Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shaggy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shaggy. Pokaż wszystkie posty

Gra ze Stingiem była moim marzeniem – Rufus Miller (Sting & Shaggy) [Wywiad]

Przez ostatnie pół roku grał w zespole Stinga i Shaggiego. Z Brytyjczykiem wystąpił już na trzech trasach. Teraz angażuje się w promocję swojej pierwszej solowej płyty, "Pop Skull" – na razie trafiła do serwisów streamingowych. Poznajcie Rufusa Millera.

fot. materiały promocyjne/Robert Wolański

Marcin Obłoza: Od czerwca grałeś w zespole Stinga i Shaggiego. Było dużo reggae i wakacyjnego klimatu. Jak podsumujesz tę serię występów?

Rufus Miller: Atmosfera była bardzo pozytywna, wszyscy się polubili, dobrze się przy tym bawiąc. W zespole Stinga pojawiła się świeża krew, bo dołączyli do nas muzycy z zespołu Shaggiego. To także kolejna trasa z moim tatą i Joshem Freesem, więc w zespole była równowaga.

Jak ludzie reagowali na tak nietypową współpracę? Sting – zamyślony, poważny Brytyjczyk, pojawił się na scenie ze spontanicznym wykonawcą muzyki reggae i dancehallu z Jamajki.

O to właśnie chodzi – Sting lubi zapraszać na scenę najróżniejszych muzyków. Wszyscy są profesjonalistami, więc po prostu zaczynają ze sobą współgrać.

Za wami koncerty w Łodzi i Trójmieście. Czy były w jakiś sposób wyjątkowe?

Było wspaniale. Wyprzedały się całe areny. Słuchacze naprawdę słuchali tego, co graliśmy. To były wyjątkowe występy.

Co dalej?

Dzięki tym występom mogłem odkryć swoją, solową karierę. Nagrałem więc swój album – na razie ukazał się w serwisach streamingowych. Jestem naprawdę dumny z tego, co stworzyłem. Gram na gitarze od siódmego roku życia. Zacząłem tworzyć swoje utwory,  robiłem to gdzieś na boku przez wiele lat. Mój obecny etap życia jest dobrym czasem na to, by ludzie usłyszeli moje piosenki.  

Pierwszymi singlami, które pojawiły się na YouTube były Idle Hands i Wicked Lady.
Ukazują dwie odmienne strony. Kolejne trzy-cztery utwory to po prostu ja i gitara akustyczna. Jest też kilka kolejnych rockowych utworów, takich, jak Wicked Lady. Interesują mnie takie ciemne, gotyckie klimaty, więc przemycam je do swojej muzyki.

Moje pierwsze rockowe skojarzenie – twoje koncertowe solówki z rockowego Petrol Head z poprzedniej płyty Stinga.

Słuchałem partii studyjnych Lyle’a Workmana. Były niezwykłe. Widziałem, że nie uda mi się tego powtórzyć. Pozwolono mi więc stworzyć swoją własną partię, to było naprawdę miłe.

Jaka jest w takim razie twoja ulubiona piosenka z trasy z Shaggim?

(śpiewa) Wake up, it’s a beautiful day (Morning Is Coming – M.O.) Uwielbiam te zagrywki.

Oglądamy występ w Atlas Arenie i nagle na scenie pojawia się Shaggy przebrany za sędziego, z długą, siwą peruką. Ochroniarz w przeciwsłonecznych okularach każe Stingowi ubrać strój więźnia. Rozpoczyna się proces i utwór „Crocked Tree”. Kto miał tak przedziwny pomysł na wykonanie tego utworu?

Nie mam pojęcia, to po prostu zaczęło dziać się na próbach. Jeśli przesłuchasz uważnie studyjnej wersji piosenki, to od razu zauważysz, że wyraźnie różni się od innych. Po prostu urzeczywistniliśmy proces, który wybrzmiewa w utworze.

Jesteś w zespole Stinga już od siedmiu lat.

Jeśli gra z dwoma gitarzystami. Trochę bolało, kiedy musiałem odejść. Na moje miejsce wrócił na pewien czas klawiszowiec David Sancious, który jest prawdziwą legendą. Kiedy Sting chciał wrócić do składu z dwoma gitarami, byłem nieco zaskoczony, ale szczęśliwy.

Jak to jest grać z taką legendą jak Sting?

To niesamowite. Mam jeszcze w głowie dziecięcą perspektywę, w której mój tato dołącza do jego zespołu. Miałem wtedy pięć lat. Zawsze, jeśli chciałem zobaczyć tatę w akcji, nie było problemu. Jako dziecko nie zauważasz tej koncertowej otoczki. Nadal mam więc w głowie tamtą perspektywę.

Twój ojciec, Dominic Miller, pomógł ci zapewne w aklimatyzacji w zespole. Miałeś wtedy ledwo dwadzieścia sześć lat.

Zdecydowanie. Pamiętam, że nim zaczęliśmy występować, powiedział mi „stwórzmy coś legendarnego” – coś na najwyższym poziomie. Tak, jak w Mettalice i innych zespołach – ludzie muszą wiedzieć o duecie naszych gitar. Już teraz, jeśli myśli się o muzycznych duetach synów z ojcami, to jesteśmy na tej liście.  Może to brzmi jak tani chwyt, ale między nami zachodzą prawdziwe emocje. Muszę przyznać, że dołączenie do tej ekipy to jak zdobycie Mount Everest.

Widziałem, że masz nową gitarę.

Kupiłem ją w styczniu 2018 roku, głównie na potrzeby mojej muzyki. Nie sądziłem, że będzie pasowała do muzyki Stinga. Wziąłem ją jednak jako gitarę zapasową na trasę „44/876”.  Nie byłem do niej przekonany, ale pewnego dnia techniczny powiedział, że trochę mi ją ustawi i mogę wypróbować ją na soundchecku (zaciera ręce). Mogę opowiadać godzinami o małych różnicach, bo wcześniej przez dwie godziny musiałem dźwigać ciężkiego Les Paula. Ta gitara ma to samo, ciężkie brzmienie Gibsona. Nie wyobrażam sobie Andy’ego Summersa, grającego Every Breath You Take na tak dużej gitarze, ale inżynier dźwięku przyznał mi, że ma świetne brzmienie. Techniczny dodał, że muszę dokupić sobie drugi, zapasowy egzemplarz.

Jak wyglądał twój pedalboard?

Podstawą jest chorus, kompresor, delay i vibrato. Mam dwa pedalboardy, bo lubię mieć coś w zanadrzu. Jeden z nich jest ustawiony pod tape echo. Czasami używam też delaya Bossa, który ma cyfrowe brzmienie. Do tego wzmacniacze Mesa Boogie.

Twój ojciec powiedział mi kiedyś, że nieważny jest sprzęt, na jakim grasz. Zgodzisz się z tym?

Jak najbardziej, nauczył mnie tego. Żyję z takim podejściem i prawdopodobnie z nim umrę (śmiech).

Mówi się o tym, że Sting nagrywa nowy album.

Nic o tym nie wiem, spytam się go przy następnej okazji. Sting bardzo lubi niespodzianki. Zaskakuje nawet nas. To ekscytujące, bo pracując z nim, nie wiesz nawet czy zostaniesz w zespole. Dzięki temu jego muzycy zawsze są czujni i polują na muzykę. Możliwe, że obudzi się któregoś dnia i stwierdzi, żeby zrobić coś zupełnie innego. To zrobił przecież z ostatnią płytą z Shaggim. Na promocyjnej trasie albumu „57th & 9th” grałem na większości koncertów. Nagle, kiedy promował "44/876", zaczął kombinować z innymi muzykami. Miał nowych gitarzystów. Oglądałem te występy na YouTube i miałem tylko nadzieję, że nadal będzie chciał mnie zatrudnić.

Wiemy natomiast już na pewno, że Sting wyrusza w nową, wakacyjną trasę My Songs już bez Shaggy’ego. Wiążesz z nim dalsze plany?

Zdecydowanie. Dużo o tym myślałem i stwierdziłem, że będąc pięciolatkiem, to było moje największe marzenie. Chciałem zajmować się muzyką i być blisko taty. Pamiętam, że czasami dawali mi pograć na próbach i bardzo dużo to dla mnie znaczyło. Nagle zapominasz o swoim marzeniu, bo życie po prostu daje ci szansę. Jak dużo rockowych zespołów zapełnia całe hale – mam na myśli takiego prawdziwego rocka, całkowicie na żywo? Naprawdę niewiele. Moje muzyczne CV nie jest tak naprawdę zbyt wystarczające, żeby znaleźć się w tym miejscu, ale rozumiem to. Byłoby mi szkoda, gdybym opuścił zespół. Chcę w nim zostać.

Sting & Shaggy – 44/876 (2018) [Recenzja]

Duet Stinga z Shaggym to jedna z największych niespodzianek roku. Muzycy po raz pierwszy weszli do studia w 2016 roku i zarejestrowali singiel Don’t Make Me Wait. Współpraca przebiegała jednak na tyle dobrze, że powstał „44/876” – wakacyjny album utrzymany w klimatach reggae.

Płytę otwiera tytułowa, czysto dancehallowa kompozycja. Syntezatory, elektroniczny beat i charakterystyczny efekt MLG horns nie jest najlepszą zapowiedzią albumu. W karaibski klimat wprowadza gospodarz, Shaggy, który zaprasza Stinga do podróży na Jamajkę. Chyba ciężko o bardziej toporny i dosłowny tekst. 44/847 zdecydowanie odstaje klimatem i produkcją od reszty kompozycji, a to dlatego, że brakuje w niej akustycznych instrumentów i choć odrobiny polotu. Reggae pojawia się natomiast w Morning Is Coming. Należy przyznać, że charakterystyczny rytm na dwa został bardzo smacznie zmieszany z partiami dęciaków i gitar. Całość ozdabiają refreny śpiewane w harmonii przez Stinga oraz delikatne wstawki Branforda Marsalisa na saksofonie sopranowym. To pierwszy występ wybitnego jazzmana na płycie Stinga od 2010 roku.  Kolejny singiel, Waiting For The Break Of Day, to wyraźny zwrot w stronę brzmienia The Police. Po delikatnym, fortepianowym intrze, na pierwszy plan wysuwa się mocna perkusja i swingujący bass Stinga. Mimo że Shaggy uzupełnia utwór swoimi deklamowanymi wstawkami, nie ma tu mowy o karaibskim klimacie. Całość opiera się na dźwiękach clavinetu i przestrzennych syntezatorów, które mogą kojarzyć się z płytą „Sacred Love”, wydaną przez Brytyjczyka w 2003 roku. Warto podkreślić, że „44/876” został naprawdę dobrze wyprodukowany i zmiksowany. Muzycy, często za pomocą oldschoolowych instrumentów, bardzo dobrze uchwycili wakacyjny klimat, a wykonanie może kojarzyć się z popem z lat 90. (w tym przypadku to komplement). Takie granie uchwycono w Gotta Get Back My Baby – przestrzennej kompozycji z elementami reggae i chwytliwym refrenem. Obaj wokaliści dzielą się tu partiami niemalże po połowie i uzupełniają się celująco. Co ciekawe, utwór w podobnej formie ukazał się już w 2012 roku, na solowym krążku Shaggy'ego, "Rise". Wtedy nosił tytuł Get Back My Baby. Piątą propozycją duetu jest Don’t Make Me Wait, od którego rozpoczęła się wspólna praca w studio. Tak naprawdę była to piosenka Shaggy’ego, do której dwa lata temu Sting dołożył swoje wysokie wokale. Wyraźny, wyjątkowo chwytliwy refren został bardzo dobrze przyjęty przez stacje radiowe, ale patrząc z perspektywy całego albumu, to jeden ze słabszych utworów. Bardzo dobrą singlową propozycją może być natomiast Dreaming In The U.S.A., który aranżacją przypomina soulowe nagrania wytwórni Motown z lat 60. Paradoksalnie, to kolejny bardzo „stingowy” utwór. W refrenach i zwrotkach przemycono gitarę z Roxanne The Police. Genialnie brzmią również dwa cichsze fragmenty utworu. Pierwszy oparty jest na przestrzennych chórkach Stinga i instrumentach z nałożonym pogłosem, drugi to natomiast tłumiona, klimatyczna partia gitary Dominica Millera. Utwór jest bardzo pomysłowo zaaranżowany i nawiązując do jego tekstu – zabiera nas w swoistą podróż. 22nd Street to rzecz, która spokojnie mogłaby ukazać się na jednej z pierwszych płyt solowych basisty The Police. Dużo tu przestrzennych, gitarowych brzmień oraz pozytywnych, słodkich wstawek instrumentów klawiszowych. Jeden z najlepszych utworów na płycie. No dobrze, w takim razie gdzie to reggae? Należy przyznać, że pokaźna część utworów to lekki pop z ewentualnymi wstawkami rodem z Jamajki. Inaczej jest już na przykład w Just One Lifetime, gdzie rytm na dwa uzupełnia całe stado dęciaków i funkowa, tłumiona gitara elektryczna. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to najlepszy refren na płycie, w którym Sting pokazuje pełnię swoich umiejętności.  Mocną stroną utworu jest również tekst, który zachęca do poprawy stosunków międzyludzkich. Brytyjczyk użył w nim fragmentu wiersza „Mors i cieśla” Lewisa Carrolla. Klimatycznym, bardzo udanym i rozbudowanym utworem jest Sad Trombone. Niespieszna kompozycja z rytmem na dwa ozdobiona jest charakterystycznym riffem granym, nomen omen, na puzonie. Wnikliwi dopatrzą się kalki motywu z History Will Teach Us Nothing, który Sting nagrał w 1987 roku. W refrenie jest tu również sporo smaczków z Sister Moon. To kolejny utwór, który zawłaszczył sobie Sting. Shaggy ubarwia go jedną krótką zwrotką i kilkoma wtrąceniami. W poszukiwaniu Jamajczyka warto zwrócić uwagę na To Love And Be Loved oraz Crocked Tree, dwa nieco chaotyczne utwory w karaibskim klimacie. Shaggy prezentuje w nich swój niezwykły głos, który jest w niezmiennie dobrej formie od ponad dwudziestu lat. Płytę kończy Night Shift, zwracający uwagę wykorzystaniem sampli imitujących prace na budowie. Powtarzany w kółko refren uzupełniają wokale córki Stinga, Eliot Sumner, oraz infantylne wtrącenia saksofonu i fletu.

Album stworzony przez muzyków z teoretycznie dwóch innych światów zawiera interesujący materiał. Kompozycje, teoretycznie bliższe Shaggy’emu, zostały mocniej naznaczone przez Stinga. Decydującym czynnikiem okazała się umiejętność śpiewu – wszystkie refreny przejął Brytyjczyk, przez co częściej pojawia się na nagraniach. Sting chyba nigdy nie był w swojej solowej karierze tak blisko muzyki The Police, jak na „44/876”. Co więcej, duet z Shaggym zdecydowanie przebija poprzednie wydawnictwo instrumentalisty, „57th & 9th”. Wspólna praca wyszła na dobre także Jamajczykowi, który od co najmniej dziesięciu lat nie miał pomysłu na swoją twórczość i nie prezentował ciekawego materiału.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta