Foo Fighters – Concrete And Gold (2017) (Recenzja)

Show nadal trwa. Foo Fighters wracają z nowym albumem, który jest chyba najlepszą odpowiedzią na zeszłoroczne plotki dotyczące rozwiązania zespołu. Concerete And Gold to dowód na to, że Dave Grohl i spółka rozumieją się tak dobrze, jak nigdy wcześniej.

Płyta rozpoczyna się bardzo niepozornie. T-Shirt to lekka piosenka oparta na gitarze akustycznej i marzycielskim śpiewie lidera zespołu. "Nie chcę być królową, chcę po prostu mieć czystą koszulkę" stwierdza. Wtem, bez żadnej zapowiedzi, do gitarzysty dołącza cały zespół. Foo Fighters daje o sobie znać i pokazuje, jak naprawdę będzie brzmiała ta płyta. Run, pierwszy singiel promujący wydawnictwo, to zespołowe, rozbudowane granie oparte na screamach Grohla i mocnych, niemalże metalowych gitarach. Dawno zespół nie wydał czegoś równie mocnego. Najlepszym dowodem było zdziwienie na twarzach fanów słyszących przedpremierowe wykonanie utworu na czerwcowym Openerze. Make It Right to kolejna riffowa kompozycja. Bardzo udanym, zresztą niejednorazowym zabiegiem na płycie, było utworzenie chórków w refrenach, dodających nieco beatlesowskiego wyrazu. Smaczków związanych z legendarną czwórką z Liverpoolu jest na albumie zdecydowanie więcej, ale o tym później. Urzekają również osobne chórki, które stworzył Justin Timberlake, niepodpisany w booklecie. The Sky Is A Neighbourhood, kolejny singiel, to utwór z bluesowym zacięciem. Brzmienie opiera się zadziornej gitarze oraz delikatnych chórkach. Udanym połączeniem jest również mieszanie mocnych, przesterowanych gitar z instrumentami akustycznymi, które dodają nieco szlachetniejszego wyrazu. W tym przypadku w sesji udział brał kwartet smyczkowy, z Polką, Kingą Bacik, na wiolonczeli. W La Dee Da słyszymy w roli głównej Nate Mendela, z riffowym, brudnym basem. Głównym atutem tego drapieżnego utworu są zabawy rytmiczne Taylora Hawkinsa na perkusji oraz interesujące wstawki syntezatorowe Rami Jaffeego. Warto dodać, że "Concrete And Gold" to dla klawiszowca pierwszy album w roli pełnoprawnego członka zespołu. Grohl zaprosił do wykonania singla gości specjalnych – Alison Mosshart z The Kills, która udzielała się w chórkach, oraz saksofonistę Dave'a Koza. W przeciwieństwie do damskiego wokalu, partia jazzowego muzyka jest niemalże niesłyszalna i zasłania ją całe stado przesterowanych instrumentów. Foo Fighters lubi zaskakiwać i dobrym przykładem jest Dirty Water, z początku lekka, gitarowa ballada z szybkim rytmem i śpiewem w harmonii. To progresywna kompozycja, uzupełniana urzekającymi chórkami w wykonaniu Inary Geogre oraz gitarą Pata Smeara. Nagle głos zabierają mocniejsze brzmienia z przenikliwym syntezatorem w roli głównej. Co ciekawe, zagrał na nim producent płyty Greg Kurstin, który współpracował ostatnio m.in. z Adele przy płycie 25. Dirty Water to dobrze zaplanowane, pomysłowe granie i jeden z najmocniejszych punktów Concrete And Gold. Od tego momentu płyta będzie miała bardziej eksperymentalny charakter. Co prawda Arrows, to kolejny utwór o typowo singlowej, chwytliwej budowie, ale wstawki Mellotronu czy wibrafonu są na nagraniach Foo Fighters niemałym rarytasem. Największą niespodzianką jest Happy Ever After (Zero Hour), całkowicie akustyczna, radosna kompozycja, utrzymana w klimatach The Beatles. Jest tu także miejsce na bluesową, delikatną solówkę oraz na kilka partii instrumentów klawiszowych z lat 60. Sunday Rain to stopniowy powrót do mocniejszych brzmień. Chwytliwy riff i podniosłe refreny są umiejętnie skontrastowane z klimatycznymi zwrotkami, w których dużo organów Farfisa oraz flangerowych gitar. Co ciekawe, to jeden z niewielu utworów zespołu, w którym to perkusista, Taylor Hawkins, śpiewa główną partię wokalną. Skojarzenia z Rogerem Taylorem z Queen są jak najbardziej odpowiednie, nawet w kontekście barwy głosu. Miejsce Hawkinsa przed bębnami zajął natomiast sam Sir Paul McCartney, który akurat gościł w hollywoodzkim studio. Były Beatles zagrał bardzo klasycznie, bez ambitniejszych wstawek i wariacji (może to dlatego, że usiadł z pałeczkami bez wstępnego przesłuchania kompozycji). Kolejny bardzo mocny punkt albumu, który dodatkowo wzbogaca klimatyczna, jazzowa partia fortepianu w outrze. Foo Fighters obiera nowe kierunki, szuka inspiracji i te barwne sześć minut muzyki bez dwóch zdań to potwierdza. The Line to ostatni z singlowców, w którym ujmują gitarowe harmonie i moc wokalu Grohla. Lider fightersów to bardzo pewny, niezawodny element układanki. Album zamyka Concrete And Gold, zdecydowanie najwolniejsza i najmroczniejsza propozycja zespołu w zestawie. Oszczędna gra perkusji oraz potężne, minimalistyczne gitary wspaniale uzupełniają się z rozbudowanymi partiami chórków Shawna Stockmana. Urzeka również instrumentalna partia smętnej gitary, Mellotronu oraz umyślnie pozostawionego szumu wzmacniacza. To przykład nieszablonowej, pomysłowej produkcji. Utwór kończy się podniośle, a ostatni akord gitary, rozbrzmiewający przez ostatnie kilkadziesiąt sekund, nieodzownie kojarzy się z "A Day In The Life" Beatlesów. Foo Fighters nie jest jednak zespołem grającym proste piosenki o miłości. Z rozmarzenia i melancholii wybija nas Grohl. "Fuck You Darrell!" krzyczy w ostatnich sekundach albumu. Chodzi o Darrella Thorpa, który w trakcie sesji zajmował się inżynierią dźwięku.

Po Wasting Light i Sonic Highways nagrywanych kolejno na analogowym sprzęcie w garażu i w ośmiu różnych miastach, zespół planował nagranie nowego materiału w towarzystwie dwudziestotysięcznej widowni. Pomysł został jednak zarzucony, a Grohl przyznał w wywiadzie, że biorąc na wzgląd wcześniejsze "kombinacje", największą niespodzianką mógł być dla fanów... brak kolejnej. Mam wrażenie, że tym razem muzycy skupili się przede wszystkim na muzyce, a cała otoczka jej tworzenia okazała się mniej ważna. Decyzja lidera okazała się słuszna. Sukces albumu to także zasługa producenta, Grega Kurstina, który na co dzień zajmuje się muzyką popową. Dzięki niemu paleta brzmień Foo Fighters została znacząco urozmaicona, a Concrete And Gold to wyróżniająca się pozycja w dyskografii zespołu.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

David Crosby – Sky Trails (2017) [Recenzja przedpremierowa]

Siedemdziesięciosześcioletni David Crosby, legenda amerykańskiego folk rocka, były członek CSNY, jest ostatnio na fali wznoszącej. W piątek opublikuje swój trzeci solowy album w ciągu trzech lat. Sky Trails to zdecydowana zmiana stylistyczna w twórczości charyzmatycznego muzyka. Tym razem Crosby, przy wsparciu pokaźnej grupy wirtuozów, stawia na fuzję rocka i jazzu.

Album otwiera singlowy She’s Got To Be Somewhere, w którym rytm nadaje elektryczne pianino Fender Rhodes. To optymistyczny utwór w klimacie fusion jazzu, w którym, co dla muzyki Crosby’ego jest nowością, występuje również sekcja instrumentów dętych. Kameralny nastrój kompozycji dopełnia niepowtarzalny, brzmiący wyjątkowo młodo, wokal głównego bohatera płyty. Smaku dodają krótkie wstawki gitary oraz saksofonu. Sky Trails to płyta, na której rytmiczne i bardziej rozbudowane utwory są uzupełniane przez kameralne ballady oparte na jednym, głównym instrumencie. Przykładem może być tytułowa ballada, Sky Trails, w której potężne brzmienie gitary akustycznej, uzupełnianej przez harmonie wokalne Crosby’ego i Beccę Stevens, z którą muzyk współpracował przy okazji tworzenia poprzedniej płyty solowej, Lighthouse. Duet stopniowo buduje dynamikę, by w głównej części przejść do wielogłosu. Słowa refrenu przejęła Stevens, a Crosby buduje wokół nich odpowiednią aurę. Muzyk używa swojego głosu, niczym instrumentu, dodając do głównej linii melodycznej wiele pobocznych wątków. Całość z gracją uzupełnia saksofon sopranowy Steve’a Tavaglione’a. Pozostając w balladowych klimatach, warto zwrócić uwagę na dwie fortepianowe ballady. Before Tommorow Falls On Love, przepełniona jazzowymi akordami w wykonaniu syna Crosby’ego, Jamesa Raymonda oraz basowymi wstawkami Mai Agan, to wyjątkowo kameralne granie. Nastrojowy głos Crosby’ego perfekcyjnie uzupełnia muzyczne tło. Amelia, cover przyjaciółki muzyka, Joni Mitchell, to kolejny popis Raymonda, który wyprodukował album i miał duży wkład w brzmienie nagrań. Ten niedoceniany pianista prezentuje swoje możliwości dosłownie na każdym kroku. Wydawać się może, że w ramach projektu Sky Trails nie nagrał ani jednego zbędnego dźwięku. Jego kunszt można podziwiać w jednym z najlepszych utworów na płycie, rozbudowanym, siedmiominutowym graniu opatrzonym nazwą Capitol. Urzekające jazzowe akordy, przestrzenna gitara hawajska Grega Leisza oraz nieco toporny, elektroniczny rytm, tworzą wyjątkowo ciekawą, hipnotyzującą mieszankę. Wisienką na torcie jest długi dialog między saksofonem sopranowym, gitarą oraz oldschoolowym syntezatorem w końcówce. Takie granie, przyprawione dodatkowo lekko przybrudzoną gitarą Deana Parksa, może kojarzyć się z twórczością Crosby’ego za czasów CPR. Co ciekawe, na basie gra tu Andrew Ford, członek tego nieistniejącego już zespołu. Podobny klimat utrzymano również w Sell Me A Diamond. Mamy tu podobne instrumentarium, z fortepianem oraz gitarą hawajską na czele. Intryguje rytm, wynikający z połączenia automatu perkusyjnego, akustycznej perkusji (na której gra niezastąpiony Steve DiStanislao) oraz klaskania. Fraza „Makes conflict free sounds good to me” długo nie opuści waszych głów. Album jest kopalnią intrygujących linijek, nieco naiwnych, ale zarazem mających w sobie coś genialnego. W Here It’s Almost Sunset Crosby kontynuuje tytułowe słowa „ Why is the sun shining brighter? How can it be? How can still see?”. W kontekście jego narkotykowej przeszłości mają one niebanalne znaczenie. Muzyk przyznał w wywiadzie, że sam dziwi się, że nadal żyje. Przy okazji tego utworu nie sposób ominąć opisu warstwy muzycznej. Całość oparta jest na wyraźnym riffie basowym i powolnym rytmie. Przytulną przestrzeń tworzy pianino Rhodes oraz przeszywające, delikatne syntezatory. Kolejny raz, całość zdobią powabne wstawki Tavaglione’a na saksofonie. Zakończenie albumu to bardziej gitarowe granie, znane z poprzednich płyt muzyka. Wybija się urzekające Somebody Home, przepełnione kameralną aurą oraz ciepłym brzmieniem. Co ciekawe, solowy performance Crosby’ego uzupełnia tu zupełnie inny skład muzyków, niż w pozostałych utworach. David zaprosił do studia zespół Snarky Puppy, z którym, co ciekawe, nagrał utwór w niemalże identycznej wersji na potrzeby wydawnictwa live zespołu. Dzięki temu tylko tu słyszymy wstawki Hammondów czy dużą ilość perkusjonaliów. Co poza tym? Mamy tu melancholijne pianino, tremolową gitarę oraz wyjątkowo delikatną, ciepłą partię sekcji dętej, która brzmieniem przypomina syntezator. To zdecydowanie jeden z najlepszych momentów na albumie. Curved Air jest natomiast najbardziej eksperymentalnym utworem w zestawie. Skomponowany i zagrany przez Raymonda na gitarze klasycznej, jest połączeniem rytmu flamenco oraz, za sprawą rytmicznych sampli i shakuhachi, muzyki Dalekiego Wschodu. Skomplikowany rytm oraz niepokojący bezprogowy bas, tworzą klaustrofobiczną atmosferę. To jeden z najbardziej skomplikowanych utworów w dorobku Crosby’ego. Album zamyka Home Free, ostatni z zestawu akustycznych utworów. Kompozycja rozpoczyna się chłodnym pejzażem dźwiękowym, na który składają się chaotyczne dźwięki gitary akustycznej oraz kolejnego japońskiego instrumentu, koto. Pojawia się głos głównego bohatera płyty. Uzupełniają go potężne, ale delikatnie zagrane, akordy gitary akustycznej oraz fortepianu. Powolne tempo, refleksyjny tekst, w którym Crosby docenia swoje życie, a to wszystko w duecie ojca z synem. Klimatyczne zakończenie nastrojowego albumu.
W wieku, w którym oczekiwałbym od muzyka powielania sprawdzonych schematów, Crosby nagrał chyba najbardziej eksperymentalną płytę w karierze solowej. Oczywiście, spora w tym zasługa Raymonda, ale widać wyraźnie, że legenda folk rocka wciąż poszukuje, ma głowę pełną pomysłów i chętnie ucieka ze swojej strefy komfortu. Mimo że poszczególne utwory mają odmienne konwencje i zostały zagrane przez różne składy muzyków, to płyta ma spójny charakter. Obejmuje ona jeden, melancholijny nastrój, który został oddany na wiele sposobów z pomocą odmiennych filozofii grania. W wywiadzie Crosby przyznał, że sam może malować tylko w siedmiu barwach, ale z pomocą innych instrumentalistów może powiększać tę skalę. Coś w tym jest i Sky Trails wyraźnie to potwierdza.

WERDYKT: ★★★★★★★★ – bardzo dobra płyta

Harry Styles – Harry Styles (2017) [Recenzja]

Długo zabierałem się do recenzji tej płyty, bo to jedna z większych muzycznych niespodzianek roku. Harry Styles, były członek popowego boysbandu One Direction, zaczyna zupełnie nowy etap w karierze. Muzyk całkowicie zrywa ze stylistyką swojej byłej grupy i stawia na muzykę tworzoną z udziałem prawdziwych instrumentów, klimatycznie osadzoną w latach 70. Niektórzy nazywają go mesjaszem, który wyrzuci z rozgłośni elektroniczne granie, dla innych to powielacz pomysłów Davida Bowiego i innych gigantów rocka. Prawda tak naprawdę leży gdzieś pośrodku.

Harry rozpoczyna płytę delikatnym Meet Me In A Hallway. Otwierające dźwięki to ujmujące połączenie gitary akustycznej i omnichordu, małego instrumentu klawiszowego charakterystycznego dla lat 80., na którym gra sam bohater albumu. Dużo tutaj przestrzeni i marzycielstwa. Znalazło się nawet miejsce na krótką solówkę gitary elektrycznej techniką slide. Wszystko po to, by wprowadzić słuchacza w odpowiedni nastrój i przejść do pierwszego singla z płyty, Sign Of The Times. To rozbudowana, progresywna ballada oparta na fortepianie i niezwykle ujmującym refrenie, w którym Styles wspina się na wyżyny swoich umiejętności wokalnych. Vintage'owego wykończenia dodają partie Mellotronu, który tworzył brzmienie Beatlesów czy pierwszych płyt Bowiego, oraz gitary lap steel. To bardzo dobrze przemyślany utwór, stworzony z komercyjnym zamysłem, mający jednak również niemałą wartość artystyczną. Patetyczna atmosfera jest niemal żywcem wyjęta z płyty Pink Floyd. Nic dziwnego, że perkusista legendarnego zespołu, Nick Mason, przyznał, że chciałby pracować razem z Harrym w studio. Carolina to bez cienia wątpliwości zwrot w stronę twórczości Bowiego, a konkretnie chaotycznego albumu Lodger. Klimat budują tu dynamiczne, momentami nieco orientalne skrzypce oraz duża dawka rozmaitych perkusjonaliów. Wyjątkowo ciekawą progresję akordów uzupełniają melodyczne chórki. Głos Stylesa jest naładowany emocjami, co jest raczej rzadkim zjawiskiem na płycie. Wykonania wokalisty cechuje bowiem duża dawka luzu, która pasuje do miłosnej tematyki tekstów. Two Ghosts to przebojowy, aczkolwiek nieco spokojniejszy utwór oparty na charakterystyczniej frazie We're not who we used to be. Kompozycji brakuje nieco wyrazu. Jest co prawda przyjemna w odbiorze, ale brakuje jej fragmentów, do których warto byłoby wracać. Przy okazji należy też dodać, że Harry zagrał tutaj nie tylko (ponownie) na omnichordzie, ale także na gitarze. Jego wykonania bardzo dobrze uzupełnia zespół. To rzadkie w przypadku komercyjnych płyt, gdzie często lista nazwisk twórców i muzyków sesyjnych jest dłuższa niż kolejki nastolatek stojące przed hotelem, w którym zatrzymywało się One Direction. Sweet Creature to nieco przesłodzona, akustyczna ballada z delikatnym śpiewem Harry'ego w harmonii. Ciekawsze rzeczy zwiastuje natomiast intro w Only Angel. To brzmienie Mellotronu, a dokładniej zsamplowanego chóru, zarejestrowanego w latach 60. Dodatkowo delikatne pianino, dokładnie to samo, które wieńczy Sign Of The Times, syntezatory i fragmenty dialogu z filmu Barfly "I saw this angel, I really saw an angel". Krzyk, mocne, glam rockowe gitary, sekcja rytmiczna z feelingiem i mamy już cały zarys kompozycji. To przebojowy utwór z prostymi refrenami i bardzo dobrym wykonaniem oraz aranżacją. Dodatkowy plus za kapitalny middle 8, który powoduje chwilę wytchnienia między kolejnymi mocnymi uderzeniami. Kiwi to jeden z krótszych utworów na płycie. Dużo tu przesterowanych gitar, krzyków, chórków i glam rockowego klimatu. Mocną i przeszywającą solówkę na gitarze elektrycznej gra tu Mitch Rowland. Nie jest to z pewnością najlepsza kompozycja na Harry Styles, ale znacząco ubarwia krążek i dodaje mu rockowego pazura. Ever Since New York to zwrot w stronę spokojniejszego grania. W roli głównej gitara akustyczna i jej charakterystyczny riff oraz uderzenia w tomy w wykonaniu przywołanego już Rowlanda. Kompozycja rozpoczyna nad wyraz ciekawą końcówkę płyty, którą tworzy również Woman. Should we just search romantic comedies on Netflix and then see what we find? 
– pyta Styles, a po chwili na komendę fortepianu dołączają kolejne instrumenty, To jeden z wyróżniających się utworów na krążku, mający w sobie energetyczny rytm i zarazem subtelność. Dobrym rozwiązaniem było użycie basu bezprogowego, który wielokrotnie wybija się z miksu i tworzy podstawę brzmienia. Wyjątkowo humorystycznym rozwiązaniem, które wnosi dużo luzu, jest kwakanie, tworzące podstawę rytmu. Ciekawe, czy jest to plastikowa kaczka, służąca do zabawy, czy przetworzony głos Stylesa. I was like "That was me, thanks" odpowiedział ponoć swojemu ojcu na pytanie, jak prawdziwa kaczka miała znaleźć się w studiu. Kończąc temat Woman – to brzmienie długo nie będzie chciało wyjść z Waszych głów. From The Dining Table to najbardziej pesymistyczny utwór na płycie, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Styles śpiewa o echach zakończonego związku i kryzysie uczuć. Ballada jest bardzo oszczędnie zagrana – dwie ponure gitary akustyczne, przełamane w środku podniosłą orkiestrą symfoniczną i przeszywającymi harmoniami Harry'ego. Warto przesłuchać utwór na słuchawkach – miks tak naprawdę dwa wykonania tego samego utworu. Zarówno partia gitary, jak i wokalu w lewej słuchawce różni się od tej, słyszalnej w prawej. Utwór zamyka płytę i pozostawia po niej bardzo dobre wrażenie.

Harry Styles to do pewnego stopnia powielanie sprawdzonych rozwiązań kompozycyjnych z użyciem instrumentów charakterystycznych dla ery "klasycznego rocka". Charyzma muzyka powoduje jednak, że utwory mają swój niepowtarzalny charakter i spaja ciekawsze fragmenty albumu z nieco słabszymi. Pierwszy krok w karierze solowej Stylesa jest powiewem świeżości na rynku komercyjnych publikacji. Miło, że w MTV ponownie można usłyszeć brzmienie gitar elektrycznych czy syntezatora Moog. 


WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta


Coldplay – Kaleidoscope EP (2017) [Recenzja]

Na to niewielkie wydawnictwo trzeba było czekać wyjątkowo długo. Informacje o nowej epce Coldplay pojawiły się już bowiem na pół roku przed jej premierą. Zespół opisał płytkę jako zbiór outtake'ów z A Head Full Of Dreams, wyjątkowo komercyjnego albumu w dorobku Brytyjczyków. Dlaczego ukazały się one dopiero teraz? Odpowiedź wydaje się zaskakująco prosta. Trzeba również dodać, że na Kaleidoscope znalazły się także remiksy wcześniej publikowanych utworów.

Najmocniejszym punktem albumu jest All I Can Think About Is You. To urzekająca kompozycja, podzielona na dwie części. Pierwsza, nadzwyczaj przestrzenna, to delikatne granie z dużą ilością pogłosów, swingującym basem oraz lekko przytłumionym wokalem Chrisa Martina. Urzeka delikatna perkusja i marzycielskie wtrącenia gitary elektrycznej oraz fortepianu. Nagle, w połowie utworu, kompozycję przejmują klawisze. Poprzez dodawanie kolejnych instrumentów, muzycy budują przejmujące napięcie, które uwalnia się wraz z mocniejszymi uderzeniami perkusji. Całość ozdabia końcowe solo Jonny'ego Bucklanda na gitarze elektrycznej. Nie chce się wierzyć, że całość trwa zaledwie cztery i pół minuty. Kontynuując przegląd outtake'ów, warto rzucić okiem na A L I E N S, którego charakter był tak bardzo nieobecny na ostatniej płycie zespołu. Kompozycja zbudowana jest na nieregularnym rytmie 5/4, prowadzonym przez elektroniczną perkusję Willa Championa. W muzyce wyraźnie wyczuwalny jest duch eksperymentu. Sporo tu pogłosów, przeszywających syntezatorów, a na pierwszy plan wysuwa się delikatna gitara akustyczna. Tekst jest komentarzem dotyczącym kryzysu migracyjnego, a podmiot liryczny wczuwa się w odczucia uchodźców przybywających do Europy. Urzekają robotycznie śpiewane wstawki Martina, a utwór wieńczy orkiestra symfoniczna. Warto dodać, że w tworzeniu utworu brał udział Brian Eno, znany z ambientowego i eksperymentalnego grania, m.in. z Davidem Bowie. Zagrał na gitarze i jest współproducentem kompozycji. Hypnotised utrzymuje klimat poprzedników. Opiera się na dynamicznej grze fortepianu oraz instrumentów klawiszowych żywcem wyjętych z lat 80. Z czasem do głosu dochodzi również Buckland, Champion oraz basista, Guy Berryman. Dużo tutaj smacznej, stonowanej elektroniki, która buduje hipnotyzujący nastrój. Sporo tu także miejsca na instrumentalne partie. Łącznie ponad sześć minut grania. Teraz ta gorsza część płytki, czyli remiksy. Miracles (Someone Special) to nowa wersja utworu nagranego w 2014 roku do filmu Unbroken (Niezłomny). Oryginalna kompozycja była przeciętnym, radiowym kawałkiem, którego jedyną mocną stroną był motywujący tekst dobrze łączący się z fabułą filmu. Remiks nie zniszczył doszczętnie oryginału. Dodano mocniejsze partie sampli oraz zwrotkę rapera Big Seana, która jest tutaj tak potrzebna, jak kurs pentatoniki Ericowi Claptonowi. Something Just Like This (Tokyo Remix) to nagranie koncertowe ze stolicy Japonii. Utwór, stworzony wraz z The Chainsmokers okazał się hitem internetu. Wersja studyjna ukazała się na płycie tego drugiego zespołu, przez co jedynym wyjściem na przemycenie utworu przez Coldplay do swojej dyskografii, było opublikowanie wersji na żywo. Różnice między oboma wykonaniami są naprawdę niewielkie. Sama kompozycja jest przeciętnym radiowym produktem z wyraźnym refrenem, ale stworzona bez ciekawszych pomysłów.

Odczucia towarzyszące Kaleidoscope EP są mieszane. Zupełnie jak zawarte na niej utwory. Trzy outtake'i to przejmujące i pomysłowe granie, pełne nawiązań do wczesnej twórczości zespołu. Nawiązując do pytania ze wstępu, nie weszły one na płytę studyjną ze względu na mniej komercyjny wyraz, który kłóciłby się przykładowo z duetem Martina z Beyonce. Remiks i nagranie live to czysta komercja bez większej wartości artystycznej i czegoś, co bardziej zapadłoby w pamięć. Bez nich epka byłaby oceniona zdecydowanie lepiej. 

WERDYKT:  – płyta z przebłyskami

David Bowie – Reality (2003) [Recenzja]

Po bardzo udanym powrocie do klasycznego nurtu twórczości i trasie promującej album Heathen David Bowie po niedługiej przerwie w 2003 roku powrócił do studia. Reality zostało zarejestrowane pomiędzy dwoma dużymi trasami wokalisty i mocno różni się od swojego poprzednika.

Album otwiera singlowy New Killer Star, oparty na samplowanej gitarze Gerry’ego Leonarda. Ta sama metoda pojawiła się już na poprzedniej płycie w Sunday czy Heathen (The Rays). Utwór ma swingujący rytm i przepełniają go mocne gitary. To klasyczny Bowie, znany z lat 70., wyróżniający się dodatkowo charakterystycznym refrenem. Druga propozycja na płycie, Pablo Picasso, to jeden z dwóch coverów znajdujących się na Reality. Utwór grany oryginalnie przez The Modern Lovers został znacząco uwspółcześniony. Jest tutaj miejsce na sample, dużo gitar z pogłosem oraz niezbyt wysublimowane klawisze. Uwagę przykuwa latynoska solówka na gitarze. Największym atutem utworu jest natomiast aranżacja wokalu. Bowie śpiewa tutaj w wysublimowanej, delikatnej harmonii. Never Get Old to krótki, przebojowy utwór, z wyraźnym podziałem na zwrotki i refreny. Ponownie prym wiodą tu harmonie, które Bowie stworzył wraz z basistką, Gail Ann Dorsey. Pozytywny odbiór utworu niszczy nieco kiczowata solówka na syntezatorze, dodatkowo wsparta pianinem. The Loneliest Guy przenosi słuchacza w zupełnie inny klimat. To prosta, fortepianowa ballada, dodatkowo wsparta gitarami elektrycznymi z pogłosem. Bowie śpiewa tutaj wyjątkowo subtelnie i wysoko. Brakuje tu jednak punktu kulminacyjnego i czegoś, co bardziej zapadałoby w pamięć. Looking For Water to powrót do klimatów rocka. Na pierwszy plan wysuwa się tu agresywny rytm perkusji nadany przez Sterlinga Campbella. W połączeniu z przenikliwymi gitarami dodatkowo przepuszczonymi przez efekt Whammy, wychodzi iście punkowy kawałek. Głównym elementem kompozycji jest tytułowa fraza, wielokrotnie powtarzana przez Bowiego (po raz kolejny fantastyczne harmonie), która przewija się przez cały utwór. Co ciekawe, brakuje tutaj wyraźnego refrenu. Po raz kolejny słabym punktem jest brzmienie instrumentu klawiszowego – w tym przypadku organów. Brzmią one jak preset wgrany na edukacyjny keyboard Casio. Jeden z ciekawszych utworów na płycie, She’ll Drive The Big Car, przypomina klimat płyty Heathen. Kompozycja opiera się na potężnych, smętnych akordach. Jest tu także miejsce na harmonijkę i mocne syntezatory, a wokal Bowiego z delikatnym przesterem, wydaje się urzekająco melancholijny. Półakustyczne, beztroskie Days przypomina klimatem bardzo źle wyprodukowaną płytę Hours. Rytm tworzą tutaj bębny djembe, a w refrenie pojawia się także perkusja i bas. Nuży wielokrotnie powtarzana fraza śpiewana przez Bowiego, a całkowitym nieporozumieniem jest dziecinne brzmienie syntezatorów (według informacji prasowych gra na nich sam wokalista). Fall Dogs Bomb Moon to, jak przyznał Bowie, utwór napisany w pół godziny. Coś w tym jest, jest na swój sposób prowizoryczny i słabo rozbudowany. To bardzo przeciętny, rockowy kawałek, w którym jedynym ciekawym elementem są liryczne wstawki gitary elektrycznej. Try Some, Buy Some George’a Harrisona to kolejny utwór, który został zniszczony przez klawisze. Imitują tutaj akordeon, chór oraz mandolinę. Efekt jest kiczowaty, a utwór ratuje jedynie wokal Bowiego. Najmocniejszy, punkowy Reality, to zarazem jeden z najlepszych utworów na płycie. Prawdopodobnie dlatego, że jest w nim za mało przestrzeni, żeby słychać było w miksie jakiekolwiek klawisze. Ta przepełniona gitarami kompozycja przywodzi mi na myśl chaotyczne utwory z czasów Trylogii Berlińskiej. Tytułowy kawałek jest bardzo energetyczny i w nienarzucający się sposób także chwytliwy. Zamykający Bring Me The Disco King całkowicie zmienia klimat płyty. Ta typowo jazzowa kompozycja, oparta na samplowanej perkusji (pochodzącej z sesji do albumu Black Tie White Noise), jest popisem pianisty Mike’a Garsona, grającego serię wysublimowanych akordów. Bowie urzeka swoimi partiami wokalnymi, a w ostatnich dwóch minutach zostawia pole do popisu swojemu klawiszowcowi. Ballada odstaje od innych utworów także, jeśli chodzi o długość – trwa bowiem prawie osiem minut.

Reality jest całkiem dobrym albumem, który został mocno zniszczony przez słabą produkcję. Dziwi mnie fakt, że był za nią odpowiedzialny Tony Visconti – człowiek, który wyprodukował z Bowiem kilka świetnych brzmieniowo albumów. Najmocniejszą stroną płyty są urzekające harmonie Bowiego. Album jest zestawem komercyjnych piosenek z niewykorzystanym potencjałem. Klimat Reality bardzo dobrze zresztą oddaje kiczowata, animowana okładka.

WERDYKT: ★★★★★ – przeciętna płyta

Sting – Praga, Metronome Festival 23.06.17 (57th & 9th Tour) [Relacja]

O tym, że Sting ma tendencję do ciągłych zmian, wie już chyba każdy, kto chociaż trochę śledzi poczynania Brytyjczyka. W zasadzie każda trasa byłego basisty The Police jest skrajnie inna. Bywało jazzowo, art rockowo, elektronicznie, folkowo i ze wsparciem orkiestry symfonicznej. W ramach trasy promującej album 57th & 9th Sting ponownie zmienia swój wizerunek, tym razem powracając do grania prostej, rockowej muzyki. W ramach światowego tournée zawitał także do Pragi, gdzie 23 czerwca wystąpił jako headliner pierwszego dnia Metronome Festival.

Sting pojawił się wraz z zespołem na scenie głównej punktualnie o 21:30. Przywitało go czternaście tysięcy widzów. Słowo „fani” byłoby chyba użyte zbyt pochopnie. Warto bowiem pamiętać, że część publiki kupiła bilet na festiwal z myślą o Kasabian, który grał następnego dnia, i przyszli popatrzeć na Stinga z czystej ciekawości. Muzyk rozpoczął set od bardzo energetycznych kawałków. Otwierający Synchronicity II, oryginalnie kompozycja grana przez The Police, pokazał, jak będzie brzmiał cały koncert. To czysto rockowe granie, a zespół wspierający Stinga był do niego idealnie skrojony. Basistę wsparło bowiem dwóch gitarzystów, ojciec Dominic i syn Rufus Millerowie, Josh Freese na perkusji oraz dwójka panów w chórku – Ben Thornewill oraz syn Stinga, Joe Sumner. W trakcie wykonywania niektórych utworów na scenie pojawiał się także Percy Cardona, który grał na akordeonie. Tak było w If I Ever Lose My Faith In You, włączonym do setlisty w tym miesiącu. Cardona idealnie odgrywał studyjne partie harmonijki, Miller senior rytmicznie dorzucał całą paletę przestrzennych dźwięków na gitarze, a Sting bawił się, grając na basie jakby od niechcenia. Utwór z Ten Summoner’s Tales był jednym z najmocniejszych punktów piątkowego występu. Z kolei absolutny szlagier, Englishman In New York, z solowym wstępem Stinga na basie, okazał się niewypałem. Typowo jazzowy utwór nie może brzmieć dobrze bez klawiszowca. Akordeon mógł w pewnym stopniu zastąpić etatowego pianistę Stinga, Davida Sanciousa, ale momentami jego absencja była zbyt mocno odczuwalna. Myślę, że to po prostu kwestia odpowiedniego doboru utworów. Rock połączony z reggae, w którym nie potrzeba było przestrzennych syntezatorów, czyli Spirits In The Material World, wypadł znakomicie i zaaplikował czeskiej publiczności potężną dawkę energii.

Blado wypadł natomiast inny hit The Police, Every Little Thing She Does Is Magic, który w ostatnich latach był ogrywany przez Stinga do znudzenia. Tutaj także brakowało Sanciousa. Perełką był rzadko grany She’s Too Good For Me, w którym zespół wspomógł się odtworzonym cykaniem zegara z taśmy. Było tutaj dużo miejsca na  improwizację pomiędzy Millerem seniorem i Cardoną, którzy grali swoje solówki na zasadzie wymiany. Obronił się także Fields Of Gold, w którym Dominic Miller grał na gitarze klasycznej, a jego syn przejął gitarę akustyczną. Akordeonista fantastycznie odtworzył partie grane w studyjnej wersji na dudach. Zrobiło się tak cicho, że słychać było każdy pojedynczy głos z widowni wspierający Stinga. Czy wspominałem już, że tą trasą promuje swój najnowszy album? No właśnie, pierwszy powiew świeżości, Petrol Head, pojawił się dopiero gdzieś w połowie setlisty. Utwór został poszerzony o solówkę Rufusa Millera i wypadł naprawdę solidnie, zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej. Wokal Stinga brzmiał perfekcyjnie. Nie chce się wierzyć, że Brytyjczyk jest już po sześdziesiątce – wygląda jak wysportowany chłopak i wyciąga nawet kilkunastosekundowe dźwięki. Po nowym utworze zespół wrócił do starej śpiewki w postaci Shape Of My Heart  i Message In A Bottle. Miałem wrażenie, że znam je już na pamięć i dokładnie wiedziałem, czego mogę oczekiwać w danym momencie. Na szczęście rozbudził mnie Joe Sumner, który przejął mikrofon taty (ten twierdził, że mówi „fluent czech”) i przy akompaniamencie gitary elektrycznej wykonał Ashes To Ashes Davida Bowiego. Z kolejnymi wersami kompozycja gęstniała dzięki dokładaniu partii kolejnych muzyków z zespołu. Kiedy Sumner wspiął się na swoje najwyższe rejestry (swoją drogą jego głos nie przypomina tego stingowego), Dominic Miller rozpoczął riff 50.000, drugiego utworu z nowej płyty, który jest dedykowany m.in Bowiemu. Warto dodać, że od kwietnia Sting wykonuje go w nowej wersji z innym tekstem i strukturą, czyniąc kompozycję zdecydowanie ciekawszą. Było tu dużo mocy, a wokalista fajnie zagęszczał przestrzeń utworu nożnym syntezatorem Moog Taurus, którego używał na scenie za czasów The Police.

Walking On The Moon również było strzałem w dziesiątkę. W gwiaździste, praskie niebo wystrzeliły białe reflektory, a atmosferę tworzył tu przede wszystkim Josh Freese, który bardzo wiernie odtworzył oryginalną i karkołomną partię perkusji Stewarda Copelanda. Im bliżej było końca setu, tym robiło się bardziej przewidywalnie. So Lonely i Desert Rose w surowych, rockowych wersjach nie wypadły interesująco. Z drugiej jednak strony, laicka publiczność zgromadzona na festiwalu właśnie tego oczekiwała, czekała na największe hity. Kolejny klasyk, Roxanne, wypadł od nich ciekawiej ze względu na bardziej improwizowaną, niemal jazzową formę i przejście do Ain’t No Sunshine w środkowej części kompozycji. Pierwszy zestaw bisów – na pierwszy ogień Next To You, który jest według mnie całkowicie niezrozumiałym wyborem. Ten schematyczny i surowy potworek  z czasów wczesnego The Police jest mało znany i zwyczajnie nuży. Every Breath You Take śpiewał ze Stingiem niemal każdy. Czy tylko mi się wydaje, że utwór grany nieprzerwanie od dwudziestu kilku lat, jakkolwiek dobry by nie był, jest już przewidywalny do cna? Mnie nudził się po pierwszym zetknięciu się z nim na żywo. Aż strach pomyśleć, co muszą czuć przy tym kawałku fani, którzy częściej niż ja chodzą na Stinga. Moją przedziwną mieszankę fascynacji, zawodu, nudy i ekscytacji zakończył drugi, upragniony przez wszystkich bis w postaci Fragile. Sting sięgnął tu po gitarę klasyczną i zagrał na niej ujmujące solówki. Publika stopniowo cichła, tak, by ostatni frażolet zagrany przez wokalistę rozniósł się po całej okolicy. Zespół był żegnany ogromnymi brawami, które ciągnęły się jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny.

To był bardzo solidny koncert, ale nic więcej. Zabrakło większej dozy wirtuozerii, która ujmowała na poprzedniej trasie Stinga, Back To Bass. Zawiodłem się również na ilości materiału z płyty 57th & 9th. Muzyk zaprezentował tylko dwie nowe piosenki, a na wszystkich innych koncertach gra cztery, a nawet pięć. Szkoda, że pominięto kapitalne One Fine Day czy Down, Down, Down. Sting wyrzucił również  z setlisty udane Mad About You, oczywiście na rzecz starych hitów The Police. Festiwale rządzą się jednak swoimi prawami i mimo wszystko zaproponowany zestaw utworów był dla większości satysfakcjonujący. Mnie pozostał niedosyt.  

Przedpremierowa recenzja "Is This The Life We Really Want?" Rogera Watersa

Na ten moment fani Rogera Watersa i Pink Floyd czekali ćwierćwiecze. Po latach spekulacji, 2 czerwca na rynku pojawi się, „Is This The Life We Really Want?”, nowy album basisty.  Z tej okazji Związek Producentów Audio-Video zorganizował w Warszawie wyjątkowe, przedpremierowe odsłuchanie albumu.

Album otwiera krótki When We Were Young. Z początku słyszymy niewyraźny głos Rogera, jak gdyby mówiącego pod wodą. Z kolejnymi sekundami staje się coraz bardziej wyraźny. Całość brzmi jak fragment wywiadu, muzyk przyznaje: „nadal się boję, nadal jestem zezłoszczony”. Nowe teksty wyraźnie to potwierdzają. Kompozycja gęstnieje, nakładają się kolejne głosy, dochodzi syntezator i bicie serca połączone z tykaniem zegara. Rytm zwiastuje Deja Vu, akustyczną balladę, smacznie uzupełnioną orkiestrą symfoniczna, sekcją rytmiczną i fortepianem. Utwór, zresztą nie jedyny na płycie, powstał na bazie dema If I Had Been God, które Waters stworzył w czasie trasy The Wall Live. The Last Refugee, które rozpoczyna przełączenie stacji w starym odbiorniku radiowym, to zupełnie inny klimat niż poprzednia kompozycja. Całość opiera się na potężnym brzmieniu syntezatorów rodem z lat 80., mocnych gitarach oraz melancholijnym fortepianie. Warto zaznaczyć, że Waters, nieposiadający zbyt pewnego i czystego głosu, wyciąga tutaj wyżyny swoich możliwości i śpiewa kolejne samogłoski aż miło. Ten utwór to naprawdę mocny punkt płyty. Picture That to z kolei bardziej rozbudowane granie, opierające się na rytmie Sheep z albumu „Animals” Floydów. Otwiera ją dźwięk windy. Pierwsza część kompozycji jest bardzo agresywna, Waters ujmuje swoim wysokim głosem i skandalizuje śpiewając: „wyobraź sobie sąd bez pieprzonych praw, wyobraź sobie burdel bez pieprzonych dziwek, wyobraź sobie sracz bez pieprzonej kanalizacji, wyobraź sobie przywódcę państwa bez pieprzonego mózgu”. To oczywiście wersety komentujące prezydenturę Donalda Trumpa, który jest obiektem krytyki Watersa przy każdej możliwej okazji. Wpada także w głowę wyraźny, kilkakrotnie powtarzany, syntezatorowy riff. Z czasem utwór przeistacza się w bardzo klimatyczne granie, rodem z Breathe z „The Dark Side Of The Moon”. Całość przeistacza się w powolnie rozmywające się syntezatorowe tło. Odgłosy wycia wilków zwiastują Broken Bones. Kompozycję w rytmie walca wyróżnia akustyczne brzmienie i ponure smyki. Mamy tutaj także motyw, który pojawił się we wspomnianym demie If I Had Been God. Bardzo zauważalny jest tutaj podział na lekkie zwrotki i mocne refreny, w których jest miejsce na lekkie akcenty solowe gitary elektrycznej (których na płycie jest jak na lekarstwo). Ciekawostką jest krótka wokaliza Rogera. Od zawsze cechowała go oszczędność w śpiewie, przez co taki smaczek jest zdarzeniem wyjątkowym. Słuchając utworu można było odnieść wrażenie, że gdzieś się go już słyszało. Mój strzał – Paranoid Eyes z „The Final Cut”. Tytułowy Is This The Life We Really Want? to bardzo progresywna rzecz, ciężka do zdefiniowania po jednorazowym odsłuchu. Jest tu wiele zmian akordów, wstawki basowe (np. flażolety). Ciekawostką jest po raz kolejny wokal Rogera. Tytułowa fraza idealnie łączy się z syntezatorem i można odnieść wrażenie, że dwa źródła dźwięku pochodzą z jednego instrumentu. Intryguje również rapowana wstawka znajdująca się pod koniec kompozycji, która nieodzownie kojarzy się z solowym To Kill The Child z EPki wydanej w 2004 roku. A Bird In A Gale to utwór, który wzbudził u mnie największe emocje i z pewnością mogę stwierdzić, że Waters nie nagrał czegoś podobnego w ciągu swojej całej kariery. Całość opiera się na nerwowym, pulsującym dźwięku maszyny, chociaż równie dobrze może to być wirująca pralka albo stukot przejeżdżającego pociągu. Mamy tutaj bardzo szybkie tempo, dużo syntezatora ARP Solina, charakterystycznego dla muzyki lat 70. oraz odgłosów, które pojawiły się już wcześniej, w The Last Refugee. Muzyka jest bardzo intensywna i naprawdę przerażająca. Potrafi przytłoczyć słuchacza. Zaciekawia końcówka utworu – niezidentyfikowany jak na razie wybuch oraz śmiechy tuż po nim. Jakość nagrania wskazywała na amatorski filmik rodem z YouTube’a. Kolejny bardzo mocny fragment albumu. The Most Beautiful Girl to drastyczny zwrot stylistyczny. Kompozycja, oparta na delikatnym brzmieniu fortepianu, jest uzupełniana przez smyki i linię melodyczną wskazującą raczej na coś z repertuaru Stinga. Co ważne, nie ma tutaj wyraźnych gitar. Singlowy Smell The Roses opiera się na muzyce Have Cigar z albumu „Wish You Were Here”. Przebojowy charakter podkreślają wyraźne refreny i dużo gitarowych brzmień, a zaskoczeniem jest instrumentalny, industrialny przerywnik bazujący na syntezatorach i biciu serca. Płytę zamykają trzy krótkie, połączone ze sobą utwory. Oceans Apart to krótka kompozycja rozpoczynająca się tak samo, jak Deja Vu. Dwa okalające ją utwory są natomiast oparte na tym samym motywie fortepianowym ze specyficznym feelingiem. Wait For Her to klasyczna, rockowa kompozycja z mocnymi refenami i sekcją rytmiczną w refrenach. Warto zauważyć, że to jedyny utwór na płycie, w którym słychać organy Hammonda, podstawę brzmienia większości płyt Rogera. Linia melodyczna kojarzy się z Hello In There Johna Prine’a, utworem, który był kilkakrotnie wykonywany w ostatnich latach przez Watersa. Part Of Me Died to niemalże repryza powyższego utworu, artysta śpiewa tutaj nieco bardziej kameralnie. Podniosła, mocna, oparta na dwugłosowym śpiewie końcówka utworu jest bardzo udanym podsumowaniem całej płyty. Brytyjczyk trzymał swoich słuchaczy w napięciu do samego końca.

Po pierwszym przesłuchaniu „Is This The Life We Really Want?” mam mieszane uczucia, podobnie jak Waters zmieszał na płycie brzmienia akustyczne i elektroniczne. Muzyk jest znany ze swojej skomplikowanej psychiki mającej podłoże jeszcze w dzieciństwie. Wydaje się, że zarówno muzycznie, jak i tekstowo, zbyt często powraca do przeszłości. Słychać tutaj echa największych płyt Pink Floyd, niemniej album wnosi też dużo świeżości i wyjątkowych struktur muzycznych. To trudna, porywająca i surowa pozycja do wielokrotnego przesłuchiwania i wgłębiania się w jej treść. Jestem przekonany, że wraz z kolejnymi odtworzeniami, słuchacze będą nią coraz mocniej zafascynowani.