Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iggy Pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iggy Pop. Pokaż wszystkie posty

Iggy Pop – Katowice, 06.08.22 (Free Tour) [Relacja]

Iggy Pop był bohaterem drugiego dnia Off Festival. Przełożona trasa w założeniu miała promować album Free z 2019 roku. Katowicki występ był jednak przede wszystkim podsumowaniem ponad 50-letniej kariery legendy punku. Było energiczne, spontanicznie, a momentami – refleksyjnie. Cichymi bohaterami koncertu byli muzycy Free Band, którzy brali udział w nagraniu ostatniej płyty. To dzięki nim prosta i rytmiczna muzyka Popa zyskała nową jakość oraz elementy jazzu i eksperymentu.

O tym, że to będzie koncert nietuzinkowy, dowiedzieliśmy się już w trakcie intra. Na scenie pojawiła się Sarah Lipstate, znana pod pseudonimem Noveller, która rozpoczęła show pierwszymi akcentami swojej solowej, instrumentalnej kompozycji – Rune. Intensywny, mroczny puls, uzupełniały kolejne, nakładane partie gitary elektrycznej. Były przestrzenne akordy, było również granie na gitarze skrzypcowym smyczkiem. Całość uzupełniały w tle archiwalne nagrania z koncertów Iggiego. Gdy dramaturgia osiągnął szczyt, na scenie pojawił się Pop. Pierwsze dźwięki basu zapowiedziały Five Foot One. Iggy, w marynarce założonej na gołe ciało, od pierwszych sekund nawiązał świetny kontakt z fanami. Prowokował, wymachiwał rękoma, robił uniki. W całym tym zamieszaniu upuścił nawet mikrofon. Był w znakomitej formie – również wokalnej – choć jego kawałki nie wymagają zazwyczaj wielkiego warsztatu. Precyzyjny rytm uzupełniały instrumenty dęte – Leron Thomas (twórca większości utworów z nowego albumu) grał na trąbce, a Corey King na puzonie. T.V. Eye i I Wanna Be Your Dog, klasyczne propozycje z repertuaru The Stooges, wybrzmiały potężnie i rozgrzały katowicką publiczność. Iggy nie wytrzymał długo w odzieniu i zdjął swoją marynarkę. Oprócz instrumentów dętych świetną robotę robiły dwie gitary. Noveller grała tu czysto rockowo, bez użycia swojej niezliczonej liczby efektów gitarowych. Co najwyżej przydawał się jej pedał wah wah. Swoje trzy grosze wtrącił tu również Florian Pelliessier, grający na hammondach. Klawiszowiec jest na co dzień muzykiem jazzowym, ale znakomicie odnalazł się w świecie mocnych riffów. 

The Endless Sea z solowego albumu New Values był jedną z najbardziej nieoczywistych kompozycji. Prosty rytm basu Kenny'ego Ruby'ego uzupełniał charakterystyczny rytm perkusji (Tibo Brandalise). W końcu pojawił się bohater kompozycji – charakterystyczny temat, grany na przenikliwie brzmiącym syntezatorze. Dla Iggiego to była chwila odpoczynku od scenicznych ekscesów. Tutaj wokalista skupił się na wiernym oddaniu oryginalnego wykonania. Kolejne dwa utwory, Lust For Life oraz The Passenger, to prawdopodobnie dwa największe przeboje Popa. Rozpoznawalne już po pierwszych taktach, chóralnie odśpiewywane przez publikę, jeszcze mocniej podgrzewające atmosferę. Podobnie, jak poprzednie kawałki, zostały smacznie uzupełnione przez sekcję dętą. Świetnie czuł je Brandalise, a kolejną solówkę w The Passenger zaprezentował Pellissier. Intensywne, przesterowane organy hammonda, mogące kojarzyć się z partiami Jona Lorda w Deep Purple, były świetnym dodatkiem do tej nieskomplikowanej kompozycji. Pomimo niezwykłej intensywności, bijącej ze sceny, pojawiły się jednak również nieco bardziej refleksyjne momenty. Przed Death Trip Iggy zagaił do publiczności, że czerpie z każdego koncertu ogromną energię, bo nie wie, ile jeszcze będzie mógł grać. Szybko jednak rozliczył się z perspektywą śmierci w typowy dla niego, żartobliwy sposób – udając, że podrzyna sobie gardło.

James Bond był niespodzianką w tej jakże przebojowej setliście, bazującej na twórczości z lat 70. i 80. Singiel z albumu Free [Recenzja] ujął przede wszystkim udanym, basowym riffem oraz świetną solówką Thomasa na trąbce. Pellissier, który na początku utworu nie miał klawiszowych obowiązków, stanął za perkusistą i w przekolorowany sposób udawał Jamesa Bonda. Wracamy do lat 70. i albumu The Idiot [Recenzja] – najpierw Sister Midnight, napisane wraz z Davidem Bowiem. Utwór był grany ze świetnym feelingiem i z poszanowaniem studyjnych brzmień. Szczególnie warto pochwalić gitarę Gregoire'a Fauque'a z nałożonym flangerem oraz werbel Brandalise'a ze specjalnym pogłosem. Te partie brzmiały tak, jakby zostały żywcem wyjęte z sesji do The Idiot. Potężne dźwięki syntezatora (zsamplowane ze studyjnej wersji) oznaczały, że czas na Mass Production. Niespieszny, rozbudowany utwór był magicznym, jednym z najlepszych momentów koncertu. Iggy naśladował swoimi gestami pracę maszyny i brawurowo wykonał partie ze swoim charakterystycznym vibrato. To utwór mocno klawiszowy – pojawiło się tu więc miejsce na przeszywające partie Pellissiera. Mimo wszystko, jeden z głównych motywów, który w wersji studyjnej również był grany na syntezatorze, tutaj został wykonany w wersji gitarowo-trąbkowej. Efekt? Brzmieniowo nie do odróżnienia. Tym bardziej że zadbano o lekkie niedostrojenie dźwięków – jak w oryginale. Francusko-amerykański zespół wczuwał się tu maksymalnie w każdy takt. To było niespieszne granie, ale intensywne do granic możliwości. Ostatni moment wytchnienia przed mocną końcówką – Free. Krótka, przestrzenna kompozycja, bazująca na zabawach dźwiękami Noveller oraz zadumanej partii Thomasa. Iggy powtarzał "I wanna be free" i na chwilę zniknął ze sceny, by oddać ją swoim muzykom. 

Końcówka koncertu to ukłon w stronę muzyki The Stooges. Było intensywne Gimme Danger z solówkami Fauque'a oraz Thomasa, a także I'm Sick Of You, czyli – jak powiedział Iggy – jego ulubiona kompozycja dawnego zespołu. Szczególnie drugi z utworów mógł intrygować. W pierwszej, balladowej części delikatny śpiew Iggiego uzupełniały delikatne wtręty trąbki. "I'm Sick Of You" – wrzasnął wokalista, a zespół zaczął grać szybszą i czysto rockową partię. Tu kolejny solowy popis dał Fauque. Minęła ponad godzina mocnego grania, a Iggy nie miał dość. Elektroniczne sample prowadziły przebojowy Run Like A Villain z solowego albumu Zombie Birdhouse. W Search And Destroy publiczność skandowała wraz z Iggim. Tu na przestrzeń i jazz miejsca już nie było. Szalał za to Fauque, dla którego najmocniejsze kawałki były okazją do grania solówek. Intensywna końcówka setu. Po pożegnaniu z publicznością zespół wrócił jeszcze, by przypomnieć dwa utwory The Stooges – Down On The Street oraz Fun House.

Iggy był w świetnej formie i widać było, że chłonie energię płynącą od publiczności. Trzeba również przyznać, że dobrał sobie kapitalny zespół ludzi, którzy potrafili świetnie oddać brzmienie studyjnych wersji utworów. Z drugiej strony wnosili też do doskonale znanej muzyki coś świeżego. Jeśli wszyscy myśleli, że zespół Iggiego z trasy z 2016 r. z Joshem Hommem (Queens Of The Stone Age) oraz Mattem Heldersem (Arctic Monkey) był nie do przebicia, to warto sprawdzić wykonania obecnego zespołu. To był występ festiwalowy, więc zabrakło większej liczby przedstawicieli najnowszego albumu z Sonali czy Glow In The Dark na czele. Nie zabrakło jednak wielu świetnych "klasyków" w kapitalnych aranżacjach.

Iggy Pop – The Idiot (1977) [Recenzja]

Debiut solowy Iggiego Popa to album porażający klimatem, brudem i przesterem. Oparty na gitarowo-elektronicznych brzmieniach, jest rozwinięciem prostej rockowej muzyki The Stooges. Nic dziwnego – "The Idiot" był bowiem tworzony wspólnie z Davidem Bowiem, który w tamtym okresie fascynował się brzmieniem niemieckiego krautrocka. Obaj panowie nagrywali i walczyli ze swoimi nałogami – najpierw we Francji, a później w Berlinie. Efektem tych sesji jest dynamiczna i przytłaczająca płyta, a jej rozwinięciem – album "Low" Bowiego.

Płytę otwiera Sister Midnight, prowadzony przez charakterystyczny gitarowo-basowy riff. Niepokojącego klimatu dodają elektryczne, nieregularne dźwięki, pojawiające się między frazami Iggiego. Niejednoznaczny utwór jest jedną z najbardziej chwytliwych propozycji na płycie – pomimo swojej specyficznej produkcji i "brudnego" brzmienia. Przesterowany jest również sam wokal Popa, który w swój charakterystyczny sposób frazy wykrzykiwane uzupełnia melorecytacją. Nightclubbing to swoisty elektroniczny blues, w którym oprócz automatu perkusyjnego dominują przeszywające, niskie syntezatory imitujące brzmienie orkiestry (ang. string machines). Prostą linię melodyczną uzupełnia bluesujące pianino. Pop zostawia też sporo miejsca gitarowym solówkom z efektem wah-wah. Ciekawym zabiegiem w drugiej zwrotce jest nałożenie dwóch partii wokalu – śpiewu oraz niższej, mówionej. Dość "rozrywkowy" tekst traktujący o nocnych przechadzkach i wizytach w klubach, w połączeniu z ciężką muzyką tworzy przejmujący i ciężkostrawny obraz. Funtime to kompozycja czerpiąca w dużej mierze z punku. Szybki, prosty rytm uzupełniają niskie syntezatory i niepokojące, elektroniczne dźwięki. Kluczowy jest tu jednak wokal Iggiego. W zwrotkach uzupełniają go dodatkowo powtarzalne frazy śpiewane przez Bowiego. Twórca "Station To Station" gra tu nie tylko na instrumentach klawiszowych, ale również na gitarach. Są one szczególnie słyszalne w przejściach między zwrotkami. Niespodziewane zmiany akordów z D do E wywołują klaustrofobiczny efekt, dodatkowo wzmacniany przez powtarzające się krzyki głównego bohatera płyty. Baby to propozycja oparta na przesterowanym basie i prostym motywie wokalu oraz syntezatora ARP Solina. Sporo tu chaosu – głównie za sprawą fortepianowych i gitarowych wtrętów. Podobnie, jak w poprzednich utworach, wokal Iggiego jest mocno przesterowany, trudny w odbiorze.

Druga połowa albumu przynosi słuchaczom dłuższe, bardziej rozbudowane kompozycje. Singlowy China Girl to propozycja rozsławiona przede wszystkim przez Bowiego, który sięgnął po utwór sześć lat później, przygotowując album "Let's Dance". Pierwsza wersja to kawał rockowego, gitarowego grania, przyprawionego Soliną, zabawkowym pianinem oraz partiami saksofonu. Pomimo chwytliwego brzmienia i tekstu, utwór sprawia wrażenie nieco zadumanego, melancholijnego. Dopiero w instrumentalnym outro, do instrumentów dołącza wyrazista, kostkowana gitara, tamburyn i nowy, gitarowy motyw. To jeden z najciekawiej rozpisanych utworów na płycie. Zaplanowany, rozbudowany, rozwijający się w kolejnych minutach. Niemający w sobie dzikości i chaotycznego charakteru – tak, jak poprzednie kompozycje. Dum Dum Boys to ponad siedmiominutowy kawał niespiesznego, rockowego grania. W niepozornym intro, do przygrywającego pianina Pop wspomina w krótkim monologu swoich przyjaciół z The Stooges. Wejście perkusji (Dennis Davis) zwiastuje jednak mocniejsze brzmienie. Utwór prowadzi charakterystyczny motyw gitary. Niespieszne tempo zostawia sporo przestrzeni basowi i klawiszowym wtrętom. Iggy balansuje na granicy śpiewu i melorecytacji, w swoim firmowym, nieco niechlujnym stylu. W mocniejszych momentach wspiera go dodatkowo w chórkach David Bowie. Tiny Girls to nieoczekiwana zmiana klimatu. Gwiazdą utworu jest saksofon, na którym Bowie gra blisko minutowe intro. To spokojny, rockowy utwór o balladowym zabarwieniu i rzecz, która może zginąć pomiędzy pozostałymi propozycjami, zawartymi na albumie. Czas na finał – Mass Production. Utwór niezwykle rozbudowany, skomplikowany strukturalnie i trudny w odbiorze. Z szumu wyłania się ostre, syntezatorowe arpeggio. Może kojarzyć się z syreną alarmową lub powtarzalnym procesem produkcyjnym. To potężne brzmienie, niemalże naśladujące nautofon. Iggy wykrzykuje kolejne wersy do partnerki, którą chciałby wymienić na lepszy "egzemplarz", zachowując przy tym część jej cech. Tekst jest wynikiem obserwacji wokalisty – ludzie wymieniają partnerów niczym stare produkty. Niespodziewane, ostatnie wersy ("She's almost like you, and I'm almost like him") zasiewają jednak ziarno niepewności i akcentują tajemniczość tekstu Popa. W zwrotkach słyszymy powtarzalny dźwięk niskiego syntezatora, oraz charakterystyczny riff grany na gitarze oraz instrumentach klawiszowych. Jeszcze mroczniej robi się w czwartej minucie kompozycji. Wtedy głos zabierają przeszywające syntezatory Bowiego. Dźwiękowa magma. Na początku chłodne i siarczyste brzmienie, którego dźwięki są coraz wyższe. Następnie beznadziejne, rozstrojone, wysokie dźwięki kilku partii syntezatorów (niektóre źródła internetowe podają, że Bowie zarejestrował tę partię na ARP Odyssey). W tle słyszymy również kolejne instrumenty, naśladujące syrenę policyjną, a na koniec – powraca pierwotne, siarczyste brzmienie. To przeszywający, ponad minutowy obraz dźwiękowy. Po ostatniej zwrotce syntezatory wracają ze zmasowaną siłą – coraz to wyższe i wyższe dźwięki w konsekwencji przechodzą w elektroniczną partię otwierającą utwór. Ponad osiem minut grania bez ograniczeń czy półśrodków, z wizją tego, jakie emocje ma ono wywoływać u słuchacza.

"The Idiot" to bezkompromisowa mieszanka rockowo-punkowej energii z przeszywającą elektroniką, naśladującą momentami dźwięki silników czy maszyn. Płyta ma niepowtarzalny klimat, który był później obiektem kolejnych operacji dźwiękowych Bowiego na albumach "Low" oraz "Heroes". Stylistycznie to właśnie te trzy albumy, które kojarzy wspomniane nazwisko, najmocniej nawiązują do stylistyki krautrocka. "The Idiot" jest zdecydowanie bardziej zbliżony stylistycznie do tzw. "trylogii berlińskiej", niż płyta "Lodger" Bowiego. Efektem jego współpracy z Iggym Popem jest niepowtarzalny album, o brzmieniu pozbawionym jakiejkolwiek nadziei. W tym chaosie i niedbałości jest jednak piękno i co najważniejsze – duża dawka emocji. 

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – płyta bliska ideału
 

Iggy Pop – Free (2019) [Recenzja]

Miał się już żegnać rockowym Post Pop Depression, ale groźba się nie spełniła.  Iggy Pop,  który przez ostatnie lata prowadził audycję w brytyjskim radiu, otworzył się na nowe gatunki muzyczne. Zaprosił więc do studia nieszablonowych muzyków i stworzył najbardziej eteryczną płytę w swoim dorobku.

Dużo syntezatorów, pogłosów i struny gitary prowokowane przez smyczek – brzmi jak początek intrygującego krążka. Wrażenie melancholii potęguje przydymiona trąbka z tłumikiem, na której gra cichy bohater tej płyty, Leron Thomas, który skomponował niemalże wszystkie utwory i napisał większość tekstów. "I wanna be free" powtarza Pop niczym z zaświatów. Krótkie intro to dobra zapowiedź tego, co czeka słuchacza. Wiemy już także, że nie będzie to tak przebojowa płyta, jak zapowiadana jako pożegnanie, Post Pop Depression z 2016 roku. Loves Missing, z zadziornym rytmem i przesterowanymi gitarami, może kojarzyć się z pierwszymi płytami z bogatego dorobku Brytyjczyka. Powolny rytm gęstnieje, nabiera dynamiki, a w intrygujących refrenach uzupełniają go nakładki trąbki. Dźwięki przeszywają nasze uszy to z lewej, to z prawej strony. Iggy umiejętnie potęguje emocje, by dojść do finału, krzycząc "love screaming". Kolejną, niezwykle udaną kompozycją jest Sonali. Pojawiły się humorystyczne głosy, że to nieznany utwór z sesji do Blackstar Davida Bowiego, skąd inąd przyjaciela Popa. Utwór opiera się na przestrzennych, basowych frażoletach. Dynamiczne zwrotki, oparte na pokrzywionym rytmie, zaczerpniętym najpewniej z hip-hopu, kontrastują ze stonowanymi refrenami, w których zadumany wokalista przywołuje imię bohaterki utworu. Trzeba przyznać, że dobór postaci opisywanych w piosenkach jest dosyć wyjątkowy. Kolejny utwór, James Bond, to historia o kobiecie, która ma cechy słynnego agenta 007. Najbardziej przebojowa kompozycja na płycie z wyraźnym, powtarzalnym refrenem, opiera się na chwytliwym riffie basu, który rzeczywiście może kojarzyć się ze ścieżką dźwiękową do popularnej serii filmów. Nawet w tym przypadku, gdy mamy do czynienia z czysto rockowym kawałkiem, słyszymy jednak jazzowy sznyt. Wszystko za sprawą dynamicznej solówki Thomasa. Amerykański trębacz jest również swoistym dyrygentem w kolejnej kompozycji, Dirty Sanchez. Ponad minutowe intro rozpisane na dwie partie trąbki jest ozdobą płyty i zapowiedzią kolejnych zmian nastroju. Wyraźne nawiązania do Meksyku przeradzają się w prosty rytm i skandowanie. Iggy krzyczy, a przedziwny, nieco przygnębiony w swoim wyrazie chórek, powtarza za nim słowo w słowo. Intrygujące – szczególnie w obliczu tematyki tekstu. Cóż, sam utwór traktuje o fantazjach seksualnych. Tytułowy Dirty Sanchez nie jest jednak miłym mieszkańcem półwyspu Jukatan. O tym, gdzie i czym można domalować wąsy partnerowi w łóżku, odsyłam do Wikipedii, albo bezpośrednio – na bardziej dosadne portale. Glow In The Dark frasuje już od pierwszych dźwięków. Zdublowany, ponury wokal Iggiego, uzupełnia bas. Między nimi dziwne pogłosy i efekty dźwiękowe, trochę syntezatorów – to efekt pracy francuskiego duetu Kenny Ruby + Florian Pellissier. Oryginalny riff brzmi bardzo świeżo. Sens tego kawałka tkwi w jego prostocie – tyczy się to zarówno muzyki, jak i warstwy tekstowej. "To explain all this means further explaining" poddaje się Pop, tłumacząc wcześniej zasady, które są podstawą  funkcjonowania wszystkich społeczeństw. Z czasem jego głos zastępuje mrucząca trąbka, powoli nabierająca dynamiki. Pojawiają się przestery, a w tle coraz mocniej szumią gitary. Szumią, bo to, co robi z instrumentem Brytyjka Noveller, jest nieprawdopodobne. Używa niezliczonej liczby pogłosów i efektów, niemalże tworząc z gitary syntezator. Jej talent i niezwykła aura pojawia się we wszystkich utworach na Free. Klimat płyty powoli mętnieje. Page to ostatni utwór z wyraźnie zarysowanym rytmem. Syntezatory, elektroniczny beat i Pop, który przeciąga kolejne głoski z nienaturalnie intensywnym vibrato. "We're only human, no longer human" śpiewa bohater płyty. Mocno polecane w jakiś ciemny i obrzydliwy jesienny wieczór. Pierwszy akord fortepianu zwiastuje We Are The People. Iggy recytuje tu tekst Lou Reeda. W tle mruczy trąbka, która prowadzi swój własny, osobny monolog. Ostatnie dwa utwory to swoista coda. Do Not Go Gentle Into That Good Night to druga wersja intra do płyty. Niezwykle mroczny The Dawn to połączenie melorecytacji, przestrzennych gitar Noveller i nerwowego, elektronicznego rytmu.

Iggy Pop uwolnił się od gitarowych schematów, sam zwolnił się z obowiązku przebojowości. Wokalista sięgnął po niezwykle barwnych artystów, tworząc niepowtarzalny klimat nagrania. To zdecydowanie jedna z najbardziej udanych płyt w dorobku legendy punk rocka, muzyka najwyższych artystycznych lotów. Miejmy nadzieję, że mimo wszystko nie będzie dla Popa tym, czym okazał się Blackstar dla Davida Bowiego.

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – płyta bliska ideału