Rick Wright – Broken China (1996) [Recenzja]

Jest rok 1995. Pink Floyd wrócił z The Division Bell Tour – jak się później okazało, ostatniej trasy koncertowej. Zespół po odejściu Rogera Watersa przedefiniował nieco swój styl, a muzycy wrócili do dawnej formy, również kompozytorskiej. Klawiszowiec Rick Wright postanowił, że nie będzie czekał na kolejny sygnał lidera i gitarzysty, Davida Gilmoura, i nagra album solowy. Rezultat okazał się zaskakujący.

By lepiej opisać kulisy powstawania płyty, warto jeszcze dodać, jak przebiegał proces tworzenia The Division Bell. Według relacji muzyków, przy okazji tworzenia ostatecznej listy utworów, które trafią na płytę, przeprowadzono demokratyczne głosowanie. Wright wybierał przede wszystkim swoje utwory, nie zważając na ich obiektywną wartość i na to, czy będą pasowały w kontekście przygotowywanego zestawu. Możemy więc domniemywać, że część utworów, opublikowanych w 1996 roku na krążku Broken China, to utwory napisane już kilka lat wcześniej.

Klawiszowiec początkowo myślał o albumie instrumentalnym – oddającym emocje towarzyszące jego przyjaciółce, która przechodziła kliniczną depresję. I tak już od pierwszych minut Broken China, towarzyszą nam pejzaże dźwiękowe. Breaking Water to tajemnicza introdukcja, zbierająca dźwięki z kolejnych piosenek. To również początek historii choroby – mamy tu muzyczny obraz dziecka w łonie matki. Wraz z narodzinami i nadejściem mocniejszych syntezatorów rozpoczyna się Night Of Thousand Furry Toys. To całkiem mocne odejście od stylu Pink Floyd. Słyszymy sporo smaczków ze świata popu i jazzu. Nieprzypadkowo elektroniczny puls wzmacnia tu perkusista Manu Katché, który grał m.in. ze Stingiem i Peterem Gabrielem. Przestrzenne syntezatory ozdabia tu tłusta, niezwykle smaczna solówka na gitarze elektrycznej Tima Renwicka, który był członkiem koncertowego zespołu Pink Floyd. Wokal Ricka Wrighta uzupełnia tu główny twórca tekstów, Anthony Moore, który napisał już wcześniej dla klawiszowca tekst do Wearing The Inside Out z The Division Bell. Okazało się, że początkowo jedyny planowany utwór z wokalem zainspirował artystów do stworzenia kolejnych. W Hidden Fear słyszymy niespokojny wokal Wrighta na tle syntezatorów i rożka angielskiego. Klawiszowiec, który, jak sam przyznał, nigdy nie lubił swojego głosu, dużo eksperymentował w trakcie sesji nagraniowych. W znalezieniu odpowiednich technik przekazu pomogła mu domowa atmosfera – album był w dużej mierze nagrywany w prywatnym studiu muzyka. Runaway wprowadza do opowiadanej historii niepokój. Posępne syntezatory uzupełnia loop imitujący stukot przejeżdżającego pociągu. Instrumental jest popisem Katchego, którego agresywną partię słyszymy wyłącznie na lewym kanale. Kawałek to rzecz z pogranicza fusion jazzu, rocka i hip-hopu – w takiej stylistyce Wright nie tworzył nigdy wcześniej. Czas na drugi etap życia naszej bohaterki – dojrzewanie. Niepokój i załamanie nastroju oddaje Unfair Ground. To kolaż "wodnych" syntezatorów, przeraźliwie uwodzącej wiolonczeli (gra na niej Sian Bell) oraz dźwięków nastolatków bawiących się w wesołym miasteczku. Utwór płynnie przechodzi w Satelite, dynamiczny, instrumentalny jam, oparty na wprawce perkusji oraz dźwiękach elektroniki. Tłem do solowych popisów Tima Renwicka jest tu jazzujący, niepodrabialny w brzmieniu, bas Pino Palladino. Po rozbujanej improwizacji czas na balladę Woman Of Custom. Przestrzenne dźwięki syntezatora dopełnia gitara klasyczna Dominica Millera. Wright opisuje bohaterkę, kobietę nawyków, jako osobę, która nie do końca potrafi zrozumieć swoje uczucia i przyzwyczajenia. Ten pozornie sielankowy klimat przerywa Interlude. Powtarzający się akord fortepianu, przeradza się w instrumentalną narrację, wspartą dodatkowo syntezatorami. Utwór może oddawać stan zamyślenia. Załamanie i lęki wracają w Black Cloud. Powtarzające się narastające uderzenia syntezatorów gęstnieją. Ponad trzyminutowy, arytmiczny obrazek pokazuje szeroką paletę brzmieniową Wrighta. Warto zauważyć, że mimo upływu lat, elektroniczne brzmienia nie są przestarzałe i wciąż potrafią przeszywać na wskroś. W dynamicznym Far From Harbour Wall słyszymy wyraźniejsze nawiązania do muzyki Pink Floyd. Oprócz zaprogramowanego, elektrycznego rytmu, mamy tu m.in. pianino elektryczne i organy Farfisa, które pojawiały się przed laty w Echoes. Bohaterka ma uczucie, że przegrywa nierówną walkę z własnym umysłem i nie potrafi pokonać strachu. Jej stan szczególnie dobrze oddaje chaotyczny, instrumentalny bridge z mnogością wstawek perkusji. Drowning to chwila spokoju. Przestrzenne syntezatory, zataczające się od lewej do prawej słuchawki, zwiastują zmiany. Przechodzimy do ostatniego, przełomowego etapu życia bohaterki. Reaching For The Rail to klimatyczna ballada, oparta na niespiesznym rytmie i podniosłych, niskich syntezatorach. Tu narrator pierwszy raz oddaje głos swojej bohaterce – jej kwestię śpiewa Sinead O'Connor, która sama lata później przyznała, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. "Czuje się jakbym miała gorączkę, jak dziecko. (...) Pozostaje ten sam, nieprzerwany łańcuch" – te wersy dobitnie obrazują obecną sytuację bohaterki. Rozbudowana, ponad sześciominutowa ballada, rozpisana na dwa głosy, ma jeszcze jeden ogromny atut – fragmenty instrumentalne. Najpierw przenosimy się do... klubu, w którym to Wright, pośród rozmawiających ludzi, gra urzekającą solówkę na fortepianie. W drugiej części, gdy utwór nabiera mocy, liryczne solo gra z kolei Renwick. Blue Room In Venice to powrót do przestrzennych brzmień. Wright, liryczny przyjaciel bohaterki, śpiewa o jej wewnętrznej absencji i wyraża tęsknotę. Monolog wspierają chłodne, orkiestralne brzmienia. Utwór płynnie przechodzi w Sweet July, instrumentalną perełkę z Dominiciem Millerem w roli głównej. Delikatne brzmienia stratocastera uzupełnia fortepian i brzmienia syntezatorów. Along The Shorline to najmocniejsza propozycja na albumie. Energetyczny rytm z podniosłą solówką Reniwcka wdzięcznie łączy się z tekstem. Stan bohaterki wyraźnie się poprawił, czuć od niej bijące ciepło. Jest zdolna do okazywania miłości. Całość kwituje mocne solo Wrighta na syntezatorze, do złudzenia przypominające to w Run Like Hell z The Wall. Płytę wieńczy przełom, Breakthrough. Wraca O'Connor i opowieść bohaterki. To podsumowanie jej wzlotów i upadków, odkrycie siebie na nowo. Pozytywne zakończenie obrazuje delikatny, jazzujący podkład z kontrabasem i gitarą klasyczną Millera na czele. Co ciekawe, utwór powstał w dwóch wersjach. W nieopublikowanej zagrał ponoć David Gilmour.

Przy użyciu wielu środków wyrazu, Wright przenosi słuchacza w podróż w głąb umysłu swojej bohaterki. Mnogość brzmień i kolorów na tej płycie idealnie oddaje emocje, które czuła przyjaciółka muzyka. To płyta trudna i wymagająca skupienia – szczególnie w utworach instrumentalnych męczymy się wspólnie z bohaterką. Rozumiemy jej emocje, a w finale tak, jak ona, czujemy ulgę. Wielka szkoda, że Wright tak rzadko działał na własną rękę, tworząc albumy solowe. Szkoda również, że płyta z topową, muzyczną "obsadą", jest nieco zapomniana. Nie dostaniemy jej w sklepach, nie znajdziemy w serwisach streamingowych a na portalach aukcyjnych to biały kruk. Hej @DavidGilmourOfficial, a może by tak...

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – przełomowa płyta!

Iggy Pop – Free (2019) [Recenzja]

Miał się już żegnać rockowym Post Pop Depression, ale groźba się nie spełniła.  Iggy Pop,  który przez ostatnie lata prowadził audycję w brytyjskim radiu, otworzył się na nowe gatunki muzyczne. Zaprosił więc do studia nieszablonowych muzyków i stworzył najbardziej eteryczną płytę w swoim dorobku.

Dużo syntezatorów, pogłosów i struny gitary prowokowane przez smyczek – brzmi jak początek intrygującego krążka. Wrażenie melancholii potęguje przydymiona trąbka z tłumikiem, na której gra cichy bohater tej płyty, Leron Thomas, który skomponował niemalże wszystkie utwory i napisał większość tekstów. "I wanna be free" powtarza Pop niczym z zaświatów. Krótkie intro to dobra zapowiedź tego, co czeka słuchacza. Wiemy już także, że nie będzie to tak przebojowa płyta, jak zapowiadana jako pożegnanie, Post Pop Depression z 2016 roku. Loves Missing, z zadziornym rytmem i przesterowanymi gitarami, może kojarzyć się z pierwszymi płytami z bogatego dorobku Brytyjczyka. Powolny rytm gęstnieje, nabiera dynamiki, a w intrygujących refrenach uzupełniają go nakładki trąbki. Dźwięki przeszywają nasze uszy to z lewej, to z prawej strony. Iggy umiejętnie potęguje emocje, by dojść do finału, krzycząc "love screaming". Kolejną, niezwykle udaną kompozycją jest Sonali. Pojawiły się humorystyczne głosy, że to nieznany utwór z sesji do Blackstar Davida Bowiego, skąd inąd przyjaciela Popa. Utwór opiera się na przestrzennych, basowych frażoletach. Dynamiczne zwrotki, oparte na pokrzywionym rytmie, zaczerpniętym najpewniej z hip-hopu, kontrastują ze stonowanymi refrenami, w których zadumany wokalista przywołuje imię bohaterki utworu. Trzeba przyznać, że dobór postaci opisywanych w piosenkach jest dosyć wyjątkowy. Kolejny utwór, James Bond, to historia o kobiecie, która ma cechy słynnego agenta 007. Najbardziej przebojowa kompozycja na płycie z wyraźnym, powtarzalnym refrenem, opiera się na chwytliwym riffie basu, który rzeczywiście może kojarzyć się ze ścieżką dźwiękową do popularnej serii filmów. Nawet w tym przypadku, gdy mamy do czynienia z czysto rockowym kawałkiem, słyszymy jednak jazzowy sznyt. Wszystko za sprawą dynamicznej solówki Thomasa. Amerykański trębacz jest również swoistym dyrygentem w kolejnej kompozycji, Dirty Sanchez. Ponad minutowe intro rozpisane na dwie partie trąbki jest ozdobą płyty i zapowiedzią kolejnych zmian nastroju. Wyraźne nawiązania do Meksyku przeradzają się w prosty rytm i skandowanie. Iggy krzyczy, a przedziwny, nieco przygnębiony w swoim wyrazie chórek, powtarza za nim słowo w słowo. Intrygujące – szczególnie w obliczu tematyki tekstu. Cóż, sam utwór traktuje o fantazjach seksualnych. Tytułowy Dirty Sanchez nie jest jednak miłym mieszkańcem półwyspu Jukatan. O tym, gdzie i czym można domalować wąsy partnerowi w łóżku, odsyłam do Wikipedii, albo bezpośrednio – na bardziej dosadne portale. Glow In The Dark frasuje już od pierwszych dźwięków. Zdublowany, ponury wokal Iggiego, uzupełnia bas. Między nimi dziwne pogłosy i efekty dźwiękowe, trochę syntezatorów – to efekt pracy francuskiego duetu Kenny Ruby + Florian Pellissier. Oryginalny riff brzmi bardzo świeżo. Sens tego kawałka tkwi w jego prostocie – tyczy się to zarówno muzyki, jak i warstwy tekstowej. "To explain all this means further explaining" poddaje się Pop, tłumacząc wcześniej zasady, które są podstawą  funkcjonowania wszystkich społeczeństw. Z czasem jego głos zastępuje mrucząca trąbka, powoli nabierająca dynamiki. Pojawiają się przestery, a w tle coraz mocniej szumią gitary. Szumią, bo to, co robi z instrumentem Brytyjka Noveller, jest nieprawdopodobne. Używa niezliczonej liczby pogłosów i efektów, niemalże tworząc z gitary syntezator. Jej talent i niezwykła aura pojawia się we wszystkich utworach na Free. Klimat płyty powoli mętnieje. Page to ostatni utwór z wyraźnie zarysowanym rytmem. Syntezatory, elektroniczny beat i Pop, który przeciąga kolejne głoski z nienaturalnie intensywnym vibrato. "We're only human, no longer human" śpiewa bohater płyty. Mocno polecane w jakiś ciemny i obrzydliwy jesienny wieczór. Pierwszy akord fortepianu zwiastuje We Are The People. Iggy recytuje tu tekst Lou Reeda. W tle mruczy trąbka, która prowadzi swój własny, osobny monolog. Ostatnie dwa utwory to swoista coda. Do Not Go Gentle Into That Good Night to druga wersja intra do płyty. Niezwykle mroczny The Dawn to połączenie melorecytacji, przestrzennych gitar Noveller i nerwowego, elektronicznego rytmu.

Iggy Pop uwolnił się od gitarowych schematów, sam zwolnił się z obowiązku przebojowości. Wokalista sięgnął po niezwykle barwnych artystów, tworząc niepowtarzalny klimat nagrania. To zdecydowanie jedna z najbardziej udanych płyt w dorobku legendy punk rocka, muzyka najwyższych artystycznych lotów. Miejmy nadzieję, że mimo wszystko nie będzie dla Popa tym, czym okazał się Blackstar dla Davida Bowiego.

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – płyta bliska ideału

Deep Purple – Tauron Arena Kraków, 03.12.19 (The Long Goodbye Tour) [Relacja]

Mieli już kończyć, ale jak na razie ich obietnica na szczęście nie została spełniona. Deep Purple wydali najpierw swój "pożegnalny" krążek InFinite przed dwoma laty, by wyruszyć w The Long Goodbye Tour. Teraz wiemy już, że jest "even longer", a w trzecim roku trwania trasy Brytyjczycy zawitali ponownie do Krakowa. Co zaprezentowali?

Prawie dwugodzinne show w Tauron Arenie rozpoczęło się od podniosłych dźwięków Mars, the Bringer of War Gustava Holsta. Po orkiestrowym intrze na scenie pojawili się muzycy i zaintonowali Highway Star. Klasyczny purplowy otwieracz zastąpił w trakcie trasy Time For Bedlam, o którym nieco później. Seniorzy grali z pasją, a Ian Gillan, który przez lata miał słabszą dyspozycję wokalną, udowadniał, że bez problemu potrafi śpiewać czysto i mocno. Bez zbędnych przerywników zespół rozpoczął Pictures Of Home. Muzycy w ostatnich latach chętnie wracają do charakterystycznego riffu. Mimo niekończących się improwizacji utwór został odegrany w duchu nagrania studyjnego z 1972 roku. Zupełnie, jak na płycie Machine Head, muzycy urwali w pewnym momencie solówkę, pozostawiając pole do okrzyków krakowskiej publiczności. Kolejne wybory zespołu z klasycznych płyt – Bloodsucker i Demon's Eye – poderwały tych, którzy nie obudzili się jeszcze po popołudniowej kawie. Precyzja i wirtuozeria w jednym, z dużą dawką muzycznego poczucia humoru. 


Ciekawe, że pominięto absolutny szlagier ostatnich lat, Strange Kind Of Woman. Stały element programu koncertów mógł się już fanom przejeść. Po krótkim przywitaniu i tradycyjnych, niekończących się opowieściach Gillana, czas na nowszy repertuar. Na początek Sometimes I Feel Like Screaming, z ulubionej, jak przyznał przed koncertem basista Roger Glover, płyty Purpendicular. Riff zaintonował gitarzysta Steve Morse, a subtelności dodawały smaczki grane na talerzach przez Iana Paice'a. W śpiewaniu refrenu do Gillana próbowali dołączyć Glover i Morse, ale wokalista tak wczuł się w rolę, że nieumyślnie zabierał mikrofon sprzed nosów swoich kolegów. Czas na solówkę Steve'a Morse'a – rozbudowanym i nieco chaotycznym intrem otworzył Uncommon Man. Utwór z niezwykle udanej płyty Now What?! z 2013 roku jest już stałym punktem koncertów Deep Purple i gości w setliście nieprzerwanie od sześciu lat. Tytułowym "niezwykłym człowiekiem" był oczywiście były klawiszowiec zespołu, Jon Lord, który odszedł w trakcie tworzenia płyty. Jego zdjęcie pojawiło się na telebimach po zakończeniu kawałka. Lazy było popisem następcy Lorda, Dona Aireya. Rozbudowane intro na organach Hammonda przerodziło się w klimatyczny, bluesowy jam. Gillan, który w trakcie popisów instrumentalnych lubi uciekać ze sceny, wyłonił się zza kulis w czapce św. Mikołaja i zagrał solo na harmonijce ustnej. 


Koniec żartów, krakowską Tauron Areną zawładnęły złowrogie, niskie syntezatory. To Time For Bedlam, jedyny reprezentant ostatniej płyty zespołu. Kapitalny utwór z solówką rozpisaną na organy i gitarę z charakterystycznym przesunięciem akcentów. Gillan śpiewał z wyjątkowym zaangażowaniem, momentami nawet wyżej, niż w wersji studyjnej. Panowie nagle zniknęli ze sceny. Pozostał na niej tylko Airey, który zaprezentował szeroką paletę swoich brzmień – począwszy od kombinacji z syntezatorem Mooga, przez fragmenty Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zagrane na pianinie, po solo na Hammondzie. Intonując charakterystyczny motyw, przechodzimy płynnie do Perfect Strangers, w trakcie którego robiło się coraz goręcej i coraz bardziej emocjonalnie. Zespół zakończył podstawowy set kolejnymi szlagierami – Space Truckin' i Smoke On The Water, a wspomagał go chór w postaci tysięcy gardeł. Muzycy nie musieli się długo prosić o powrót na scenę. Zagrali – co już chyba oczywiste – Hush i Black Night. Wersje napakowane solówkami i cytatami z innych wykonawców. Była zabawa, było wspólne śpiewanie. Muzycy grają jednak taki sam bis od lat i w tym przypadku mogło brakować świeżości.


Już wiemy, że to nie ostatnie "goodbye" wiekowych Brytyjczyków. W październiku przyszłego roku zespół wraca na koncert do Łodzi. Niewykluczone, że z nowym materiałem, bo pojawiają się plotki o kolejnym albumie na wiosnę przyszłego roku. I bardzo dobrze – Deep Purple to stan umysłu, jeden z ostatnich zespołów, który gra bez click tracków, gdzie to wizualizacje na ekranach muszą się dostosowywać do muzyków, a nie na odwrót. Niech grają tak długo, na ile starczy im sił, bo nadal mają moc.

Sting – My Songs (2019) [Recenzja]

Jest taka jedna magiczna zasada, która wywindowała niejednego artystę na szczyt list przebojów i największe sceny świata – trzeba być szczerym wobec słuchacza. Słysząc hasło "nowy album studyjny", czekamy na nieznane dotąd doznania, chcemy usłyszeć kogoś w nowej odsłonie. Sęk w tym, że nowy album Stinga to nic innego, jak składanka największych przebojów w nowych wykonaniach. Artysta zapowiadał publikowane utwory jako przebudowane, odświeżone i zaaranżowane na nowo. Czyżby?

To, co dzieje się w pierwszych minutach krążka to kryminał. Nowe wersje utworów z 1999 roku – Brand New Day i Desert Rose, to nic innego, jak remiksy. Słyszymy wokale sprzed dwudziestu lat i część partii instrumentalnych z sesji do płyty Brand New Day. Sporo również nowych dodatków – zaskakuje wyrzucenie oryginalnych partii perkusji na rzecz automatu perkusyjnego. Są też nowe głosy bliżej niezidentyfikowanych wokalistów, często przetworzone i podwyższone o kilka oktaw – wszak to teraz modne. Warto dodać, że utwory doczekały się już przecież swoich remiksów przy okazji wydania singlów – oba kawałki mają już po kilka przeróbek. Trzecia propozycja na My Songs to kolejny remiks – tym razem If You Love Somebody (Set Them Free). Omawiam go osobno, ponieważ w przeciwieństwie do poprzednich jest całkiem udany. Hit z 1985 roku został przerobiony na modłę mieszanki disco z soulem. Pojawiły się nowe, smaczne syntezatory. Został saksofon Branforda Marsailisa. Drażni tylko ten automat perkusyjny. Nie wierzę w to, że Sting zamienił partię Omara Hakima na kupę japońskiego złomu w imię postępu technologicznego. Za wszystkie trzy remiksy odpowiada Dave Aude, który regularnie zabiera się za przeróbki nowych piosenek Stinga. Zazwyczaj z miernym efektem. Zapominamy o niesmacznym początku i przenosimy się do 2017 roku. To wtedy w trakcie trasy 57th & 9th Sting wszedł ze swoim zespołem do kilku amerykańskich studiów i na nowo nagrał klasyki The Police. Miało być "refitted and rearranged", a wyszły wierne kopie oryginałów. Tak jest w przypadku Every Breath You Take, Message In A Bottle czy Walking On The Moon. Odbiór nowych nagrań jest pozytywny, ale brakuje tu elementów zaskoczenia i świeżości – czegoś, co nadałoby nagraniom nowej wartości i zwyczajnie dałoby powód do ich wydania. Ciekawie wypada So Lonely, zagrane w niższej tonacji. To chyba jedyny utwór w zestawie, który przebija oryginalną wersję, nagraną przez The Police. Kawałek, pierwotnie wydany w 1978, mógł drażnić piskliwym wokalem Stinga. Tu jego głos jest bardziej stonowany, czysty, a kiedy trzeba – zdublowany, co daje bardzo interesujący efekt. Ciekawie robi się także w Demolition Man, który zaczyna się od charakterystycznego intro Dominica Millera z użyciem efektu wah-wah. Ta sama zagrywka rozpoczynała również swojego czasu na koncertach inny utwór Policjantów, Driven To Tears. Kompozycja brzmi dynamicznie, mocniej, niż oryginał. Ciekawostką jest nowy bridge, w którym zachowawczą solówkę grają obaj Millerowie – Dominic i jego syn, Rufus. Solidnie wypada również Can't Stand Losing You, po które Sting nie sięgał od czasów koncertów z The Police. Na płycie słyszymy wierną kopię oryginału z 1979 roku. Ciekawszą wersję słyszeliśmy natomiast na ostatnich koncertach trasy promującej My Songs. Tam utwór trwa ponad pięć minut i rozpoczyna się jamem z jamajskim zacięciem. Podsumowując nowe wersje utworów The Police, należy przyznać, że wypadają blado w stosunku do wykonań live z ostatnich tras koncertowych Stinga. Tam bywały uzupełniane przez skrzypce czy akordeon i rzeczywiście odbiegały od znanych nam oryginałów. Nabierały nowych kolorów. W trzeciej grupie utworów na My Songs lądują wykonania popowo-akustyczne, nagrane z udziałem Jerry'ego Fuentesa z The Last Bandoleros. Nowa wersja Fields Of Gold brzmi bardziej plastikowo i patetycznie. Kompozycja nie została przearanżowana, a na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (brakuje charakterystycznych zagrywek Millera na gitarze klasycznej). Dodano również nowe, przestrzenne syntezatory i delikatny, ale elektroniczny rytm. Fragile dostało nowe wokale, elektroniczny puls, pianino elektryczne, szumy i przedziwne głosy w tle. Brak tu wartości dodanej, czegoś, co przekonałoby słuchaczy do sięgnięcia po nową wersję, a nie oryginał. Całkiem przyjemnie robi się w Shape Of My Heart, może to dlatego, że brzmienie przypomina to oryginalne. Utwór został jednak nagrany na nowo w całości – na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (a nie klasyczną) oraz cajon. Na końcu krążka dostajemy kolejną porcję nowoczesnych i "fajnych" hitów, które w zamyśle miały chyba pożreć konkurencję w listach przebojów i Spotify. Nowy Englishman In New York ma rytm... salsy. Dodano również nowe wokale, syntezatory i przedziwne przejścia do refrenów w stylu perkusji z lat 80. W trakcie charakterystycznej przerwy, w której słyszymy wyłącznie elektroniczne uderzenia, dodano dźwięki... trąbiących samochodów. If I Ever Lose My Faith In You to kolejny popis Dave'a Audego. Utwór brzmi jak podkład hiphopowy. Nowe partie wokalu Stinga zostały mocno przetworzone. Po odśpiewaniu każdego wersu słyszymy więc echo z obniżonym głosem w stylu kronik policyjnych. Dzięki takim małym, nowoczesnym smaczkom Sting  z  p e w n o ś c i ą  przypadnie do gustu młodszym pokoleniom. Wersja sprzed ponad 20 lat z akustyczną perkusją i gitarami jest już bowiem przestarzała i po prostu niezdatna do odbioru. Płytę My Songs "wieńczy" Roxanne. Tym razem to nie żaden remiks czy nowe wykonanie studyjne, a fragment koncertu z Paryża z 2017 roku. Co ciekawe, Sting grał wtedy swój hit, miksując go z Ain't No Sunshine Billa Withersa. Ktoś jednak skrzętnie wyciął fragment coveru i na płycie dostajemy trzyminutową Roxanne, zbliżoną brzmieniem do oryginału. 

"Więcej" nie jest synonimem słowa "lepiej". Sting był na bardzo dobrej drodze do wyjścia na artystyczną prostą. Potwierdzeniem może być charakterna płyta 57th & 9th i bardzo udany album 44/876, nagrany z Shaggim. Trudno jednak uznać My Songs za kolejny pełnoprawny album studyjny, chociażby przez remiksy i wykonanie koncertowe. Byłoby to bardzo ciekawe greatest hits i z powodzeniem mogłoby trafić na przykład do boksu "The Best Of 25 Years" z 2011 roku. Dlaczego więc zdecydowano się na publikację My Songs? Z dwóch powodów. Dzięki płycie Sting przez następne półtora roku może skupić się na koncertach i graniu największych przebojów. Możliwe, że przy okazji będzie tworzył materiał na prawdziwie nową płytę studyjną. Drugim powodem publikacji Moich Utworów są pieniądze. W płytę zaangażowano Dave'a Audego i Jerry'ego Fuentesa, którzy nagrywają dla tej samej wytwórni, co Sting – Cherrytree Records. Spoiwem współpracy jest szef wytwórni i przy okazji manager Stinga, Martin Kierszenbaum. Mam nieodparte wrażenie, że to on, a nie Sting stoi za stworzeniem recenzowanego produktu.

WERDYKT: ★★ – nieporozumienie

Nick Mason's Fictitious Sports (1981) [Recenzja]

Końcówka lat 70. była dla muzyków Pink Floyd czasem rozłamu. Każdy z czterech filarów zespołu rozpoczął pracę na boku – David Gilmour i Rick Wright nagrali solowe płyty, a Roger Waters przygotował dema pod The Wall i pierwowzór solowego The Pros And Cons Of Hitch Hiking. Co zrobił Nick Mason? Odpowiedź poniżej.

Perkusista zespołu nigdy nie miał zapędów kompozytorskich, co dla większości bębniarzy typowe. Największe dźwiękowe "kreacje" Masona to trudna w odbiorze kompozycja The Grand Vizier's Party z płyty Ummagumma, która bazuje na uderzaniu najróżniejszych przedmiotów. Zasługą Nicka jest również Speak To Me, intro do The Dark Side Of The Moon. Koniec. Tym bardziej dziwić może solowy krążek perkusisty – Fictitious Sports. Okazuje się jednak, że pod medialnym opakowaniem kryją się kompozycje Carli Bley, awangardowej i jazzowej pianistki ze Stanów Zjednoczonych. W praktyce Mason zagrał w utworach na perkusji i zaprosił do studia swoich dobrych znajomych. Już pierwszy utwór Can't Get My Motor To Start intryguje mnóstwem dźwięków. Rytm na werblu uzupełniają szeleszczące gitary i dziesiątki głosów – momentami tworzące chór. Do tego solówka na harmonijce i dęciaki. To całkowita ucieczka od stylu Pink Floyd. Bardzo udany, nieco chaotyczny utwór o kabaretowym zabarwieniu. I Was Wrong to ciąg dalszy jazzowych naleciałości – tym razem z dozą funku. Charakterystyczny riff uzupełniają dynamiczne zwrotki i wokal. Wszystkie piosenki śpiewa na albumie Robert Wyatt z Soft Machine, który występował również na płytach Davida Gilmoura. Wokalista słynie ze swojej pesymistycznej, nieco przytłumionej barwy głosu. W połączeniu z dynamiczną muzyką osiągnięto jednak bardzo ciekawy efekt. Coś, co rzuca się w uszy przy odsłuchu kolejnych utworów, to bardzo dobre brzmienie sekcji rytmicznej. Nie przejmuje całego miksu, ale gra mocno i dobitnie. Tak jest również w Siam, gdzie basista Steve Swallow gra dodatkowo kostką. Intrygujący utwór, który ponownie uzupełnia motyw dęciaków. Kontrastują z nim spokojne refreny. Na uwagę zasługuje solówka na saksofonie Gary'ego Windo, dodatkowo uzupełniana przez bliżej nieokreślone dźwięki atakujące słuchacza na szerokości całej panoramy stereo. Pod numerem czwartym kryje się prawdziwy diament – Hot River. Rozbudowana, mocna ballada z ciekawą sekwencją akordów i nieco dramatycznym tonem. Organy Hammonda i narracyjny fortepian mogą kojarzyć się z grą Ricka Wrighta na płytach pokroju Wish You Were Here. Wyatt śpiewa tu w duecie z Karen Kraft – przełamuje ona dramatyzm głosu Wyatta aranżacją wokalu w stylu piosenki autorskiej. Prawdziwą ozdobą nie tylko tego utworu, ale i całej płyty są rozciągnięte solówki gitarowe Chrisa Speddinga. Niespieszne, trochę w stylu Gilmoura. Uważniejsze ucho zauważy, że w trakcie tej najdłuższej, zamykającej utwór, oprócz wokalizy Kraft, słyszymy również odgłosy tonięcia. Na najwyższą notę zasługuje tu także Mason, któremu zawsze służyły niespieszne rytmy – dzięki nim ma bowiem mnóstwo przestrzeni na improwizowane przejścia na bębnach. Boo To You Too to takie swoiste połączenie Shakin' Stevensa z piosenką kabaretową. Dużo dęciaków, przekolorowane chórki i nieoczekiwane zmiany tempa. Do tego gitarowa solówka i klimat rhythm and bluesa. Przedziwna kombinacja. Do Ya? to całkowita zmiana klimatu. Kompozycja rozpoczyna się od lamentu dęciaków. Powolne tempo łączy się z melancholijnym fortepianem. Wyatt brzmi tu zupełnie jak na swoich solowych, niezwykle ciężkostrawnych albumach. Utwór ma jednak swoje walory, intryguje i potrafi wprowadzić słuchacza w określony klimat. Wervin' to powrót do dynamicznego grania z szalonymi dęciakami i mocną grą sekcji rytmicznej. Ciekawym rozwiązaniem jest trzynutowy, nerwowy motyw fortepianu, brzmiący niemalże jak sekwencer. Ozdobą jest jazzowe solo saksofonu z eksperymentalnymi dźwiękami syntezatora w tle. Album zamyka I'm A Mineralist. Przedziwny, progresywny utwór, który mógłby trafić do jednej szufladki z Hot River. Powolne tempo wyznacza gitara i fortepian. Marzycielski klimat uzupełniają dźwięki dzwonków. Markotny wokal Wyatta uzupełnia dramatyczna trąbka. Nagle pojawia się motyw chóru, wspomagany przez organy. Cmentarny klimat ciągnie się niemalże w nieskończoność – jedyną zmianą są inne akcenty chóru. Męczącą podróż przerywa cisza. Powrót do pierwotnego klimatu. Nagle kolejna zmiana – dynamiczne wejście gitarowego riffu, solówki na puzonie i energicznej perkusji. Co się dzieje? Też chciałbym odpowiedzieć na to pytanie. I'm A Mineralist będzie jeszcze dwukrotnie zmieniał swój klimat, kończąc na powtarzanej "pogrzebowej" konsekwencji. Utwór, który bardzo dobrze podsumowuje złożoność tej płyty – żeby nie powiedzieć "jej chaotyczność".

Nicka Masona w Nicku Masonie nieco mało, co jest często wyznacznikiem recenzji tej płyty. Należy patrzeć na nią jak na projekt sygnowany nazwiskiem perkusisty Pink Floyd. Muzyk miał niemały udział w produkcji krążka, choć jeśli chodzi o zawartość muzyczną i tekstową – to album Carli Bley. Należy przyznać, że płyta się broni. Mimo zmian stylistycznych ma spójne brzmienie instrumentów i swój charakter. Zdarzają się na niej perełki, nie brakuje jednak utworów, wobec których przechodzi się obojętnie. Mocne strony – świetna sekcja rytmiczna i pomysłowość realizacji. Słabe – chaotyczność i zbyt dużo zmian nastroju.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przebłyskami

Manu Katché – The Scope (2019) [Recenzja]

Tej płyty nikt się nie spodziewał. Manu Katché przez prawie dwadzieścia ostatnich lat zadomowił się w klimatach jazzu. W tym roku zaproponował coś zupełnie innego – zestaw popu i jazzu z dużą domieszką elektroniki. Perkusista, występujący niegdyś z Peterem Gabrielem czy Stingiem, postawił na prosty przekaz i oszczędne aranżacje.

Już pierwszy utwór, Keep Connection, dobrze oddaje klimat całego albumu. To dynamiczne granie z zabawą rytmem, podbarwione dodatkowo elektroniką. Tego wysoko nastrojonego werbla i dźwięku małych splashów nie da się pomylić. Utwór dodatkowo przyprawiono dźwiękami kory, afrykańskiego odpowiednika harfy, na której gra Kandia Kouyaté. Glow to rytmiczna, ale melancholijna kompozycja, oparta na motywie pianina elektrycznego. Grę Katchego uzupełniają elektroniczne sample oraz piękne, harmonizujące smyczki. To również pierwszy z utworów z tekstem. Autor powtarza wielokrotnie cztery wersy, a towarzyszy mu Kayla Galland. Katché nie jest wybitnym wokalistą, ale warto odnotować, że to nie pierwszy wokalny performance w jego wykonaniu. Utwory z The Scope mogą kojarzyć się z jego pierwszą solową płytą – It's About Time z 1991 roku. Tam Katché był głównym wokalistą – z różnymi skutkami. Teraz do studia zaprosił plejadę wokalistów, a sam jest bardziej ich uzupełnieniem, a niżeli liderem. Przykładem może być Vice, w którym on sam śpiewa wyłącznie refreny. Zwrotki to sprawka Faddy Freddy'ego – Senegalczyka, który najlepiej odnajduje się w szeroko pojętym soulu. Vice to utwór typowo popowy, ale z wieloma nawiązaniami. Głównym jest brzmienie The Police – zespołu Stinga. Wszak Katché był jego perkusistą sesyjnym i koncertowym. W tle pojawiają się liczne gitarowe pogłosy oraz "łamane" wtrącenia na talerzach. Show Katchego zaczyna się jednak dopiero w okolicach trzeciej minuty. Utwór przechodzi w klimaty jamajskiego dab. Na wokale, gitarę i perkusję nałożone są nieskończone pogłosy. Perkusista niezwykle umiejętnie bawi się akcentami i przejściami. Całość trzyma w ryzach niezwykle energiczny bassowy riff. To jeden z najciekawszych i najbardziej dynamicznych momentów albumów. Overlooking uspokaja atmosferę. Jest gitara akustyczna, jest również fortepian z kapitalnymi wstawkami i solówką. Syntezatory jedynie podbarwiają tło. Całość opiera się na powtarzanym motywie głównym. Klimatyczne granie. Please Do to powrót do klimatów popu. To drugi już utwór, który bazuje na kilkuwersowym, powtarzanym schemacie słów. W tle brzęczy funkowa gitara, przebijają się również jazzowe akordy pianina elektrycznego. Ciekawym zabiegiem jest dodanie przestrzennych, powtarzających się (brzmiących niemalże jak sampel) plumkań fortepianu. Jedną z największych niespodzianek jest singlowe Paris Me Manque. To niezwykle udane połączenie jazzu i rapu. Zmyślnie zbudowano tu rytm – gra zarówno Katché, jak i perkusja elektroniczna. Mocny, szybki rytm genialnie uzupełnia jednak pianino elektryczne i powtarzany motyw Alexandre'a Tassela na flugelhornie. W krótkim niespełna trzyminutowym utworze jest nawet miejsce na jego solówkę. Bohaterem utworu jest jednak raper Jazzy Bass, który napisał i zaśpiewał melancholijny tekst o życiu w Paryżu – o tym, że zmieniła się tożsamość miasta. Bardzo udana rzecz. Let Love Rule to utwór z równie rozbudowanym tekstem, tym razem o szeroko pojętej tematyce miłosnej. Kompozycja, która mocno przypomina utwory z It's About Time – z jedną tylko różnicą. Główne partie wokalu przypadają bowiem Jonathcie Brook. Zmysłowy głos i dużo przestrzeni podbijanej gitarą elektryczną, akustyczną i flugelhornem łączą się ze sobą bez zarzutu. Warto przy okazji sprawdzić wersję śpiewaną na żywo przez Julie Erikssen – w mojej ocenie jeszcze lepiej czuje utwór i przekazuje zawarte w nim emocje. Don't You Worry to powrót do prostego, kilkuzdaniowego przekazu Katchego i bezpretensjonalnego, popowojazzowego grania. Sporo tu elektroniki – w tym samplowanych, przetworzonych głosów i syntezatorów. W teorii to muzyka do windy, ale kompozycje przełamują mocne wejścia gitary elektrycznej i bębnów. W Goodbye For Now dużo klimatu z poprzednika, choć nieco więcej jazzu. Melancholijny motyw na gitarze akustycznej uzupełnia elektronika i mechaniczne wtręty. Soczyście brzmi tu również solówka na gitarze elektrycznej (w roli głównej Patrick Manouguian). Trzeba przyznać, że Katché dał na płycie przestrzeń każdemu z zaproszonych muzyków. Tricky 98' to eksperyment i dodatek do albumu. Manu przyznawał w wywiadach, że duża część kompozycji powstała na podstawie elektronicznych sampli. To może być jedna z nich. Atmosfera wyraźnie nawiązuje do lat 90. – dużo pętli, sztuczne brzmienie talerzy i nieco przestarzały syntezator. Nawet bas wystukano tu na klawiaturze. Ot, ciekawostka. 

Niespodziewany ruch Katchego wyszedł nadspodziewanie udanie. Mimo mocnej rytmizacji partii instrumentów utwory mają w sobie bardzo dużo przestrzeni. Jeśli miałbym skojarzyć tą płytę z określonym klimatem i okolicznościami, to byłby to letni wieczór. Płyta do przeżywania i wielokrotnego zasłuchiwania się, ale z drugiej strony idealna do niezobowiązujących rozmów przy winie czy innych specjałach. Ta równowaga odbija się również na partiach instrumentalnych. Z jednej strony Katché pojawia się tu jako wokalista i pokazuje całą paletę swoich umiejętności gry na perkusji, ale z drugiej strony pozwolił wszystkim swoim współpracownikom na rozwinięcie skrzydeł. Płyta, do której chętnie się wraca.

WERDYKT: ★★★★★★★★  bardzo dobra płyta

Moja muzyka jest jak ramen – Lion [Wywiad]

Zrobiło się o niej głośno za sprawą występów na kilku europejskich festiwalach. W poprzednim roku wydała debiutancką epkę. Przedstawiła się już także polskiej publiczności, grając minikoncert w Warszawie. "Nie za bardzo wiem, jak mogę siebie opisać. Głośna, z bujną fryzurą" mówi sama o sobie. Tak naprawdę nazywa się Beth Lowen (niem. Löwen – lew). Wybór pseudonimu artystycznego był więc oczywisty. 

 fot. facebook.com/iamlionofficial

Pierwszy raz wystąpiłaś przed publicznością jako dziesięciolatka. Z koncertem wiąże się pewna anegdota – teraz brzmi zabawnie, ale wtedy nie było ci chyba do śmiechu.

Chyba nigdy nie denerwowałam się tak mocno, jak wtedy. Śpiewałam bardzo cicho, stojąc z dala od mikrofonu, bo byłam przestraszona. Jakaś kobieta powiedziała mi po koncercie, że brzmiałam, jakbym wypaliła paczkę papierosów i wypiła butelkę whisky. Zaczęłam płakać, bo nie wiedziałam, o co jej chodziło. Spokojnie, nie piłam wtedy whisky!

Wiedziałaś już wtedy, że zostaniesz muzykiem?

Raczej tak, nie chciałam zajmować się czymś innym.

Mieszkasz w Londynie, który jest prawdziwym tyglem muzycznym. Jako słuchacz, codziennie masz do wyboru dziesiątki koncertów. Gorzej to wygląda z perspektywy muzyka. Chyba trudno jest się tam przebić?

Zaczęłam śpiewać w pubach – grałam najwięcej, jak się tylko dało. Często brałam udział w wydarzeniach open mic, gdzie śpiewać może każdy chętny. Było trudno, bo wielu innych muzyków stara się zaistnieć w podobny sposób.

W zeszłym roku opublikowałaś swoją pierwszą epkę z czterema utworami. To zbiór twoich pierwszych singli. Każdy z nich jest rockowy i pełen energii.

Wybrałam najbardziej beztroskie piosenki ze wszystkich, które miałam. Nie ma tam zbytniej ciężkości, nie są też zbyt uczuciowe. Poszły na pierwszy ogień, bo po prostu czerpię z nich radość. Napisałam je w duetach. W jednej z nich pomógł mi mój brat, który potrafi zagrać na instrumencie, o którym nawet nie słyszał. Tworzyłam też z moim znajomym, Richem Cooperem. Lubię współtworzyć muzykę z drugą osobą.

Zaciekawił mnie tekst utworu „Fiction”, gdzie śpiewasz o byciu okłamywaną.

To trochę zabawne, kiedy twoi znajomi cię okłamują, a ty zdajesz sobie z tego sprawę.

Jakie są twoje muzyczne inspiracje? Obstawiałbym zespoły z lat 70.

Część inspiracji to muzyka, której słuchali moi rodzice – Fleetwood Mac, Bob Dylan czy Joni Mitchell. Przechodziłam też etap, w którym słuchałam Arctic Monkeys.

To ciekawe, ale recenzenci piszą czasami o muzyce, jak o jedzeniu – "ta gitara brzmi tłusto", "ten kawałek jest ciężkostrawny". Jeśli twoja muzyka miałaby być jakąś potrawą – co by to było?

Ramen. Masz porządną podstawę, czasami jest trochę ostra, płynna, spływająca, raz lekka, raz cięższa i jesteś po niej nasycony.

Dziennikarze nazywają cię jedną ze wschodzących gwiazd brytyjskiej sceny muzycznej. Czy nie jest trudniej tworzyć, kiedy inni mają wobec ciebie duże oczekiwania?

Myślę, że nie można brać tego do siebie. Trzeba być wiernym swoim ideałom.

Na razie nie ma w internecie zapowiedzi i teaserów, ale wiem, że przygotowujesz swoją pierwszą, pełną płytę długogrającą.

Skończyłam już nad nią prace, teraz jest miksowana. Powinna wyjść na początku przyszłego roku, myślę, że to dosyć realna data. Ten album płynie, ma inny klimat niż epka. Jest na nim więcej wzruszających momentów i dużo bolesnych przeżyć. Mówi też o dorastaniu. To podsumowanie ostatnich dziesięciu lat mojego życia. Będzie nazywał się Wonderland.

Kiedy pojawisz się na pierwszym, pełnym koncercie w Polsce?

Na pewno tu wrócę, przy okazji ostatniego pobytu zakochałam się w Polsce. Jeśli wyruszę w trasę, to przyjadę. Kocham Polskę, bo utrzymujecie rocka przy życiu!