Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty

David Crosby – For Free (2021) [Recenzja]

Amerykański weteran kojarzony z folk rockiem nie zwalnia tempa. Kontynuując wyliczanki z recenzji płyty Sky Trails, For Free to piąty album Crosby'ego w ciągu ośmiu lat i kolejne zmiany stylistyczne. W ostatnich latach muzyk prezentował już kawałki rockowe, folk,  akustyczne ballady, a nawet nieoczywiste zabawy z jazzem. Najnowszy album Crosby'ego to w dużej mierze kontynuacja materiału z poprzednich wydawnictw.

For Free jest trzecią płytą solową Davida, w której za muzykę i produkcję odpowiada syn wokalisty, James Raymond. Jako pianista jazzowy, wprowadza do muzyki sporo nieszablonowych rozwiązań. Płytę otwiera rockowy River Rise. Kawałek jest prowadzony przez fortepian i gitary, a wyrazisty rytm uzupełniają syntezatorowe arpeggia. Mamy tu również przestrzenny, radiowy refren, w którym charakterystyczną barwę Crosby'ego dopełniają soczyste chórki Michaela McDonalda z zespołu Steely Dan. Ciekawym rozwiązaniem jest również solówka Raymonda na symulacji gitary elektrycznej z komputerowej wtyczki. Upraszczając – Raymond zagrał na klawiszach, tyle że z wykorzystaniem brzmienia gitary. Nie jest ono złe. Zagrywki brzmią, tak, jakby były grane palcami na strunach. Solówka nie może jednak konkurować z brzmieniem i akcentowaniem fachowców pokroju Jeffa Pevara, który pojawiał się na poprzednich płytach Crosby'ego. I Think I to rzecz, która może kojarzyć się z twórczością wokalisty sprzed kilku dekad, m.in. z występami z Grahamem Nashem. Utwór prowadzi przestrzenna gitara akustyczna Steve'a Postella, w której szczególną uwagę przykuwa charakterystyczny, śpiewny motyw. Gitarzysta ma tu również dwie kameralne solówki. W tle słyszymy fortepian i gitarę lap steel Grega Leisza. Wokal Crosby'ego jest w nienagannej formie – szczególnie dobrze wypada w refrenach, gdzie w tle słyszymy również chórki. Tworzą one dialog między partiami. Co ciekawe, pomimo akustycznego brzmienia, nie mamy tu – w myśl „starej szkoły” – partii gitary basowej. Raymond postawił w tym przypadku na bas z syntezatora. The Other Side Of Midnight to de facto utwór elektroniczny. Ta fantastyczna, przestrzenna gitara akustyczna, to tak naprawdę cztery partie nałożonych na siebie wtyczek vst w kolekcji Raymonda. Nie mamy tu również perkusji, a elektroniczny puls. To bardzo klimatyczny utwór, z „radiowym” refrenem. Przestrzeń kapitalnie uzupełniają syntezatory, które na pierwszy rzut ucha mogą kojarzyć się z fortepianem Rhodesa. Co ciekawe, wokal Crosby'ego uzupełniła tu jego wnuczka, Gracie. Szkoda tylko, że utwór dość brutalnie kończy się po trzech minutach – z powodzeniem mógłby zostać rozwinięty o solówki. 

Rodriguez For A Night to duża zmiana stylistyczna. Kompozycja łączy ze sobą rock i funk. Rytm perkusji Gary'ego Novaka świetnie uzupełnia rytmiczny klawinet z nałożonym efektem wah-wah. Jest tu również miejsce na pianino elektryczne Wurlitzera oraz gitary z efektem tremolo. W tej kompozycji kluczowy jest feeling. Niezbędny był tu więc Andrew Ford (grał z Crosbym m.in. w projekcie CPR), który dodał smaczne, basowe wtręty. Jego partię uzupełniają pojedyncze dźwięki basu, nagrane przez Raymonda z pomocą wtyczki Trilian. Całość uzupełniają wstawki instrumentów dętych. Ciekawy jest również tekst – krótka opowieść, zawarta w 26 wersach. Bohater wspomina o swojej byłej dziewczynie, która zamiast niego wybrała niejakiego Rodrigueza. Marzeniem odrzuconego było więc wejście w skórę konkurenta, choć na jedną noc. W łączniku ciekawy zabieg – wraz ze zmianą nastroju muzyki, bohater przyznaje, że ostatecznie ustatkował się z kimś innym. Nigdy jednak nie przestał marzyć. Jak przyznawał sam Raymond, to właśnie tekst, stworzony przez Crosby'ego i Donalda Fagena ze Steely Dan, narzucił muzyce klimat i melodię. Warto również dodać, że ten i pozostałe utwory z płyty były nagrywane zdalnie. Tym większa sztuka, by oddać charakter zespołowego, zaangażowanego grania. Secret Dancer to refleksyjna, niespieszna kompozycja oparta na zadumanym przebiegu akordów. Udanym zabiegiem są wyliczenia przed refrenami – szczególnie w pierwszej zwrotce – opisujące taniec tytułowej bohaterki. To tak naprawdę robot, stworzony na potrzeby wojny, który osiąga samoświadomość i określa się jako kobietę. Ships In The Night to rzecz napisana w całości przez Crosby'ego. Jest nieco mocniejszym, rockowym kawałkiem z wyraźnym refrenem oraz gitarowymi i wurlitzerowymi wstawkami. Nastrój budują dodatkowo lekkie syntezatory. To kolejna z kompozycji, która z powodzeniem mogłaby zostać rozbudowana. Po trzech i pół minutach pozostaje lekki niedosyt. Moc z refrenów i outro nie znajduje ujścia.

Tytułowy For Free jest kompozycją Joni Mitchell. To kolejny utwór Kanadyjki, który wziął na warsztat Crosby. Trzy lata wcześniej, na albumie Sky Trails, pojawiło się nowe wykonanie Amelii. For Free ma trzech bohaterów. Na fortepianie – James Raymond. Z Davidem śpiewa Sarah Jarosz. Kameralna wersja jest wierna oryginałowi, ale to zarazem jeden z najsłabszych momentów płyty. Utwór przypominała w ostatnich latach chociażby Lana Del Rey, która w przeciwieństwie do wersji Crosby'ego uzupełniła balladę nowymi harmoniami i dodatkowymi partiami instrumentów. Boxes to kolejna kompozycja z wyważonymi proporcjami rockowej mocy i akustycznej przestrzeni. Uwagę przykuwa świetna sekcja rytmiczna z Abe Laborielem Juniorem na perkusji i groove'ującym Elim Thomsonem na basie. Wysoki wokal Crosby'ego bardzo dobrze uzupełniają chórki. Momentami jednak słyszymy tu zbyt mocny autotune. Shot At Me to kolejna opowieść Crosby'ego. Tym razem podmiot przedstawia nam nieznajomego, którego spotkał w kawiarni. Okazuje się, że niedawno wrócił on ze środkowego wschodu. „Jak to jest – być w brzuchu bestii?” – pyta nieco naiwnie narrator. Refreny, czyli swoiste porady, jak przeżyć w trudnych warunkach, są ciekawie uzupełnione przez prostą, bluesową muzykę. „Nikt do mnie dziś nie strzelał” – podsumowuje swoją wyprawę nieznajomy. Przechodząc do sfery muzycznej – godne uwagi jest świetne połączenie brzmienia nastrojowej gitary akustycznej i wpadającego w te same rejestry fortepianu rhodesa. Płytę zamyka rozbudowana, melancholijna ballada I Won't Stay For Long. Rzecz fortepianowa przeradza się z kolejnymi zwrotkami w mocniejsze granie z elektronicznym dęciakiem EWI (Steve Tavaglione) oraz perkusją Steve'a Di Stanislao, który był głównym perkusistą na poprzednich płytach Crosby'ego.

For Free to płyta refrenów, krótszych piosenek z charakterystycznymi momentami i motywami. Niezależnie od mocy muzyki, wielką zaletą jest jej przestrzenne, selektywne brzmienie. Crosby po raz kolejny pokazał, że ma w kieszeni jeszcze wiele pomysłów. Cichym bohaterem albumu jest również James Raymond, który miał najwięcej do powiedzenia w kontekście aranżacji czy muzycznych struktur. Efekt jest taki, że do For Free można wracać regularnie, bo to płyta lekkostrawna i zrobiona z pomysłem.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta


Sting – The Bridge (2021) [Recenzja]

Multigatunkowy Sting powrócił z nowym zestawem piosenek. W ostatnich latach takie hasło – powiedzmy to sobie szczerze – ekscytowało coraz mniej. Było musicalowe i folkowe The Last Ship, był rockowy i źle wyprodukowany krążek 57th & 9th, pojawiła się również płyta z Shaggim w rytmach reggae. Co tym razem wymyślił były wokalista i basista The Police? W wielkim skrócie –  zaprezentował krążek, który powinien nagrać już dużo wcześniej.

Wyrazisty i prosty rytm perkusji zapowiada Rushing Water. To energetyczny, rockowy, mądry i nośny utwór z wpadającym ucho refrenem i ciekawym riffem w zwrotkach. Są gitary wieloletniego kompana basisty, Dominica Millera, są również przeszywające syntezatory. Wisienką na torcie są efektowne chórki, przywołujące najlepsze dokonania Stinga. To propozycja radiowa, ale w obliczu zmieniającego się rynku muzycznego trudno nazwać ją mainstreamową. Podobnie zresztą, jak drugi z singli – If It's Love. To beztroskie granie z wyraźnym podziałem na zwrotki i refreny. Nie ma tu momentów zaskoczenia, nie ma bridge'a, który narzucałby zmianę nastroju. Jest pogodnie, stosownie do nieco naiwnego tekstu, w którym miłość porównana jest do choroby. Gitary Millera mogą przywoływać klimat All This Time, ale to zdecydowanie mniej ambitne granie. W utworze słyszymy również innych muzyków z zespołu Stinga: Josha Freese'a na perkusji oraz Gene'a Noble'a i Mellisę Musique w chórkach. W tle pojawia się nawet... klaszczący Shaggy. Na koniec największa kontrowersja – główny motyw, który Sting zdecydował się zagwizdać. Przez to utwór brzmi trochę jak intro do serialu o rodzinnych perypetiach. Wydaje się, że ciekawiej byłoby, gdyby ten motyw zagrał na gitarze Dominic Miller. The Book Of Numbers jest prowadzone przez gitarę elektryczną z obniżonym strojeniem. Jest tu zdecydowanie więcej przestrzeni, niż w poprzednich kompozycjach. Pojawia się gitara akustyczna, są również brzmieniowe zabawy Millera. Gorzej dzieje się w refrenach, w których pojawiają się plastikowe dęciaki i perkusja z wtyczki vst (zasługa producenta, Martina Kirszenbauma). Mimo wszystko utwór ma w sobie coś, co przykuwa uwagę. Dodatkową ciekawostką jest tekst, w którym Sting przedstawia historię J. Roberta Oppenheimera, twórcy bomby atomowej. Jego duch pojawia się na meksykańskiej pustyni. Historia opowiadana jest w kontekście Księgi Liczb ze Starego Testamentu. Loving You to ukłon w stronę R&B. Utwór wyprodukowała Maya Jane Coles, niezwiązana wcześniej z twórczością Stinga. W praktyce jedyną rzeczą wykonaną w tym utworze przez Stinga jest tekst i partie wokalne. Jednostajny, elektroniczny rytm, uzupełnia powtarzający się motyw gitarowy i przedziwne, zmodulowane wokale w tle (miało być nowocześnie i klubowo?). Polecam traktować utwór jako przerywnik.

Harmony Road to rzecz, którą co niektórzy mogli gdzieś już słyszeć. Konkretnie – na albumie Absinthe Dominica Millera, pod nazwą Etude. Sting stworzył ten utwór na podstawie zapętlonego motywu gitarzysty. Ostatecznie, Millera zamienił gitarę klasyczną na elektryczną, zmienił tonację i nagrał swoje partie na nowo. To chyba najciekawsza współpraca między muzykami od czasów The Lullaby For An Anxious Child. Nietypowy rytm 5/4 (który już wcześniej pojawił się m.in. w Seven Days) w połączeniu ze skomplikowaną, wijącą się linią melodyczną Stinga, powoduje, że utwór może okazać się nieoczywisty i nieco trudniejszy w odbiorze. Nadal jest to jednak "soft" czy inny "pop" rock. Magicznym momentem jest zmiana klimatu w środkowej części kompozycji i gościnna solówka na saksofonie sopranowym Branforda Marsalisa. Melancholijne brzmienie ciekawie łączy się z tekstem, mówiącym o wpływie okolicy, w której się wychowaliśmy, na naszą tożsamość. To motyw, z którym Sting rozprawiał się (choć w zupełnie inny sposób) na płycie The Last Ship. For Her Love to rzecz chyba specjalnie stworzona po to, by przywoływała motyw z Shape Of My Heart. Należy jednak przyznać, że pomimo podobnego motywu gitary klasycznej, kompozycja podąża odmienną ścieżką. Za udany można uznać refren, podzielony na kwestie delikatnego chóru oraz partię Stinga. W mocniejszym bridge'u pojawia się również dodatkowa dramaturgia. Szkoda tylko, że podstawą rytmu jest stały, powtarzalny motyw reggaetonowy. Dzięki perkusji kompozycja mogłaby zmieniać swoją dynamikę i lepiej uzupełniałaby partie gitarowe. 

Czas na utwory mocniej inspirowane folkiem. The Hills On The Border, bazujący na legendzie związanej z murem Hadriana, to prosty, zaprogramowany rytm, skrzypce, melodeon i delikatne syntezatory. Gdzieniegdzie z miksu wybijają się również przestrzenne gitary Millera. W efekcie mamy do czynienia z nieoczywistym popem mocno czerpiącym z brytyjskich tradycji. Interesującym rozwiązaniem jest również chmura dźwiękowa, powstała na bazie folkowych instrumentów. Słyszymy ją w bridge'u i w outro. To specyficzny, ale udany kawałek. Jedną z najciekawszych propozycji na płycie jest Captain Bateman. W oryginale to Lord Bateman, tradycyjna, folkowa ballada, wywodząca z terenów Anglii i Szkocji. Historia, pochodząca najprawdopodobniej z XII wieku, została oryginalnie ujęta w 21 zwrotkach. Sting znacząco skondensował historię uwięzionego lorda, który proponował córce strażnika więziennego małżeństwo w zamian za uwolnienie. Trzeba przyznać, że utwór brzmi bardzo świeżo – to ciekawa fuzja rocka, folku, a w ostatniej części również klimatów fusion ze smacznymi syntezatorami (Fred Renaudin) i wokalizą Laili Biali. Ucho cieszą również delikatne wstawki skrzypiec (Peter Tickell), a w ostatnim refrenie – skwitowanie refrenu coraz to niższymi akordami w tonacji. Niezwykle cieszy również powrót Manu Katche! Po 18 latach przerwy, francuski perkusista pojawił się w dwóch albumowych utworach. Drugim z nich jest jazzujące The Bells Of St. Thomas. Katche gra tu na miotełkach, Sting szarpie struny kontrabasu, a Miller... ponownie przywołuje solową kompozycję. Tak – utwór oparty jest na motywie walca, znanym ostatnio jako Valium (płyta Silent Light), a wcześniej – Luberon (album First Touch). W tym przypadku gitarę z pudłem zastąpiły subtelne dźwięki szklankowego stratocastera. Ponownie, wartościowym uzupełnieniem są przestrzenne syntezatory Renaudina i Tony'ego Lake'a. To jedna z najlepszych kompozycji na płycie, dodatkowo okraszona surrealistycznym tekstem. The Bridge powstał po tym, jak Sting przygotował nową aranżację tradycyjnego Waters Of Tyne. Ballada na dwie gitary akustyczne to wdzięczne podsumowanie albumu i opisanych na nich historii, w których pojawia się motyw mostu, łączącego dwa światy. Tak przynajmniej swój zamysł opisuje Sting. Odważniejsi mogą więc nawet stwierdzić nawet, że mieliśmy do czynienia z koncept albumem.

Po przesłuchaniu albumu pojawia się sporo przemyśleń. Po pierwsze – ten album jest brzmieniową konsekwencją tego, co Sting prezentował kilka lat temu na trasie Back To Bass (2011-2013). Po drugie: produkcyjnie to najmocniejszy album od lat – pomijając już nawet pomijające się z rzadka wtyczki vst. Brzmienie utworów jest spójne, a dobór instrumentów – pomysłowy. Bardzo cieszy powrót byłych członków zespołu Stinga – oprócz Katchego, Marsaillsa i Tickella, słyszymy również znakomitą wokalistkę, Jo Lawry. Wydaje się także, że to stylistycznie najmocniejszy powrót Stinga do tego, co nagrywał w złotych dla niego latach 90. Zastanawia z kolei fakt, że muzyk mocno wspierał się pomysłami swoich muzycznych partnerów. Jaka jest tego przyczyna? Zostawiam to do własnej interpretacji. Płyta stawia wiele znaków zapytania, ale zdecydowanie warto poświęcić jej czas.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Fisz Emade Tworzywo – A2 Wrocław, 04.12.21 (Trasa Ballady i Protesty) [Relacja]

Krótko po premierze niezwykle udanej płyty Ballady i Protesty, przyszedł czas na jej sceniczną weryfikację. Formacja Fisz Emade Tworzywo na dwupłytowym albumie zaprezentowała prawdziwy przekrój gatunków – od elektroniki po hip-hop, na punk rocku kończąc. Przed koncertem można było się więc zastanawiać, w jakim stopniu zespół zaprezentuje nowe kompozycje i czy w setliście znajdzie się miejsce na "klasyki" grupy, takie, jak: Ślady, Dziecko we Mgle czy Telefon. Jak się okazało, koncert był niemałym zaskoczeniem.

Kilkanaście minut po dwudziestej na scenie pojawiło się dwóch głównych bohaterów wieczoru. Najpierw Emade, zajmując stanowisko przy samplerze, a chwilę później Fisz. Spośród kłębów mgły wyłoniły się Nie Za Miłe Wiadomości. Elektroniczny utwór, który nie miał nic z przebojowego, "koncertowego" otwieracza. Wszystko się jednak zgadzało – tą kompozycją rozpoczyna się również najnowszy album. To tak naprawdę muzyczny, elektroniczny obraz z dobitnym i trafnym tekstem dotyczącym konsumpcjonizmu oraz nierówności społecznych. "To nie fake news bo to już dowiedzione – twój świat zaczyna płonąć, tak jak mój świat płonie" mówił Fisz, kierując słowa do "luksusowego pana" – każdego z nas. Emade uzupełniał jego melorecytację rytmicznymi samplami oraz uderzeniami basu. Na koniec Fisz skorzystał z pomocy swojego scenicznego kompana – megafonu. Uruchamiając wbudowaną syrenę, rytmicznie dociskał źródło dźwięku do podłogi. Symboliczne i pomysłowe. Kurz to konsekwentna kontynuacja – zarówno brzmieniowa, jak i liryczna. To nie był moment na taniec czy klaskanie w rytm. Słuchacze dostali na początek poważny pretekst do przemyśleń i refleksji. Pomimo odtworzonego w tle podkładu, na scenie pojawili się członkowie Tworzywa – basista Staszek Wróbel, klawiszowiec Mariusz Obijalski oraz Michał Sobolewski na gitarze. Oryginał został w tym przypadku uzupełniony o nowe partie syntezatorów oraz wyrazistą gitarę. Emade uzupełniał elektroniczny puls uderzeniami perkusji, momentami bawiąc się rytmem reggae. Niezwykle udany początek koncertu. 


Zespół nie bał się prezentować nowego materiału. Pojawiła się taneczna Muzyka Jest O Nas, a później nowa wersja Krwi, oryginalnie nagranej w ramach projektu Kim Nowak. Nowe kompozycje zostały zagrane wiernie w stosunku do oryginału i powoli rozluźniały atmosferę z początku. W kolejnej premierowej kompozycji – Kominy – efektowną solówkę dodał od siebie Michał Sobolewski. Po świeżym początku zespół przypomniał to, co znane i lubiane. Najpierw singlowe Jestem w Niebie z albumu Radar. Co ciekawe, w środku kawałka swoją chwilę miał Emade, grając solówkę na "hi hacie, stopie i werblu". Kolejną propozycją był Telefon, który już na dobre rozbujał słuchaczy w A2. To był tak naprawdę decydujący moment koncertu. Czy zespół zdecyduje się podążyć dobrze wydrążonym szlakiem, czy powróci do nowości? Odpowiedzią było Po Co? komentujące nadmierny konsumpcjonizm – ten temat pojawił się już wcześniej. W Starcie i Spektrum Barw muzycy zaprezentowali bardzo dobre zgranie i bawili się nowymi kompozycjami. Przyznam jednak, że niektóre z nowych kawałków zastąpiłbym bardziej wyrazistymi, takimi, jak psychodeliczne Paradoksy czy hip-hopowe Szukam, w których oprócz brzmienia, dużym plusem są angażujące teksty. Powiew rocka przyniósł singlowy Mój Kraj Znika. To rasowy protest song. Intrygowało zmodyfikowane brzmienie względem oryginału – pod bębnami Emade pojawił się dodatkowy, elektroniczny puls. Muzycy rozszerzyli również kompozycję o nowe outro. To jeden z najmocniejszych momentów wieczoru, niezwykle udany. 


Powrót do elektroniki zwiastował utwór Dresiarze w Garniturach, w którym Fisz trafnie ujął problem wykształconych, piastujących wysokie stanowiska, którzy w rzeczywistości mają podobny język i "gesty te same", co dresiarze. Zabiegiem, który stosował zespół przy okazji kilku nowych kompozycji, było solowe outro Fisza. Bartosz Waglewski kończył piosenki, śpiewając ostatnie słowa bez akompaniamentu instrumentów. Intrygował bardzo dobrze przyjęty przez publikę utwór Za Mało Czasu, który został rozbudowany i zostawił muzykom pole do eksperymentów. Fisz powtarzał część wersów, nie stosując się wiernie do książeczki załączonej w wydaniu Ballad i Protestów. Podobnie, jak w wersji albumowej magicznym momentem było wyciszenie gry i wejście zupełnie nowego, elektronicznego pulsu na wysokości wersów "Światło dostaje się do środka, światło przebija rolety, przebija zasłony". Koniec podstawowego setu to przypomnienie kompozycji sprzed lat, których we Wrocławiu nie pojawiło się zbyt dużo. Parasol to – tradycyjnie już – pretekst do eksperymentów dźwiękowych. Ponad dziesięciominutowe wykonanie singlowej piosenki wypadło niepowtarzalnie i było mocnym punktem koncertu. Było tam miejsce na zmiany rytmu, zabawy gałkami syntezatorów i improwizację. 


Po powrocie na scenę, na bis muzycy przypomnieli kilka kawałków sprzed lat w formie miksu. Na początek hip-hopowy Bieg, który przerodził się w 30 cm. Nie zabrakło również Nie Bo Nie oraz Polepionego. Na koniec coś, na co czekał chyba każdy i o czym przypominała koszulka Fisza – OK Boomer. Kawałek został potraktowany w zupełnie inny sposób, niż w wersji studyjnej. Pojawiły się nowe partie syntezatora Oberheim, nie zabrakło także bębnów Emade. Fisz interpretował kawałek jak opowiadanie, nie sugerując się układem wersów czy kolejnością zwrotek. Nie śpiewał – przedstawiał okoliczności. Niektóre z charakterystycznych wersów otrzymały okrzyki od publiczności. W tak spokojnym i pozytywnym klimacie koncert dobiegł końca – podobnie, jak kończy się album Ballady i Protesty


Po pop-rockowym albumie Radar, Ballady i Protesty wniosły nową jakość do twórczości Fisza, Emade i Tworzywa. Ich poprzednie, wrocławskie koncerty z lipca i sierpnia miały zupełnie inny klimat. Było tam więcej przestrzeni zarezerwowanej dla gitary i więcej chwytliwych refrenów. Tym razem formacja odważnie postawiła na nowe propozycje, odcinając się od wielu utworów, na które zapewne liczyli fani. Z korzyścią dla koncertu. To był wieczór powiewu świeżości, smakowitych brzmień i trafnych tekstów.

Coldplay – Music Of The Spheres (2021) [Recenzja]


Brytyjska formacja Coldplay nie każe długo czekać na kolejne, premierowe wydawnictwa. Zaledwie dwa lata temu zespół zaprezentował eksperymentalny i niezwykle udany koncept album Everyday Life. Złożony i niezbyt przebojowy projekt został przede wszystkim doceniony przez najzagorzalszych fanów zespołu. Można więc było się domyślać, że Music Of The Spheres będzie naturalnym następcą przebojowego A Head Full Of Dreams, który nie tylko przypomni o Coldplay na listach przebojów, ale będzie również pretekstem do wyruszenia w światową trasę koncertową. Zapowiedzi nowego albumu, a szczególnie jego instrumentalne fragmenty, były bardzo obiecujące. Jak wypadł całokształt?

Zespół przyzwyczaił nas do krótkich, przestrzennych pejzaży. Nie inaczej było w tym przypadku – tym bardziej że mamy do czynienia z albumem "kosmicznym", nawiązującym zarówno w warstwie graficznej, jak i tekstowej do wszechświata. Tytułowe Music Of The Spheres I to wdzięczne intro do singlowego Higher Power. Przebojową propozycję zespołu otwiera charakterystyczny, syntezatorowy motyw. Utwór cechuje dynamiczne brzmienie, słuchać tu inspiracje z lat 80. Szczególnie mogą kojarzyć się z nimi arpeggia na grane pianinie elektrycznym. Całość smacznie uzupełnia ciepłe brzmienie pianina Fender Rhodes, dynamiczny bas i chórek. Oczywiście, to utwór z typowo radiowym przeznaczeniem, wypada jednak naprawdę dobrze i udanie zapowiada krążek. Humankind rozpoczyna się od rytmicznych syntezatorów i przetworzonego głosu (wymieniającego nazwy planet, gwiazd?). Ponownie, trzonem kompozycji jest udany, podnoszący na duchu riff – pojawia się zarówno w intro, zwrotkach, jak i refrenach. Brzmienie uzupełnia gitara elektryczna i chórki perkusisty, Willa Championa. Chwytliwy refren z charakterystycznym śpiewem Chrisa Martina może wpadać w ucho. Wraz z odsłuchem kolejnych kawałków okazuje się, że to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Piosenka płynnie przechodzi w instrumentalny Alien Choir. To krótki, niespełna minutowy przerywnik oparty na elektronicznych brzmieniach bez momentu kulminacyjnego – ot, kosmiczny pejzaż dźwiękowy. 

Let Somebody Go to spokojna, popowa ballada, której trzonem jest powtarzany motyw grany na pianinie Rhodes. Piosenka traktuje o utracie miłości – nie mogło zabraknąć więc wyświechtanych fraz w stylu "love you to the moon and back", które biorąc pod uwagę tematykę albumu, nabierają podwójnego znaczenia. Wokal Martina uzupełnia Selena Gomez. Duet co do zasady udany, ale bardzo przewidywalny. Ciekawie robi się w Human Heart, opartym wyłącznie na wokalach. W smacznie zaaranżowanym chórze, do Martina dołącza wszechstronnie uzdolniony Jacob Collier (który dołożył swoje wokale również na poprzednim krążku grupy) oraz duet We Are King – siostry Paris and Amber Strother. Przytulny, ciepły utwór, który jest udanym przerywnikiem pomiędzy mocniejszymi brzmieniami. People Of The Pride rozpoczyna się potężnymi dźwiękami orkiestry ze smykami i instrumentami dętymi. Ich nieco plastikowe brzmienie i rozpiska wykonywanych partii w książeczce płyty sugeruje, że nie są to realne instrumenty, a wtyczka vst. Sam utwór jest zdecydowanie najbardziej rockowy spośród całego zestawu. Co ciekawe, prosty, bluesowy motyw został zaczerpnięty z utworu "Black and Gold" Sama Sparro. To utwór, który długo czekał na swoją szansę – twórcy przyznali, że kompozycja powstała w erze sesji do albumu Viva La Vida. Interesująco robi się w Biutyful. Spokojna, popowa ballada oparta jest na elektronicznym beacie i gitarze akustycznej. Nieznany wokal został podwyższony o kilka oktaw, tworząc uroczy efekt, podobny do tego z kawałka "Death Bed (Coffee For Your Head)" Powfu. Dopiero w drugiej zwrotce dołącza wokal Martina bez modulacji, tworząc intrygujący duet. 30-sekundowa mgła dźwiękowa Music Of The Spheres II, w której słyszymy tłum fanów nagrany w trakcie koncertu, to tak naprawdę intro do singlowego My Universe. Wyrazisty rytm, charakterystyczny refren, parę syntezatorów i gitar Jonny'ego Bucklanda. Muzycy zaprosili do wykonania utworu BTS, koreański boysband, który bije ostatnio rekordy popularności wśród fanów K-popu i nie tylko. Ich popularność przełożyła się na liczbę odtworzeń utworu w serwisach streamingowych. Utwór bije na głowę pozostałe propozycje z płyty tylko pod kątem marketingowym.

Kiedy wydaje się, że najgorsze już za nami, pojawia się Infinity Sign. Kompozycja rozpoczyna się rytmicznymi, tanecznymi wręcz syntezatorami, które mogą nieco kojarzyć się z intro do Humankind. Z tym że tu kompozycja przeradza się w rzecz typowo trance'ową. Główny motyw zbudowany jest na chóralnym śpiewie fanów, który na polskich stadionach funkcjonuje jako "ole ole ole nie damy się, nie damy się". W drugiej części utworu, po wejściu fortepianu, kompozycję uszlachetniają nieco chóralne partie Martina. Kompozycja prowadzi donikąd i może zostać odebrana jako kiczowata. Nagle pojawia się szereg niebanalnych dźwięków – to Coloratura. Przed nami dziesięciominutowy, najdłuższy utwór w historii zespołu. To kompozycja niespodziewanych zmian, ale najważniejsze zostało utrzymane od pierwszej do ostatniej minuty – to kosmiczny, zadumany klimat. Kameralne pianino przerywa nagle orkiestra, uzupełniająca przestrzeń nieoczywistymi akordami. Mistrzostwem jest główny motyw kompozycji, oparty na dwóch akordach – moje pierwsze skojarzenie to ścieżka dźwiękowa do filmu naukowego. Nagle mgła dźwiękowa wpada do próżni (a może czarnej dziury?). Wraca fortepian i Chris Martin: "Coloratura, We fell in through the clouds". Utwór ma progresywny charakter, bardzo dobrym pomysłem było zastosowanie rytmu perkusji rodem z klasycznego rocka z lat 70. Nie sposób opisać cały utwór krok po kroku. To swoista podróż, muzyka, która wzrusza, przejmuje i angażuje. Warto dodać o pomijanym często, cichym zakończeniu – delikatne, wysokie dźwięki fortepianu uwieńczają dzieło. Można odnieść wrażenie, że słyszymy migoczące gwiazdy. 

Szkoda tylko, że wspomnianą kosmiczną podróż można przeżyć wyłącznie w trakcie kilku fragmentów płyty. Tym bardziej że w założeniu panowie stworzyli koncept album. Zrozumiały jest fakt, że zespół potrzebuje nowych hitów, by zapełnić stadiony (choć postawię tezę, że starymi również wypełniłby największe obiekty). Z drugiej strony płyta, w której najważniejszą cechą jest klimat (spójna oprawa graficzna płyty i koncertów), odznacza się momentami jego brakiem. Kilka decyzji muzyków i producenta Maxa Martina wydaje się być zupełnie niezrozumiałych. Przede wszystkim – jaki jest cel tak wielu przerywników, które są tak krótkie, że nie sposób wejść w ich klimat? Coldplay już wielokrotnie udowadniał, że wie, jak budować odpowiedni nastrój. Przykładem może być krążek Ghost Stories. Tu czegoś wyraźnie zabrakło. Zapowiada się na to, że Music Of The Spheres to pierwszy rozdział większego projektu. Na wydaniach fizycznych płyty znajduje się bowiem w kilku miejscach niewielki podtytuł: Vol. 1 From Earth With Love. Oby kolejne longplaye były stworzone w bardziej przemyślany sposób i z większym naciskiem na treść muzyczną. Sama Coloratura nie uratuje całej płyty.

WERDYKT: ★ - płyta z przebłyskami