Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #WYWIADY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #WYWIADY. Pokaż wszystkie posty

"Nagrałem nową płytę w trzy dni" – Rino De Patre o albumie "Sound Of The Rainbow" [WYWIAD]

Mimo że nowy materiał nagrał ekspresowo, na album trzeba było czekać ponad dekadę. Rino De Patre, włoski gitarzysta jazzowy, specjalnie dla Czynników Pierwszych mówi o tym, jak powstawały kompozycje z nowej płyty "Sound Of The Rainbow". "Lubię porównywać proces twórczy do kalejdoskopu, który przechwytuje promienie słońca i przetwarza w nieograniczone kompozycje kształtów i kolorów" mówi De Patre. Poznamy również szczegóły jego wyjątkowej współpracy z Dominiciem Millerem.

Marcin Obłoza: Czy pamiętasz swoje pierwsze, muzyczne kroki?

Rino De Patre: Po raz pierwszy usłyszałem dźwięk gitary klasycznej, będąc u wujka. Miałem osiem lat i gitara od razu wzbudziła moje zainteresowanie – ze względu na szczególny kształt, ale także jej brzmienie. Wujek nauczył mnie grać akordy w pierwszej pozycji. Od tamtego momentu nigdy nie rozstałem się z gitarą. Moje pierwsze występy miały miejsce w kościołach, w trakcie uroczystości religijnych. Grywałem również w garażu z zaprzyjaźnionym perkusistą. Jeszcze później zmontowałem zespół i zacząłem występować w salach tanecznych, na imprezach pod chmurką, w pubach...

W 2010 roku zaprezentowałeś "The Dawn From My Heart". Dlaczego nagrałeś album z gitarą solową, bez wsparcia innych muzyków?

Stworzenie płyty w samotności było dla mnie czymś naturalnym. To była konieczność, potrzebowałem takiego wymiaru i brzmienia, żeby wyrazić swoje emocje. Lubię brzmienie gitary solo, bez akompaniamentu – jest intymne i osobiste. Jedynym dodatkiem były nałożone partie grane na tej samej gitarze. To może być na przykład kwestia użycia otwartego stroju, by poszerzyć spektrum dźwięków lub dodać do kompozycji głębi. Dzięki takim zabiegom brzmienie staje się bliższe temu, co podpowiada mi serce.

Jak wygląda twój proces komponowania? Co rozpoczyna w twoim przypadku prace nad nowym utworem? Charakterystyczny motyw, pomysł na konkretny klimat czy może coś, czego doświadczyłeś albo zobaczyłeś?

Inspiracja może przyjść w każdym miejscu i czasie. Często wyobrażam sobie kompozycję, gdy – niezależnie od miejsca, w którym się znajduję – nieświadomie gram coś abstrakcyjnego. Zamykam oczy, nie myśląc za dużo. Wchodzę w swoisty trans. Gdy moja świadomość wychwytuje melodię lub motyw, otwieram oczy i wracam do rzeczywistości. Czuję, że dzieje się coś cudownego, poprawia mi to nastrój, dzięki temu dzień staje się lepszy. Rodzi się nowy utwór, więc na tym etapie muszę być "świadomy". Nagrywam nową rzecz na smartfona lub mały dyktafon, by utrwalić pomysł. Rozwijam go później, buduję strukturę kompozycji i aranżuję harmonię. Lubię porównywać proces twórczy do kalejdoskopu, który przechwytuje promienie słońca i przetwarza w nieograniczone kompozycje kształtów i kolorów.

Jak wymyślasz tytuły gotowych kompozycji? To spore wyzwanie, żeby znaleźć odpowiedni tytuł instrumentalnego utworu. Czy nawiązują one do twoich inspiracji?

Tytuły to efekt moich inspiracji, to melodie przetłumaczone na słowa. Faktycznie, nie jest to łatwe. Czasami pokazuję nowe kompozycje osobie mającej w sobie "muzyczną empatię", by zasugerowała mi odpowiedni tytuł.


Minęła dekada i w 2021 roku zaprezentowałeś nowy album – "Sound Of The Rainbow". Jak wyglądał proces tworzenia nowych kompozycji?

Tak naprawdę nigdy nie przestałem pisać nowej muzyki. Pomysły, które pojawiły się po wydaniu pierwszego albumu, są naturalną ewolucją mojej kreatywności. Pisanie muzyki to dar. To dla mnie także potrzeba – taka sama, jak oddychanie. Po wydaniu "The Dawn From My Heart" uświadomiłem sobie, że mam naturalną zdolność komponowania. Dzień po dniu aranżowałem kolejne utwory, skupiając się na tym, co czuję, gdy je gram. Rezultatem jest "Sound Of The Rainbow".

Jak wyglądał proces nagrywania albumu? Zarejestrowałeś cały materiał w krótkim czasie czy zbierałeś kolejne nagrania przez wspomnianą dekadę?

Mimo że faktycznie minęło dziesięć lat od nagrania debiutanckiego albumu, napisałem nową muzykę w ciągu kilku lat. Gdy była już taka możliwość, nagrałem całą płytę w trzy dni.

Dlaczego tym razem zdecydowałeś się nagrać nową muzykę wraz z zespołem?

Po prostu lubię brzmienie, które mogłem osiągnąć z moim świetnym zespołem. Część utworów napisałem specjalnie z myślą o kolegach, którzy mogli dodać do nich nowe kolory, rytmy, perkusjonalia. Stworzyć takie brzmienie, które spowodowało, że utwory zabrzmiały dokładnie tak, jak sobie je wyobrażałem. Przykładami mogą być: Il Cerchio, La Tarantella, Il Sogno i tytułowy Sound Of The Rainbow, który zamyka album.

Dwie z nowych kompozycji – La Strada i Cave Of Crystal – to duety z Dominiciem Millerem, gitarzystą znanym m.in. z występów ze Stingiem.  Skąd pomysł na taką współpracę?

Spotkałem go w 2008 roku, gdy grałem solowy koncert na festiwalu gitarowym nieopodal Mediolanu. Nie wiedziałem, że siedzi wśród publiczności. Po wszystkim podszedł do mnie i pogratulował występu. Zapytał, czy napisałem wszystkie kompozycje, które grałem. Powiedział, że chętnie pozostanie w kontakcie, tak, by móc ze mną współpracować i grać. Przesłałem mu swoje utwory. Spotykaliśmy się później kilka razy i zaproponował mi swój udział w nowych kompozycjach, które napisałem. Dlatego też przekładaliśmy sesje nagraniowe, gdzie Dominic zagrał ze mną we wspomnianych dwóch kawałkach. Rok po studyjnych nagraniach, wystąpiłem z nim na dwóch koncertach w ramach jego włoskiej trasy. Zagraliśmy wspólnie utwór Do You Want Me z jego pierwszego albumu „First Touch”. To było wyjątkowe doświadczenie, które zapamiętam do końca mojego życia. Mam nadzieję, że będę miał w przyszłości kolejną możliwość występu z Dominiciem, bo grając razem, zbudowaliśmy harmonię i dobrą więź.

Czy jedna z twoich nowych kompozycji, La Tarantella, jest inspirowana włoskim tańcem ludowym?

To sugeruje tytuł, ale również pierwsze nuty i charakterystyczny, ciągły rytm. To zdecydowanie najbardziej włoska z kompozycji. Powstała w naturalny, spontaniczny sposób. Nie zależało mi na tym, by faktycznie napisać "tarantellę" – po prostu wychwyciłem chwilową inspirację. Zdecydowałem się włączyć ten utwór do programu płyty, ponieważ to hołd złożony znanemu, włoskiemu stylowi tanecznemu, który mam we krwi.

Jak opisałbyś muzykę, która trafiła na twój najnowszy album?

Chcę, by wywoływała dobre samopoczucie. To moje przesłanie nadziei. Wolę opisywać swoją muzykę, grając ją na żywo, niż o niej opowiadać. Niemniej, ciekawią mnie przemyślenia słuchaczy. Dlatego zbieram wiadomości, myśli i odczucia, którymi dzielą się ze mną odbiorcy. Dokładnie rok po wydaniu albumu, planuję opublikować ich przemyślenia.

Używasz tego samego modelu gitary, co wspomniany Dominic Miller. Dlaczego wybrałeś tę charakterystyczny instrument z mniejszym pudłem rezonansowym? Przez wzgląd na brzmienie, które chciałeś dzięki niej osiągnąć?

Przez lata grałem na tradycyjnej gitarze klasycznej, która nie była zbyt wygodna. Słuchałem, jak Dominic gra na gitarze Yairi Torres i oczarowało mnie jej brzmienie oraz kompaktowy rozmiar. Znalazłem egzemplarz w sklepie muzycznym w Mediolanie. To mój instrument pierwszego wyboru ze względu na łatwość gry i – przede wszystkim – jego barwę. Niełatwo jest znaleźć ten model w Europie, dlatego byłem szczęściarzem, że znalazłem go właśnie w Mediolanie. Poznałem również dystrybutora marki Yairi na rynek francuski, Roberta Harveya, który jest profesjonalistą i ma wyjątkową wiedzę dotyczącą modeli, produkowanych przez tę firmę. Można znaleźć go na portalu Reverb: https://reverb.com/fr/shop/k-yairi-guitar-specialist.

Na koniec mały raport dotyczący kondycji włoskiej muzyki. Jakich muzyków jazzowych mógłbyś polecić słuchaczom?

We Włoszech zawsze wrzało od ciekawych wykonawców i wyjątkowej muzyki. Byłoby nie w porządku, gdybym wymienił tylko kilku z nich. Czasami mam wrażenie, że brakuje odpowiednich struktur, które pomagałyby nowym talentom w zaistnieniu. Nie wdając się w szczegóły – bycie muzykiem we Włoszech nie zawsze postrzegane jest jako praca. Trudno jest budować swoją muzyczną przyszłość, nie mając drugiego zawodu, niezwiązanego z muzyką. Jestem jednak optymistą. Dzięki technologii, z której możemy korzystać, wytrwałości i dozie szczęścia, możemy wysłać swoją muzykę w każdy zakątek świata.

Moja muzyka jest jak ramen – Lion [Wywiad]

Zrobiło się o niej głośno za sprawą występów na kilku europejskich festiwalach. W poprzednim roku wydała debiutancką epkę. Przedstawiła się już także polskiej publiczności, grając minikoncert w Warszawie. "Nie za bardzo wiem, jak mogę siebie opisać. Głośna, z bujną fryzurą" mówi sama o sobie. Tak naprawdę nazywa się Beth Lowen (niem. Löwen – lew). Wybór pseudonimu artystycznego był więc oczywisty. 

 fot. facebook.com/iamlionofficial

Pierwszy raz wystąpiłaś przed publicznością jako dziesięciolatka. Z koncertem wiąże się pewna anegdota – teraz brzmi zabawnie, ale wtedy nie było ci chyba do śmiechu.

Chyba nigdy nie denerwowałam się tak mocno, jak wtedy. Śpiewałam bardzo cicho, stojąc z dala od mikrofonu, bo byłam przestraszona. Jakaś kobieta powiedziała mi po koncercie, że brzmiałam, jakbym wypaliła paczkę papierosów i wypiła butelkę whisky. Zaczęłam płakać, bo nie wiedziałam, o co jej chodziło. Spokojnie, nie piłam wtedy whisky!

Wiedziałaś już wtedy, że zostaniesz muzykiem?

Raczej tak, nie chciałam zajmować się czymś innym.

Mieszkasz w Londynie, który jest prawdziwym tyglem muzycznym. Jako słuchacz, codziennie masz do wyboru dziesiątki koncertów. Gorzej to wygląda z perspektywy muzyka. Chyba trudno jest się tam przebić?

Zaczęłam śpiewać w pubach – grałam najwięcej, jak się tylko dało. Często brałam udział w wydarzeniach open mic, gdzie śpiewać może każdy chętny. Było trudno, bo wielu innych muzyków stara się zaistnieć w podobny sposób.

W zeszłym roku opublikowałaś swoją pierwszą epkę z czterema utworami. To zbiór twoich pierwszych singli. Każdy z nich jest rockowy i pełen energii.

Wybrałam najbardziej beztroskie piosenki ze wszystkich, które miałam. Nie ma tam zbytniej ciężkości, nie są też zbyt uczuciowe. Poszły na pierwszy ogień, bo po prostu czerpię z nich radość. Napisałam je w duetach. W jednej z nich pomógł mi mój brat, który potrafi zagrać na instrumencie, o którym nawet nie słyszał. Tworzyłam też z moim znajomym, Richem Cooperem. Lubię współtworzyć muzykę z drugą osobą.

Zaciekawił mnie tekst utworu „Fiction”, gdzie śpiewasz o byciu okłamywaną.

To trochę zabawne, kiedy twoi znajomi cię okłamują, a ty zdajesz sobie z tego sprawę.

Jakie są twoje muzyczne inspiracje? Obstawiałbym zespoły z lat 70.

Część inspiracji to muzyka, której słuchali moi rodzice – Fleetwood Mac, Bob Dylan czy Joni Mitchell. Przechodziłam też etap, w którym słuchałam Arctic Monkeys.

To ciekawe, ale recenzenci piszą czasami o muzyce, jak o jedzeniu – "ta gitara brzmi tłusto", "ten kawałek jest ciężkostrawny". Jeśli twoja muzyka miałaby być jakąś potrawą – co by to było?

Ramen. Masz porządną podstawę, czasami jest trochę ostra, płynna, spływająca, raz lekka, raz cięższa i jesteś po niej nasycony.

Dziennikarze nazywają cię jedną ze wschodzących gwiazd brytyjskiej sceny muzycznej. Czy nie jest trudniej tworzyć, kiedy inni mają wobec ciebie duże oczekiwania?

Myślę, że nie można brać tego do siebie. Trzeba być wiernym swoim ideałom.

Na razie nie ma w internecie zapowiedzi i teaserów, ale wiem, że przygotowujesz swoją pierwszą, pełną płytę długogrającą.

Skończyłam już nad nią prace, teraz jest miksowana. Powinna wyjść na początku przyszłego roku, myślę, że to dosyć realna data. Ten album płynie, ma inny klimat niż epka. Jest na nim więcej wzruszających momentów i dużo bolesnych przeżyć. Mówi też o dorastaniu. To podsumowanie ostatnich dziesięciu lat mojego życia. Będzie nazywał się Wonderland.

Kiedy pojawisz się na pierwszym, pełnym koncercie w Polsce?

Na pewno tu wrócę, przy okazji ostatniego pobytu zakochałam się w Polsce. Jeśli wyruszę w trasę, to przyjadę. Kocham Polskę, bo utrzymujecie rocka przy życiu! 

Gra ze Stingiem była moim marzeniem – Rufus Miller (Sting & Shaggy) [Wywiad]

Przez ostatnie pół roku grał w zespole Stinga i Shaggiego. Z Brytyjczykiem wystąpił już na trzech trasach. Teraz angażuje się w promocję swojej pierwszej solowej płyty, "Pop Skull" – na razie trafiła do serwisów streamingowych. Poznajcie Rufusa Millera.

fot. materiały promocyjne/Robert Wolański

Marcin Obłoza: Od czerwca grałeś w zespole Stinga i Shaggiego. Było dużo reggae i wakacyjnego klimatu. Jak podsumujesz tę serię występów?

Rufus Miller: Atmosfera była bardzo pozytywna, wszyscy się polubili, dobrze się przy tym bawiąc. W zespole Stinga pojawiła się świeża krew, bo dołączyli do nas muzycy z zespołu Shaggiego. To także kolejna trasa z moim tatą i Joshem Freesem, więc w zespole była równowaga.

Jak ludzie reagowali na tak nietypową współpracę? Sting – zamyślony, poważny Brytyjczyk, pojawił się na scenie ze spontanicznym wykonawcą muzyki reggae i dancehallu z Jamajki.

O to właśnie chodzi – Sting lubi zapraszać na scenę najróżniejszych muzyków. Wszyscy są profesjonalistami, więc po prostu zaczynają ze sobą współgrać.

Za wami koncerty w Łodzi i Trójmieście. Czy były w jakiś sposób wyjątkowe?

Było wspaniale. Wyprzedały się całe areny. Słuchacze naprawdę słuchali tego, co graliśmy. To były wyjątkowe występy.

Co dalej?

Dzięki tym występom mogłem odkryć swoją, solową karierę. Nagrałem więc swój album – na razie ukazał się w serwisach streamingowych. Jestem naprawdę dumny z tego, co stworzyłem. Gram na gitarze od siódmego roku życia. Zacząłem tworzyć swoje utwory,  robiłem to gdzieś na boku przez wiele lat. Mój obecny etap życia jest dobrym czasem na to, by ludzie usłyszeli moje piosenki.  

Pierwszymi singlami, które pojawiły się na YouTube były Idle Hands i Wicked Lady.
Ukazują dwie odmienne strony. Kolejne trzy-cztery utwory to po prostu ja i gitara akustyczna. Jest też kilka kolejnych rockowych utworów, takich, jak Wicked Lady. Interesują mnie takie ciemne, gotyckie klimaty, więc przemycam je do swojej muzyki.

Moje pierwsze rockowe skojarzenie – twoje koncertowe solówki z rockowego Petrol Head z poprzedniej płyty Stinga.

Słuchałem partii studyjnych Lyle’a Workmana. Były niezwykłe. Widziałem, że nie uda mi się tego powtórzyć. Pozwolono mi więc stworzyć swoją własną partię, to było naprawdę miłe.

Jaka jest w takim razie twoja ulubiona piosenka z trasy z Shaggim?

(śpiewa) Wake up, it’s a beautiful day (Morning Is Coming – M.O.) Uwielbiam te zagrywki.

Oglądamy występ w Atlas Arenie i nagle na scenie pojawia się Shaggy przebrany za sędziego, z długą, siwą peruką. Ochroniarz w przeciwsłonecznych okularach każe Stingowi ubrać strój więźnia. Rozpoczyna się proces i utwór „Crocked Tree”. Kto miał tak przedziwny pomysł na wykonanie tego utworu?

Nie mam pojęcia, to po prostu zaczęło dziać się na próbach. Jeśli przesłuchasz uważnie studyjnej wersji piosenki, to od razu zauważysz, że wyraźnie różni się od innych. Po prostu urzeczywistniliśmy proces, który wybrzmiewa w utworze.

Jesteś w zespole Stinga już od siedmiu lat.

Jeśli gra z dwoma gitarzystami. Trochę bolało, kiedy musiałem odejść. Na moje miejsce wrócił na pewien czas klawiszowiec David Sancious, który jest prawdziwą legendą. Kiedy Sting chciał wrócić do składu z dwoma gitarami, byłem nieco zaskoczony, ale szczęśliwy.

Jak to jest grać z taką legendą jak Sting?

To niesamowite. Mam jeszcze w głowie dziecięcą perspektywę, w której mój tato dołącza do jego zespołu. Miałem wtedy pięć lat. Zawsze, jeśli chciałem zobaczyć tatę w akcji, nie było problemu. Jako dziecko nie zauważasz tej koncertowej otoczki. Nadal mam więc w głowie tamtą perspektywę.

Twój ojciec, Dominic Miller, pomógł ci zapewne w aklimatyzacji w zespole. Miałeś wtedy ledwo dwadzieścia sześć lat.

Zdecydowanie. Pamiętam, że nim zaczęliśmy występować, powiedział mi „stwórzmy coś legendarnego” – coś na najwyższym poziomie. Tak, jak w Mettalice i innych zespołach – ludzie muszą wiedzieć o duecie naszych gitar. Już teraz, jeśli myśli się o muzycznych duetach synów z ojcami, to jesteśmy na tej liście.  Może to brzmi jak tani chwyt, ale między nami zachodzą prawdziwe emocje. Muszę przyznać, że dołączenie do tej ekipy to jak zdobycie Mount Everest.

Widziałem, że masz nową gitarę.

Kupiłem ją w styczniu 2018 roku, głównie na potrzeby mojej muzyki. Nie sądziłem, że będzie pasowała do muzyki Stinga. Wziąłem ją jednak jako gitarę zapasową na trasę „44/876”.  Nie byłem do niej przekonany, ale pewnego dnia techniczny powiedział, że trochę mi ją ustawi i mogę wypróbować ją na soundchecku (zaciera ręce). Mogę opowiadać godzinami o małych różnicach, bo wcześniej przez dwie godziny musiałem dźwigać ciężkiego Les Paula. Ta gitara ma to samo, ciężkie brzmienie Gibsona. Nie wyobrażam sobie Andy’ego Summersa, grającego Every Breath You Take na tak dużej gitarze, ale inżynier dźwięku przyznał mi, że ma świetne brzmienie. Techniczny dodał, że muszę dokupić sobie drugi, zapasowy egzemplarz.

Jak wyglądał twój pedalboard?

Podstawą jest chorus, kompresor, delay i vibrato. Mam dwa pedalboardy, bo lubię mieć coś w zanadrzu. Jeden z nich jest ustawiony pod tape echo. Czasami używam też delaya Bossa, który ma cyfrowe brzmienie. Do tego wzmacniacze Mesa Boogie.

Twój ojciec powiedział mi kiedyś, że nieważny jest sprzęt, na jakim grasz. Zgodzisz się z tym?

Jak najbardziej, nauczył mnie tego. Żyję z takim podejściem i prawdopodobnie z nim umrę (śmiech).

Mówi się o tym, że Sting nagrywa nowy album.

Nic o tym nie wiem, spytam się go przy następnej okazji. Sting bardzo lubi niespodzianki. Zaskakuje nawet nas. To ekscytujące, bo pracując z nim, nie wiesz nawet czy zostaniesz w zespole. Dzięki temu jego muzycy zawsze są czujni i polują na muzykę. Możliwe, że obudzi się któregoś dnia i stwierdzi, żeby zrobić coś zupełnie innego. To zrobił przecież z ostatnią płytą z Shaggim. Na promocyjnej trasie albumu „57th & 9th” grałem na większości koncertów. Nagle, kiedy promował "44/876", zaczął kombinować z innymi muzykami. Miał nowych gitarzystów. Oglądałem te występy na YouTube i miałem tylko nadzieję, że nadal będzie chciał mnie zatrudnić.

Wiemy natomiast już na pewno, że Sting wyrusza w nową, wakacyjną trasę My Songs już bez Shaggy’ego. Wiążesz z nim dalsze plany?

Zdecydowanie. Dużo o tym myślałem i stwierdziłem, że będąc pięciolatkiem, to było moje największe marzenie. Chciałem zajmować się muzyką i być blisko taty. Pamiętam, że czasami dawali mi pograć na próbach i bardzo dużo to dla mnie znaczyło. Nagle zapominasz o swoim marzeniu, bo życie po prostu daje ci szansę. Jak dużo rockowych zespołów zapełnia całe hale – mam na myśli takiego prawdziwego rocka, całkowicie na żywo? Naprawdę niewiele. Moje muzyczne CV nie jest tak naprawdę zbyt wystarczające, żeby znaleźć się w tym miejscu, ale rozumiem to. Byłoby mi szkoda, gdybym opuścił zespół. Chcę w nim zostać.

Kupcie chociaż jeden garnitur – Matt Dusk o świętach i płycie "Jet Set Jazz" [Wywiad]

"Kiedy byłem nastolatkiem, imponowali mi croonersi, czyli piosenkarze standardów jazzowych – Frank Sinatra, Tony Benett, Nat King Cole" mówi Matt Dusk, który w listopadzie wypuścił nowy album, Jet Set Jazz. "Kocham taką muzykę. Dlaczego? Myślę, że jest bardzo elegancka i romantyczna".

                                                                                                                                                                                 wikimedia.org

Marcin Obłoza: Wspominasz o jazzie i soulu. Nie słuchałeś nigdy mocniejszych brzmień tak jak inni nastolatkowie?

Matt Dusk: Na początku lat dziewięćdziesiątych słuchałem trochę popu. Rozwijała się też scena grunge'u. Byłem fanem Nirvany. Wielkim zespołem było też wtedy U2. Tak naprawdę lubię wszystkie gatunki.

Ciężko mi sobie ciebie wyobrazić śpiewającego w takich cięższych klimatach. Wielu zaczyna od grania w garażach. Jak było w twoim przypadku?

Oczywiście, każdy śpiewał wtedy piosenki Pearl Jam ze swoim rockowym zespołem, ale mnie szło to naprawdę słabo. Teraz już tego nie robię, bo fatalnie brzmię w takich brzmieniach.

Mimo wszystko chciałbym usłyszeć cię zachrypniętego w jakimś gitarowym utworze. 

Możesz w takim razie zmontować jakiś zespół. Przyłącze się do was.

Kiedy po raz pierwszy miałeś uczucie, że śpiewanie stało się twoim sposobem na życie, że to twoja praca?

Kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem śpiewać jazz i swing. Wtedy robiłem to dla przyjemności, ale nagle ludzie zaczęli mi za to płacić. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, grałem już jakieś dwadzieścia koncertów miesięcznie w klubach. Przeżycia, które czerpiesz z muzyki, są niesamowite. Dzięki temu trafiłem nawet do Warszawy i z tobą rozmawiam. Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie muzyka.

W listopadzie wydałeś nowy album, „Jet Set Jazz”, który brzmi, jakby był nagrany w latach sześćdziesiątych.

Taki był plan, chcieliśmy oddać klimat tamtych czasów, najlepiej, jak tylko potrafiliśmy. Nagraliśmy big band w Toronto. Kto nagrywa jeszcze trzynaście dęciaków jednocześnie? Jako producent, cały czas siedziałem w reżyserce i nadzorowałem wszystko, co było nagrywane. Robię to samo od prawie dwudziestu pięciu lat, ale nadal czuję ekscytację w studio. Marzyłem o tym jako dziecko. 

Nowa płyta jest też inspirowana lataniem.

Jako wykonawcy, podróżujemy po całym świecie. Nadal jestem zaskoczony, gdy wchodzisz na pokład i lecisz do kompletnie nowego, egzotycznego miejsca. Nawet Warszawa jest dla mnie egzotyczna. Latanie stało się popularne w latach pięćdziesiątych. Frank Sinatra śpiewał wówczas „Come Fly With Me”. Podróże samolotem były wtedy takie wytworne. Wchodziłeś na pokład, częstowano cię posiłkami i mnóstwem drinków. Wszyscy się cieszyli. Chciałem zabrać słuchacza w podróż w czasie – ale ze mną, bo wszyscy inni wykonawcy już nie żyją.

Jesteś perfekcjonistą?

O boże, tak. To nie jest dobre, bo nie zgadzam się na kompromisy. Zawsze muszę robić wszystko najlepiej, jak tylko potrafię. W przeciwnym razie żałowałbym tego.

Perfekcjonizm widać też po tym, jak się ubierasz. Zawsze masz na sobie białą koszulę, krawat i garnitur. To bardzo dobrze pasuje do muzyki, którą tworzysz.

Gdy dorastałem, byłem nastolatkiem, chciałem się identyfikować z dorosłymi. Zawsze chciałem być kimś starszym, niż jestem. Frank Sinatra czy Nat King Cole, prawdziwi mężczyźni, zawsze bardzo dobrze się ubierali. Zauważyłem, że każdy, kto włoży dobry garnitur, może wyglądać całkiem przystojnie.

To co poradziłbyś mężczyznom, którzy chcieliby oczarować swoje kobiety?

Kupcie chociaż jeden garnitur i upewnijcie się, że jest dobrze skrojony. Wcale nie musi być drogi, ale powinien idealnie pasować.

Czujesz się jak wzór do naśladowania dla innych mężczyzn?

Po prostu chcę dobrze wyglądać. Ubrania zawsze mogą poprawić twój wygląd. Gdybym ubierał zwyczajne koszulki i spodnie, nie wyglądałbym już tak korzystnie.

Równie nienaganny jest twój głos. Jest bardzo czysty i miękki, nie ma w nim zbędnej, rockowej ostrości.

Uczyłem się śpiewu klasycznymi metodami – w chórach i klimatach opery. Gdybyś był sportowcem, codziennie ćwiczyłbyś na siłowni. To samo jest z muzyką – im więcej trenujesz, tym z czasem stajesz się coraz lepszy. Mój głos potrzebuje sporo whisky. Na scenie mamy bar. Wspólnie z członkami zespołu lubimy się tam zrelaksować i po prostu cieszyć się chwilą, bo występ na scenie trwa naprawdę bardzo krótko. Moment, w którym gramy jest dla nas wyjątkowo łatwy i przyjemny.

Jesteś mocno związany z Polską, nie tylko prywatnie. W 2015 roku nagrałeś album „Just The Two Of Us” z Margaret. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Gdy po raz pierwszy zostałem poproszony o nagranie duetów, zadzwoniłem do moich wytwórni. Bardzo lubię współpracować. Gdy po raz pierwszy poznałem Margaret, zadziwiła mnie jej pewność siebie. Zawsze mi mówi, że jestem niedołęgą, ale zaczęliśmy się ze sobą rozumieć. Polubiliśmy się. Kiedy masz obok kogoś pomocnego, występy są jeszcze przyjemniejsze.

Duet z Margaret był niemałym zaskoczeniem, bo na co dzień śpiewa pop. Jesteście z zupełnie innych światów.

Ma za to jazzowe wykształcenie, zdaje się, że grała nawet na saksofonie. Margaret bardzo lubi takie klimaty. Jazz to jeden z tych gatunków, które możesz śpiewać bez względu na wiek. Nikt nie powie ci, że jesteś za stary na takie klimaty. Patrz na Tony'ego Benetta. Nie ma zbyt wielu dziewięćdziesięciolatków, śpiewających pop. Myślę, że jak Margaret będzie starsza, to wyda kolejną jazzową płytę.

Śledzisz polską scenę muzyczną? 

Słucham radia, tu, w Warszawie. To niezwykłe, jak popularne jest disco polo. Każdy kraj ma wielkich artystów i artystów popularnych. Warto to rozróżniać.

Podoba ci się w takim razie nasze disco polo?

Jeśli znalazłbym się nocą w klubie – jasne.

Jak dobrze potrafisz mówić po polsku?

(mówi łamanym polskim) Dobry wieczór państwu, witam wszystkich. Cieszę się, że znowu jestem w Polsce. (śmiech) Cóż, moja córeczka uczy się polskiego. Ma zaledwie dwa lata. Zapamiętuję nowe słowa razem z nią, wyłapuję podstawowe frazy.

Kto w takim razie mówi lepiej?

Myślę, że ona. W tym cały problem.

Nadchodzi czas świąt. Musimy zaznaczyć, że nagrałeś sporo świątecznych utworów. Wydałeś nawet specjalny, zimowy album „Old School Yule!”. To musi być dla ciebie specjalny czas.

Kiedy byłem dzieckiem, zawsze słuchaliśmy wtedy Nat King Cole’a i Binga Crosby’ego. Co roku puszczamy więc w domu stare winyle. Stworzyłem „Old School Yule!” zaraz po narodzinach mojej córki. Chciałem mieć piosenki, które mógłbym jej śpiewać. Teraz śpiewa już razem z płytą.

W Polsce mamy też nową świąteczną tradycję – wszyscy oglądają Kevina. Czy w Kanadzie też jest tak popularny?

Tak, co roku powtarzają się wszystkie świąteczne filmy. Kevin zdecydowanie jest jednym z nich.

Jakie masz plany na nowy rok? Na razie wiemy wyłącznie o trasie po Kanadzie.

Będę promował najnowszą płytę w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Przyjadę też do Polski – w lutym albo marcu. Niebawem ogłosimy kolejne daty. Nagrywanie płyty sprawia dużą radość, ale to na koncertach zależy mi najbardziej. Kontakt z widzami wytwarza świetną energię.

W takim razie czekamy na oficjalne potwierdzenie. Wesołych świąt, Matt!

Dzięki. (śpiewa) We wish you a Merry Christmas and a Happy New Year!

Słuchacze nie potrzebują nowej muzyki – Al Di Meola o albumie "Opus" [Wywiad]

Spotkaliśmy się na backstage'u wrocławskiego Impartu. Al Di Meola skończył właśnie rozgrzewkę. Słuchacze usłyszą za kilkanaście minut całe spektrum gatunków muzycznych zamkniętych w pudle rezonansowym gitary klasycznej. Będzie też kilka nowych kompozycji z płyty "Opus". Przed wyjściem na scenę, zadaję Di Meoli kilka nurtujących pytań.




Marcin Obłoza: Przyjechałeś do Wrocławia z nowym projektem – promujesz album „Opus”. W wywiadach wspominałeś, że w przypadku tej płyty rola komponowania i aranżacji była ważniejsza niż samo granie na gitarze.

Bez porządnej kompozycji nieważne jest, jak dobrze grasz na gitarze. Jest wielu świetnych improwizatorów grających jazz, ale ostatecznie i tak najważniejsze jest to, jak na dany utwór zareaguje publiczność. Możesz grać solówki przez dwie godziny, ale wszystkich zanudzisz. Przede wszystkim kobiety. Musi więc pojawiać się ta „zawartość” – mocna kompozycja, której tak bardzo brakuje w jazzie. Prawdopodobnie zmieniłem podejście do muzyki dzięki Beatlesom, których słuchałem, będąc nastolatkiem. Później poznanie Astora Piazzolli, ojca muzyki tango, uświadomiło mi, że elementy kompozycji są ważniejsze niż solówki. Mamy dzięki temu do czynienia z szerszym zakresem emocji, a publiczność może łatwiej przyzwyczajać się do utworów. Tak, „Opus” to kolejny etap w ewolucji mojego komponowania.

Na nowej płycie lubisz żonglować nastrojami. W niektórych, dłuższych kompozycjach, zawierasz co najmniej kilka wątków. 

Nigdy nie wiesz, gdzie zabierze cię twój umysł. To jak wtedy, gdy spacerujesz ulicą i nagle spotykasz przyjaciela, którego nie widziałeś od wielu lat. Albo, gdy nagle widzisz wypadek samochodowy i wokół ciebie zaczynają wyć syreny. Ponieważ moje kompozycje nie mają słów, ważne, by poprzez muzykę odzwierciedlać dane scenerie. 

 Czy potrafisz komponować w trakcie trasy?

Daj mikrofon mojemu menedżerowi (śmiech). Mam wiele dzieci do wykarmienia. Żartuję. Teraz koncertowanie odgrywa ważniejszą rolę niż w latach 70. czy 80. Wtedy występowałeś, żeby promować płytę. Teraz musisz grać, żeby promować wiele innych rzeczy. Rola płyt zmniejszyła się o jakieś 90 procent. Nie ma sensu nagrywać nowych albumów. Ludzie naprawdę nie potrzebują nowej muzyki. Nawet The Rolling Stones nie musi wydawać nowych albumów. Paul McCartney też nie. Chcemy słuchać takich piosenek, które lubimy, a te zostały nagrane już wiele lat temu.

To dlaczego wydałeś "Opus"?

To kwestia artystyczna. W przeciwieństwie do gwiazd popu, wciąż mogę prezentować nowe utwory. Nigdy nie miałem bowiem wielkich hitów, tak, jak oni. My, jazzmani możemy grać na koncertach co tylko chcemy.

Nie masz wrażenia, że wszystko zostało już nagrane, że nie da się już być innowacyjnym?

Tak. Młodzi mają teraz wyjątkowo trudno żeby się przebić.

Na nowym albumie zagrałeś sporo solówek na gitarze elektrycznej, mimo że najczęściej sięgasz po gitarę klasyczną. Rock and roll musi być dla ciebie dużą inspiracją, bo nagrałeś nawet album z coverami Beatlesów.

Uwielbiam ich, słucham też dużo Led Zeppelin z wcześniejszego okresu. Kiedy dorastałem w Nowym Jorku, miałem wybór i codziennie mogłem chodzić na jakiś jazzowy albo rockowy koncert. To była wielka zaleta tego miasta.

Czy masz już plany na następny rok? Może nowa płyta?

Tak, robimy drugi album z coverami Beatlesów. Fani chyba nie spodziewali się takiej płyty, ale dlaczego nie – wychowaliśmy się na tej muzyce. Wciąż jest świetna. Obecne dzieciaki nie będą mogły powiedzieć za kilkadziesiąt lat, że muzyka Kanyego Westa była świetna. Obudzą się i stwierdzą „mój boże, dlaczego słuchałem tak beznadziejnej muzyki”. Wszyscy dojdą do takich wniosków, po prostu muszą. Ta muzyka nie ma żadnej zawartości, brak w niej harmoni, melodii, głos jest bardzo słaby i przesłanie nie jest najlepsze.

Czasy seksu i narkotyków minęły – wywiad z Davem Kilminsterem (Roger Waters, Steven Wilson)

Roger Waters dotarł w sierpniu ze swoją widowiskową trasą „Us + Them” do Krakowa i Trójmiasta. Jednym z głównych bohaterów efektownego show był Dave Kilminster, etatowy gitarzysta byłego lidera Pink Floyd. W wywiadzie dla Czynników Pierwszych opowiada o tym, jak trafił do zespołu Watersa, opisuje swojego szefa i przekonuje, dlaczego warto być słownym.


MO: Koncerty w Tauron Arenie i ERGO Arenie były wielkim przeżyciem dla słuchaczów. Usłyszeliśmy dużo klasycznych utworów Pink Floyd z płyt „Animals” czy „The Dark Side Of The Moon”. Czy można grać bez przerwy te same, znane utwory, z pasją i zaangażowaniem?

DK: Każdej nocy próbuję grać je coraz lepiej. Wciąż pracuję nad niuansami, by upodobnić moje brzmienie do oryginalnych partii z płyt. Taki mam styl – ciągle chcę poznawać coś nowego. Jest wielu gitarzystów, którzy osiągają pewien szczyt, po czym spada ich kreatywność i technika. Nie ma na to wytłumaczenia. Dzięki ciągłej nauce znane kompozycje floydów wciąż brzmią świeżo.

Na koncertach Rogera Watersa muzyka jest zawsze perfekcyjnie zgrana z wizualizacjami. Czy wobec tego na scenie jest miejsce na improwizację?

Wszystko jest zsynchronizowane co do sekundy, więc nie ma mowy o spontanicznym graniu. Roger jest perfekcjonistą, cały czas pracuje nad kształtem show. W tej chwili głównie skupia się na wizualizacjach, bo wciąż ma nowe pomysły.

Jakim jest szefem?

Świetnie się z nim pracuje. Jeśli robisz to, o co prosi, jest szefem idealnym. Lubię to, bo nie ma między nami niedomówień. Wychwytuje i na bieżąco omawia każdy najmniejszy błąd. Moim głównym zadaniem jest po prostu sprostanie jego oczekiwaniom. Następna w kolejności ma być publiczność, a później reszta zespołu. Rozmawiając o innych muzykach – Roger lubi zmieniać skład, z ktorym występuje. Poznawanie stylu gry nowych muzyków to niemałe wyzwanie. Od poprzedniego roku, w związku z premierą solowego krążka Rogera, „Is This The Life We Really Want?”, gra z nami trójka nowych muzyków. To producent płyty, Nigel Godrich, zaproponował ich Rogerowi. Szczególnie lubię grać z perkusistą, Joeyem Waronkerem, którego styl przypomina mi grę Nicka Masona.

Grasz z Watersem od dwunastu lat, ale na wspomnianej płycie ciebie nie słyszymy.

Po części dlatego, że byłem w trasie ze Stevenem Wilsonem. Ledwo wróciłem do domu i już następnego dnia dostałem telefon od Rogera. „Pracuję w Los Angeles z nowymi ludźmi i chciałbym, żebyś ocenił ich grę, bo może weźmiemy ich na trasę” powiedział. Myślałem, że dostanę nagrania, ale Roger od razu zaproponował mi, żebym po południu poleciał do studia, w którym pracował. Nie zdążyłem się nawet rozpakować po poprzedniej trasie (śmiech)! Ostatecznie nie zagrałem na albumie, bo gitary były już zarejestrowane przez Jonathana Wilsona i Gusa Seyfferta, a Roger nie chciał zbyt wielu gitarowych solówek. Ostatecznie niektóre z nowych kompozycji wykonujemy na żywo. Muszę przyznać, że z koncertu na koncert ewoluują, najwięcej nowych pomysłów pojawiło się w Picture That.

W Gdańsku zagraliście też Wait For Her, inny utwór z nowej płyty. Wykonywanie go na żywo to prawdziwa rzadkość.  
Gramy go zamiennie z innymi utworami, zawsze przed kończącym Comfortably Numb. Decyzja, jaki będzie przedostatni utwór, zapada w trakcie koncertu. Roger po prostu rzuca tytuł utworu, kiedy kończymy podstawowy set. Muszę przyznać, że za każdym razem gramy Wait nieco inaczej i kombinujemy nawet w trakcie gry.

Czytając recenzje trasy, można odnieść wrażenie, że to polityka, a nie muzyka, wywołuje wśród odbiorców najwięcej emocji.

Te wszystkie smaczki skierowane przeciwko Donaldowi Trumpowi są zazwyczaj przyjmowane naprawdę dobrze. Roger zawsze zabiera głos w ważnych sprawach. Zgadzam się z jego poglądem, że Trump to niebezpieczeństwo dla całego świata. Czasami Amerykanie mówią „jesteś Anglikiem, nie masz z tym nic wspólnego”. Uważam jednak, że jego rasizm może udzielić się rządzącym w innych krajach. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że nie jestem fanem łączenia polityki z muzyką. Wychowałem się na muzyce Siergieja Rachmaninowa, Claude’a Debussy’ego czy Niccolo Paganiniego. Zdaje się, że w ich kompozycjach nie ma polityki (śmiech). To czysta sztuka.

Jak trafiłeś do zespołu Watersa?

W 2006 roku dostałem informację o przesłuchaniu od mojego managera. W tej pracy umiejętności to jedno, ale ważny jest też twój charakter czy nawyki. Przed otrzymaniem angażu na trasę „The Dark Side Of The Moon Live” dużo rozmawiałem z całym zespołem. Oczywiście, musiałem odnaleźć się w różnych tempach czy klimatach muzycznych. Moje brzmienie gitary musiało być odpowiednio „tłuste” i śpiewne. Z drugiej strony Roger zwracał jednak uwagę na to, czy jestem dobrze zorganizowany albo czy nie stresuję się na występach przed kilkudziesięciotysięczną publicznością. Współpraca na scenie to jedno. Z całą ekipą spędza się jednak mnóstwo czasu w hotelach czy na lotniskach. Pytano mnie więc nawet, czy biorę narkotyki albo palę. Ważne było też, by wyzbyć się swojego ego – szczególnie pracując z kimś tak charakternym, jak Roger.

To całkowite zaprzeczenie stereotypowego „sex, drugs and rock&roll”.

Po prostu nie ma na to miejsca, szczególnie na tak dużej trasie, jak ta. Nawet gdybyś po pijaku zagrał przyzwoity koncert, następnego dnia trafisz na YouTube’a. Żeby wytrzymać obciążenia napiętego harmonogramu koncertów, dbam o dobrą kondycję – wspólnie z Ianem (Ritchie, saksofonista – przyp. red.), ćwiczymy niemal codziennie. Myślę, że czasy seksu i narkotyków już minęły. Wiem, że to bardzo smutne (śmiech).

Między kolejnymi trasami Rogera, udaje ci się raz na jakiś czas nagrać solowy materiał. Ostatni, „...And The Truth Will Set You Free...” ukazał się rok po zakończeniu ogromnej trasy The Wall Live. Masz już pomysły na kolejną płytę?

Cały czas piszę w trakcie trasy. W tym momencie mam ponad 600 wstępnych pomysłów na telefonie. Myślę, że mógłbym wycisnąć z nich nawet pięć płyt. Po zakończeniu trasy z Rogerem będę musiał posiedzieć kilka dobrych dni, żeby wszystko przesłuchać i wybrać najciekawsze motywy. Powinienem znaleźć na to czas w przyszłym roku.

Nowa płyta będzie całkowicie inna – wywiad z Dominiciem Millerem (Sting, Phil Collins)


Przyjechał do Szczecina, by promować swój najnowszy album “Silent Light”, chociaż większość kojarzy go z gry u boku Stinga. Dominic Miller spotkał byłego członka The Police blisko trzydzieści lat temu i gra z nim do dziś. Gitarzysta mówi nam o ostatnim albumie swojego szefa „44/876”, nagranym w duecie z Shaggym. Po raz pierwszy opowiada również o swojej nowej płycie, która ukaże się na początku przyszłego roku.


Marcin Obłoza: „Silent Light” jest albumem nagranym w całości od nowa, ale znalazły się na nim utwory, które ukazywały się już na wcześniejszych płytach. Czy zgodzisz się, że ta płyta jest swoistą składanką the best of?

Dominic Miller: Miałem mało czasu na przygotowanie materiału do nagrania. Skomponowałem kilka nowych kawałków – What You Didn’t Say, En Passant czy Valium, a reszta to tak, jak mówisz – utwory the best of, bo najlepiej pasowały mi do narracji i nastroju tego projektu. Myślę, że moje wybory były słuszne. Na płytę trafiło też Fields Of Gold Stinga. To rodzaj prywatnej wiadomości, dziękuję mu w niej za blisko trzydzieści niesamowitych lat wspólnej pracy.

Na albumie słyszymy wyłącznie twoją gitarę i perkusistę, Milesa Boulda. Przyznałeś wcześniej, że nie zaangażowałeś w projekt większej liczby muzyków, bo mieli problem ze znalezieniem wolnego czasu.

Tak, każdy był wciąż zajęty. Też jestem zapracowany, bo mam napięty harmonogram koncertów ze Stingiem. Wszystko zostało zrobione w pośpiechu, w dobrym znaczeniu tego słowa. Miałem miesiąc, żeby się przygotować, wiedziałem, że mam utwory, które zawsze chciałem zinterpretować z producentem Manfredem Eicherem. Tak samo jest z muzyką klasyczną – możesz grać poszczególne kompozycje setki razy i wciąż znajdować w nich coś nowego. Nie musisz wykonywać ich raz.

Twoja wersja Fields Of Gold to zupełnie inna interpretacja piosenki Stinga.

O tak, jest w innej tonacji i aranżacji.

Zauważyłem ciekawą zależność. Kiedy Sting grał rock i pop, ty prezentowałeś albumy akustyczne. Kiedy zrezygnował w 2006 roku z grania muzyki rozrywkowej i opublikował serię akustycznych albumów z orkiestrą symfoniczną czy lutnią, ty zacząłeś zabawy w klimatach fusion jazzu. Teraz Sting wrócił do rocka – w kwietniu opublikował płytę „44/876” z Shaggym – a ty po kilkunastu latach ponownie nagrałeś muzykę akustyczną.

To bardzo zabawne, interesująca obserwacja. Nie wiem, dlaczego tak było. Mam tak samo, jak Sting – zawsze bierzemy na warsztat przeróżne korzenie muzyczne. Idąc tym tokiem myślenia – moja kolejna płyta będzie całkowicie inna. Prawdę mówiąc, mój nowy album jest już nagrany. Jest wyjątkowo energetyczny. Dużo w nim energii, szczególnie jak na płytę wytwórnii ECM. Na perkusji zagrał Manu Katche, a Nicolas Fiszman na basie. Mam też muzyka z Argentyny, który zagrał na bandoneonie. Gramy wspólnie naprawdę ciężkie rytmy. Ta muzyka będzie znacząco różniła się od tego, co nagrałem na album „Silent Light”. Może to znaczy, że następny album Stinga będzie folkowy? Kto wie? Warto coś zmieniać, najważniejszym mianownikiem jest fakt, że kompozycje pochodzą z jednego miejsca. Kwestia tego, jak je zaprojektujesz.

Na razie grałeś jeden z nowych utworów na próbie.

Nazywa się Bicycle. Często jeżdżę na rowerze, jak wracam do domu. Prawdę mówiąc, rzadko jednak tam bywam. Nie pamiętam, dlaczego tak nazwałem ten utwór. Może kojarzyć się z ruchem kolistym, nie ma początku i końca. Tak czuję się, gdy jeżdżę rowerem – to rodzaj medytacji, która trwa i trwa... w górę i w dół. W utworze momenty wygody przeplatają się z sekcjami trudności, ale nigdy się nie zatrzymujesz. Lubię ciągły ruch, więc pomyślałem, że Bicycle może być dobrą metaforą na coś stałego.

Kiedy nowy album zostanie opublikowany?

Wyjdzie na początku marca.

Wiem, że nagrywałeś go we Francji, ponieważ zdjęcia z sesji pojawiały się na instagramie. Było ich jednak niewiele – ile trwała rejestracja nowych utworów?

Dwa dni.

Czyli to naprawdę surowy materiał.

Podobnie, jak „Silent Light”. Wszystkie płyty ECM zostały nagrane w ciągu dwóch-trzech dni. Filozofią wytwórni jest uchwycenie momentu. Jeśli poświęcisz czemuś zbyt wiele czasu, zostaniesz perfekcjonistą i stracisz wiele szczerości i surowej energii – takiej samej, jak w przypadku pierwszej miłości. Nie da się odtworzyć później takich rzeczy. Wspólnie z wytwórnią ECM próbujemy złapać pierwotną iskrę komunikacji i nagrać ją. To właśnie słyszysz. Są tam błędy, niedociągnięcia czy źle wyartykułowane nuty, to prawda. Myślę jednak , że dzięki nim muzyka jest piękna. To kompletnie nowy rozdział, nie mam pojęcia, co z niego wyniknie. Musisz poczekać i przekonać się sam. Ciężko opisać muzykę słowami.

Zauważyłem, że ludzie często uciekają w takich sytuacjach do plastycznych metafor.

To bardzo trafna uwaga, bo bezpośrednią inspiracją nowego albumu są malarze, którzy pałętali się po południu Francji na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Chciałem zarejestrować tę energię, którą nie tylko malarze, ale także poeci, pisarze czy myśliciele mieli w tamtym czasie we Francji. Szczególnie na południu światło jest magiczne i nieprzyjemnie wieje mistral. Wszyscy myśleli, że to, co robią ci ludzie, było szaleństwem. Nikt nie brał ich na poważnie. Mimo tego tworzyli niezwykłe rzeczy, także muzykę – by wymienić Erika Satiego czy Claude’a Debussy’ego. Oni naprawdę przekraczali bariery. Podobnie Vincent Van Gogh czy Paul Cézanne. Chciałem złożyć hołd tym wszystkim szalonym pionierom.

W przeszłości skomponowałeś dla Stinga muzykę do Shape Of My Heart, jednego z największych hitów lat 90. Czy często przemycasz do jego muzyki swoje solowe dokonania?

Nie mam z tym problemu, często bierzemy muzyczne cytaty z innych utworów. Klasycznym przykładem może być partia w Brothers In Arms Dire Straits, gdzie Sting śpiewa: „I want my MTV”. To ta sama melodia, co „don’t stand so close to me”. To samo robię ze swoją muzyką.

W kwietniu Sting nagrał w duecie z Shaggym album 44/876. Teraz, aż do listopada promujecie płytę w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jak pracowało się z kimś tak spontanicznym, jak Shaggy?

To świetny koleś i artysta. Wiem, że wiele osób pyta się „Dlaczego Sting robi takie rzeczy?”. Sting robi, co tylko zechce. Gdy decyduje się na coś, to robi to bardzo dobrze, poświęca się temu. Zaangażowanie Shaggiego jest równie mocne.

Wspomniana płyta to duża dawka przebojowego popu, ale również reggae – gatunku, w którym Shaggy odnajduje się najlepiej. Nie miałeś problemu z dostosowaniem stylu swojej gry do tak odmiennej muzyki?

O to właśnie chodzi – wspieram go przy okazji każdego projektu, bo mocno się w niego angażuje. Jestem zadowolony z każdej decyzji, którą podejmie.

Mało kto wie, ale oprócz solowej kariery i występów ze Stingiem, jesteś gitarzystą sesyjnym. Twoja gitara jest na albumie „...But Seriously” Phila Collinsa.

To był niezwykły moment. Pamiętam, że był dla mnie wielką szansą. Rezygnowałem wtedy ze wszystkiego, co wiedziałem i czego się uczyłem o muzyce. Pytałem moją wyższą siłę, bo nie jestem religijny, jak mam to zrobić. Odpowiedź – graj prosto. Po prostu zrób to, co jest wymagane. Nie ma tu związku z Twoją osobowością. Jesteś już we właściwym miejscu, nie musisz więc robić niczego niezwykłego. Okazało się, że pierwsze arpeggio w przeboju Another Day In Paradise było zwyczajną rozgrzewką w studio. Phil powiedział „mamy to”. Wywnioskowałem, że jeśli grasz z innymi artystami, musisz całkowicie wyzbyć się swojego ego. Po prostu podaję muzykę i to działa. Nie o ciebie w tym chodzi. Jeśli, to, co robisz, przykuwa uwagę w piosence – robisz to źle.

Muzyka to fantazje i zachcianki – wywiad z Jackiem Berentowiczem (Studio Nagrań EOS)

Metry poplątanych kabli, dziesiątki mikrofonów i duże, elektroniczne urządzenia. Całość zamknięta w dwóch pomieszczaniach, oddzielonych szybą. Tak wygląda środowisko pracy realizatora dźwięku we wrocławskim Studiu Nagrań EOS. Jacek Berentowicz mówi o swojej pracy, o tym, jak powstaje muzyka i dlaczego dobre brzmienie to klucz do sukcesu. 

fot. Krzysztof Kucharczyk


Marcin Obłoza: Kto odwiedza Twoje studio? Czy są to wyłącznie profesjonaliści?

Jacek Berentowicz: Nie, ale większość goszczących u nas muzyków ma doświadczenie. Rzadko zdarzają się przypadki, żeby na sesję nagraniową przyszedł ktoś, kto nie ma pojęcia, do czego dąży. Młodzi twórcy mają większe aspiracje niż dorośli, ale to ci drudzy nagrywają więcej. Starsi wiedzą, czego chcą, i łatwiej im o sfinansowanie sesji.

Czy w studiu pojawiają się także ludzie niemający pojęcia o muzyce i chcą coś tworzyć?

Zdarzają się takie przypadki. Tacy klienci nie chcą jednak nagrać płyty, a zazwyczaj coś humorystycznego, na przykład piosenkę dla znajomego świętującego urodziny.

Do studia przychodzą więc ludzie, którzy są pewni swoich umiejętności.

To prawda, chociaż żeby tworzyć nagrania, nie jest potrzebny wielki talent. Braki w grze można nadrobić pomysłowością i wizją, jak ma wyglądać ostateczna wersja utworu. Łatwiej pracuje się z artystami, którzy wiedzą, co dokładnie chcą osiągnąć, jaki ma być finalny rezultat sesji nagraniowej. Nawet jeśli ktoś ma bardzo duże umiejętności i doświadczenie, a nie ma pomysłu na swoją twórczość, to nie ma szans na rzeczowe i udane wizyty w studiu.

Czyli tworzenie muzyki na bieżąco, w trakcie takiej sesji, jest złym pomysłem?

Nie do końca. Oczywiście, warto tworzyć w domu, ale studio ma swoją magię, prowokuje do sięgnięcia po instrument i zastanowienia się. Dla niektórych wyciszone pomieszczenie, pełne wzmacniaczy i statywów, jest prawdziwą inspiracją.

Często oceniasz materiał zaproponowany przez muzyków?

Zawsze oceniam ich grę pod względem jakości wykonania i czystości dźwięku. Pomysł na utwór czy dobór odpowiednich instrumentów to już zadanie kompozytora. Moim zadaniem jest zapewnienie dobrego brzmienia w trakcie nagrywania.

Musisz więc odrzucić swój gust na drugi plan.

Tak, chociaż bardzo chętnie udzielam muzykom rad, kiedy pytają mnie o zdanie albo nie mają pomysłów. Nie chcę jednak za wszelką cenę narzucać swojego punktu widzenia, twórcy muszą czuć się swobodnie. Kiedy zarejestruję słabą partię, sugeruję, że musimy nagrać dubel i nie oceniam tego, co usłyszałem.

Twoim zadaniem jest też wyzwolenie kreatywności u instrumentalistów.

Jeśli ktoś jest otwarty, to zawsze może liczyć na dobrą atmosferę w trakcie nagrań. Nie ograniczam się tylko do wykonywania swoich obowiązków i chętnie rozmawiam z gośćmi studia. Ja też muszę mieć dużo pomysłów, ale używam ich już po zarejestrowaniu muzyki. Wtedy w odpowiedni sposób zarządzam zapisanymi partiami i je przetwarzam. W trakcie nagrywania, mając problemy techniczne, korzystam z wcześniej zastosowanych, działających rozwiązań. Niektóre są dosyć niecodzienne, na przykład na źle wybrzmiewający bęben nakładam zwinięty papier i przyklejam go czarną taśmą. Są to jednak wcześniej sprawdzone rozwiązania i w takich momentach nie ma mowy o improwizowaniu. Moim zadaniem jest uporanie się z każdym problemem, tak, żeby muzyk mógł skupić się wyłącznie na dobrym wykonaniu swoich partii i grając oddać swoje emocje.

Realizator musi być dobrym psychologiem?

Zdecydowanie. Pomagam twórcom, kiedy mają chwilowy kryzys, coś im nie wychodzi. Często po dobrej konwersacji pozbywają się presji i gra się im lepiej.

Technika się rozwija i muzycy, nawet ci zawodowi, inwestują w studia domowe. Czy te tradycyjne mają więc przyszłość?

Oczywiście. Domowe studia umożliwiają rejestrację muzyki, ale bez wiedzy, jak nagrywać, nie może wyjść nic profesjonalnego. Instrumentaliści nie muszą się na tym znać i dlatego korzystają ze studiów, gdzie mają pewność, że ich twórczość będzie w najwyższej jakości. Na pewno domowe nagrywanie jest tańsze i to często decyduje o rejestracji muzyki na własną rękę. Myślę jednak, że przewagę tworzy realizator dźwięku. Dba on o profesjonalizm produkcji, a jest on przecież bardzo względny w przypadku domowych nagrań. W naszym kraju bardzo popularne jest podejście „zrobię wszystko sam”, ale w muzyce rzadko się sprawdza i lepiej skorzystać z pomocy zawodowca.

Po nagraniu wszystkich utworów, przed ich publikacją, robi się tzw. miks i mastering. Co to oznacza?

Te dwa pojęcia to tak naprawdę szereg zabiegów, które nadają muzyce odpowiednie brzmienie. Dzięki nim można powiedzieć, że danego utworu „fajnie się słucha”. Jest to ustalanie, które instrumenty mają być bardziej słyszalne, a które mają tworzyć tło. Nakładane są też odpowiednie efekty. Te zadania są wykonywane przez speców, nie każdy realizator dźwięku ma takie umiejętności. Każdy miksujący i masterujący ma swój styl i tworzy odmienny charakter nagrania.

Czy istnieje idealne brzmienie?

To całkowicie utopijne pojęcie. Dlatego zespoły jeżdżą często po całej Polsce w poszukiwaniu odpowiedniego studia i człowieka, który ich płytom nada ostatni szlif.

To nie fanaberia?

Myślę, że uzyskanie odpowiedniego brzmienia jest warte takich trudności. Bardzo dobry miksujący potrafi ukryć niedociągnięcia. To działa też w drugą stronę, niekompetentny człowiek może zniszczyć nasze nagrania. Muzyka bardzo często powstaje zresztą z udziałem fantazji i zachcianek. Jeden ze znanych wrocławskich twórców przed każdym nagraniem musiał mieć idealnie, co do centa (setna część najmniejszej odległości między dwoma dźwiękami – dop. red.), nastrojone struny w gitarze. Przeciętni słuchacze nie czują odchylenia od idealnego dźwięku nawet o piętnaście centów. Stosowanie tej zasady zabierało sporo dodatkowego czasu w trakcie sesji nagraniowych, ale wiedział, że to ma sens.

Naprawdę słychać jakąś różnicę?

Wbrew pozorom słuchacze to czują, ale nie potrafią powiedzieć, dlaczego brzmienie instrumentu w jego utworach jest takie dobre. Takie idealne strojenie nie jest więc fanaberią.

Jakie inne sztuczki powodują, że dany utwór podoba się odbiorcy?

Najpopularniejsze utwory, te odtwarzane na listach przebojów, są odpowiednio miksowane, inaczej  niż w wersji płytowej. Słuchacz ma wyłapywać tam tylko najważniejsze elementy kompozycji, jej główne motywy. Dzięki temu piosenka łatwiej wpada w ucho. Przeciętny odbiorca przyzwyczaił się do odpowiedniego podania mu muzyki. Czytelne, dobre brzmienie, jest odbierane jako coś normalnego, oczywistego. Często radiowe single są też skracane, wycina się z nich części z dłuższymi solówkami czy dodatkowymi zwrotkami, tak, by zwracać uwagę odbiorców przede wszystkim na chwytliwe refreny.

Mówisz, jakby jednak była jedna recepta na idealne brzmienie.

Ale tak nie jest. Każdy z radiowych hitów został stworzony zupełnie inaczej i jego charakteru nie da się dokładnie odtworzyć. Gdyby ktoś przyszedł do studia i powiedział, że chce brzmieć jak Kurt Cobain, to powiedziałbym mu, że nie mam wehikułu czasu. Oczywiście, można próbować, kupując na przykład taki sam sprzęt, jaki miał ulubiony artysta, ale byłoby to bardzo kosztowne.

Znany sesyjny gitarzysta, Dominic Miller, postawił kiedyś tezę, że sprzęt jest całkowicie nieważny i zagra tak samo na zabawkowej gitarze, jak i na markowym Stratocasterze za kilka tysięcy dolarów.

Absolutnie nie, sprzęt jest bardzo ważny, palce gitarzysty nie zabrzmią na każdej gitarze tak samo. Nawet jakość wykonania kabla podpiętego do instrumentu ma duże znaczenie. Każdy instrument cechuje się inną grubością i miękkością gryfu, wygodą czy jakością wykonania i nie ma dwóch brzmiących dokładnie tak samo.

Warto wspomnieć także o tym, że realizatorzy dźwięku pracują również poza studiem. Jak wygląda ich praca na koncertach?

Przede wszystkim istnieje różnica między profesjonalistami, którzy pracują w filharmoniach czy teatrach, a amatorami, którzy pracują często za pół darmo w klubach. Ci drudzy traktują swoją pracę od niechcenia, a zespoły, których dźwięk realizują, brzmią bardzo słabo. Dobra jakość dźwięku na scenie, podobnie jak w przypadku nagrań, jest kluczowa dla pozytywnego odbioru muzyki przez widzów. Zespół może grać swój koncert życia, ale bez odpowiedzialnego speca nie ma szans na pozytywne recenzje fanów. Ostatnie słowo zawsze należy do realizatora.