Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep Purple. Pokaż wszystkie posty

Deep Purple – Whoosh! (2020) [Recenzja przedpremierowa]


Z taką częstotliwością nie nagrywali od lat 90., z takimi sukcesami artystycznymi  od lat 70. Na stare lata Deep Purple wróciło do formy. Po problemach zdrowotnych muzyków i długiej przerwie w studio, brytyjskie legendy rocka wydają już trzeci album w ciągu siedmiu lat. Whoosh! to kontynuacja dwóch poprzednich krążków, ale w zdecydowanie bardziej przebojowej formie. To zaleta czy wada?

Pisząc o płycie, nie sposób nie wspomnieć o jej poprzedniczkach  "Now What?!" oraz "InFinite". Obie płyty były nieoczekiwanym zwrotem akcji. Nowy producent, Bob Ezrin (znany m.in. ze współpracy z Kiss czy Pink Floyd), postawił sprawę jasno: panowie mają grać bez względu na długość utworów i ich przebojowość. Dzięki temu Deep Purple wróciło do grania z progresywnym, a momentami nawet psychodelicznym pazurem. 

Otwierający Throw My Bones zwiastuje odmienne podejście do tematu. To przebojowy, singlowy kawałek, który w żadnym przypadku nie przypomina nastrojowych, rozwijających się otwieraczy z dwóch poprzednich płyt. Tego brzmienia nie da się pomylić  bluesująca gitara, sączący się hammond i wyrazisty rytm. Całość wzbogaca symulacja smyków, grana przez Dona Aireya  najprawdopodobniej na jego Kurzweilu. Są wyraziste refreny, są solówki  obiecujący początek płyty. Drop The Weapon rozpoczyna się od gitarowo-organowej struktury. Powtarzający się, intrygujący motyw, szybki rytm i prosty refren  mamy do czynienia z kolejną propozycją na singiel. Ciekawym rozwiązaniem jest przejście w bridge'u z typowego rytmu 4/4 na 6/4. We're All In The Same Dark to kontynuacja klimatu poprzedniego utworu. Wysoki śpiew Iana Gillana uzupełniają chórki  również jego autorstwa. Trudno znaleźć tu jednak coś, co przyciągnie na dłużej naszą uwagę i da pretekst do ponownego przesłuchania. Jeśli musiałbym scharakteryzować ten utwór, to byłby "ten z bluesową gitarą Morse'a"  bo rzeczywiście gitarzysta gra tu na nieco słabiej przesterowanej gitarze. 

Nothing At All! Jeden z najciekawszych utworów na płycie, który bardzo wdzięcznie łączy przebojowość z kunsztem i techniką wykonawców. Chwytliwy i podniosły motyw, w którym Airey mistrzowsko uzupełnia się z Morsem, jest z pewnością inspirowany muzyką klasyczną. Sam Ian Gillan, który napisał tekst o niszczycielskim wpływie człowieka na przyrodę (matka natura jest opisana jako "old lady"), stwierdził, że to jego ulubiona kompozycja z nowej płyty. Po wyciszeniu słyszymy potężny akord hammonda Aireya. To przecież początek Perfect Strangers!  Nic z tego  to Need To Shout. To swoiste puszczenie oczka do słuchacza jest chyba najbardziej pomysłowym fragmentem całej kompozycji. Brakuje tu charakterystycznego motywu przewodniego czy oryginalnych solówek. Co prawda, Airey po raz pierwszy decyduje się tu na solowe pianino, ale brzmi wtórnie. Utwór spokojnie mógłby trafić na album pokroju "Bananas". Z pomocą nadchodzi Step By Step  tajemniczy i mroczny utwór w ujmującym rytmie 6/4. Ciekawie brzmi tu wokal Gillana, wspierany dodatkowo dogranymi harmoniami. Jeszcze jeden chórek "z klawisza" jest tu jednak absolutnie zbędny. Intrygują motywy, naastępujące po zwrotkach, intryguje również solówka Aireya na organach. Nie jest to jednak brzmienie klasycznego hammonda - wyróżnia się piskliwością i niedostrojeniem. What The What to zdecydowanie najsłabsza kompozycja, która trafiła na "Whoosh!". Fortepianowy blues może kojarzyć się z dokonaniami Gillana z jego pierwszym zespołem The Javelins. Odsyłam również do bonus tracka z "Now What!?" - It'll Be Me.
 
The Long Way Round to nieśmiały desant w kierunku bardziej rozbudowanego grania. Rytm narzuca tu żywiołowa gitara Morse'a, wspierana dodatkowo hammondowymi akcentami Aireya. Powtarzający się motyw gitarowy może kojarzyć się z The Mule. Ciekawym dodatkiem są tu pasaże instrumentalne  najpierw solówka na Moogu, a na koniec przestrzenne outro. Pianino z orkiestralnym layerem to już aireyowski klasyk. Do tego charakterystyczna, tłumiona gitara z dużą ilością delayu. Kiedy atmosfera gęstnieje, nagle wszystkie instrumenty rozstrajają się i stopniowo obniżają ton  efekt jest bardzo ciekawy i klaustrofobiczny. Mocny bas zwiastuje The Power Of The Moon. Takiego utworu purple jeszcze nie popełniły. Przenikliwy motyw na fortepianie i bliżej niezidentyfikowanych klawiszach, powtarza się zapętlony w trakcie zwrotek. Wokal Gillana udanie moduluje phraser. Z tajemniczymi zwrotkami kontrastuje mocny i prosty refren. Nie brakuje również solówek  kolejno Morse'a i Aireya. Warto dodać, że w kompozycji wyjątkowo mocno wybija się bas Rogera Glovera, który wielkim technikiem nie jest, solówek nie gra, ale szarpie struny ze szwajcarską precyzją. Czas na instrumentalny jam  Remission Possible. Hammond jest przesterowany, niczym ten Lorda, na pierwszych płytach kwintetu. Gitarowy, spieszny motyw jest bardzo luźnym nawiązaniem do solówki z Child In Time. Pod koniec taktów uwagę zwraca na siebie Ian Paice z udanymi i wybijającymi się przejściami na bębnach. Mniej więcej w połowie tego półtoraminutowego utworu przychodzi ulga  organy jedynie sączą się gdzieś w tle, a uwagę słuchacza przyciąga gitara Morse'a, niemal żywcem wyciągnięta z Uncommon Man.
Instrumental płynnie przechodzi w Man Alive. To najbardziej złożony utwór na płycie. Brzmienia orkiestry, chórki Gillana, do tego delikatne uderzenia Paice'a z nałożonym tykaniem zegara. Spokojne momenty z recytacją wokalisty, poprzecinane są dynamicznymi i ostrymi zwrotkami z charakterystycznym riffem. To, jak na Purpli, bardzo elektryczny i skomplikowany brzmieniowo utwór. Mam wręcz wątpliwości, czy zespół da radę grać kawałek na żywo bez nakładek z playbacku  a przecież to singiel promujący płytę. Uwagę przyciąga tu także tekst – Gillan mówi i śpiewa o postapokaliptycznej wizji ziemi. "Matka natura lubi pustkę, więc Ziemia została wyczyszczona". Nagle morze wyrzuciło coś na brzeg  to jedyny, żywy człowiek. Warto dodać, że w klimatycznym outro z tykającym zegarem, pojawia się tytułowa fraza płyty  "Whoosh!". To onomatopeja, która według Gillana symbolizuje przemijanie ludzkiej populacji na Ziemi i podsumowuje karierę Deep Purple. Ciekawostką jest uzupełnienie w postaci instrumentalnego And The Adress. To remake pierwszego utworu z debiutanckiego krążka "Shades Of Deep Purple". Kompozycja nagrana 52 (!) lata temu przez skład Blackmore/Lord/Simper/Evans/Paice brzmi w 2020 roku bardziej dynamicznie i mocniej. Jedynym członkiem zespołu, który zagrał w obu wersjach, jest perkusista. Płytę zamyka dramatyzujące i momentami elektroniczne Dancing In My Sleep. Rytmiczną kompozycję dekorują dostojne smyki i wyjątkowo udany, chwytliwy motyw. Poza konkretnymi momentami można jednak odnieść wrażenie, że słyszeliśmy to już wcześniej.

"Whoosh!" to przedziwne połączenie charakterystycznego, rockowego grania z eksperymentami brzmieniowymi. Nie wszystkie nowe pomysły są udane, ale muzykom udało się jednak raz na jakiś czas zaskoczyć świeżym brzmieniem. To nierówny album. Część kompozycji aż prosi się o rozwinięcie i dopisanie do nich ciekawych, instrumentalnych pasaży. Z drugiej strony, niektóre utwory są z kolei mocno wtórne i pełnią rolę wypełniaczy. Jedno zespołowi udało się na pewno  zachować w nagraniach charakter występu na żywo. Utwory były bowiem w większości nagrywane na tzw. "setkę". 

WERDYKT: ★ - płyta z przebłyskami 

Deep Purple – Tauron Arena Kraków, 03.12.19 (The Long Goodbye Tour) [Relacja]

Mieli już kończyć, ale jak na razie ich obietnica na szczęście nie została spełniona. Deep Purple wydali najpierw swój "pożegnalny" krążek InFinite przed dwoma laty, by wyruszyć w The Long Goodbye Tour. Teraz wiemy już, że jest "even longer", a w trzecim roku trwania trasy Brytyjczycy zawitali ponownie do Krakowa. Co zaprezentowali?

Prawie dwugodzinne show w Tauron Arenie rozpoczęło się od podniosłych dźwięków Mars, the Bringer of War Gustava Holsta. Po orkiestrowym intrze na scenie pojawili się muzycy i zaintonowali Highway Star. Klasyczny purplowy otwieracz zastąpił w trakcie trasy Time For Bedlam, o którym nieco później. Seniorzy grali z pasją, a Ian Gillan, który przez lata miał słabszą dyspozycję wokalną, udowadniał, że bez problemu potrafi śpiewać czysto i mocno. Bez zbędnych przerywników zespół rozpoczął Pictures Of Home. Muzycy w ostatnich latach chętnie wracają do charakterystycznego riffu. Mimo niekończących się improwizacji utwór został odegrany w duchu nagrania studyjnego z 1972 roku. Zupełnie, jak na płycie Machine Head, muzycy urwali w pewnym momencie solówkę, pozostawiając pole do okrzyków krakowskiej publiczności. Kolejne wybory zespołu z klasycznych płyt – Bloodsucker i Demon's Eye – poderwały tych, którzy nie obudzili się jeszcze po popołudniowej kawie. Precyzja i wirtuozeria w jednym, z dużą dawką muzycznego poczucia humoru. 


Ciekawe, że pominięto absolutny szlagier ostatnich lat, Strange Kind Of Woman. Stały element programu koncertów mógł się już fanom przejeść. Po krótkim przywitaniu i tradycyjnych, niekończących się opowieściach Gillana, czas na nowszy repertuar. Na początek Sometimes I Feel Like Screaming, z ulubionej, jak przyznał przed koncertem basista Roger Glover, płyty Purpendicular. Riff zaintonował gitarzysta Steve Morse, a subtelności dodawały smaczki grane na talerzach przez Iana Paice'a. W śpiewaniu refrenu do Gillana próbowali dołączyć Glover i Morse, ale wokalista tak wczuł się w rolę, że nieumyślnie zabierał mikrofon sprzed nosów swoich kolegów. Czas na solówkę Steve'a Morse'a – rozbudowanym i nieco chaotycznym intrem otworzył Uncommon Man. Utwór z niezwykle udanej płyty Now What?! z 2013 roku jest już stałym punktem koncertów Deep Purple i gości w setliście nieprzerwanie od sześciu lat. Tytułowym "niezwykłym człowiekiem" był oczywiście były klawiszowiec zespołu, Jon Lord, który odszedł w trakcie tworzenia płyty. Jego zdjęcie pojawiło się na telebimach po zakończeniu kawałka. Lazy było popisem następcy Lorda, Dona Aireya. Rozbudowane intro na organach Hammonda przerodziło się w klimatyczny, bluesowy jam. Gillan, który w trakcie popisów instrumentalnych lubi uciekać ze sceny, wyłonił się zza kulis w czapce św. Mikołaja i zagrał solo na harmonijce ustnej. 


Koniec żartów, krakowską Tauron Areną zawładnęły złowrogie, niskie syntezatory. To Time For Bedlam, jedyny reprezentant ostatniej płyty zespołu. Kapitalny utwór z solówką rozpisaną na organy i gitarę z charakterystycznym przesunięciem akcentów. Gillan śpiewał z wyjątkowym zaangażowaniem, momentami nawet wyżej, niż w wersji studyjnej. Panowie nagle zniknęli ze sceny. Pozostał na niej tylko Airey, który zaprezentował szeroką paletę swoich brzmień – począwszy od kombinacji z syntezatorem Mooga, przez fragmenty Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zagrane na pianinie, po solo na Hammondzie. Intonując charakterystyczny motyw, przechodzimy płynnie do Perfect Strangers, w trakcie którego robiło się coraz goręcej i coraz bardziej emocjonalnie. Zespół zakończył podstawowy set kolejnymi szlagierami – Space Truckin' i Smoke On The Water, a wspomagał go chór w postaci tysięcy gardeł. Muzycy nie musieli się długo prosić o powrót na scenę. Zagrali – co już chyba oczywiste – Hush i Black Night. Wersje napakowane solówkami i cytatami z innych wykonawców. Była zabawa, było wspólne śpiewanie. Muzycy grają jednak taki sam bis od lat i w tym przypadku mogło brakować świeżości.


Już wiemy, że to nie ostatnie "goodbye" wiekowych Brytyjczyków. W październiku przyszłego roku zespół wraca na koncert do Łodzi. Niewykluczone, że z nowym materiałem, bo pojawiają się plotki o kolejnym albumie na wiosnę przyszłego roku. I bardzo dobrze – Deep Purple to stan umysłu, jeden z ostatnich zespołów, który gra bez click tracków, gdzie to wizualizacje na ekranach muszą się dostosowywać do muzyków, a nie na odwrót. Niech grają tak długo, na ile starczy im sił, bo nadal mają moc.

Deep Purple – Katowice, 24.05.2017 (The Long Goodbye Tour) [Relacja]

Stało się. Po prawie pięćdziesięciu latach na scenie, Deep Purple, legenda brytyjskiego rocka, żegna się z fanami kolejnych europejskich krajów. Pod koniec maja muzycy zagrali  swoje (prawdopodobnie) ostatnie koncerty w Polsce. Zespół przyjechał do Katowic dzień po występie w łódzkiej Atlas Arenie i zagrał w Spodku. To był mój pierwszy koncert Purpli, przed którym nie zapoznałem się wcześniej z tym, co zespół zaprezentował w innych miastach. Opłacało się, dzięki temu muzycy wielokrotnie mnie zaskoczyli.

Brytyjczycy promowali występem swoje najnowsze wydawnictwo, wydany miesiąc wcześniej, album "InFinite" (recenzja w LINKU). Byłem więc szczególnie ciekawy, w jakim stopniu zespół zaprezentuje widzom materiał z tej płyty. Odpowiedź przyszła bardzo szybko – koncert otworzyły złowieszcze syntezatory Time For Bedlam. Na środku sceny pojawił się Ian Gillan, który zaintonował niskie, patetyczne intro. Z pierwszym uderzeniem perkusji do akcji wkroczył cały zespół. Wokalista zgubił co prawda rytm w pierwszej zwrotce i zapomniał wersów w drugiej, ale to było naprawdę kapitalne, mocne i przejmujące otwarcie koncertu. Bez chwili przerwy, purpurowi przeszli do Fireball, szybkiego i klasycznego grania zespołu. Utwór zabrzmiał potężnie, a punktem kulminacyjnym był charakterystyczny motyw zagrany przez Dona Aireya na przesterowanych Hammondach. Bloodsucker, podobnie do poprzedniego utworu, był sporym wyzwaniem dla Gillana, który zdecydowanie gorzej radzi sobie w dynamicznych, szybkich piosenkach, w których nie ma czasu na wytchnienie. Z racji screamów w oryginalnym nagraniu, zmienił nieco partię wokalną i utwór obronił się na żywo. Ciekawą wymianę solówek pokazali Airey i gitarzysta, Steve Morse.

W Spodku zapanowała prawdziwie purplowa atmosfera. Stały punkt koncertów, Strange Kind Of Woman, wypadł bardzo solidnie. Gillan dobrze czuje się z ogranym repertuarem i nawet spokojny bridge w rytmie walca, który wymaga od niego naprawdę wysokich rejestrów, śpiewa bez najmniejszego błędu. Tradycyjnie, kawałek kończyła wokaliza frontmana, którą Morse odtwarzał na gitarze. Gillan nie omieszkał rezygnować ze swojego humorystycznego zagrania i w pewnym momencie zamiast kolejnego wyciągania dźwięków opowiedział gitarzyście ponad minutową historię o ukochanej kobiecie. Reakcją Morse'a był zlepek zupełnie przypadkowych dźwięków. "Exactly" skwitował wokalista. W taki sposób zespół zakończył segway klasyków. Kolejnym fragmentem z "InFinite" okazał się Johnny's Band, utwór oparty na prostym riffie w stylu AC/DC. Z pozoru przebojowa kompozycja, nie porwała Spodka i nie wniosła do koncertu niczego nowego i wartego zapamiętania. Mistrzostwem był natomiast sposób zapowiadania kawałka. Gillan opowiadał, że chętnie poszedłby do fryzjera, żeby ściąć swoje włosy. Niestety, nie był przekonany, jaką fryzurę wybrać i zarzucił ten pomysł. W połowie zdania przerwał mu zespół, który grając pierwszy akord utworu, zagłuszył frontmana. Wyjątkowo wyszukane, brytyjskie poczucie humoru. Niespodzianką okazał się Uncommon Man pochodzący z przedostatniej płyty zespołu, "Now What?!". Purple szybko zapominają o swoich poprzednich płytach i rzadko zdarza się, że nowsze utwory zostają na dłużej w setliście. W tym przypadku ta nader udana kompozycja została nowym koncertowym szlagierem. W Spodku nieznacznie przedłużono jej subtelne intro, opierające się na przestrzennej, eterycznej gitarze Morse'a i syntezatorach Aireya. Gillan brzmiał pewnie i uzupełniał refrenowy riff. Mocnym punktem była nieco orientalna solówka na organach Hammoda, którą katowicka publiczność uzupełniła rytmicznymi oklaskami. Kolejną, nomen omen, niespodzianką był rozbudowany The Surprising. Nowy utwór spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem publiczności, prawdopodobnie dzięki udanym nawiązaniom do muzyki lat 60. i kapitalnej, przejmującej partii Aireya na pianinie, w trakcie której Spodek ogarnęła cisza. Utwór został zagrany nieco wolniej niż wersja studyjna, prawdopodobnie ze względu na skomplikowany rytm grany przez Iana Paice'a. Warto zwrócić uwagę na częstszą obecność Gillana na scenie w trakcie tej trasy. W poprzednich latach jego zejścia za kotarę w trakcie partii instrumentalnych były zdecydowanie częstsze. Wraz z solówką Aireya na Hammondach rozpoczęło się Lazy, blues ulubiony przez fanów. Było tutaj dużo swobody i zabawy, której brakowało w poprzednich, bardziej progresywnych kompozycjach.

Do takich klimatów zespół wrócił natomiast w Birds Of Prey, czwartym i ostatnim tego wieczora utworze z nowej płyty. Mocny riff gitarowy wspierany przez przeszywające dźwięki syntezatora Moog był kolejnym powiewem świeżości w setliście Deep Purple. Warto zauważyć, że muzycy przeszli w połowie utworu do niższej tonacji. Wszystko po to, żeby Gillan bez problemu wyciągnął najwyższe partie w kompozycji. Wisienką na torcie była rozciągnięta na wiele taktów, wysublimowana solówka Morse'a. Zaskoczył Hell To Pay, który potwierdził, że muzycy bardzo cenią sobie płytę "Now What?!". Atmosfera robiła się gorąca i coraz więcej widzów zaczynało się bawić. Miłym akcentem był wyraźny refren, który Gillan zaśpiewał wspólnie do jednego mikrofonu z Morsem i basistą, Rogerem Gloverem. Od ponad dziesięciu lat stałym elementem koncertu Deep Purple były solowe, kilkuminutowe występu Aireya i Morse'a. Tym razem swoje "pięć minut" dostał tylko ten pierwszy. W trakcie solówki pokazał cały przekrój swoich charakterystycznych brzmień, począwszy od elektronicznych brzmień Mooga i kiczowatych wstawek orkiestrowych, kończąc na nutach Marszałka Dąbrowskiego oraz fragmentach Szła Dzieweczka Do Laseczka i etiudy Chopina zagranych na fortepianie. Polskie akcenty spotkały się ze świetnym odbiorem widowni. Uderzając w klawisze organów, Airey zapowiedział Perfect Strangers. Brawurowe wykonanie utworu porwało do zabawy cały Spodek. Podobnie było w przypadku Space Truckin' oraz Smoke On The Water, które zamykały podstawowy set. Muzycy zagrali je tak jak zawsze – solidnie i bez nowych udziwnień. Ciekawym akcentem był film ilustrujący ostatni kawałek, prezentujący fragmenty gazet mówiące o pożarze w Montreaux, który jest tematem popularnego "Dymu na wodzie". Zespół wrócił na scenę po kilku chwilach i zagrał standardowy zestaw bisów – Hush i Black Night, klasyki z chwytliwymi riffami, które śpiewał chyba każdy widz. Przyznam, że ogrywanie niezliczony raz tych samych kawałków było dla mnie niezbyt ekscytującym doznaniem. Muzycy nie omieszkali wstawiać w kompozycje swoich solówek i stworzyli istnie jazzową atmosferę. Trzeba także podkreślić, że bisy były grane z niebywałą, niemalże mechaniczną precyzją. Zespół zszedł ze sceny, uśmiechając się i machając fanom. "Take it easy, bye" rzucił na pożegnanie Gillan.

Emocje na koncercie były ogromne. Cieszy, że zespół nadal porywa widzów i potrafi doprowadzić ich do różnych stanów. Ich brzmienie cały czas jest potężne, a wokal Gillana brzmi najlepiej od czasów trasy Bananas z 2003 roku. Dlatego też szkoda, że obecna trasa ma być tą ostatnią. Szacunek za to, że muzycy zaprezentowali naprawdę porządną dawkę utworów z dwóch najnowszych płyt, które często ekscytowały mocniej niż oklepane klasyki. Koncert w Spodku był absolutnie magicznym widowiskiem.

Deep Purple – Dolina Charlotty, 26.07.2016 (World Tour '16) [Relacja]

Czy trzeci koncert jednego zespołu w ciągu kilku lat ma sens? Może w przypadku wykonawców grających dwie godziny do clicktracka to rzeczywiście zasadne pytanie. Jeśli jednak mowa o Deep Purple, angielskiej legendzie hard rocka, odpowiedź jest tylko jedna. Podążając za tą myślą, mając świadomość, że ich utwory nigdy nie są grane tak samo, bez cienia wątpliwości kupiłem bilet do Doliny Charlotty. Koncert organizowany był bowiem w ramach Festiwalu Legend Rocka, corocznego święta promowanego przez twórcę miejsca i właściciela tamtejszego hotelu.

W sielankowej Charlocie, kilka kilometrów za Słupskiem, znaleźliśmy się wraz z kumplem, Maćkiem, dosyć wcześnie, tak, żeby zdążyć na otwarcie bram. Oczekiwanie na Purpli "umilał" nam najpierw blok reklamowy, powtarzany pięćdziesiąt razy w kółko, a później, już bez cudzysłowów, zespół Turbo. Atmosfera w amfiteatrze mieszczącym około dziesięciu tysięcy ludzi wyraźnie gęstniała. Robiło się coraz ciemniej, a puste ławki obok nas zaczęły się wypełniać. Na wyraźne życzenie zespołu, bez dłuższej przerwy po supporcie, show rozpoczęło się delikatnie po 21. Purple nie przyjechały do Charlotty w ramach trasy promującej nowe wydawnictwo. Tournee płyty "Now What?!" skończyło się w 2014 roku i od tego czasu zespół przemierzał świat grając trasy bez konkretnej nazwy (żeby nie powiedzieć "bez konkretnego powodu"). W przypadku światowego tournee z 2016 roku koncert na Pomorzu był jednym z ostatnich na trasie składającej się z 31 miast.

Występ rozpoczęło intro będące kompozycją Gustava Holsta, tak robiono też na Now What Tour. Muzycy wychodzili na scenę wedle swojego uznania. Na początku instrumentaliści, którzy zaintonowali Highway Star. Jako ostatni przywitał polską publiczność wokalista Ian Gillan. Na jego formę często narzekają internauci, ale muszę przyznać, że to, co pokazał w Charlocie, znacznie przebijało dyspozycję chociażby z trasy Rapture Of The Deep (koncertów we Wrocławiu w 2009 i 2010 roku). Jego śpiew był momentami piskliwy, ale w dziewięćdziesięciu kilku procentach czysty. Tak naprawdę dopiero na nagraniach słychać było pewne niedociągnięcia, a na koncercie były one skutecznie zacierane przez hałas. A Purple lubią pohałasować, szczególnie w swoich klasycznych numerach. Niespodzianką było Bloodsucker, kompozycja z wykrzykiwanym refrenem, Mimo wszystko, Gillan wykrzesał z siebie pokłady sił i nie powodował u fanów uśmiechów litości. Panowie przy wyborze kompozycji do grania najwyraźniej przedłożyli jakość muzyki nad rzetelną oceną, czy nadal potrafią ją porządnie odtworzyć. Mimo wszystko, na początku koncertu, odbiór zespołu był naprawdę dobry. Następujące Hard Lovin' Man, niejako połaczone ze Strange Kind Of Woman, to już koncertowy szlagier ostatnich tras. Mimo trudnych partii Gillan śpiewa tutaj perfekcyjnie. Może te utwory ma już po prostu dobrze wyuczone? Popis swoich umiejętności dają tutaj soliści – Don Airey na klawiszach (szczególnie zapada w pamięci jego odwzorowanie sygnału karetki na organach Hammonda) i Steve Morse na gitarze. Humorem sypał natomiast Gillan, który w Hard Lovin wyszedł na scenę z miniaturową repliką gongu. W Strange Kind wdał się natomiast w dialog z Morsem. Z początku wyśpiewywał kilkusekundowe frazy, które powtarzał gitarzysta. Nagle, zamiast kolejnej takiej frazy, rozpoczął minutową opowieść o wspinaniu się na balkon ukochanej, co Morse później również próbował oddać na strunach. Jak się okazało, zespół pokazał kilka fragmentów ich ostatniego (wtedy) albumu. Vincent Price, mocny kawałek rodem z horroru, został okraszony przedziwnymi i nieco kiczowatymi grafikami trupich czaszek i świec (za zespołem znajdował się ekran). To był także jeden z niewielu momentów, w których Airey odszedł od Hammondów i grał na syntezatorze imitującym chór. Później przyszedł czas na tradycyjne solo Steve'a Morse'a – Contact Lost, które genialnie połączył z intrem do kolejnej "nowej" kompozycji, Uncommon Man. Przyznam, że to na ten utwór czekałem najbardziej. To był absolutnie magiczny moment, w całym amfiteatrze panowała cisza. Tylko przestrzenna gitara Morse'a. Później pierwsze uderzenia bębnów Iana Paice'a, syntezator Airey'a. Absolutny geniusz w budowaniu nastroju. Później fanfary, główny riff i pięć minut kapitalnego grania z klimatyczną solówką Airey'a na Moogu. Powrotem do klasyki był Lazy, które otworzyło kilkuminutowe solo na Hammondach. Gillan wziął harmonijkę, a wakacyjny, lekki klimat dopełniały koślawo grafiki rodem z Windows Media Player. Największą niespodzianką koncertu był Demon's Eye, nieco zapomniany utwór z płyty "Fireball" z 1971 roku. Ten charakterystyczny riff i wysokie wokale Gillana, ku mojemu zdziwieniu, spowodowały, że ludzie wstali i zaczęli tańczyć.
Cienko wypadł natomiast Hell To Pay, którego tonacja została obniżona i szczególnie w refrenie czegoś mu brakowało. Prawdziwą zagadką okazał się kilkuminutowy występ solowy Airey'a. Zagrał improwizowaną kombinację przy użyciu swoich wszystkich instrumentów. Rozpoczął od solówki Mooga z podkładem kościelnych organów. Kiedy przesterował dźwięki syntezatora i zamienił je w szum, przeszedł do gry imitującej orkiestrę symfoniczną z kotłami. Brzmiało to absolutnie kiczowato, a mnie rozbawiło do łez. Później przyszedł czas na popis fortepianowy. Airey wtrącił w swoją wypowiedź elementy Chopina oraz pieśni Szła Dzieweczka Do Laseczka. Cały amfiteatr wtórował mu w odpowiednich momentach i śpiewał charakterystyczne "ha ha". Tylko dlaczego brzmienie fortepianu uzupełniał layer ze smykami? To nie brzmiało dobrze. Przechodząc do Hammondów, Airey zaintonował intro do Perfect Strangers. Wszyscy poderwali się z miejsc i atmosfera zrobiła się naprawdę gorąca. Muzycy zagrali bardzo dobrą wersję kawałka, a Gillan wyciągał wszystko bez najmniejszego błędu. Muszę przyznać, że najmniej satysfakcjonowały mnie następne, ostatnie utwory w secie. Były to absolutne szlagiery, które kończą każdy koncert Purpli od dwudziestu lat i trochę mi się przejadły. Paradoksalnie, to na nich bawiłem się jednak najlepiej, prawdopodobnie przez szybki rytm i dużo partii, w których można było wtórować Gillanowi. Ten w przerwach między zwrotkami, często schodził w trakcie koncertu za specjalną kotarę umieszczoną za perkusją, by później wyskoczyć zza jednego ze wzmacniaczy. Space Truckin' Smoke On The Water zostały zagrane niemalże mechanicznie, były dopracowane pod każdym względem. Po nich zespół wrócił na bisy – Hush z elementami Green Onions oraz Black Night. Przed drugim utworem na toporną solówkę zdobył się Glover, który jest basistą solidnym, ale zdecydowanie niewirtuozerskim. Tutaj każdy już śpiewał i tańczył. Udzieliła się atmosfera, która była skrzętnie budowana przez zespół. Po zakończeniu koncertu i tradycyjnym "you're fantastic" Gillana instrumentaliści zeszli ze sceny, by z bliższej odległości rzucić fanom kilka kostek i pałeczek perkusyjnych. Najdłużej z publicznością został Glover, który zaczął przybijać piątki z pierwszym rzędem.

To był idealny wakacyjny koncert. Purple wyraźnie bawili się na scenie, a widzowie podłapali ich nastrój. Bardzo miło, że muzycy, mimo braku przymusu wydawnictwa, nadal chcieli promować album Now What?!. Całość idealnie dopełniała otaczająca aura miejsca. Było bardzo kameralnie, niczym na wsi, a obok amfiteatru w Charlocie znajduje się jezioro i lasy. Zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że takie otoczenie zdecydowanie sprzyjało w odbiorze tej przedziwnej mieszance rocka, hard rocka i jazzu.

Deep Purple – InFinite (2017) [Recenzja]

Nowa płyta Deep Purple to najprawdopodobniej pożegnanie zespołu. „InFinite”, zwieńczający długą karierę Brytyjczyków, to klamra podsumowująca wszystkie kierunki, które obierał zespół. Trafione, ale także te błędne.  

Album otwiera patetyczny i intrygująco przetworzony głos wokalisty, Iana Gillana. Tło zapełnia złowieszczy, niski syntezator. To Time For Bedlam. Po kilku wersach stylizowanych na modlitwę (podobnych do tych z „Blackstar” Bowiego), do akcji wkracza cały zespół. Utwór jest wyjątkowo agresywny, idealnie komponuje się z prowokującym tekstem. Wyraźny refren dodaje kompozycji singlowego zacięcia. Mistrzostwem jest też solówka Dona Airey’a, który przekomarza się z sekcją rytmiczną i przedziwnie akcentuje kolejne dźwięki organów Hammonda. Utwór cechuje kompozycja klamrowa, zamykają go kolejne przetworzone wersy Gillana. Druga propozycja zespołu, Hip Boots, to przeciętne, hardrockowe granie. Trzyminutowy kawałek opiera się na mocnym riffie, a wokalista zaciąga tutaj niczym wokaliści country. Singlowy All I Got Is You to powrót do konkretnego, rozbudowanego grania. Kompozycja opiera się na jazzujących akordach. Jedynym słabszym ogniwem są tutaj nieco kiczowate partie Airey’a na syntezatorze Moog. O ile na poprzednim, bardzo udanym albumie, „Now What?!” (recenzja TUTAJ), muzycy zaprezentowali długie kompozycje oscylujące w okolicach pięciu minut, o tyle na „InFinite” weszło kilka krótszych kawałków, trwających trzy minuty z hakiem. W tak krótkim czasie Purple nie mają możliwości rozbudować swoich pomysłów. Bardzo udany, fortepianowy motyw One Night In Vegas, mógł być z powodzeniem rozwinięty, a kompozycja mogłaby zyskać bardziej progresywnego charakteru. Potencjału nie wykorzystano również w Get Me Outta Here, opartym na rytmie reggae. Jego podstawą jest partia perkusji Iana Paice’a z utworu Bodyline z poprzedniej płyty zespołu. Została komputerowo zwolniona i przy kolejnych uderzeniach słychać elektroniczne, sztuczne zakłócenia. Należy tu skrytykować producenta płyty, Boba Ezrina, który zaakceptował ten niecodzienny pomysł. Na szczęście na „InFinite” pojawiły się też bardziej złożone utwory, których tak dużo było przecież na jej poprzedniczce. Absolutnym dziełem jest progresywny The Surprising, złożony z kilku motywów. To niesamowite, że Purple byli w stanie oddać brzmienie zespołu z wczesnych lat 70. Mroczne, nieco orientalizujące intro zapowiada, że nie będzie to utwór oczywisty. Po chwili wchodzi delikatna, balladowa gitara Steve’a Morse’a i wokal Gillana. Całość idealnie uzupełnia tekst o kuszeniu przez diabła i anioła. Po dwóch refleksyjnych zwrotkach ciszę przerywa agresywny werbel i Hammondy. Kompozycja nabiera rozpędu, w roli głównej pojawia się solo Morse’a. Akordy zmieniają się coraz szybciej i nabierają coraz większej ostrości. Nagle utwór całkowicie zmienia swój charakter, pojawiają się delikatne syntezatory, a po chwili wchodzi piękny motyw fortepianowy. To najbardziej magiczny moment „InFinite”. W ciągu sześciu minut Purple udowodnili, że nadal są w stanie tworzyć dzieła sztuki. W jednej kompozycji zawarli szereg skrajnych emocji. Skojarzenia z legendarnym Child In Time jak najbardziej dozwolone. Nieudanym pomysłem jest popowy Johnny’s Band, oparty na dennym riffie i prozaicznym refrenie. Całość, włącznie z tandetnym, elektronicznym intrem, przypomina płytę „Bananas”, którą zespół popełnił w 2003 roku. Ciekawą propozycją jest On Top Of The World. Pozornie to zwyczajny utwór podzielony na zwrotki i refreny. Dominuje tutaj mocny riff wsparty potężnym brzmieniem basu Rogera Glovera, ale nagle hardrockowy klimat zupełnie zanika, rozmywa się i w roli głównej pojawia się przestrzenny syntezator – to miejsce na popis Gillana. Opowiada humorystyczny monolog o wizycie u Wenus i konsumpcji ryżu. Kolejną dłuższą kompozycją jest balladowy Birds Of Prey. Wyrazisty, mocny riff kontrastują przestrzenne zwrotki. Na wokal Gillana ponownie nałożono efekty (tym razem phaser), a perkusję Paice’a wzbogacono o delay. Warto zauważyć też, że frontman Purpli wyciąga tutaj wysokie dźwięki aż miło. Pokazuje, że pomimo wieku nadal ma dobre możliwości wokalne, na których brak w trakcie koncertów coraz częściej narzekają fani. Przechodząc jednak do meritum – ten utwór to pokaz umiejętności Steve’a Morse’a, który gra tutaj niepodobną do swojego stylu, bardzo powolną i dostojną solówkę. Kiedy muzycy zbudowali odpowiedni klimat, nagle wszystko niszczy Roadhouse Blues. Cover The Doors nie pasuje do reszty utworów. To niczym niewyróżniający się blues, któremu brak charakteru. Jak jednak przyznali muzycy w wywiadach, został nagrany pod wpływem chwili, bez wcześniejszego opracowania. To słychać.

„InFinite” nadal zachowuje najważniejszy element muzyki Deep Purple – zabawę. Podstawą ich twórczości są eksperymenty, solówki oraz humorystyczne teksty Gillana. To wszystko u Brytyjczyków nadal funkcjonuje bardzo sprawnie . Płyta może sprawiać jednak pewien zawód – jest następczynią kapitalnej „Now What?!” i nie prezentuje jej poziomu. Ma kilka słabszych momentów, co jest już chyba znakiem firmowym większości płyt Purpli i chyba tak już musi pozostać.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta



Recenzja ukazała się także w magazynie Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr "Nowe Dziennikarstwo": LINK 

Deep Purple – Rapture Of The Deep (2005) [Recenzja]

Osiemnasta płyta studyjna wiekowej legendy rocka może wywoływać skrajne emocje. Przeciwnicy mogą twierdzić, że "Rapture Of The Deep" autorstwa Deep Purple to album nagrany w celu zapewnienia sobie przez muzyków godnego życia na starość, że to świadectwo upadku formy i życia w cieniu dawnych sukcesów. Zagorzali fani odpowiadają, że mimo upływu lat, muzycy nadal prezentują świeże propozycje i wnoszą do swojego charakterystycznego stylu gry nowe, interesujące akcenty. Kto ma rację? Prawda leży gdzieś po środku.

Już po pierwszym przesłuchaniu dostrzec można, że materiał zawarty na płycie jest równie nierówny jak opinie słuchaczy. Na "Rapture" mamy do czynienia z wieloma kawałkami charakterystycznymi brzmieniowo dla zespołu. Takie jak Money Talks, utwór otwierający płytę, ukazują kwintesencję brzmienia Purpli, mocne riffy, charakterystyczny refren i solówki oraz klimaty orientalne. Album zawiera niestety także bezpłciowe wypełniacze, które nie wnoszą nic nowego, a ich klimat znany jest słuchaczom zespołu od dawna. Najsłabszy punkt albumu tworzą utwory następujące po sobie – Don't Let Go  oraz Back To Back. Mają radiową długość, nieciekawą, typową strukturę i w trakcie słuchania płyty łatwo o nich zapomnieć. W drugim z utworów na reprymendę zasługuje kiczowate solo na syntezatorze Moog w wykonaniu Dona Aireya. Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na tytułowy Rapture Of The Deep, oparty na orientalnym riffie. Jest bardzo rozbudowany, ma mocny, przejmujący refren i wirtuozerskie solówki Aireya i gitarzysty, Steve'a Morse'a. Mocną stroną utworu jest także tekst wokalisty, Iana Gillana. "Zachwyt głębią" to zjawisko upojenia wywołane przez niedotlenienie mózgu podczas nurkowania. Autor wykorzystał tą metaforę by opisać uczucia podmiotu. Warto podkreślić, że album jest bardzo udany pod względem lirycznym. Większość utworów to rozważania dotyczące ludzkiej egzystencji. Choć brzmi to banalnie, teksty są naprawdę mądre i przemyślane. Mistrzostwem jest tekst w Before Time Began, który obnaża ludzką naturę. Podmiot zauważa, że każdy z nas za wszelką cenę poszukuje sensu istnienia, a religie sztucznie go wytwarzają. Utwór jest bardzo ciekawy również pod względem muzycznym, opiera się na tajemniczym, stonowanym riffie gitarowym. Dźwięki narastają przez trzy minuty, by kompozycja zmieniła klimat i pojawił się agresywny refren. Drapieżny charakter mocnej części utworu podkreśla bezbłędna gra Iana Paice'a na perkusji. Progresywność występuje także w balladzie Clearly Quite Absurd, opartej na przestrzennym brzmieniu gitar i fortepianu, nieco niepodobnej do twórczości Purpli. Klimat utworu stopniowo gęstnieje, brzmienie uzupełniają w najmocniejszych momentach organy Hammonda i dostojna gra Rogera Glovera na basie.

"Rapture Of The Deep" ma swoje bardzo mocne i niedoceniane momenty, ale to mimo wszystko za mało, by uznać płytę za bardzo dobrą. Do gorszego postrzegania materiału prowokuje także przeciętna jakość dźwięku, przede wszystkim słyszalna przy wokalach. Muzycy bez porządnego producenta (tutaj jest nim Michael Bradford, pracujący przede wszystkim z wykonawcami popowymi) potrafią błądzić i nie są w stanie wyciągnąć z nowych kompozycji maksimum możliwości.

WERDYKT: ★★★★★★★ - interesująca płyta

Deep Purple – Now What?! (2013) [Recenzja]

Zaprzeczenie regułom zawsze zaskakuje. Tak jest też w przypadku „Now What?!”, płycie nagranej przez zespół działający od kilkudziesięciu lat i sprawiający wrażenie wypalonego. Sięgając jednak po to wydawnictwo można odnieść wrażenie,  że Deep Purple, band tworzony przez facetów mocno po sześćdziesiątce przechodzi drugą młodość i zaskakuje świeżością.

Największą wadą Purpli jest nierówność. Zespół potrafi nagrać genialny utwór (Child In Time), ale przy okazji wydać kilka prowadzących donikąd i bezpłciowych kompozycji. Trzeba przyznać, że na „Now What?!” zastosowano wszelkie środki by temu zaradzić. Co najważniejsze, utwory są zróżnicowane i pomiędzy mocniejszymi znaleźć można bardziej przestrzenne granie. Przykładem może być otwierający płytę, progresywny A Simple Song, podzielony na trzy części. Spokojne początek i zakończenie, oparte na brzmieniu nieprzesterowanej gitary i syntezatorze imitującym flet, przedzielone są mocnym graniem z perkusją i charakterystycznymi Hammondami Dona Aireya. Całość zawarta w czterech minutach. Progresji, tak dawno nie słyszalnej w Deep Purple jest tu więcej. Zachwyca kameralny Blood From A Stone, oparty na przestrzennej gitarze i pianinie Fender Rhodes, trochę w stylu Riders On The Storm The Doors. Przejmują mocne, krzykliwe refreny, dodatkowo przyprawione Hammondami. Genialnie brzmią też solówki, zarówno Morse'a, jak i Airey'a, dodatkowo wzmocnione pięknymi, fortepianowymi wstawkami. Siedmiominutowy Uncommon Man to także granie z najwyższej półki i nie waham się stwierdzić, że to powrót do formy z lat 70. i płyt pokroju „Machine Head”. Na wstępie podziwiać można niesamowite umiejętności gitarzysty Steve’a Morse’a w długim, rozwleczonym intrze. Do jego pasażu powoli dochodzą zjawiskowe syntezatory, następnie mocne bębny Iana Paice’a i gdy ten swoisty jam osiąga punkt kulminacyjny, wchodzi główny temat wraz z pierwszą zwrotką. Utwór słabnie również po w środkowej części, zostawiając miejsce jedynie na brzmienie Hammondów i podbijającej coraz mocniej perkusji. To przykład bardzo mądrego, pomysłowego rozwiązania kwestii struktury utworu. Na uwagę zasługuje również tekst napisany przez Iana Gillana, dedykowany Jonowi Lordowi , zmarłemu w tamtym okresie byłemu klawiszowcowi zespołu. O nietuzinkowym muzyku wspomina też nieregularny Above And Beyond, oparty na mocnym, soczystym  riffie i melodycznym, wysokim wokalu. Utwór prezentuje także nadal ogromne możliwości wokalne Gillana. Jego występ na całej płycie jest wyjątkowo solidny i przyjemny dla ucha. „Now What?!” to, co ważne, płyta ukazująca także atuty, z których zespół jest znany. Na każdym kroku rozpoznać można charakterystyczne brzmienie organów czy swingującej perkusji, a dialog między Morsem i Aireyem w długiej, instrumentalnej sekcji w Apres Vous to już istny majstersztyk. Na albumie znaleźć można również wiele zapadających w ucho linii basowych. Zazwyczaj niedoceniany Roger Glover pokazuje pazur przede wszystkim w ciężkim Weirdistanie i mrocznym, singlowym Vincent Price. Warto podkreślić też wkład w płytę producenta, Boba Ezrina, znanego ze współpracy z Pink Floyd. Jestem przekonany, że to on zaszczepił w zespół nową energię i w przypadku wątpliwości pokazał muzykom lepsze i bardziej kreatywne rozwiązania. Aby dostrzec jak ogromny wpływ na zespół ma osobą na tym stanowisku, wystarczy posłuchać dwóch poprzednich płyt Purpli kierowanych przez popowego producenta Michaela Bradforda. Nawet jakość nagrania i przestrzenność brzmienia bardzo różni się na plus od wspomnianych poprzedniczek.

Dla takich albumów warto czekać aż osiem lat. Zespołowi służy spokojne kolekcjonowanie materiału i brak presji ze strony wytwórni. Na tym albumie Gillan i spółka udowodnili, że są prawdziwymi pasjonatami tego, co robią i nadal mają możliwości do odkrywania nowych muzycznych przestrzeni.

WERDYKT: ★★★★★★★★★  – album bliski ideału