Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bowie David. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bowie David. Pokaż wszystkie posty

David Bowie – Reality (2003) [Recenzja]

Po bardzo udanym powrocie do klasycznego nurtu twórczości i trasie promującej album Heathen David Bowie po niedługiej przerwie w 2003 roku powrócił do studia. Reality zostało zarejestrowane pomiędzy dwoma dużymi trasami wokalisty i mocno różni się od swojego poprzednika.

Album otwiera singlowy New Killer Star, oparty na samplowanej gitarze Gerry’ego Leonarda. Ta sama metoda pojawiła się już na poprzedniej płycie w Sunday czy Heathen (The Rays). Utwór ma swingujący rytm i przepełniają go mocne gitary. To klasyczny Bowie, znany z lat 70., wyróżniający się dodatkowo charakterystycznym refrenem. Druga propozycja na płycie, Pablo Picasso, to jeden z dwóch coverów znajdujących się na Reality. Utwór grany oryginalnie przez The Modern Lovers został znacząco uwspółcześniony. Jest tutaj miejsce na sample, dużo gitar z pogłosem oraz niezbyt wysublimowane klawisze. Uwagę przykuwa latynoska solówka na gitarze. Największym atutem utworu jest natomiast aranżacja wokalu. Bowie śpiewa tutaj w wysublimowanej, delikatnej harmonii. Never Get Old to krótki, przebojowy utwór, z wyraźnym podziałem na zwrotki i refreny. Ponownie prym wiodą tu harmonie, które Bowie stworzył wraz z basistką, Gail Ann Dorsey. Pozytywny odbiór utworu niszczy nieco kiczowata solówka na syntezatorze, dodatkowo wsparta pianinem. The Loneliest Guy przenosi słuchacza w zupełnie inny klimat. To prosta, fortepianowa ballada, dodatkowo wsparta gitarami elektrycznymi z pogłosem. Bowie śpiewa tutaj wyjątkowo subtelnie i wysoko. Brakuje tu jednak punktu kulminacyjnego i czegoś, co bardziej zapadałoby w pamięć. Looking For Water to powrót do klimatów rocka. Na pierwszy plan wysuwa się tu agresywny rytm perkusji nadany przez Sterlinga Campbella. W połączeniu z przenikliwymi gitarami dodatkowo przepuszczonymi przez efekt Whammy, wychodzi iście punkowy kawałek. Głównym elementem kompozycji jest tytułowa fraza, wielokrotnie powtarzana przez Bowiego (po raz kolejny fantastyczne harmonie), która przewija się przez cały utwór. Co ciekawe, brakuje tutaj wyraźnego refrenu. Po raz kolejny słabym punktem jest brzmienie instrumentu klawiszowego – w tym przypadku organów. Brzmią one jak preset wgrany na edukacyjny keyboard Casio. Jeden z ciekawszych utworów na płycie, She’ll Drive The Big Car, przypomina klimat płyty Heathen. Kompozycja opiera się na potężnych, smętnych akordach. Jest tu także miejsce na harmonijkę i mocne syntezatory, a wokal Bowiego z delikatnym przesterem, wydaje się urzekająco melancholijny. Półakustyczne, beztroskie Days przypomina klimatem bardzo źle wyprodukowaną płytę Hours. Rytm tworzą tutaj bębny djembe, a w refrenie pojawia się także perkusja i bas. Nuży wielokrotnie powtarzana fraza śpiewana przez Bowiego, a całkowitym nieporozumieniem jest dziecinne brzmienie syntezatorów (według informacji prasowych gra na nich sam wokalista). Fall Dogs Bomb Moon to, jak przyznał Bowie, utwór napisany w pół godziny. Coś w tym jest, jest na swój sposób prowizoryczny i słabo rozbudowany. To bardzo przeciętny, rockowy kawałek, w którym jedynym ciekawym elementem są liryczne wstawki gitary elektrycznej. Try Some, Buy Some George’a Harrisona to kolejny utwór, który został zniszczony przez klawisze. Imitują tutaj akordeon, chór oraz mandolinę. Efekt jest kiczowaty, a utwór ratuje jedynie wokal Bowiego. Najmocniejszy, punkowy Reality, to zarazem jeden z najlepszych utworów na płycie. Prawdopodobnie dlatego, że jest w nim za mało przestrzeni, żeby słychać było w miksie jakiekolwiek klawisze. Ta przepełniona gitarami kompozycja przywodzi mi na myśl chaotyczne utwory z czasów Trylogii Berlińskiej. Tytułowy kawałek jest bardzo energetyczny i w nienarzucający się sposób także chwytliwy. Zamykający Bring Me The Disco King całkowicie zmienia klimat płyty. Ta typowo jazzowa kompozycja, oparta na samplowanej perkusji (pochodzącej z sesji do albumu Black Tie White Noise), jest popisem pianisty Mike’a Garsona, grającego serię wysublimowanych akordów. Bowie urzeka swoimi partiami wokalnymi, a w ostatnich dwóch minutach zostawia pole do popisu swojemu klawiszowcowi. Ballada odstaje od innych utworów także, jeśli chodzi o długość – trwa bowiem prawie osiem minut.

Reality jest całkiem dobrym albumem, który został mocno zniszczony przez słabą produkcję. Dziwi mnie fakt, że był za nią odpowiedzialny Tony Visconti – człowiek, który wyprodukował z Bowiem kilka świetnych brzmieniowo albumów. Najmocniejszą stroną płyty są urzekające harmonie Bowiego. Album jest zestawem komercyjnych piosenek z niewykorzystanym potencjałem. Klimat Reality bardzo dobrze zresztą oddaje kiczowata, animowana okładka.

WERDYKT: ★★★★★ – przeciętna płyta

David Bowie – No Plan EP (2017) [Recenzja]

To nie koniec – taką wiadomość przekazuje słuchaczom minialbum "No Plan" Davida Bowiego. Płyta jest zbiorem wcześniej niepublikowanych nagrań z sesji do ostatniego studyjnego albumu artysty – "★".

Na epkę składają się cztery kompozycje, w tym trzy premierowe. Płytę rozpoczyna Lazarus, singiel promujący "★", który opisałem we wcześniejszej recenzji. Pierwszy jak dotąd niepublikowany utwór, No Plan, to jazzująca, delikatna ballada. Kompozycja opiera się na lekkiej gitarze i przestrzennych syntezatorach. Bowie śpiewa bardzo sennie, przeciąga kolejne głoski. Szokują słowa, bardzo mocny punkt całej epki, które po śmierci artysty nabierają dodatkowego znaczenia. Pytania w stylu "Czy jestem już w nicości?" można co prawda interpretować jako refleksje dotyczące swojej kariery, ale po śmierci Bowiego ich sens wydaje się oczywisty. Wracając do aspektu muzycznego – mimo że utwór w trakcie trwania nabiera mocy, ma oniryczną atmosferę. Podkreśla ją zamykająca kawałek, stonowana solówka na saksofonie Donny'ego McCaslina. Druga połowa minialbumu stoi pod znakiem mocnego grania. Killing A Little Time to rzecz ocierająca się o metal i przywołująca klimat płyt "1. Outside" oraz "Earthing". Prym wiedzie tutaj riff na przesterowanej, mocnej gitarze, grany przez Bena Mondera. Uzupełnia go mocna, agresywna gra sekcji rytmicznej oraz jazzujące pianino. Momentami pojawiają się także dęciaki, ale ich zadaniem jest raczej tworzenie tła. Bowie dodaje nagraniu charakteru. Swoim patetycznym śpiewem idealnie uzupełnił atonalne dźwięki instrumentów. No i ten tekst: "Mam garść piosenek do zaśpiewania. Żeby ukłuć twoją duszę, żeby cię wychujać". Ciarki. Ostatni numer, When I Met You to najbardziej złożona kompozycja spośród zestawu. Rozpoczyna się od elektronicznego, industrialnego bitu, który niespodziewanie przeradza się w lekką balladę. Cechuje ją nieco przygnębiający, momentami zahaczający o psychodelię (szczególnie w momentach, gdy Bowie śpiewa dwa odmienne teksty jednocześnie). Kompozycja nie ma jednak mocy poprzedniczki, jest tutaj dużo delikatnych gitar i przeszywających syntezatorów Jasona Lindera. To jedyny utwór, w którym tekst wydaje się jednoznaczny i opowiada o miłości.

Niecałe osiemnaście minut zwartego, w większości premierowego materiału Bowiego to wyjątkowy prezent dla fanów. Trzy nowe kompozycje to kontynuacja ostatniej studyjnej płyty muzyka, jej rozszerzenie. Utwory numer 2 i 3 spokojnie znalazłyby na niej swoje miejsce. Aż strach pomyśleć, co jeszcze skrywają archiwa Bowiego. Wyżej przedstawione odrzuty z sesji okazały się być prawdziwymi perełkami.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

David Bowie – "Heroes" (1977) [Recenzja]

David Bowie znany jest z eksperymentów brzmieniowych i raptownych zmian gatunków muzycznych. Jest rok 1977, a Brytyjczyk po wydaniu soulowej płyty "Station To Station" zupełnie zmienił kierunek swoich zainteresowań. Dzięki przeprowadzce do zachodniej części Berlina, zaczyna stawiać pierwsze kroki w zupełnie nowych, nieznanych mu wcześniej rejonach muzyki. Szarą rzeczywistość, którą widzi na ulicach miasta, najlepiej oddaje na "Heroes", drugim krążku nagranym w studiu znajdującym się nieopodal Muru Berlińskiego.

Płyta wywołuje bardzo skrajne emocje. Pierwsze przesłuchanie może okazać się dla słuchacza niemałym zaskoczeniem. Kompozycje cechuje wyjątkowo brudne, niechlujne i chaotyczne brzmienie. Moje pierwsze wrażenie było bardzo złe. Zastanawiam się więc dlaczego wróciłem do tej płyty i regularnie jej słucham. Prawdopodobnie dlatego, że to naprawdę wyjątkowy i przemyślany materiał. Wymaga jednak zupełnie innego spojrzenia na muzykę. Płytę otwiera Beauty And The Beast, oparty na dyskotekowym rytmie i funkowej gitarze. W opozycji słyszymy natomiast przesterowany, niepasujący do reszty, syntezator. Całość uzupełnia niski wokal Bowiego i wysokie chórki Antonii Maass. Równie przebojowy jest Joe The Lion, który tworzą przede wszystkim gitary elektryczne. W partii Bowiego jest dużo melodeklamacji i teatralności. Są też przenikliwe krzyki (także chórków), czy atonalne, końcowe solo Roberta Frippa, kojarzonego z King Crimson. To wszystko zawiera się w niespełna trzech minutach. Mimo szybkich rytmów, już od początku albumu przejawia się wszędzie duch eksperymentu. Taki jest też Blackout, w którym riff tworzy skrzeczący, przenikliwy syntezator i swingujący bas. Tło uzupełnia też mocna perkusja, pianino i elektroniczne wstawki. Bowie brzmi paranoicznie, przeplata krzyki z melodeklamacją. Na płycie nie brakuje też utworów z elementami orientalnymi (po które Bowie sięgnie odważniej dwa lata później, na płycie "Lodger"). Jednym z nich jest Sons Of The Silent Age, stonowany utwór w onirycznym klimacie. Tworzy go saksofon, na którym główny riff gra Bowie, oraz gitary elektryczne z phraserem. Warto zwrócić uwagę na brzmienie perkusji Dennisa Davisa. Jest ona wyjątkowo płaska, brzmiąca bardzo modernistycznie. Jest niczym automaty perskusyjne z XXI wieku, które są używane na klubowych scenach. Innowacje słychać także w Heroes, jedynym utworze z płyty, który osiągnął komercyjny sukces. Ten najdłuższy, ponad sześciominutowy utwór, opiera się na dwóch sekwencjach akordów. Cały sekret kompozycji tkwi na narastającej dynamice kolejnych zwrotek i refrenów. Wyraźnie podkreślają to kolejne wersy – początkowo mówione, a pod koniec wykrzykiwane. Bowie opowiada tutaj historię pary, spotykającej się nieopodal muru. Bardzo dynamiczna sekcja rytmiczna stonowana jest przestrzennymi syntezatorami Briana Eno oraz gitarami Frippa. Ten drugi wykorzystał sprzęganie zachodzące między wzmacniaczem a dwoma magnetofonami i nagrał trzy przenikliwe partie. Płyta ma bardzo zmienny klimat i obrazuje skrajne stany emocjonalne. Te najbardziej melancholijne i ponure obrazują cztery utwory instrumentalne, połączone w jedną suitę. Najlepiej dokumentują one także współpracę Bowiego z wcześniej wspomnianym Eno, prekursorem muzyki ambientowej. Pierwsza kompozycja, V-2 Schneider, to mieszanka przebojowości wyżej opisanych utworów z poniższymi, typowo ilustracyjnymi. Został tu jeszcze energiczny rytm oraz mocne gitary i organy Hammonda. Od szumów wiatru zaczyna się druga część suity, Sense Of Doubt. To kompozycja oparta na sekwencji akordów granych na fortepianie i syntezatorze. Pojawia się ona z kilkunastosekundowymi przerwami, między którymi słychać różne instrumenty klawiszowe i dziwne odgłosy. Utwór ma beznadziejny, niemal depresyjny nastrój, nie ma tu miejsca na zwrot akcji, pozytywny akcent. Bowie fantastycznie oddał tytułowe "poczucie zwątpienia". Z szumów wiatru wyłania się już Moss Garden, najbardziej ambientowy utwór w zestawie. Pięciominutowe nagranie oparte jest na jednym akordzie, a uwagę przykuwa tutaj przede wszystkim solo Bowiego na koto – tradycyjnym, strunowym instrumencie z Japonii. Tło wypełniają szumy, przestrzenne, wysublimowane gitary oraz delikatne syntezatory. Jest tu dużo melancholii i spokoju. To swoiste wytchnienie między poprzednim utworem, a nastepującym Neuköln. Ostatnia z instrumentalnych kompozycji na płycie przeypomina klimatem Sense Of Doubt. Dużo tutaj ponurych gitar, Hammondów i przesterowanego pianina. Instrumentem solowym jest saksofon (w roli głównej ponownie Bowie), którego gra jest wyjątkowo szarpana, "płacząca", a momentami nawet nieprzyjemna dla ucha. Utwór jest muzyczną ilustracją Neukölln, jednego z berlińskich blokowisk. Ten depresyjny klimat częściowo zaciera The Secret Life Of Arabia, który zamyka album. Jest to delikatna kompozycja z rytmem disco i dużą ilością oreintalnej elektroniki. Utwór prowadzi swingujący bas George'a Murray'a oraz delikatne gitary Carlosa Alomara. Po dużej dawce patetycznego grania, utwór jest swoistym powrotem do normalności.

Płyta wymaga od słuchacza wiele poświęcenia. Na tym poziomie muzycznym chaos i brudne brzmienie muzyki są umyślne i zaaranżowane przez muzyków. Ta bariera może okazać się dla niektórych nie do pokonania, ale po jej przełamaniu otrzymujemy wyjątkowy, wielowątkowy i niezwykle klimatyczny album.

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – płyta bliska ideału

David Bowie – ★ /Blackstar/ (2016) [Recenzja]


Albumy wywołujące coś więcej niż ekscytację fanów i krytyków są rzadkością. Taki wydaje się być Blackstar (w oryginalnej pisowni "★"), jak się okazało, ostatnia płyta Davida Bowiego. Jest napakowana skrajnościami – wieloma gatunkami muzycznymi pozornie niemożliwymi do połączenia. To najtrudniejsza płytą artysty od ponad dwudziestu lat (a dokładniej albumu Outside), a odniosła prawdopodobnie największy od lat 80., komercyjny sukces.

Ciężko opisywać tą płytę bez zwrócenia uwagi na śmierć Bowiego zaledwie dwa dni po jej premierze. Wiele wersów z ★ można z łatwością interpretować jako pożegnanie artysty. Krążek rozpoczyna się od tytułowego utworu. To prawie dziesięciominutowa, jedna z najdłuższych kompozycji muzyka w karierze. Opiera się na trzech częściach zbudowanych z dwóch motywów. Pierwszy, otwierający i zamykający suitę jest mroczny, oparty na motywach arabskich. Głos Bowiego przypomina chorał i jest przepuszczony przez efekt balansujący wysokością dźwięków. Co ciekawe, brak tutaj refrenu. Dynamizm utworu podkreśla agresywnie grająca sekcja rytmiczna – Tim Lefebvre na basie i Mark Guiliana grający niepowtarzalny rytm na perkusji. Całość ozdobiona jest rytmicznymi syntezatorami, smykami oraz rwanymi solówkami saksofonu. W środkowej części kompozycja nabiera charakteru typowego dla Bowiego. Tu jego głos jest delikatny, wspierany chórkami. Całość brzmi bardzo bluesowo i ozdobione jest brzmieniem dęciaków (dozwolone skojarzenia z twórczością artysty z lat 80.). Tytułowy Blackstar – postać często opisywana jako nowa persona Bowiego, jest bardzo tajemnicza i ciężko ją interpretować. Zastanawia fakt odkryty przez fanów – twierdzą, że utwór odtworzony od tyłu zawiera tekst, częściowo po francusku, poświęcony Lucyferowi. Równie dwuznacznym utworem wydaje się być Sue (Or In A Season Of Crime), w którym podmiot w chaotyczny sposób zapewnia tytułowy obiekt wetchnień, że wspólna przyszłość będzie udana. Dowiaduje się jednak, że Sue go zdradza. Całości akompaniuje najmocniejszy podkład na płycie, pełen piskliwych gitar, ostrych syntezatorów i nerwowych perkusyjnych uderzeń. O relacji damsko-męskiej traktuje także Tis' A Pity She Was A Whore, jednak w sposób bardziej symboliczny. Opisana napaść tytułowej "kurwy" na podmiot jest, jak przyznało środowisko artysty, nawiązaniem do początku I wojny światowej. Utwór charakteryzuje się hip-hopowym, bardzo szybkim rytmem. Nie zostawia zbyt wiele przestrzeni dla innych instrumentów, w tle słyszalne są tylko syntezatory i chórki. Całość zdobią wyjątkowe partie saksofonu i pianina, których dźwięki grane są z coraz szybszą częstotliwością. Podobny charakter ma Girl Loves Me, który jest równie rytmiczny, lecz zdecydowanie lżejszy. O brzmieniu stanowią szarpane dźwięki syntezatorów i basu. Wydaje się, że Bowie porzuca momentami śpiew na rzecz rapowania. Nurtuje powtarzane, bliżej niezrozumiałe hasło "Where the fuck did Monday go?" oraz nienaturalne podjazdy wokalne Bowiego na końcu wersów. Ciekawostką jest tekst będący mieszanką Polari – języka uzywanego w latach 60. przez środowiska gejowskie w Wielkiej Brytanii, będącego połączeniem angielskiego i włoskiego oraz Nadsat – fikcyjnego języka stworzonego na potrzeby "Mechanicznej Pomarańczy" przez Anthony'ego Burgessa. Stonowana ballada Lazarus, oparta na dźwiękach instrumentów dętych i delikatnych gitar, zaciekawia przede wszystkim tekstem. Jest uważana za podsumowanie życia Bowiego, śpiewa on bowiem, że znajduje się w Niebie, a "blizny, których nie zobaczysz" były kojarzone przez fanów z rakiem, z którym artysta walczył pod koniec życia i utrzymywał ten fakt w tajemnicy. W utworze wyróżnia sie długa, pełna emocji, solówka na saksofonie w wykonaniu Donny'ego McCaslina. Koniec płyty w porównaniu z wcześniejszymi kompozycjami, może wprawić w zadumę. Dollar Days to utwór bazujący na fortepianie i gitarze akustycznej. Stopniowo dochodzi również akustyczna perkusja, jej automatyczny odpowiednik oraz przestrzenne syntezatory obsługiwane przez Jasona Lindnera. Utwór ma nihilistyczny tekst, w którym opisane jest życie prostytutki. Może to być jednak przedziwna metafora opowiadająca o autorze słów. W obliczu jego śmierci w pamięć zapada przede wszystkim powtarzany idiom  "I'm dying to" – "bardzo chcę", który zawiera czasownik "to die" – "umierać". Kompozycja najprawdopodobniej przekazuje emocje Bowiego, który godzi się z losem i jest gotowy na każdą, nawet najgorszą ewentualność. Po krótkim, gitarowym solo pojawia się energetyczne brzmienie automatu perkusyjnego – rozpoczyna się I Can't Give Everything Away. Pomiedzy szybką sekcją rytmiczną odnaleźć można brzmienia syntezatorów, saksofonu oraz harmonijki (która, jak sprytnie zauważono, przywołuje motyw z A New Career In A New Town z płyty "Low"). Utwór ma bardzo podobną strukturę do poprzednika, po krótkich zwrotkach uwagę przykuwa wielokrotnie powtarzana fraza. W tym utworze jest ona wyjątkowo prosta do rozszyfrowania – "nie mogę oddać wszystkiego", jakby Bowie chciał podkreślić swoje ambicje lub mnogość przemyśleń, którymi nie zdążył podzielić się z fanami. Między wersy pod koniec utworu wkradają się również organy hammonda i kolejne solo na gitarze Bena Mondera. Całość kończy się dosyć nieoczekiwanie, jakby od niechcenia, zbliżający się koniec podkreślają jedynie delikatne, syntezatorowe wstawki. Zupełnie w taki sposób, w jaki odszedł David.

Wydawanie werdyktu zawsze sprawia duży problem. Nie sposób sprawiedliwie zaszufladkować album oraz skonfrontować jego słabe i mocne strony, jednak ★ to dzieło, które bez cienia wątpliwości zasługuje na najwyższą notę. To nieprawdopodobne, że blisko siedemdziesięcioletni człowiek był w stanie stworzyć tak odważną, nietuzinkową i (o ile w XXI wieku można jeszcze tego dokonać) innowacyjną muzykę. Dziesięć gwiazdek za groteskowe, ale udane pomysły, przenikanie się skrajnych stylów i niepowtarzalny, niemożliwy do zdefiniowania klimat płyty. W obliczu tego dzieła można stwierdzić, że David uczynił ze swojej śmierci sztukę, niczym średniowieczni bohaterowie utworów kojarzeni z definicją "ars moriendi".

WERDYKT: ★★★★★★★★★★ - przełomowa płyta!

David Bowie – Heathen (2002) [Recenzja]

Ucieczki legend rocka w stronę nowoczesnych brzmień często kończą się nieporozumieniem. Takie ryzyko podejmował też kameleon muzyki poprockowej, David Bowie, w obliczu narastającej popularności samplerów i cyfrowych brzmień. Rezultat w postaci płyt "Earthling" i "Hours" z końca lat 90. nie zadowalał fanów artysty oraz krytyków. Na albumie "Heathen" Bowie powrócił do swojego charakterystycznego brzmienia z lat 70., a syntetyczne brzmienia XXI wieku posłużyły mu wyłącznie do ozdobienia całego dzieła. Rezultat okazał się zaskakujący.

Zadziwiać może już pierwszy utwór. Sunday to rozbudowana kompozycja oparta na przetworzonym, kameralnym brzmieniu gitary i zsamplowanych perkusjonaliów. Głos Bowiego pojawia się już od pierwszych sekund, jest wyjątkowo patetyczny i dostojny. W momencie kulminacyjnym do ambientowego brzmienia dochodzi sekcja rytmiczna i utwór nabiera dynamiki. Całość zrobiona z pomysłem i zaskakującą estetyką – tego brakowało w muzyce Davida w poprzedzających latach. Zarówno muzyka, jak i tekst zwiastują całość albumu. Tematem przewodnim "Poganina" jest relacja człowieka z Bogiem oraz przeświadczenie o nietrwałości znanego nam świata. Problemy te przedstawia również wybitny I Would Be Your Slave, bezpośrednio kierowany do Pana. Podmiot traci wiarę w Jego możliwości i oferuje swoje posłuszeństwo w zamian za znak od niebios. Jest również przekonany, że Bóg szydzi z niego. Ta depresyjna wizja zobrazowana jest również patetyczną muzyką opartą na szybkim, jazzowym rytmie i niespokojnych, powolnych smykach. Ta mieszanka, ubarwiona oszczędnymi syntezatorami i gitarą elektryczną tworzy wyjątkowo wysmakowaną i niepowtarzalną kompozycję. Trzecim utworem pasującym klimatem do poprzednich jest synth-popowy Heathen (The Rays). Ponownie w roli głównej przetworzona gitara Gerry'ego Leonarda oraz przeszywające syntezatory i śladowe ilości sampli. Interesująca jest gra perkusji – cały utwór opiera się wyłącznie na nieprzerwanie uderzanej basowej stopie. Układ akordów i niespokojne jęki Bowiego sugerują posępną tematykę kompozycji. Podmiot sugeruje brak nadziei, jakby po braku odzewu ze strony Boga wiedział, że to nie On jest jej nosicielem. Co ciekawe, posępne utwory są przeplatane z mocnym, rockowym graniem. Tak jest w Afraid czy coverze zespołu Pixies, Cactus. Warto zwrócić uwagę na tekst tego pierwszego, który jest przemyśleniami małego chłopca naiwnie wierzącego w lepsze jutro. Nawiązania do niego można znaleźć w dziwacznym A Better Future. Kompozycja oparta na wyraźnym rytmie przypomina dziecinną wyliczankę, a w refrenie nabiera dramatyzmu. Podmiot naiwnie grozi Bogu, że jeśli nie spełni On jego próśb, porzuci wiarę. Zdecydowanym ukłonem w stronę pierwszych lat twórczości muzyka jest ballada Slip Away bazująca dźwiękach fortepianu i nieużywanego przez Bowiego od lat 60. Stylophone'u – kieszonkowego syntezatora. Jedynym nieporozumieniem na płycie wydaje się być natomiast singlowy Everyone Says 'Hi', który ma zbyt wakacyjny i sielankowy klimat. Przesadzony wydaje się także tekst w formie listu do ukochanej. Mimo przebojowego charakteru, utwór skończył na niskich miejscach notowań przebojów.

"Heathen" to wyjątkowo prywatna płyta Bowiego. W wywiadach artysta wielokrotnie przyznawał, że sam nazywa siebie "poganinem" i nie przekonuje go żadna wiara. Większość utworów w zestawie przedstawia jego przekonania i pesymistyczne przemyślenia dotyczące przyszłości. Album jest mieszanką kompozycji dynamicznych i refleksyjnych, jednak mimo doskonałej produkcji jest bardzo spójny stylistycznie. Szlachetny pop w najlepszym wydaniu.

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – album bliski ideału