy Silent Light. Ombu to definitywna wersja Evelyn, bonus tracka z płyty Ad Hoc z 2014 roku. Wtedy były dwie gitary klasyczne i bas – teraz kompozycję przejęła genialna gra Katchego. Bębniarz umiejętnie buduje groove i wchodzi w strukturę utworu. Momentami głos przejmuje również Miller i Arias. Najciekawiej robi się, gdy gitarzysta zupełnie oddaje przestrzeń, grając co takt jeden akord. To właśnie wtedy szaleje Katché, a Fiszman wspiera go funkującą grą na basie. Jeden z najjaśniejszych momentów płyty. Ténébres rozpoczyna się od solowego wstępu bandoneonu. Utwór przejmują ciepłe kolory malowane przez gitarę Millera – raz ciepłe i liryczne, czasami szarpane i pełne nadziei (jak w końcówce). Mamy tutaj też trochę solowego, millerowego grania. Trzeba bowiem zaznaczyć, że Abisnthe nie jest albumem, na którym wirtuoz nadmiernie chwali się swoimi umiejętnościami. Nagranie kończy groove'owy Saint Vincent. Dużo tu staccata – tworzonego przez Lindupa na fortepianie i przez Millera na gitarze klasycznej. Przekładając brzmienia na realia malarskie – to tak, jak gdyby muzycy zostawiali kolejne kropki na płótnie, tworząc z nich pewną całość. Energetyczny rytm perkusji, szarpana gra Millera i melancholijny bandoneon powoduje, że nie wyjmujemy płyty z odtwarzacza do ostatniej sekundy wyciszenia muzyki.

 

Absinthe to granie tu i teraz. Muzycy występują z dużą świadomością, jak gdyby już w trakcie grania danej nuty myśleli o kolejnych decyzjach i dźwiękach. To nie jest płyta dla każdego – problemem może okazać się specyficzny, momentami piskliwy dźwięk bandoneonu. Ciekawi natomiast fakt, że na tej płycie Miller nie jest typowym wirtuozem, a raczej architektem gry, kimś, kto steruje pozostałą czwórką. Dopiero w ostatnim zdaniu tej recenzji dodaję, że jest on gitarzystą znanym z występów ze Stingiem – niech to będzie taki swoisty komplement.

 

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

 

Foo Fighters – Concrete And Gold (2017) (Recenzja)

Show nadal trwa. Foo Fighters wracają z nowym albumem, który jest chyba najlepszą odpowiedzią na zeszłoroczne plotki dotyczące rozwiązania zespołu. Concerete And Gold to dowód na to, że Dave Grohl i spółka rozumieją się tak dobrze, jak nigdy wcześniej.

Płyta rozpoczyna się bardzo niepozornie. T-Shirt to lekka piosenka oparta na gitarze akustycznej i marzycielskim śpiewie lidera zespołu. "Nie chcę być królową, chcę po prostu mieć czystą koszulkę" stwierdza. Wtem, bez żadnej zapowiedzi, do gitarzysty dołącza cały zespół. Foo Fighters daje o sobie znać i pokazuje, jak naprawdę będzie brzmiała ta płyta. Run, pierwszy singiel promujący wydawnictwo, to zespołowe, rozbudowane granie oparte na screamach Grohla i mocnych, niemalże metalowych gitarach. Dawno zespół nie wydał czegoś równie mocnego. Najlepszym dowodem było zdziwienie na twarzach fanów słyszących przedpremierowe wykonanie utworu na czerwcowym Openerze. Make It Right to kolejna riffowa kompozycja. Bardzo udanym, zresztą niejednorazowym zabiegiem na płycie, było utworzenie chórków w refrenach, dodających nieco beatlesowskiego wyrazu. Smaczków związanych z legendarną czwórką z Liverpoolu jest na albumie zdecydowanie więcej, ale o tym później. Urzekają również osobne chórki, które stworzył Justin Timberlake, niepodpisany w booklecie. The Sky Is A Neighbourhood, kolejny singiel, to utwór z bluesowym zacięciem. Brzmienie opiera się zadziornej gitarze oraz delikatnych chórkach. Udanym połączeniem jest również mieszanie mocnych, przesterowanych gitar z instrumentami akustycznymi, które dodają nieco szlachetniejszego wyrazu. W tym przypadku w sesji udział brał kwartet smyczkowy, z Polką, Kingą Bacik, na wiolonczeli. W La Dee Da słyszymy w roli głównej Nate Mendela, z riffowym, brudnym basem. Głównym atutem tego drapieżnego utworu są zabawy rytmiczne Taylora Hawkinsa na perkusji oraz interesujące wstawki syntezatorowe Rami Jaffeego. Warto dodać, że "Concrete And Gold" to dla klawiszowca pierwszy album w roli pełnoprawnego członka zespołu. Grohl zaprosił do wykonania singla gości specjalnych – Alison Mosshart z The Kills, która udzielała się w chórkach, oraz saksofonistę Dave'a Koza. W przeciwieństwie do damskiego wokalu, partia jazzowego muzyka jest niemalże niesłyszalna i zasłania ją całe stado przesterowanych instrumentów. Foo Fighters lubi zaskakiwać i dobrym przykładem jest Dirty Water, z początku lekka, gitarowa ballada z szybkim rytmem i śpiewem w harmonii. To progresywna kompozycja, uzupełniana urzekającymi chórkami w wykonaniu Inary Geogre oraz gitarą Pata Smeara. Nagle głos zabierają mocniejsze brzmienia z przenikliwym syntezatorem w roli głównej. Co ciekawe, zagrał na nim producent płyty Greg Kurstin, który współpracował ostatnio m.in. z Adele przy płycie 25. Dirty Water to dobrze zaplanowane, pomysłowe granie i jeden z najmocniejszych punktów Concrete And Gold. Od tego momentu płyta będzie miała bardziej eksperymentalny charakter. Co prawda Arrows, to kolejny utwór o typowo singlowej, chwytliwej budowie, ale wstawki Mellotronu czy wibrafonu są na nagraniach Foo Fighters niemałym rarytasem. Największą niespodzianką jest Happy Ever After (Zero Hour), całkowicie akustyczna, radosna kompozycja, utrzymana w klimatach The Beatles. Jest tu także miejsce na bluesową, delikatną solówkę oraz na kilka partii instrumentów klawiszowych z lat 60. Sunday Rain to stopniowy powrót do mocniejszych brzmień. Chwytliwy riff i podniosłe refreny są umiejętnie skontrastowane z klimatycznymi zwrotkami, w których dużo organów Farfisa oraz flangerowych gitar. Co ciekawe, to jeden z niewielu utworów zespołu, w którym to perkusista, Taylor Hawkins, śpiewa główną partię wokalną. Skojarzenia z Rogerem Taylorem z Queen są jak najbardziej odpowiednie, nawet w kontekście barwy głosu. Miejsce Hawkinsa przed bębnami zajął natomiast sam Sir Paul McCartney, który akurat gościł w hollywoodzkim studio. Były Beatles zagrał bardzo klasycznie, bez ambitniejszych wstawek i wariacji (może to dlatego, że usiadł z pałeczkami bez wstępnego przesłuchania kompozycji). Kolejny bardzo mocny punkt albumu, który dodatkowo wzbogaca klimatyczna, jazzowa partia fortepianu w outrze. Foo Fighters obiera nowe kierunki, szuka inspiracji i te barwne sześć minut muzyki bez dwóch zdań to potwierdza. The Line to ostatni z singlowców, w którym ujmują gitarowe harmonie i moc wokalu Grohla. Lider fightersów to bardzo pewny, niezawodny element układanki. Album zamyka Concrete And Gold, zdecydowanie najwolniejsza i najmroczniejsza propozycja zespołu w zestawie. Oszczędna gra perkusji oraz potężne, minimalistyczne gitary wspaniale uzupełniają się z rozbudowanymi partiami chórków Shawna Stockmana. Urzeka również instrumentalna partia smętnej gitary, Mellotronu oraz umyślnie pozostawionego szumu wzmacniacza. To przykład nieszablonowej, pomysłowej produkcji. Utwór kończy się podniośle, a ostatni akord gitary, rozbrzmiewający przez ostatnie kilkadziesiąt sekund, nieodzownie kojarzy się z "A Day In The Life" Beatlesów. Foo Fighters nie jest jednak zespołem grającym proste piosenki o miłości. Z rozmarzenia i melancholii wybija nas Grohl. "Fuck You Darrell!" krzyczy w ostatnich sekundach albumu. Chodzi o Darrella Thorpa, który w trakcie sesji zajmował się inżynierią dźwięku.

Po Wasting Light i Sonic Highways nagrywanych kolejno na analogowym sprzęcie w garażu i w ośmiu różnych miastach, zespół planował nagranie nowego materiału w towarzystwie dwudziestotysięcznej widowni. Pomysł został jednak zarzucony, a Grohl przyznał w wywiadzie, że biorąc na wzgląd wcześniejsze "kombinacje", największą niespodzianką mógł być dla fanów... brak kolejnej. Mam wrażenie, że tym razem muzycy skupili się przede wszystkim na muzyce, a cała otoczka jej tworzenia okazała się mniej ważna. Decyzja lidera okazała się słuszna. Sukces albumu to także zasługa producenta, Grega Kurstina, który na co dzień zajmuje się muzyką popową. Dzięki niemu paleta brzmień Foo Fighters została znacząco urozmaicona, a Concrete And Gold to wyróżniająca się pozycja w dyskografii zespołu.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

David Crosby – Sky Trails (2017) [Recenzja przedpremierowa]

Siedemdziesięciosześcioletni David Crosby, legenda amerykańskiego folk rocka, były członek CSNY, jest ostatnio na fali wznoszącej. W piątek opublikuje swój trzeci solowy album w ciągu trzech lat. Sky Trails to zdecydowana zmiana stylistyczna w twórczości charyzmatycznego muzyka. Tym razem Crosby, przy wsparciu pokaźnej grupy wirtuozów, stawia na fuzję rocka i jazzu.

Album otwiera singlowy She’s Got To Be Somewhere, w którym rytm nadaje elektryczne pianino Fender Rhodes. To optymistyczny utwór w klimacie fusion jazzu, w którym, co dla muzyki Crosby’ego jest nowością, występuje również sekcja instrumentów dętych. Kameralny nastrój kompozycji dopełnia niepowtarzalny, brzmiący wyjątkowo młodo, wokal głównego bohatera płyty. Smaku dodają krótkie wstawki gitary oraz saksofonu. Sky Trails to płyta, na której rytmiczne i bardziej rozbudowane utwory są uzupełniane przez kameralne ballady oparte na jednym, głównym instrumencie. Przykładem może być tytułowa ballada, Sky Trails, w której potężne brzmienie gitary akustycznej, uzupełnianej przez harmonie wokalne Crosby’ego i Beccę Stevens, z którą muzyk współpracował przy okazji tworzenia poprzedniej płyty solowej, Lighthouse. Duet stopniowo buduje dynamikę, by w głównej części przejść do wielogłosu. Słowa refrenu przejęła Stevens, a Crosby buduje wokół nich odpowiednią aurę. Muzyk używa swojego głosu, niczym instrumentu, dodając do głównej linii melodycznej wiele pobocznych wątków. Całość z gracją uzupełnia saksofon sopranowy Steve’a Tavaglione’a. Pozostając w balladowych klimatach, warto zwrócić uwagę na dwie fortepianowe ballady. Before Tommorow Falls On Love, przepełniona jazzowymi akordami w wykonaniu syna Crosby’ego, Jamesa Raymonda oraz basowymi wstawkami Mai Agan, to wyjątkowo kameralne granie. Nastrojowy głos Crosby’ego perfekcyjnie uzupełnia muzyczne tło. Amelia, cover przyjaciółki muzyka, Joni Mitchell, to kolejny popis Raymonda, który wyprodukował album i miał duży wkład w brzmienie nagrań. Ten niedoceniany pianista prezentuje swoje możliwości dosłownie na każdym kroku. Wydawać się może, że w ramach projektu Sky Trails nie nagrał ani jednego zbędnego dźwięku. Jego kunszt można podziwiać w jednym z najlepszych utworów na płycie, rozbudowanym, siedmiominutowym graniu opatrzonym nazwą Capitol. Urzekające jazzowe akordy, przestrzenna gitara hawajska Grega Leisza oraz nieco toporny, elektroniczny rytm, tworzą wyjątkowo ciekawą, hipnotyzującą mieszankę. Wisienką na torcie jest długi dialog między saksofonem sopranowym, gitarą oraz oldschoolowym syntezatorem w końcówce. Takie granie, przyprawione dodatkowo lekko przybrudzoną gitarą Deana Parksa, może kojarzyć się z twórczością Crosby’ego za czasów CPR. Co ciekawe, na basie gra tu Andrew Ford, członek tego nieistniejącego już zespołu. Podobny klimat utrzymano również w Sell Me A Diamond. Mamy tu podobne instrumentarium, z fortepianem oraz gitarą hawajską na czele. Intryguje rytm, wynikający z połączenia automatu perkusyjnego, akustycznej perkusji (na której gra niezastąpiony Steve DiStanislao) oraz klaskania. Fraza „Makes conflict free sounds good to me” długo nie opuści waszych głów. Album jest kopalnią intrygujących linijek, nieco naiwnych, ale zarazem mających w sobie coś genialnego. W Here It’s Almost Sunset Crosby kontynuuje tytułowe słowa „ Why is the sun shining brighter? How can it be? How can still see?”. W kontekście jego narkotykowej przeszłości mają one niebanalne znaczenie. Muzyk przyznał w wywiadzie, że sam dziwi się, że nadal żyje. Przy okazji tego utworu nie sposób ominąć opisu warstwy muzycznej. Całość oparta jest na wyraźnym riffie basowym i powolnym rytmie. Przytulną przestrzeń tworzy pianino Rhodes oraz przeszywające, delikatne syntezatory. Kolejny raz, całość zdobią powabne wstawki Tavaglione’a na saksofonie. Zakończenie albumu to bardziej gitarowe granie, znane z poprzednich płyt muzyka. Wybija się urzekające Somebody Home, przepełnione kameralną aurą oraz ciepłym brzmieniem. Co ciekawe, solowy performance Crosby’ego uzupełnia tu zupełnie inny skład muzyków, niż w pozostałych utworach. David zaprosił do studia zespół Snarky Puppy, z którym, co ciekawe, nagrał utwór w niemalże identycznej wersji na potrzeby wydawnictwa live zespołu. Dzięki temu tylko tu słyszymy wstawki Hammondów czy dużą ilość perkusjonaliów. Co poza tym? Mamy tu melancholijne pianino, tremolową gitarę oraz wyjątkowo delikatną, ciepłą partię sekcji dętej, która brzmieniem przypomina syntezator. To zdecydowanie jeden z najlepszych momentów na albumie. Curved Air jest natomiast najbardziej eksperymentalnym utworem w zestawie. Skomponowany i zagrany przez Raymonda na gitarze klasycznej, jest połączeniem rytmu flamenco oraz, za sprawą rytmicznych sampli i shakuhachi, muzyki Dalekiego Wschodu. Skomplikowany rytm oraz niepokojący bezprogowy bas, tworzą klaustrofobiczną atmosferę. To jeden z najbardziej skomplikowanych utworów w dorobku Crosby’ego. Album zamyka Home Free, ostatni z zestawu akustycznych utworów. Kompozycja rozpoczyna się chłodnym pejzażem dźwiękowym, na który składają się chaotyczne dźwięki gitary akustycznej oraz kolejnego japońskiego instrumentu, koto. Pojawia się głos głównego bohatera płyty. Uzupełniają go potężne, ale delikatnie zagrane, akordy gitary akustycznej oraz fortepianu. Powolne tempo, refleksyjny tekst, w którym Crosby docenia swoje życie, a to wszystko w duecie ojca z synem. Klimatyczne zakończenie nastrojowego albumu.
W wieku, w którym oczekiwałbym od muzyka powielania sprawdzonych schematów, Crosby nagrał chyba najbardziej eksperymentalną płytę w karierze solowej. Oczywiście, spora w tym zasługa Raymonda, ale widać wyraźnie, że legenda folk rocka wciąż poszukuje, ma głowę pełną pomysłów i chętnie ucieka ze swojej strefy komfortu. Mimo że poszczególne utwory mają odmienne konwencje i zostały zagrane przez różne składy muzyków, to płyta ma spójny charakter. Obejmuje ona jeden, melancholijny nastrój, który został oddany na wiele sposobów z pomocą odmiennych filozofii grania. W wywiadzie Crosby przyznał, że sam może malować tylko w siedmiu barwach, ale z pomocą innych instrumentalistów może powiększać tę skalę. Coś w tym jest i Sky Trails wyraźnie to potwierdza.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Dominic Miller – Silent Light (2017) [Recenzja]

Dominic Miller wyrósł w ostatnich latach na jednego z najpopularniejszych gitarzystów rockowo-jazzowych na świecie. Rozwój solowej kariery zaowocował kontraktem z największą jazzową wytwórnią na świecie – ECM. To jej nakładem ukazał się „Silent Light”.

Miller, grający także od trzech dekad w zespole Stinga, przyznawał w wywiadach, że myślał nad różnymi aranżacjami utworów. Okazało się jednak, że nie udało mu się złożyć zespołu na czas. Zaproponował więc producentowi, Manfredowi Eicherowi, nagranie materiału opartego w większej mierze na swoich partiach. W taki sposób na płycie znalazły się jedynie partie gitar i wspierających je perkusjonaliów, na których zagrał Miles Bould. Przykładem takiego grania może być Water, rozbudowana, składająca się z kilku wątków kompozycja, która opiera się na gitarze klasycznej. Utwór zmienia tempo oraz nastrój, a rytm podkreślają chwilowe wejścia shakerów. Taki charakter ma cała płyta. Miller, traktujący grę na instrumencie w bardzo klasyczny sposób, bazujący na technice fingerstyle, nawiązuje stylistycznie do swojego debiutu, „First Touch”. Zdecydował się zresztą na takie samo instrumentarium jak na płycie z 1995 roku. Na „Silent Light” zaciekawia przede wszystkim dobór repertuaru. Są tutaj zarówno nowe kompozycje, jak i te, które zarejestrował już wcześniej w innej formie. Jest to przede wszystkim muzyka ciszy i przestrzeni. W Valium słychać nawet uderzenia buta gitarzysty w trakcie gry. Warto zwrócić uwagę, że nawet w nowych utworach słychać wyraźne nawiązania do poprzednich nagrań artysty. Prawie sześciominutowy What Didn’t You Say to kompozycja idealnie definiująca styl gry Millera. Wyraźnie słyszalne są tu cytaty Chanson I z płyty „November” oraz Waves z „5th House”. Całość jest bardzo smacznie zmieszana. Le Pont to natomiast lekko zmodernizowana Chanson II. Ostatnia z premierowych kompozycji, Chaos Theory, to najbardziej energetyczna pozycja na płycie i zarazem jedyna, w której muzycy nagrali overduby. Dwie gitary klasyczne wsparte są dodatkowo perkusją i akustycznym basem, na którym zagrał Miller. To bardzo udany i nieco chaotyczny utwór, naładowany jazzowymi dźwiękami. Na „Silent Light” mamy też aż siedem starszych utworów nagranych na nowo. Najlepiej wypada z nich Angel, oryginalnie nagrane w rozbudowanym składzie na płytę „5th  House”. Miller przypomina swoje nieco zapominane kompozycje z pierwszych płyt – Baden i Urban Waltz, które, należy przyznać, z powodzeniem się bronią. Gitarzysta zdecydował się także na powtórzenie Tisane, które nagrał na poprzednią płytę, wydaną zaledwie trzy lata temu. Ciekawostką jest Fields Of Gold Stinga, potraktowane przez Millera w zupełnie świeży sposób i zagrane w innej tonacji. Muzyk odgrywa jednocześnie partię rytmiczną i melodyczną, uzupełniając znaną kompozycję o nowe akordy i wątki.

Płytę cechuje bardzo surowe, melancholijne i oszczędne brzmienie. Wydaje się, że nagranie albumu składającego się w zdecydowanej większości z kompozycji już wcześniej zarejestrowanych było w tym przypadku dobrym pomysłem. Jak wiadomo, wytwórnia ECM to więcej niż zwykła firma, to pewna filozofia publikowania muzyki, która ma swoje hermetyczne, ogromne środowisko fanów. Miller, jako nowy w gronie muzyków monachijskiej oficyny wydawniczej, pokazuje tak naprawdę nowej grupie odbiorców swoją dotychczasową karierę w pigułce. Wybrał stylistykę, w której czuje się najlepiej i zagrywki, które są dla niego charakterystyczne. Płyta, zarejestrowana w dwa dni w Oslo, to zarówno pewne podsumowanie dotychczasowej kariery, jak i zapowiedź kolejnych wydawnictw utalentowanego gitarzysty. 

WERDYKT:  ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Leonard Cohen – You Want It Darker (2016) [Recenzja]

W 2016 roku odeszło kilka znaczących postaci muzyki.  W nietypowych okolicznościach, zaledwie dwa tygodnie po publikacji swojego nowego krążka, odszedł Leonard Cohen. Na „You Want It Darker” kanadyjski bard ponownie czaruje słuchaczy swoim ciepłym barytonem. W tekstach podkreśla natomiast, że akceptuje nadchodzącą śmierć.

Temat ten podjął w tytułowym utworze, który został wydany jako singiel promujący wydawnictwo. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj męski chór. Tło uzupełnia delikatna sekcja rytmiczna z kapitalnym, dostojnym basem. Cohen podkreśla kilkukrotnie: „Jestem gotowy, Panie”. Nie bierze jednak wszystkiego na poważnie, a tytułowa fraza okazała się grą słowną: „Chcesz, żeby było ciemniej  – zgaśmy płomień”. „You Want It Darker” to powrót Cohena do muzyki folkowej, mimo że nie wskazuje na to pierwszy utwór. Jego żydowskie korzenie są najwyraźniej słyszalne w Traveling Light, w którym pojawia się cała armia egzotycznych instrumentów strunowych, m.in. bouzouki, mandolina czy octophone. Co ciekawe, klasyczny motyw przełamywany jest elektronicznymi zwrotkami. Kompozycja przypomina utwory z płyty „Popular Problems”, wydanej dwa lata wcześniej. Dużo folku jest też w Steer Your Way. Kompozycja rozpoczyna się melancholijnie, ale dzięki chórkom i sekcji rytmicznej, zbudowany został podniosły klimat. To także jeden z szybszych utworów na płycie. Intryguje Leaving The Table, w którym pojawiają się gitary oraz Mellotron, nieco zapomniany w XXI. wieku syntezator klawiszowy, używany m.in. przez Beatlesów. Cohen sugeruje natomiast, że „wychodzi z gry” i tworzy krótkie podsumowanie swojego życia. Klimat i chór montrealskiej synagogi z tytułowego utworu powraca w kameralnym It Seemed The Better Way. Melorecytację barda uzupełnia partia skrzypiec i delikatny bas. Najbardziej przebojowy utwór na płycie, If I Didn’t Have Your Love, ma wyraźne znamiona soulu i popu. Prowadzi go delikatne, rytmiczne pianino. Rockowego zacięcia dodaje partia gitary elektrycznej oraz organów Hammonda. „Trzymajmy poziom, gdy się rozstajemy” śpiewa w On The Level Cohen. Nie tylko bowiem w tym utworze, w jego tekstach pojawia się miłość. Z pewnością nie jest to jednak jej typowa odmiana. Zamiast wyrazów zachwytu, bard skłaniał się ku uszczypliwym stwierdzeniom: „Powinni dać medal mojemu sercu za puszczenie Cię wolno”. Szczególną kompozycją jest jazzujący Treaty. Cechuje ją bogata orkiestracja i soulowy, fortepianowy motyw (grany przez producenta Pata Leonarda, znanego chociażby ze współpracy z Rogerem Watersem). Cohen kieruje słowa do Boga i godzi się z przemijaniem. Temat powraca w String Reprise / Treaty, w którym ta sama kompozycja jest zaaranżowana na kwartet smyczkowy. Kiedy słuchaczowi może wydawać się, że delikatne pociągniecia smykami dążą do wyciszenia, pod koniec utworu ostatni raz pojawia się Cohen. „Chciałbym, żeby istniał pakt między moją a Twoją miłością” zaznacza ponownie. Budując odpowiedni nastrój, artysta trzyma słuchacza w napięciu do ostatniej sekundy trwania płyty.

„You Want It Darker” to bardzo klimatyczny, mroczny krążek. Pat Leonard oraz syn Cohena seniora, Adam, stworzyli bardzo gustowną mieszankę muzyki żydowskiej, akustycznej oraz elektronicznej. Eksperymenty łączenia ze sobą automatu perkusyjnego ze skrzypcami czy gitarą klasyczną rzadko wypadają dobrze. Aranżacyjny majstersztyk. Leonard Cohen pokazał natomiast, że pomimo osiemdziesiątki na karku potrafił tworzyć teksty na najwyższym poziomie artystycznym. Są przekorne, refleksyjne, a momentami także humorystyczne. Udowodnił nimi, że do końca zachował błyskotliwość.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobry album

Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK 

Phil Collins – Face Value (1981) [Recenzja]

Kiedy w 1980 roku Phil Collins zakończył trasę ze swoim macierzystym zespołem, Genesis, miał wyjątkowo dużo czasu. Co więcej, przechodził wtedy wiele ciężkich chwil – z powodu wiecznego życia w trasie odeszła od niego żona. Załamany muzyk postanowił w ramach zabicia czasu tworzyć nowe utwory w swoim półprofesjonalnym, domowym studiu. Kompozycje tworzone pierwotnie z myślą o Genesis stały się, za naradą przedstawicieli wytwórni muzycznej, materiałem na debiutancką płytę solową.

Głównym sprawcą zamieszania i zmiany podejścia do domowych dem okazał się singlowy In The Air Tonight. Paradoksalnie, nie jest to typowy radiowy utwór. Budową przypomina utwór progresywny, a głównym motorem napędzającym strukturę jest tutaj skrupulatnie budowany klimat. Całość oparta jest na pętli automatu perkusyjnego Roland CR-78 i syntezatorach. Wraz z kolejnymi zwrotkami pojawia się również pianino elektryczne, gitara i pojedyncze talerze. Charakterystyczne wejście przestrzennej i mocnej perkusji ozdabia długo wyczekiwany finał utworu. Album można podzielić na dwa muzyczne środowiska – rockowe, nastrojowe kompozycje przeplatają się z dynamicznymi piosenkami o zabarwieniu soulowym. Do tych pierwszych zdecydowanie zalicza się przejmująca ballada The Roof Is Leaking, oparta na fortepianie i banjo. W tle nie ustaje cykanie świerszczy. Utwór płynnie przechodzi w instrumentalną kompozycję Droned, opartą na wariacjach jednego akordu granego na pianinie. Jest to ciekawy eksperyment, pojawiają się tutaj syntezatory, skrzypce oraz "voice drums", czyli coś w rodzaju beatowania. Rezultat jest bardzo interesujący. Ilustracja przechodzi w kolejny instrumental, Hand In Hand. Tutaj klimat tworzą dęciaki, dynamiczne wejścia perkusji i chór dziecięcy. Całość nie wypada jednak tak dobrze, jak wcześniej wymienione utwory. Wejścia sekcji dętej są momentami nieco kiczowate, a nucony główny riff nuży, wielokrotnie pojawiając się w kompozycji. Mam wrażenie, że utwór ma wyłącznie jedną funkcję – za wszelką cenę podkreślić nieprzeciętne umiejętności Phila na perkusji. Zachwyca fortepianowa ballada You Know What I Mean, w której partia wokalu Collinsa jest przepełniona skrajnymi emocjami. Całość ubarwiają nostalgiczne smyki, dzieło szesnastoosobowej orkiestry. Absolutną perełką jest If Leaving Me Is Easy, wolna, dostojna kompozycja, w której w roli głównej występuje pianino elektryczne i saksofon (gra na nim Don Myrick). Mnogość pogłosów kapitalnie uzupełniają wysokie chórki w wykonaniu Collinsa, są to wyżyny skali jego głosu. Delikatne wstawki gitarowe to natomiast sprawka Erica Claptona. Na płycie znajdziemy także całkiem wiernie odtworzony cover Beatlesów, Tommorow Never Knows. Wersja Phila, podobnie, jak kwartetu z Liverpoolu, jest oparta na pętli perkusyjnej odtworzonej od tyłu. Collins zachował wiele niuansów, które pojawiły się na oryginalnym nagraniu. Dzięki śpiewie w harmonii jego wokal brzmi monumentalnie. Powyższe utwory to duża dawka art rockowego grania. Takiego, którego niestety będzie na jego kolejnych płytach coraz mniej. Face Value to jednak także spora dawka szybszego grania w stylu R&B oraz soulu. Przykładem może być I Missed Again oraz Behind The Lines, w którym w roli głównej występuje sekcja dęta EWF Horns. Podstawę brzmienia w tym pierwszym tworzy także pianino. Warto podkreślić, że wszystkie partie tego instrumentu, mimo że były nagrywane w domowym studio, brzmią celujaco na całej płycie. W Thunder And Lightning dęciaki uzupełniane są przez przesterowane gitary Daryla Streumera. Kompozycja jest wyjątkowo energiczna, a krzykliwe wokale Collinsa bardzo dobrze współgrają z instrumentami. Funkowe I'm Not Moving to kolejny mocny punkt płyty. Zwarta sekcja rytmiczna bardzo dobrze uzupełnia się tutaj z fortepianem. Ciekawostką jest fakt, że niemal na wszystkich instrumentach zagrał tutaj sam Collins, jedynie bas był obsługiwany przez Johna Giblina. Warto też nadmienić, że kompozytor zagrał we wszystkich utworach na perkusji i w większości na instrumentach klawiszowych. W nieco bezbarwnym This Must Be Love rytm wyjątkowo grany jest na perkusjonaliach, przez co kompozycja jest delikatniejsza, ale brakuje jej zarówno przestrzeni, jak i dynamizmu.

Solowy krążek Phila Collinsa otworzył muzykowi wrota do przepełnionej sukcesami kariery solowej. Nic dziwnego, to kopalnia dobrych utworów. Dodatkowym walorem jest tutaj także przejawiający się momentami duch eksperymentu i niekonwencjonalności. Face Value to także potwierdzenie, że Brytyjczyk ma bardzo dobry gust muzyczny, wszak potrafił odpowiednio zmieszać utwory ze skrajnie odmiennych gatunków i stworzyć bardzo spójny materiał.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobry album

Garou – Seul (2000) [Recenzja]

Pierre Garand, znany bardziej jako Garou, zdobył popularność w 1998 roku, występując jako Quasimodo w musicalu Notre-Dame de Paris. Idąc za ciosem, został zaangażowany w stworzenie solowej płyty, która okazała się kopalnią radiowych hitów i sprzedała się w kilkumilionowym nakładzie. Debiut Garanda, Seul, do dzisiaj zaskakuje. Został sklasyfikowany do gatunku pop, stworzony przez sztab postronnych producentów, a single z albumu podbiły rekordy w listach przebojów. Wydawać się więc może, że to denny produkt, stworzony tylko w celu zarobienia na chwilowej popularności wokalisty. Pozory jednak w tym przypadku mylą.

Płyta zaczyna się z wysokiego C. Singlowy Gitan to największy hit z płyty. Mimo radiowego charakteru (wysoki, podniosły refren) to naprawdę przemyślana kompozycja i aranżacyjny majstersztyk. Elektroniczne sample, wsparte grą akustycznej perkusji, uzupełnia partia gitary klasycznej. Całość dekorują delikatne smyki. Kolejna kompozycja, Que L'Amour Est Violent to rzecz z pogranicza ballady i rocka progresywnego. Prawie sześciominutowa kompozycja dzieli się na partie wolniejsze, w których prym wiedzie urokliwy fortepian, i szybsze, gdzie riff grany jest na gitarach elektrycznych. Wokal Garanda jest wyjątkowo mocny, momentami rozpaczliwy i idealnie oddaje nastrój utworu. Na uwagę zasługuje także rozbudowana, przejmująca solówka Pierre'a Dumont-Gauthiera na gitarze. Kompozycja idealnie oddaje huśtawkę nastrojów i budową bardziej przypomina Pink Floyd niż Enrique Iglesiasa. Gitarowo jest również w spokojniejszym Demande Au Soleil. To akustyczna ballada, oparta na chwytliwym riffie granym na gitarze akustycznej i elektrycznej. Tutaj Garou schodzi na niższe rejestry, mimo tego jego wokal nadal zachowuje w pewnym stopniu charakterystyczną szorstkość. Przy okazji tego utworu warto wspomnieć o instrumentalistach występujących na płycie. To w większości Kanadyjczycy, ale gdzieniegdzie pojawiają się także światowej renomy muzycy sesyjni. Tylko w tej kompozycji, na perkusji gra genialny Vinnie Colaiuta, znany m.in. z występów ze Stingiem, basista Phila Collinsa, Lee Sklar i gitarzysta Michael Landau, który współpracował z Milesem Davisem czy Rodem Stewardem. Wracając do Demande Au Soleil, wybitna solówka wspomnianego gitarzysty, grana techniką slide, zdobi ten utwór. Tytułowy Seul to kolejny singiel z charakterystycznym refrenem i niepowtarzalnym brzmieniem. Kompozycja jest dynamiczna, szybka, oparta na sekcji rytmicznej i zestawie perkusjonaliów (mam wrażenie, że to one tworzą tu odpowiedni klimat). Jest też tutaj sporo gustownych syntezatorów, chórków, a w middle 8, także instrumentów dętych. Debiut Garou ma też kilka nieco słabszych momentów. Murowanym kandydatem do tytułu najnudniejszego utworu jest Sous Le Vent, delikatna, akustyczna ballada, zaśpiewana przez wokalistę wspólnie z Celine Dion. Kanadyjka zrobiła z rockowej ballady nieco tandetną, popową pioseneczkę. Szczególnie słabo wypadają w jej wykonaniu chórki. Je N'attendais Que Vous powoduje, że płyta wraca na odpowiednie tory. To ponad pięciominutowa ballada, oparta przede wszystkim na syntezatorach i gitarze klasycznej. Uwagę przykuwa bardzo ciekawy, instrumentalny wstęp w wykonaniu Landaua. W tym, jak i wielu innych utworach na płycie, genialnie komponują się sample i akustyczna perkusja. Warto podkreślić też, że brzmienie tego ostatniego instrumentu, jest wyjątkowo mocne i potężne. W połowie utworu wysokie partie Garou w refrenie uzupełnia z wyczuciem gitara elektryczna. Zadziwia wyjątkowo mocny Criminel, oparty na charakterystycznym, basowym riffie Armanda Saby Lecco, grany w typowo rockowym składzie. Utwór nie brzmi tak świeżo, jak poprzednie, psują go dęciaki i przesłodzone, żeńskie chórki. Kompozycja rozpoczęła ciąg nieco krótszych kompozycji (chociaż nadal wszystkie trwają ponad cztery minuty). Le Calme Plat to rzecz oparta na partii pianina Rhodes, organach Hammonda i gitarze akustycznej. Uwagę przykuwa ciekawy riff uzupełniający się z gardłowym wokalem Garou. Równie kameralnie brzmi La Moitie Du Ciel, gdzie syntezatory i fortepian wspierane są przez solówki trąbki i gitary elektrycznej (tu gra na niej Aldo Nova, odpowiedzialny za aranżacje większości utworów). Z kolejnymi zwrotkami utwór nabiera mocy dzięki perkusji i orkiestrze symfonicznej. Na płycie nie brakuje gustownych sampli. To one tworzą podstawę brzmienia Au Plasir De Ton Corps i Jusqu'a Me Perdre. Obie kompozycje mają rockowy charakter (drugi, co ciekawe, został napisany przez Briana Adamsa) i nie można odmówić im radiowego charakteru. Wybijającą się propozycją jest Gambler, który idealnie oddaje charakter przywoływanych w tekście gier hazardowych. Dużo tutaj sekcji dętej i funkowej gitary. Bardzo interesująco wypada instrumentalny przerywnik, w którym przenosimy się do kasyna, słychać rozmowy, brzęczące żetony i dźwięki maszyn. Na dokładkę tego jakże długiego albumu (trwa ponad godzinę), dostajemy dwie rozbudowane, podobne do siebie, ballady, Lis Dans Mes Yeux i L'Adieu. Tutaj całość opiera się na narastającej partii Garou, instrumenty jedynie wspierają głównego bohatera płyty i dokładnie oddają wyśpiewywane emocje.

Po n-tym przesłuchaniu coraz bardziej oswajam się z myślą, że Seul to płyta czysto rockowa. Tak bardzo utarty schemat Garou jako muzyka popowego, śpiewającego denne i ocierające się o kicz piosenki, w tym przypadku zupełnie się nie sprawdza. Owszem, są tutaj nieco gorsze momenty, ale nawet one się bronią, choćby świetnym brzmieniem. Każdy dźwięk jest na tej płycie dopracowany do perfekcji, a gra instrumentów obfituje w smaczki. Co więcej, dużo tutaj solówek, co jest raczej niespotykane na płytach sygnowanych nazwiskiem piosenkarza, a nie muzyka. Garou jest tu bowiem jedynie wykonawcą, piosenki zostały skomponowane, zaaranżowane i wykonane przez sztab innych ludzi. Pomimo tego, całość brzmi wyjątkowo spójnie. Ogromnym plusem płyty są też dostojne i długie ballady. Warto postawić na Seul!

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Dylan Howe – Subterranean (2014) [Recenzja]

Dylan Howe, perkusista jazzowy, syn Steve'a Hove, gitarzysty Yes, pokusił się o niecodzienny projekt. Zebrał instrumentalne utwory Davida Bowiego nagrane w Berlinie (z płyt "Heroes" i "Low") i na ich podstawie stworzył album jazzowy. Wydaje się, że przeniesienie muzyki ambientowej (Bowie tworzył ją bowiem z Brianem Eno, propagatorem tego gatunku) na realia rytmicznego jazzu jest niemal niemożliwe. Howe, jako perkusista, dopisał do utworów sekcje rytmiczne, przez co utwory nabrały zupełnie nowego wymiaru.

Na płycie niemal w równych ilościach, połączono brzmienie instrumentów akustycznych i elektrycznych. Przykładem takiego grania może być Suterraneans, ponad ośmiominutowy utwór, którego podstawę tworzy przestrzenny syntezator i oszczędne brzmienia kontrabasu. Na początku na pierwszy plan wybija się syntezator solowy, który odgrywa partię wokalu Bowiego. Z czasem pojawia się też saksofon, który dubluje tą partię. Gra Howe'a na perkusji wydaje się być coraz gęstsza i mocniejsza, a całość dopełnia dopisana na nowo solówka na pianinie Rossa Stanley'a. Bardzo mocną częścią płyty jest następujący Weeping Wall. "Nowa" wersja powala rozmachem, którego brakowało oryginałowi. Kompozycja nabrała dodatkowego wymiaru, prawdopodobnie za sprawą sekcji rytmicznej i dęciaków, których nie przewidział w swojej wersji Bowie. Jest tutaj dużo syntezatorów, a tło uzupełniają też dzwonki, które imitują brzmienie nagrania z 1977 roku. Całość uwieńczyła nerwowo grana solówka Howe'a, w trakcie której pojawiały się tylko chwilowo inne instrumenty. Kompozycja została przearanżowana i zrestrukturyzowana w mistrzowski sposób. Inna propozycja z "Low", Art Decade, zaczyna się od chaotycznych dźwięków syntezatorów i werbla, by później przejść w dostojny, rozbujany utwór z wyraźnie zarysowanym motywem przewodnim. Na pierwszy plan wychodzi tutaj ponownie pianino Stanley'a. Interesująco wypadła też Warszawa, w oryginale brzmiąca niemalże jak ludowy utwór. W nowej wersji została podzielona na cztery części. Pierwsza, powolna, wydaje się być bardzo mroczna i całkiem wiernie oddaje ducha oryginału. Od drugiej minuty (utwór trwa aż jedenaście) pojawia się nowy, szybszy rytm, a kompozycja wypada bardzo delikatnie. Mimo tego nie brakuje tutaj mrocznych syntezatorów zapełniających tło. Ostatecznie, kompozycja zwalnia i wokal Bowiego odtworzony jest na pianinie. Do całości dołącza też saksofon, w trakcie którego ponownie utwór nabiera tempa i przechodzi w typowo jazzowe granie, rodem z płyt Milesa Davisa. Na albumie nie brakuje eksperymentalnego brzmienia, które tak bardzo cechowało oryginalne kompozycje. Przykładem może być Neuköln, które zostało przez Howe'a podzielone na dwie części  Night i Day. Pierwsza z nich, opiera się na mrocznym riffie syntezatora, wzbogaconym solówką na fortepianie i bardzo dynamiczną grą perkusji. W części "dziennej" ta sama kompozycja jest grana wolniej, bardziej płynnie, a główny motyw wzbogaca dodatkowa partia syntezatora. Utwór płynnie przechodzi w delikatny Moss Garden, który z całego zestawu utworów na płycie, został zagrany najwierniej w stosunku do oryginału. Kompozycja zachowała ambientowy klimat. Pojawia się koto (gra na nim Steve Howe), tradycyjny, japoński instrument, którego Bowie użył w trakcie nagrywania albumu "Heroes". Całość wzbogacają melodyczne brzmienie pianina i syntezatorowe szumy. Bardzo klimatyczne nagranie. Na "Subterraneans" pojawiły się też dwa utwory, które zostały nagrane przez Bowiego w Berlinie, ale ukazały się w jego dyskografii po wielu latach, jako "bonus tracks". All Saints zostało rozbudowane do jedenastu minut. Jest najmocniejszym utworem w zestawie, zapewne przez to, że psychodeliczny, syntezatorowy motyw wsparty jest gitarą elektryczną (gra na niej Adrian Utley). Później utwór bardzo płynnie przechodzi w dynamiczne, ale akustyczne, jazzowe granie. Solówkę na saksofonie gra tutaj Brandon Allen. Zupełnym przeciwieństwem jest powolne, podniosłe Some Are. Więcej tutaj miejsca na delikatne dźwięki pianina i kontrabasu (Mark Hodgson).

Bardzo trudne zadanie, które stało przed Dylanem Howem, zostało zrealizowane bardzo dobrze. Gdyby nie informacja o kompozytorze utworów na okładce, można by odnieść wrażenie, że są dziełem perkusisty. Po części to prawda  dopisał zupełnie nowe partie i bawił się nagraniami Bowiego. Z drugiej strony, bardzo wiernie, mimo innego instrumentarium, oddał brzmienie oryginalnych nagrań i dzięki temu płyta jest bardzo klimatyczna. 

WERDYKT: ★★★★★★★★  bardzo dobra płyta



Dominic Miller – 5th House (2012) [Recenzja]

Dominic Miller to bardzo ciekawy przypadek. Mimo, że występuje na największych scenach świata i bierze udział w sesjach nagraniowych znanych przebojów, nie jest powszechnie znany. Tymczasem gitarzysta grający od dwudziestu lat w zespole Stinga, nagrywający m.in. z Philem Collinsem, wiedzie całkiem udaną karierę solową.

5th House jest albumem całkowicie instrumentalnym, jak na twórczość Millera przystało. Ma charakter ilustracyjny, Argentyńczyk bowiem znakomicie potrafi oddać na strunach konkretne emocje. Płytę cechuje bardzo przestrzenne brzmienie. Przykładem może być If Only, które opiera się na potężnym brzemieniu syntezatora i chwytliwym riffie basowym. Jest to wbrew pozorom jeden z niewielu momentów na płycie, w którym Miller gra solo. Jego gra opiera się bowiem na wariacjach akordowych, charakterystycznych dla muzyki południowoamerykańskiej. Tak jest w Angel, który otwiera płytę. Melancholijne brzemienie gitary klasycznej uzupełnione jest delikatnym brzmieniem pianina elektrycznego Mike'a Lindupa i pojawiającej się momentami sekcji rytmicznej. Warto podreślić, że brzmi ona wyjątkowo solidnie, a momentami bardzo efektownie. Możliwości legendarnego Vinniego Colaiuty (wystepującego od lat ze Stingiem) oraz niepowtarzalnego Pino Palladino można podziwiać przede wszystkim w Dead Head, opartym na rytmie 7/4, w którym uwagę zwracają nieregularne akcenty basu i pianina stanowiące tło dla solówki na bębnach przpuszczonej przez flanger. Intuguje rockowy Yes, w którym Miller czerpie z hard rocka, a mocne gitary są uzupełniane przez przestrzenne syntezatory. Wyjątkowo kunsztowną robotą wydaje się być Waves, który opiera się na wyłącznie jednym, dysonansowym akordzie. Całość grana jest w rytmie bossa nova (smakowita partia Rhaniego Krija na perkusjonaliach, który również jest znany z wystepów ze Stingiem), a istotą utworu są nastepujące po sobie naprzemiennie, pojedyncze dźwięki gitary elektrycznej i pianina Fender Rhodes. To chyba najlepsza ilustracja morza i jego fal w historii muzyki (a znanych jest naprawdę wiele prób). Jak przyznał twórca, kompozycje powstały przede wszystkim w trakcie światowej trasy ze Stingiem. Zapewne to właśnie dzięki temu na płycie można odnaleźć sporo orientalnych brzmień. Gitarowy temat z partią wokalną Mike'a Lindupa przywołującą arabskie pieśni tworzy Catalan. W kompozycji Tokyo dominuje natomiast szarpana gitara klasyczna, a temat wzbogacony jest o syntezatorowe solo, które momentami nieco przypomina w brzmieniu koto – tradycyjny japoński instrument.

5th House to wyjątkowo spójny album. Mimo różnych klimatów, które budują poszczególne kompozycje, spoiwem jest tutaj brzmienie gitar i syntezatorów. Te instrumenty występują na płaszczyźnie całego krążka i wydawać się może, że jedynie dostosowują się do narzuconego rytmu lub nastroju. Wbrew pozorom, ten instrumentalny zestaw nie jest lekki i przyjemny. Spora część albumu składa się ze skomplikowanych rytmicznie i strukturalnie utworów, które wymagają dużego skupienia słuchacza i odsłaniają swoje piękno dopiero po nastym przesłuchaniu. Brawa dla Millera i producenta, Hugha Padghama (kolejny człowiek w projekcie związany ze Stingiem), którzy idealnie połączyli delikatność z progresją i stworzyli bardzo solidny materiał.

WERYKT: ★★★★★★★★ - bardzo dobra płyta

David Gilmour – Rattle That Lock (2015) [Recenzja]

Dziewięć lat musieli czekać fani Davida Gilmoura na jego nową, solową płytę. Oczekiwania wobec niej były ogromne i to właśnie nadzieja na album w klimacie najlepszych dokonań Pink Floyd, czy chociaż solowej poprzedniczki "On An Island" zniszczyły wielu rzetelny odbiór "Rattle That Lock". Nagranie, co niepodobne do Gilmoura, nie jest spójne i opiera się na kilku muzycznych gatunkach. 

Artysta postanowił promować swoje nowe dzieło utworem tytułowym, który idealnie nadał się do podbijania list przebojów. Rattle That Lock to pięciominutowy kawał porządnego rockowego grania, z wyraźnym, chwytliwym refrenem i partią chóru. Rytm oparto na jinglu nagranym przez Gilmoura na dworcu kolejowym we Francji. Sam muzyk przyznał, że słysząc sygnał pojawiający się przed zapowiedzią spikera miał ochotę tańczyć i rzeczywiście, w połączeniu z charatkerystycznym brzmieniem starego Fendera Esquiera i akcentów na Hammondach, utwór jest bardzo dynamiczny. Warto także podreślić mądry tekst żony Gilmoura, Polly Samson, która na podstawie "Raju Utraconego" Johna Miltona stworzyła historię o zbuntowanym aniele. Mimo tego, nie wszyscy fani byli zadowoleni z przebojowego charakteru utworu i mogli mieć spore wątpliwości dotyczące zawartości nieopublikowanego jeszcze wtedy albumu. Drugi singiel, Today, mógł niepokoić jeszcze bardziej. To utwór niemal żywcem przeniesiony z lat 80' (mogący kojarzyć się z krążkiem "About Face"), pełen mocnych gitar, pianina Rhodes, niekonwencjonalnych partii chórków i syntezatorów. Wielkie brawa dla Guya Pratta za wybitną (podobnie jak w tytułowym utworze), rozbujaną partię basu. Ponadto sześciominutowa całość zaczyna się minutowym intrem imitującym mszę kościelną. Trzeba przyznać, że Gilmour musiał mieć odwagę, by promować album utworami do niego niepodobnymi. Ale pokazał przy tym, że mimo siedemdziesiątki na karku eksploruje nowe terytoria i album może być dużą niespodzianką (a dla niektórych sporym zawodem). Na "Rattle That Lock" znajdziemy bowiem zarówno typowo jazzowe granie (The Girl In The Yellow Dress) z kontrabasem i długim solem na saksofonie, jak i mroczne klimaty Pink Floyd. Te najlepiej oddaje ballada In Any Tongue, która opiera się na zadumanym fortepianie, wolnym rytmie i dramatycznym wokalem. Na końcu utworu znalazło się także piękne, dostojne solo na Stratocasterze. To faworyt wszystkich fanów lubiących klimaty "The Wall" czy "The Dark Side Of The Moon". Warto zwrócić uwagę na Faces Of Stone, utwór w rytmie walca, ozdobiony brzmieniem akordeonu i muzycznie wracający do lat młodości matki Gilmoura, o której mówi tekst. W Dancing Right In Front Of Me można znaleźć wyraźne nawiązania do Beatlesów czy Stinga. Delikatne zwrotki, ozdobione smykami, przyjemnie kontrastują z mocnym riffem i porywającym solo. Perełką jest także A Boat Lies Waiting, wyrażający tęsknotę za przyjacielem Gilmoura z Pink Floyd, klawiszowcem Rickiem Wrightem. Oparty jest na melancholijnym brzmieniu fortepianu i gitary hawajskiej. W tle słyszymy głos adresata utworu. Dodatkiem do tej jakże niejednorodnej mieszanki są trzy utwory instrumentalne – Beauty, przechodzące z zadumy do dynamizmu, oraz 5 A.M. i ...And Then kolejno otwierające i zamykające album, oparte na tej samej sekwencji akordów i brzmieniu orkiesty, różniące się od siebie aranżacją.

Niewiele jest aż tak dwuznacznych albumów jak ten. Całość wypada dosyć mizernie i niespójnie, ale pojedyncze utwory to dzieła sztuki. Można odnieść wrażenie, że utwory pochodzą z różnych sesji i lat. Intrygująca mieszanka prezentująca możliwości legendy gitary w pełnej krasie.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Pink Floyd – The Endless River (2014) [Recenzja]


Gdy w lipcu 2014 roku pojawiła się nota prasowa o nowym albumie Pink Floyd, wielu przecierało oczy ze zdumienia. Od wydania poprzedniej płyty minęło dwadzieścia lat, a muzycy tego legendarnego zespołu negowali nagranie kolejnej w przyszłości. Nie bez powodu krytycy uważali więc, że płyta "The Endless River" będzie wyłudzeniem pieniędzy od fanów, którzy i tak kupią muzykę sygnowaną nazwą bandu.

Płyta jest niemal w całości instrumentalna, złożona z osiemnastu utworów i tematów, które łączą się i tworzą jedną suitę. Wśród nich znaleźć można niemal wszystkie chrakterystyczne cechy muzyki Pink Floyd. Album zaczyna się ambientowym wstępem, Things Left Unsaid, który w połączeniu z następnym utworem, It's What We Do, może kojarzyć się z legendarnym Shine On You Crazy Diamond. Dwie części dynamicznego Allons-y przywołują Run Like Hell z płyty "The Wall", a Skins z solówką na bębnach Nicka Masona to słyszalne nawiązanie do wstępu Time czy A Saucerful Of Secrets. Na albumie nie ma sensu więc szukać przełomowych pomysłów. Utwory, nagrywane początkowo w 1993 roku, a dopieszczane w tracie sesji w 2013 i 2014 roku, stanowią przede wszystkim akt pożegnania z fanami. Mają one także ukazać potencjał niedocenianego klawiszowca, Richarda Wrighta. Większość utworów opiera się przede wszystkim na brzmieniu fortepianiu czy pianina elektrycznego. Szczególnie wzruszającym momentem jest mający coś z intra, delikatny The Lost Art Of Conversation i następujący po nim On Noodle Street. Ten drugi, niespełna dwuminutowy utwór ma niezwykle kameralny klimat, opiera się na jazzującej linii basowej, pianinie Rhodes i lekkich przygrywkach Gilmoura. Pojawiający się co pewien czas syntezator gwarantuje dreszcze. Ciekawą historię posiada krótka kompozycja Autumn '68, której tytuł stanowi nawiązanie do optymistycznego Summer '68 z płyty "Atom Heart Mother". Nagranie istotnie pochodzi z tytułowego roku, Wright jammuje przed koncertem na organach sali Royal Albert w Londynie. Warto odnotować także Talkin' Hawkin', kolejny utwór Pink Floyd, w którym pojawia się komputerowy głos sparaliżowanego astrofizyka, Stevena Hawkinga. Punktem kulminacyjnym płyty jest Louder Than Words, jedyna kompozycja z tekstem. Sumuje długą karierę zespołu, opowiada o chemii zachodzącej między muzykami w trakcie procesów twórczych. Utwór wieńczy charakterystyczna solówka Gilmoura.

"The Endless River" nie jest przełomowym albumem, kopalnią nowych, rockowych szlagierów. To płyta dla koneserów słuchających płyt "od deski do deski", niestety coraz rzadziej spotykanych. To także szansa, by ostatni raz posłuchać Wrighta grającego na charakterystycznych organach Farfisa czy Gilmoura bawiącego się efektami EBow czy Whammy. Panowie z Pink Floyd z klasą żegnają się z fanami i schodzą ze sceny.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta