Tomasz Stańko – Wrocław, Teatr Polski, 30.11.17 (December Avenue Tour) [Relacja]

fot. Antonina Tucka (Antgraphy)
Po ponadrocznej przerwie do Wrocławia wrócił Tomasz Stańko. Światowej renomy trębacz jest jednym z trzech Polaków mających kontrakt płytowy z prestiżową wytwórnią jazzową ECM. Pod koniec marca jej nakładem ukazał się album December Avenue, nagrany we współpracy z nowojorskimi muzykami. W czwartek panowie wspólnie zaprezentowali nowe kompozycje na deskach Teatru Polskiego.

Koncert miał bardzo klimatyczny, intymny charakter. Lekko spóźnieni jazzmani przywitali wrocławską publiczność bez słów – postawili na wprowadzenie muzyczne. Zespół rozpoczął delikatną improwizacją, do której dopiero po jakimś czasie dołączył jego lider. Na scenie szalał perkusista Gerald Cleaver, który nieustannie wzbogacał rytm dynamicznymi przejściami na werblu i tomach. Gra Amerykanina przypominała trochę rozdawanie kart, a nawet najbardziej akrobatyczna gra nie wywoływała u niego grymasów na twarzy. Po drugiej stronie półkola stworzonego przez muzyków i ich instrumenty – David Virelles na fortepianie. Kubańczyk grał odwrócony plecami do publiczności, ale dzięki temu ta mogła obserwować nieszablonowe zagrania muzyka. Obaj panowie współpracują ze Stańką od 2013 roku, a December Avenue jest już drugim wspólnie nagranym albumem. Nie sposób pominąć również Erica Revisa, który wystąpił gościnnie na kontrabasie i wielokrotnie ubarwiał eklektyczną muzykę swoimi wstawkami. Brzmienie prezentowane przez zespół było podzielone na dwa klimaty. Dynamiczne i energiczne kompozycje uzupełniały się z melancholijnymi balladami prowadzonymi przez trąbkę Stańki. Szczególną uwagę przykuł Yankiels Lid, oparty na chwytliwym motywie kontrabasowym i charakterystycznej grze dęciaka. Większość kompozycji miała podobną strukturę. Rozpoczynały się one od znamiennej frazy, by później przejść w improwizacje poszczególnych członków zespołu. W takich momentach Stańko często przerywał swoją grę i schodził na bok sceny. Obserwował swoich muzyków w akcji, a sam nieprzewidywalnymi gestami wczuwał się w rytm. Ostatecznie wracał do półkola, by na zakończenie wspólnie z pozostałą trójką przejść do początkowego motywu. W Blue Cloud wirtuozerski popis dał Virelles, który grał wyjątkowo przestrzenne dźwięki. W trakcie całego koncertu stosował wiele metod gry – w mocniejszych momentach uderzał w klawiaturę całą pięścią, a na potrzeby stworzenia lekkiego tła muskał dłońmi struny swojego fortepianu. Niecodzienne umiejętności zaprezentował także Revis. W długich pasażach kontrabasowych śpiewał dźwięki, które jednocześnie wydobywał z instrumentu. Stańko grał w większości kompozycji niespiesznie, sennie i odpowiednio do tytułu swojej ostatniej płyty. Doskonałą ilustracją grudnia może być tytułowy December Avenue, w którym gra trębacza wyraźnie dawała sygnał, w których momentach pozostali muzycy mają zagrać kolejne akcenty. Jak na lidera zespołu przystało. Po półtoragodzinnym występie Stańko po raz pierwszy podszedł do mikrofonu, przedstawił muzyków i wraz z nimi opuścił scenę. Na bis New York Quartet zagrał rozciągnięty i melancholijny Bright Moon.

Koncert był znakomitą ilustracją pogody i atmosfery panującej w listopadzie czy grudniu. Odbiór takiej muzyki na wiosnę czy latem nie byłby tak łatwy. Stańko pokazał wachlarz swoich umiejętności, jednocześnie wiedząc, kiedy i w jakim stopniu oddać pole do popisu pozostałym muzykom. Z uśmiechem na twarzy można było również podziwiać jego spontaniczne, delikatne ruchy sceniczne, świadczące o niemałym zaangażowaniu emocjonalnym w tworzoną muzykę. Zespół wiernie i przejmująco oddał klimat uwieczniony na płycie.

Herbie Hancock – Wrocław, Jazztopad Festival, 26.11.17 (2017 Fall Tour) [Relacja]

Wybitny fortepianista jazzowy wystąpił w niedzielny wieczór w Narodowym Forum Muzyki. Jego koncert był ostatnią atrakcją tegorocznego Jazztopadu. Zdobywca czternastu statuetek Grammy i Oscara zaprezentował słuchaczom półtoragodzinną dawkę syntezatorowych efektów dźwiękowych oraz fortepianowej wirtuozerii.

Zanim wrocławscy melomani zdążyli ochłonąć po sobotnim koncercie Charlesa Lloyda, dzień później na scenie sali głównej pojawiła się inna legenda jazzu. Hancock usiadł przy klawiaturze syntezatora i otworzył swoje show przestrzennym pejzażem Overture, który budował napięcie i nabierał dynamiki dzięki nerwowemu rytmowi perkusisty Trevora Lawrence’a Juniora. Muzycy grali nieprzerwanie przez dobre pół godziny. Bohater koncertu stawiał na kompromis pomiędzy elektrycznym instrumentem a fortepianem. Co ciekawe, na scenie grał również drugi klawiszowiec. Głównym instrumentem Terrace’a Martina był vocoder, który zamiennie nadawał kompozycjom rytm lub tworzył tło do solówek Hancocka. Martin z powodzeniem grał również na saksofonie. „To dosyć dziwne połączenie instrumentów” rzucił w pewnym momencie lider zespołu. Hancock był w wyśmienitym nastroju. Po zagraniu kilku kompozycji przedstawił wszystkich muzyków i żartował ze swojej popularności. Żartował również muzycznie, grając na samplach ludzkich odgłosów, m.in. krzyków. Klawiszowiec nie zamykał się na żaden gatunek muzyczny – w jego grze można było doszukać się nawet latynoskich smaczków czy ambientu. Lawrence Junior bardzo często decydował się na granie rytmów zaczerpniętych z hip-hopu. Zespół uzupełniał James Genus, który nieustannie nawiązywał kontakt z widzami. Hancock zaprezentował pełną gamę swoich umiejętności. Jego wirtuozeria była wyczuwalna przede wszystkim w trakcie gry na potężnym fortepianie. Muzyk często sięgał również po brzmienia clavinetu (m.in. w Actual Proof), fletu oraz fortepianu elektrycznego stylizowanego na lata 80. Zaskoczył eteryczny Come Running To Me, w którym wirtuoz zdecydował się na zabawę z vocoderem i przepuścił przez niego swój wokal. Był to jedyny utwór z tekstem. Na koniec występu Hancock zostawił najbardziej znane utwory. Cantaloupe Island zostało przyjęte z niemałym entuzjazmem widowni. Pokaz swoich umiejętności dali tu wszyscy muzycy po kolei, a Martin z powodzeniem dorównał partii saksofonu z liczącej ponad pięćdziesiąt lat wersji studyjnej. Na bis Hancock sięgnął po keytar i niczym rockman zagrał Chameleon. Publiczność zgromadzona w Narodowym Forum Muzyki zgotowała instrumentalistom owację na stojąco.

To był koncert jedyny w swoim rodzaju, ukazujący wszechstronność Hancocka oraz bardzo dobre zgranie całego zespołu. Klawiszowiec sięgnął po młody skład, który wcześniej miał sporo doświadczeń z popem i hip-hopem. Co więcej, panowie rozumieją się na tyle dobrze, że Hancock zapowiedział w trakcie koncertu swoją nową płytę. Jej producentem będzie Terrace Martin, a z mediów społecznościowych wiemy, że proces nagrywania już się rozpoczął. Blisko osiemdziesięcioletni Hancock wciąż zaskakuje, inspiruje i zachwyca swoją formą fizyczną. Publiczność pożegnał serią podskoków wykonywanych do kolejnych uderzeń perkusji. To był bezkompromisowy występ.

Snowy White And The White Flames – Reunited (2017) [Recenzja]

Snowy White to legenda bluesa i rocka. W latach 70. grał z Pink Floyd, a później z Thin Lizzy oraz Rogerem Watersem. Po ogromnej trasie The Wall Live z tym ostatnim,postanowił zawiesić karierę sceniczną i skupić się wyłącznie na nagrywaniu. W październiku ukazał się ósmy studyjny album gitarzysty z zespołem The White Flames. 

Płytę Reunited otwiera Have I Got Blues For You. Już pierwsze dźwięki gitary nie pozostawiają złudzeń – mamy do czynienia z klimatycznym i niespiesznym bluesem. White nigdy nie miał wielooktawowego głosu, ale jego delikatny wokal (a momentami melorecytacja) idealnie uzupełnia muzykę. Gitarzysta zaprosił do studia swoich przyjaciół, z którymi współpracuje od dziesięcioleci. Utwór wieńczy jazzująca solówka Maxa Middletona, grającego niegdyś z Jeffem Beckiem czy Kate Bush. Płyta utrzymuje podobny klimat przez większość utworów. To podsumowanie spotkania ludzi, którzy przez lata wspólnego grania rozumieją się bez słów. Bardzo dobrze słychać to w Headful Of Blues, gdzie perkusista Richard Bailey, basista Kuma Harada i Middleton bawią się muzyką i tworzą malowniczy podkład pod solówki White'a. Uwagę przykuwają przestrzenne partie gitary grane techniką slide. I've Heard It All Before to nieco żywsze granie oparte na delikatnej gitarze, licznych perkusjonaliach i chórkach. Warto zwrócić uwagę na tekst, w którym Snowy śpiewa: wszystko idzie w złym kierunku (...)szaleni politycy was zabiją (...)celebrytka z wystającymi cyckami ma plastikową twarz i wydęte wargi, a całość kończy stwierdzeniem Widziałem już to wcześniej i nie chcę tego widzieć już nigdy więcej. Zmęczony życiem, narzekający senior, czy doświadczony obserwator, który już dawno odciął się od showbiznesu i z dystansem komentuje rzeczywistość? Odpowiedź można znaleźć w kolejnych utworach. Where Will You Belong to kompozycja, która wyróżnia się w zestawie, urzeka przestrzenią i melancholijnym klimatem. Intrygujące akordy uzupełniają kapitalne solówki głównego bohatera płyty. Pomiędzy zwrotkami White sięga po gitarę klasyczną, która w ostatnich latach coraz częściej pojawia się w jego twórczości. Dwie końcowe minuty to miejsce na mocną i powolną solówkę na Les Paulu, która przyprawia o ciarki i przekazuje bardzo dużo emocji. I Know Our Time Ain't Long to powrót do żywego, bluesowego grania z charakterystycznym, harmonicznym riffem zagranym przy użyciu efektu Whammy. Snowy z ironią komentuje ludzkie rozmowy: codziennie słyszę wiele rozmów, ale mnóstwo z nich jest o niczym, po czym stwierdza: nasz czas niebawem się skończy, nie mamy czasu na niezrozumienie. Przewrotna puenta. White to inteligentny tekściarz, który potrafi trafnie skomentować dany problem jednym zdaniem. Unika przy tym sztucznej poetyckości. Następne trzy utwory na płycie to instrumentale. Rest Full jest delikatnym portretem dźwiękowym, opartym na lekkiej gitarze solowej i przenikliwych syntezatorach. Co ciekawe, na wszystkich instrumentach oprócz kong zagrał sam White. Long Time No C to powrót do zespołowego grania, z ponurą sekwencją akordów i nietypowymi akcentami. Bardzo ciekawe wypada tu muzyczna rozmowa między gitarą White'a, a pianinem elektrycznym Middletona. Ta konwersacja nie jest o niczym. Emptyhanded to fortepianowy blues z jazzowym zacięciem. Dużo tu melancholii, a White przez ponad cztery minuty jest w swoim żywiole. Mocny riff, rodem z płyty Dire Straits, otwiera Nuff Said. To prosta, przebojowa kompozycja z kapitalnymi solówkami i typowym, bluesowym brzmieniem. In California to nieco spokojniejsza ballada, w której Snowy opisuje swoje wspomnienia z kilku amerykańskich miast. Sentymentalny tekst uzupełniają dwie długie solówki bohatera płyty. Na deser White zaproponował Time To Start Living, blisko dwunastominutową, stopniowo nabierającą rozmachu, progresywną balladę. Dużo tu impresji – najpierw harmoniczna solówka na gitarze klasycznej, zaraz później mocne, rockowe granie. Jest tu kilka zmian klimatu, melancholia pojawia się tu na przemian z mocą i graniem "tu i teraz". Najbardziej niepokoi tekst. Niektóre wersy są jednoznacznym podsumowaniem życia: Jest czas by zacząć żyć i czas by umrzeća w międzyczasie musimy jakoś dawać sobie radę(...) oraz jestem zbyt stary żeby umrzeć młodo. Nagle następuje niespodziewana zmiana akordów, klimat staje się bardziej podniosły. Możesz być pewien, że gdzieś po drodze, będzie czas na bluesa śpiewa White, po czym kończy całość wyjątkowo przejmującą solówką.

Reunited to propozycja dla fanów brytyjskiego blues rocka. Album nie jest przełomowy, ale ma wiele intrygujących, muzycznych momentów i  dających sporo do myślenia tekstów. Snowy White to absolutna światowa czołówka, jeśli chodzi o umiejętność oddawania swoich emocji na strunach. To niedoceniany muzyk, który przez większość życia grał w cieniu gwiazd rocka. Miejmy nadzieję, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Foo Fighters – Concrete And Gold (2017) (Recenzja)

Show nadal trwa. Foo Fighters wracają z nowym albumem, który jest chyba najlepszą odpowiedzią na zeszłoroczne plotki dotyczące rozwiązania zespołu. Concerete And Gold to dowód na to, że Dave Grohl i spółka rozumieją się tak dobrze, jak nigdy wcześniej.

Płyta rozpoczyna się bardzo niepozornie. T-Shirt to lekka piosenka oparta na gitarze akustycznej i marzycielskim śpiewie lidera zespołu. "Nie chcę być królową, chcę po prostu mieć czystą koszulkę" stwierdza. Wtem, bez żadnej zapowiedzi, do gitarzysty dołącza cały zespół. Foo Fighters daje o sobie znać i pokazuje, jak naprawdę będzie brzmiała ta płyta. Run, pierwszy singiel promujący wydawnictwo, to zespołowe, rozbudowane granie oparte na screamach Grohla i mocnych, niemalże metalowych gitarach. Dawno zespół nie wydał czegoś równie mocnego. Najlepszym dowodem było zdziwienie na twarzach fanów słyszących przedpremierowe wykonanie utworu na czerwcowym Openerze. Make It Right to kolejna riffowa kompozycja. Bardzo udanym, zresztą niejednorazowym zabiegiem na płycie, było utworzenie chórków w refrenach, dodających nieco beatlesowskiego wyrazu. Smaczków związanych z legendarną czwórką z Liverpoolu jest na albumie zdecydowanie więcej, ale o tym później. Urzekają również osobne chórki, które stworzył Justin Timberlake, niepodpisany w booklecie. The Sky Is A Neighbourhood, kolejny singiel, to utwór z bluesowym zacięciem. Brzmienie opiera się zadziornej gitarze oraz delikatnych chórkach. Udanym połączeniem jest również mieszanie mocnych, przesterowanych gitar z instrumentami akustycznymi, które dodają nieco szlachetniejszego wyrazu. W tym przypadku w sesji udział brał kwartet smyczkowy, z Polką, Kingą Bacik, na wiolonczeli. W La Dee Da słyszymy w roli głównej Nate Mendela, z riffowym, brudnym basem. Głównym atutem tego drapieżnego utworu są zabawy rytmiczne Taylora Hawkinsa na perkusji oraz interesujące wstawki syntezatorowe Rami Jaffeego. Warto dodać, że "Concrete And Gold" to dla klawiszowca pierwszy album w roli pełnoprawnego członka zespołu. Grohl zaprosił do wykonania singla gości specjalnych – Alison Mosshart z The Kills, która udzielała się w chórkach, oraz saksofonistę Dave'a Koza. W przeciwieństwie do damskiego wokalu, partia jazzowego muzyka jest niemalże niesłyszalna i zasłania ją całe stado przesterowanych instrumentów. Foo Fighters lubi zaskakiwać i dobrym przykładem jest Dirty Water, z początku lekka, gitarowa ballada z szybkim rytmem i śpiewem w harmonii. To progresywna kompozycja, uzupełniana urzekającymi chórkami w wykonaniu Inary Geogre oraz gitarą Pata Smeara. Nagle głos zabierają mocniejsze brzmienia z przenikliwym syntezatorem w roli głównej. Co ciekawe, zagrał na nim producent płyty Greg Kurstin, który współpracował ostatnio m.in. z Adele przy płycie 25. Dirty Water to dobrze zaplanowane, pomysłowe granie i jeden z najmocniejszych punktów Concrete And Gold. Od tego momentu płyta będzie miała bardziej eksperymentalny charakter. Co prawda Arrows, to kolejny utwór o typowo singlowej, chwytliwej budowie, ale wstawki Mellotronu czy wibrafonu są na nagraniach Foo Fighters niemałym rarytasem. Największą niespodzianką jest Happy Ever After (Zero Hour), całkowicie akustyczna, radosna kompozycja, utrzymana w klimatach The Beatles. Jest tu także miejsce na bluesową, delikatną solówkę oraz na kilka partii instrumentów klawiszowych z lat 60. Sunday Rain to stopniowy powrót do mocniejszych brzmień. Chwytliwy riff i podniosłe refreny są umiejętnie skontrastowane z klimatycznymi zwrotkami, w których dużo organów Farfisa oraz flangerowych gitar. Co ciekawe, to jeden z niewielu utworów zespołu, w którym to perkusista, Taylor Hawkins, śpiewa główną partię wokalną. Skojarzenia z Rogerem Taylorem z Queen są jak najbardziej odpowiednie, nawet w kontekście barwy głosu. Miejsce Hawkinsa przed bębnami zajął natomiast sam Sir Paul McCartney, który akurat gościł w hollywoodzkim studio. Były Beatles zagrał bardzo klasycznie, bez ambitniejszych wstawek i wariacji (może to dlatego, że usiadł z pałeczkami bez wstępnego przesłuchania kompozycji). Kolejny bardzo mocny punkt albumu, który dodatkowo wzbogaca klimatyczna, jazzowa partia fortepianu w outrze. Foo Fighters obiera nowe kierunki, szuka inspiracji i te barwne sześć minut muzyki bez dwóch zdań to potwierdza. The Line to ostatni z singlowców, w którym ujmują gitarowe harmonie i moc wokalu Grohla. Lider fightersów to bardzo pewny, niezawodny element układanki. Album zamyka Concrete And Gold, zdecydowanie najwolniejsza i najmroczniejsza propozycja zespołu w zestawie. Oszczędna gra perkusji oraz potężne, minimalistyczne gitary wspaniale uzupełniają się z rozbudowanymi partiami chórków Shawna Stockmana. Urzeka również instrumentalna partia smętnej gitary, Mellotronu oraz umyślnie pozostawionego szumu wzmacniacza. To przykład nieszablonowej, pomysłowej produkcji. Utwór kończy się podniośle, a ostatni akord gitary, rozbrzmiewający przez ostatnie kilkadziesiąt sekund, nieodzownie kojarzy się z "A Day In The Life" Beatlesów. Foo Fighters nie jest jednak zespołem grającym proste piosenki o miłości. Z rozmarzenia i melancholii wybija nas Grohl. "Fuck You Darrell!" krzyczy w ostatnich sekundach albumu. Chodzi o Darrella Thorpa, który w trakcie sesji zajmował się inżynierią dźwięku.

Po Wasting Light i Sonic Highways nagrywanych kolejno na analogowym sprzęcie w garażu i w ośmiu różnych miastach, zespół planował nagranie nowego materiału w towarzystwie dwudziestotysięcznej widowni. Pomysł został jednak zarzucony, a Grohl przyznał w wywiadzie, że biorąc na wzgląd wcześniejsze "kombinacje", największą niespodzianką mógł być dla fanów... brak kolejnej. Mam wrażenie, że tym razem muzycy skupili się przede wszystkim na muzyce, a cała otoczka jej tworzenia okazała się mniej ważna. Decyzja lidera okazała się słuszna. Sukces albumu to także zasługa producenta, Grega Kurstina, który na co dzień zajmuje się muzyką popową. Dzięki niemu paleta brzmień Foo Fighters została znacząco urozmaicona, a Concrete And Gold to wyróżniająca się pozycja w dyskografii zespołu.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

David Crosby – Sky Trails (2017) [Recenzja przedpremierowa]

Siedemdziesięciosześcioletni David Crosby, legenda amerykańskiego folk rocka, były członek CSNY, jest ostatnio na fali wznoszącej. W piątek opublikuje swój trzeci solowy album w ciągu trzech lat. Sky Trails to zdecydowana zmiana stylistyczna w twórczości charyzmatycznego muzyka. Tym razem Crosby, przy wsparciu pokaźnej grupy wirtuozów, stawia na fuzję rocka i jazzu.

Album otwiera singlowy She’s Got To Be Somewhere, w którym rytm nadaje elektryczne pianino Fender Rhodes. To optymistyczny utwór w klimacie fusion jazzu, w którym, co dla muzyki Crosby’ego jest nowością, występuje również sekcja instrumentów dętych. Kameralny nastrój kompozycji dopełnia niepowtarzalny, brzmiący wyjątkowo młodo, wokal głównego bohatera płyty. Smaku dodają krótkie wstawki gitary oraz saksofonu. Sky Trails to płyta, na której rytmiczne i bardziej rozbudowane utwory są uzupełniane przez kameralne ballady oparte na jednym, głównym instrumencie. Przykładem może być tytułowa ballada, Sky Trails, w której potężne brzmienie gitary akustycznej, uzupełnianej przez harmonie wokalne Crosby’ego i Beccę Stevens, z którą muzyk współpracował przy okazji tworzenia poprzedniej płyty solowej, Lighthouse. Duet stopniowo buduje dynamikę, by w głównej części przejść do wielogłosu. Słowa refrenu przejęła Stevens, a Crosby buduje wokół nich odpowiednią aurę. Muzyk używa swojego głosu, niczym instrumentu, dodając do głównej linii melodycznej wiele pobocznych wątków. Całość z gracją uzupełnia saksofon sopranowy Steve’a Tavaglione’a. Pozostając w balladowych klimatach, warto zwrócić uwagę na dwie fortepianowe ballady. Before Tommorow Falls On Love, przepełniona jazzowymi akordami w wykonaniu syna Crosby’ego, Jamesa Raymonda oraz basowymi wstawkami Mai Agan, to wyjątkowo kameralne granie. Nastrojowy głos Crosby’ego perfekcyjnie uzupełnia muzyczne tło. Amelia, cover przyjaciółki muzyka, Joni Mitchell, to kolejny popis Raymonda, który wyprodukował album i miał duży wkład w brzmienie nagrań. Ten niedoceniany pianista prezentuje swoje możliwości dosłownie na każdym kroku. Wydawać się może, że w ramach projektu Sky Trails nie nagrał ani jednego zbędnego dźwięku. Jego kunszt można podziwiać w jednym z najlepszych utworów na płycie, rozbudowanym, siedmiominutowym graniu opatrzonym nazwą Capitol. Urzekające jazzowe akordy, przestrzenna gitara hawajska Grega Leisza oraz nieco toporny, elektroniczny rytm, tworzą wyjątkowo ciekawą, hipnotyzującą mieszankę. Wisienką na torcie jest długi dialog między saksofonem sopranowym, gitarą oraz oldschoolowym syntezatorem w końcówce. Takie granie, przyprawione dodatkowo lekko przybrudzoną gitarą Deana Parksa, może kojarzyć się z twórczością Crosby’ego za czasów CPR. Co ciekawe, na basie gra tu Andrew Ford, członek tego nieistniejącego już zespołu. Podobny klimat utrzymano również w Sell Me A Diamond. Mamy tu podobne instrumentarium, z fortepianem oraz gitarą hawajską na czele. Intryguje rytm, wynikający z połączenia automatu perkusyjnego, akustycznej perkusji (na której gra niezastąpiony Steve DiStanislao) oraz klaskania. Fraza „Makes conflict free sounds good to me” długo nie opuści waszych głów. Album jest kopalnią intrygujących linijek, nieco naiwnych, ale zarazem mających w sobie coś genialnego. W Here It’s Almost Sunset Crosby kontynuuje tytułowe słowa „ Why is the sun shining brighter? How can it be? How can still see?”. W kontekście jego narkotykowej przeszłości mają one niebanalne znaczenie. Muzyk przyznał w wywiadzie, że sam dziwi się, że nadal żyje. Przy okazji tego utworu nie sposób ominąć opisu warstwy muzycznej. Całość oparta jest na wyraźnym riffie basowym i powolnym rytmie. Przytulną przestrzeń tworzy pianino Rhodes oraz przeszywające, delikatne syntezatory. Kolejny raz, całość zdobią powabne wstawki Tavaglione’a na saksofonie. Zakończenie albumu to bardziej gitarowe granie, znane z poprzednich płyt muzyka. Wybija się urzekające Somebody Home, przepełnione kameralną aurą oraz ciepłym brzmieniem. Co ciekawe, solowy performance Crosby’ego uzupełnia tu zupełnie inny skład muzyków, niż w pozostałych utworach. David zaprosił do studia zespół Snarky Puppy, z którym, co ciekawe, nagrał utwór w niemalże identycznej wersji na potrzeby wydawnictwa live zespołu. Dzięki temu tylko tu słyszymy wstawki Hammondów czy dużą ilość perkusjonaliów. Co poza tym? Mamy tu melancholijne pianino, tremolową gitarę oraz wyjątkowo delikatną, ciepłą partię sekcji dętej, która brzmieniem przypomina syntezator. To zdecydowanie jeden z najlepszych momentów na albumie. Curved Air jest natomiast najbardziej eksperymentalnym utworem w zestawie. Skomponowany i zagrany przez Raymonda na gitarze klasycznej, jest połączeniem rytmu flamenco oraz, za sprawą rytmicznych sampli i shakuhachi, muzyki Dalekiego Wschodu. Skomplikowany rytm oraz niepokojący bezprogowy bas, tworzą klaustrofobiczną atmosferę. To jeden z najbardziej skomplikowanych utworów w dorobku Crosby’ego. Album zamyka Home Free, ostatni z zestawu akustycznych utworów. Kompozycja rozpoczyna się chłodnym pejzażem dźwiękowym, na który składają się chaotyczne dźwięki gitary akustycznej oraz kolejnego japońskiego instrumentu, koto. Pojawia się głos głównego bohatera płyty. Uzupełniają go potężne, ale delikatnie zagrane, akordy gitary akustycznej oraz fortepianu. Powolne tempo, refleksyjny tekst, w którym Crosby docenia swoje życie, a to wszystko w duecie ojca z synem. Klimatyczne zakończenie nastrojowego albumu.
W wieku, w którym oczekiwałbym od muzyka powielania sprawdzonych schematów, Crosby nagrał chyba najbardziej eksperymentalną płytę w karierze solowej. Oczywiście, spora w tym zasługa Raymonda, ale widać wyraźnie, że legenda folk rocka wciąż poszukuje, ma głowę pełną pomysłów i chętnie ucieka ze swojej strefy komfortu. Mimo że poszczególne utwory mają odmienne konwencje i zostały zagrane przez różne składy muzyków, to płyta ma spójny charakter. Obejmuje ona jeden, melancholijny nastrój, który został oddany na wiele sposobów z pomocą odmiennych filozofii grania. W wywiadzie Crosby przyznał, że sam może malować tylko w siedmiu barwach, ale z pomocą innych instrumentalistów może powiększać tę skalę. Coś w tym jest i Sky Trails wyraźnie to potwierdza.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Harry Styles – Harry Styles (2017) [Recenzja]

Długo zabierałem się do recenzji tej płyty, bo to jedna z większych muzycznych niespodzianek roku. Harry Styles, były członek popowego boysbandu One Direction, zaczyna zupełnie nowy etap w karierze. Muzyk całkowicie zrywa ze stylistyką swojej byłej grupy i stawia na muzykę tworzoną z udziałem prawdziwych instrumentów, klimatycznie osadzoną w latach 70. Niektórzy nazywają go mesjaszem, który wyrzuci z rozgłośni elektroniczne granie, dla innych to powielacz pomysłów Davida Bowiego i innych gigantów rocka. Prawda tak naprawdę leży gdzieś pośrodku.

Harry rozpoczyna płytę delikatnym Meet Me In A Hallway. Otwierające dźwięki to ujmujące połączenie gitary akustycznej i omnichordu, małego instrumentu klawiszowego charakterystycznego dla lat 80., na którym gra sam bohater albumu. Dużo tutaj przestrzeni i marzycielstwa. Znalazło się nawet miejsce na krótką solówkę gitary elektrycznej techniką slide. Wszystko po to, by wprowadzić słuchacza w odpowiedni nastrój i przejść do pierwszego singla z płyty, Sign Of The Times. To rozbudowana, progresywna ballada oparta na fortepianie i niezwykle ujmującym refrenie, w którym Styles wspina się na wyżyny swoich umiejętności wokalnych. Vintage'owego wykończenia dodają partie Mellotronu, który tworzył brzmienie Beatlesów czy pierwszych płyt Bowiego, oraz gitary lap steel. To bardzo dobrze przemyślany utwór, stworzony z komercyjnym zamysłem, mający jednak również niemałą wartość artystyczną. Patetyczna atmosfera jest niemal żywcem wyjęta z płyty Pink Floyd. Nic dziwnego, że perkusista legendarnego zespołu, Nick Mason, przyznał, że chciałby pracować razem z Harrym w studio. Carolina to bez cienia wątpliwości zwrot w stronę twórczości Bowiego, a konkretnie chaotycznego albumu Lodger. Klimat budują tu dynamiczne, momentami nieco orientalne skrzypce oraz duża dawka rozmaitych perkusjonaliów. Wyjątkowo ciekawą progresję akordów uzupełniają melodyczne chórki. Głos Stylesa jest naładowany emocjami, co jest raczej rzadkim zjawiskiem na płycie. Wykonania wokalisty cechuje bowiem duża dawka luzu, która pasuje do miłosnej tematyki tekstów. Two Ghosts to przebojowy, aczkolwiek nieco spokojniejszy utwór oparty na charakterystyczniej frazie We're not who we used to be. Kompozycji brakuje nieco wyrazu. Jest co prawda przyjemna w odbiorze, ale brakuje jej fragmentów, do których warto byłoby wracać. Przy okazji należy też dodać, że Harry zagrał tutaj nie tylko (ponownie) na omnichordzie, ale także na gitarze. Jego wykonania bardzo dobrze uzupełnia zespół. To rzadkie w przypadku komercyjnych płyt, gdzie często lista nazwisk twórców i muzyków sesyjnych jest dłuższa niż kolejki nastolatek stojące przed hotelem, w którym zatrzymywało się One Direction. Sweet Creature to nieco przesłodzona, akustyczna ballada z delikatnym śpiewem Harry'ego w harmonii. Ciekawsze rzeczy zwiastuje natomiast intro w Only Angel. To brzmienie Mellotronu, a dokładniej zsamplowanego chóru, zarejestrowanego w latach 60. Dodatkowo delikatne pianino, dokładnie to samo, które wieńczy Sign Of The Times, syntezatory i fragmenty dialogu z filmu Barfly "I saw this angel, I really saw an angel". Krzyk, mocne, glam rockowe gitary, sekcja rytmiczna z feelingiem i mamy już cały zarys kompozycji. To przebojowy utwór z prostymi refrenami i bardzo dobrym wykonaniem oraz aranżacją. Dodatkowy plus za kapitalny middle 8, który powoduje chwilę wytchnienia między kolejnymi mocnymi uderzeniami. Kiwi to jeden z krótszych utworów na płycie. Dużo tu przesterowanych gitar, krzyków, chórków i glam rockowego klimatu. Mocną i przeszywającą solówkę na gitarze elektrycznej gra tu Mitch Rowland. Nie jest to z pewnością najlepsza kompozycja na Harry Styles, ale znacząco ubarwia krążek i dodaje mu rockowego pazura. Ever Since New York to zwrot w stronę spokojniejszego grania. W roli głównej gitara akustyczna i jej charakterystyczny riff oraz uderzenia w tomy w wykonaniu przywołanego już Rowlanda. Kompozycja rozpoczyna nad wyraz ciekawą końcówkę płyty, którą tworzy również Woman. Should we just search romantic comedies on Netflix and then see what we find? 
– pyta Styles, a po chwili na komendę fortepianu dołączają kolejne instrumenty, To jeden z wyróżniających się utworów na krążku, mający w sobie energetyczny rytm i zarazem subtelność. Dobrym rozwiązaniem było użycie basu bezprogowego, który wielokrotnie wybija się z miksu i tworzy podstawę brzmienia. Wyjątkowo humorystycznym rozwiązaniem, które wnosi dużo luzu, jest kwakanie, tworzące podstawę rytmu. Ciekawe, czy jest to plastikowa kaczka, służąca do zabawy, czy przetworzony głos Stylesa. I was like "That was me, thanks" odpowiedział ponoć swojemu ojcu na pytanie, jak prawdziwa kaczka miała znaleźć się w studiu. Kończąc temat Woman – to brzmienie długo nie będzie chciało wyjść z Waszych głów. From The Dining Table to najbardziej pesymistyczny utwór na płycie, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Styles śpiewa o echach zakończonego związku i kryzysie uczuć. Ballada jest bardzo oszczędnie zagrana – dwie ponure gitary akustyczne, przełamane w środku podniosłą orkiestrą symfoniczną i przeszywającymi harmoniami Harry'ego. Warto przesłuchać utwór na słuchawkach – miks tak naprawdę dwa wykonania tego samego utworu. Zarówno partia gitary, jak i wokalu w lewej słuchawce różni się od tej, słyszalnej w prawej. Utwór zamyka płytę i pozostawia po niej bardzo dobre wrażenie.

Harry Styles to do pewnego stopnia powielanie sprawdzonych rozwiązań kompozycyjnych z użyciem instrumentów charakterystycznych dla ery "klasycznego rocka". Charyzma muzyka powoduje jednak, że utwory mają swój niepowtarzalny charakter i spaja ciekawsze fragmenty albumu z nieco słabszymi. Pierwszy krok w karierze solowej Stylesa jest powiewem świeżości na rynku komercyjnych publikacji. Miło, że w MTV ponownie można usłyszeć brzmienie gitar elektrycznych czy syntezatora Moog. 


WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta


Coldplay – Kaleidoscope EP (2017) [Recenzja]

Na to niewielkie wydawnictwo trzeba było czekać wyjątkowo długo. Informacje o nowej epce Coldplay pojawiły się już bowiem na pół roku przed jej premierą. Zespół opisał płytkę jako zbiór outtake'ów z A Head Full Of Dreams, wyjątkowo komercyjnego albumu w dorobku Brytyjczyków. Dlaczego ukazały się one dopiero teraz? Odpowiedź wydaje się zaskakująco prosta. Trzeba również dodać, że na Kaleidoscope znalazły się także remiksy wcześniej publikowanych utworów.

Najmocniejszym punktem albumu jest All I Can Think About Is You. To urzekająca kompozycja, podzielona na dwie części. Pierwsza, nadzwyczaj przestrzenna, to delikatne granie z dużą ilością pogłosów, swingującym basem oraz lekko przytłumionym wokalem Chrisa Martina. Urzeka delikatna perkusja i marzycielskie wtrącenia gitary elektrycznej oraz fortepianu. Nagle, w połowie utworu, kompozycję przejmują klawisze. Poprzez dodawanie kolejnych instrumentów, muzycy budują przejmujące napięcie, które uwalnia się wraz z mocniejszymi uderzeniami perkusji. Całość ozdabia końcowe solo Jonny'ego Bucklanda na gitarze elektrycznej. Nie chce się wierzyć, że całość trwa zaledwie cztery i pół minuty. Kontynuując przegląd outtake'ów, warto rzucić okiem na A L I E N S, którego charakter był tak bardzo nieobecny na ostatniej płycie zespołu. Kompozycja zbudowana jest na nieregularnym rytmie 5/4, prowadzonym przez elektroniczną perkusję Willa Championa. W muzyce wyraźnie wyczuwalny jest duch eksperymentu. Sporo tu pogłosów, przeszywających syntezatorów, a na pierwszy plan wysuwa się delikatna gitara akustyczna. Tekst jest komentarzem dotyczącym kryzysu migracyjnego, a podmiot liryczny wczuwa się w odczucia uchodźców przybywających do Europy. Urzekają robotycznie śpiewane wstawki Martina, a utwór wieńczy orkiestra symfoniczna. Warto dodać, że w tworzeniu utworu brał udział Brian Eno, znany z ambientowego i eksperymentalnego grania, m.in. z Davidem Bowie. Zagrał na gitarze i jest współproducentem kompozycji. Hypnotised utrzymuje klimat poprzedników. Opiera się na dynamicznej grze fortepianu oraz instrumentów klawiszowych żywcem wyjętych z lat 80. Z czasem do głosu dochodzi również Buckland, Champion oraz basista, Guy Berryman. Dużo tutaj smacznej, stonowanej elektroniki, która buduje hipnotyzujący nastrój. Sporo tu także miejsca na instrumentalne partie. Łącznie ponad sześć minut grania. Teraz ta gorsza część płytki, czyli remiksy. Miracles (Someone Special) to nowa wersja utworu nagranego w 2014 roku do filmu Unbroken (Niezłomny). Oryginalna kompozycja była przeciętnym, radiowym kawałkiem, którego jedyną mocną stroną był motywujący tekst dobrze łączący się z fabułą filmu. Remiks nie zniszczył doszczętnie oryginału. Dodano mocniejsze partie sampli oraz zwrotkę rapera Big Seana, która jest tutaj tak potrzebna, jak kurs pentatoniki Ericowi Claptonowi. Something Just Like This (Tokyo Remix) to nagranie koncertowe ze stolicy Japonii. Utwór, stworzony wraz z The Chainsmokers okazał się hitem internetu. Wersja studyjna ukazała się na płycie tego drugiego zespołu, przez co jedynym wyjściem na przemycenie utworu przez Coldplay do swojej dyskografii, było opublikowanie wersji na żywo. Różnice między oboma wykonaniami są naprawdę niewielkie. Sama kompozycja jest przeciętnym radiowym produktem z wyraźnym refrenem, ale stworzona bez ciekawszych pomysłów.

Odczucia towarzyszące Kaleidoscope EP są mieszane. Zupełnie jak zawarte na niej utwory. Trzy outtake'i to przejmujące i pomysłowe granie, pełne nawiązań do wczesnej twórczości zespołu. Nawiązując do pytania ze wstępu, nie weszły one na płytę studyjną ze względu na mniej komercyjny wyraz, który kłóciłby się przykładowo z duetem Martina z Beyonce. Remiks i nagranie live to czysta komercja bez większej wartości artystycznej i czegoś, co bardziej zapadłoby w pamięć. Bez nich epka byłaby oceniona zdecydowanie lepiej. 

WERDYKT:  – płyta z przebłyskami