Kupcie chociaż jeden garnitur – Matt Dusk o świętach i płycie "Jet Set Jazz" [Wywiad]

"Kiedy byłem nastolatkiem, imponowali mi croonersi, czyli piosenkarze standardów jazzowych – Frank Sinatra, Tony Benett, Nat King Cole" mówi Matt Dusk, który w listopadzie wypuścił nowy album, Jet Set Jazz. "Kocham taką muzykę. Dlaczego? Myślę, że jest bardzo elegancka i romantyczna".

                                                                                                                                                                                 wikimedia.org

Marcin Obłoza: Wspominasz o jazzie i soulu. Nie słuchałeś nigdy mocniejszych brzmień tak jak inni nastolatkowie?

Matt Dusk: Na początku lat dziewięćdziesiątych słuchałem trochę popu. Rozwijała się też scena grunge'u. Byłem fanem Nirvany. Wielkim zespołem było też wtedy U2. Tak naprawdę lubię wszystkie gatunki.

Ciężko mi sobie ciebie wyobrazić śpiewającego w takich cięższych klimatach. Wielu zaczyna od grania w garażach. Jak było w twoim przypadku?

Oczywiście, każdy śpiewał wtedy piosenki Pearl Jam ze swoim rockowym zespołem, ale mnie szło to naprawdę słabo. Teraz już tego nie robię, bo fatalnie brzmię w takich brzmieniach.

Mimo wszystko chciałbym usłyszeć cię zachrypniętego w jakimś gitarowym utworze. 

Możesz w takim razie zmontować jakiś zespół. Przyłącze się do was.

Kiedy po raz pierwszy miałeś uczucie, że śpiewanie stało się twoim sposobem na życie, że to twoja praca?

Kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem śpiewać jazz i swing. Wtedy robiłem to dla przyjemności, ale nagle ludzie zaczęli mi za to płacić. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, grałem już jakieś dwadzieścia koncertów miesięcznie w klubach. Przeżycia, które czerpiesz z muzyki, są niesamowite. Dzięki temu trafiłem nawet do Warszawy i z tobą rozmawiam. Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie muzyka.

W listopadzie wydałeś nowy album, „Jet Set Jazz”, który brzmi, jakby był nagrany w latach sześćdziesiątych.

Taki był plan, chcieliśmy oddać klimat tamtych czasów, najlepiej, jak tylko potrafiliśmy. Nagraliśmy big band w Toronto. Kto nagrywa jeszcze trzynaście dęciaków jednocześnie? Jako producent, cały czas siedziałem w reżyserce i nadzorowałem wszystko, co było nagrywane. Robię to samo od prawie dwudziestu pięciu lat, ale nadal czuję ekscytację w studio. Marzyłem o tym jako dziecko. 

Nowa płyta jest też inspirowana lataniem.

Jako wykonawcy, podróżujemy po całym świecie. Nadal jestem zaskoczony, gdy wchodzisz na pokład i lecisz do kompletnie nowego, egzotycznego miejsca. Nawet Warszawa jest dla mnie egzotyczna. Latanie stało się popularne w latach pięćdziesiątych. Frank Sinatra śpiewał wówczas „Come Fly With Me”. Podróże samolotem były wtedy takie wytworne. Wchodziłeś na pokład, częstowano cię posiłkami i mnóstwem drinków. Wszyscy się cieszyli. Chciałem zabrać słuchacza w podróż w czasie – ale ze mną, bo wszyscy inni wykonawcy już nie żyją.

Jesteś perfekcjonistą?

O boże, tak. To nie jest dobre, bo nie zgadzam się na kompromisy. Zawsze muszę robić wszystko najlepiej, jak tylko potrafię. W przeciwnym razie żałowałbym tego.

Perfekcjonizm widać też po tym, jak się ubierasz. Zawsze masz na sobie białą koszulę, krawat i garnitur. To bardzo dobrze pasuje do muzyki, którą tworzysz.

Gdy dorastałem, byłem nastolatkiem, chciałem się identyfikować z dorosłymi. Zawsze chciałem być kimś starszym, niż jestem. Frank Sinatra czy Nat King Cole, prawdziwi mężczyźni, zawsze bardzo dobrze się ubierali. Zauważyłem, że każdy, kto włoży dobry garnitur, może wyglądać całkiem przystojnie.

To co poradziłbyś mężczyznom, którzy chcieliby oczarować swoje kobiety?

Kupcie chociaż jeden garnitur i upewnijcie się, że jest dobrze skrojony. Wcale nie musi być drogi, ale powinien idealnie pasować.

Czujesz się jak wzór do naśladowania dla innych mężczyzn?

Po prostu chcę dobrze wyglądać. Ubrania zawsze mogą poprawić twój wygląd. Gdybym ubierał zwyczajne koszulki i spodnie, nie wyglądałbym już tak korzystnie.

Równie nienaganny jest twój głos. Jest bardzo czysty i miękki, nie ma w nim zbędnej, rockowej ostrości.

Uczyłem się śpiewu klasycznymi metodami – w chórach i klimatach opery. Gdybyś był sportowcem, codziennie ćwiczyłbyś na siłowni. To samo jest z muzyką – im więcej trenujesz, tym z czasem stajesz się coraz lepszy. Mój głos potrzebuje sporo whisky. Na scenie mamy bar. Wspólnie z członkami zespołu lubimy się tam zrelaksować i po prostu cieszyć się chwilą, bo występ na scenie trwa naprawdę bardzo krótko. Moment, w którym gramy jest dla nas wyjątkowo łatwy i przyjemny.

Jesteś mocno związany z Polską, nie tylko prywatnie. W 2015 roku nagrałeś album „Just The Two Of Us” z Margaret. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Gdy po raz pierwszy zostałem poproszony o nagranie duetów, zadzwoniłem do moich wytwórni. Bardzo lubię współpracować. Gdy po raz pierwszy poznałem Margaret, zadziwiła mnie jej pewność siebie. Zawsze mi mówi, że jestem niedołęgą, ale zaczęliśmy się ze sobą rozumieć. Polubiliśmy się. Kiedy masz obok kogoś pomocnego, występy są jeszcze przyjemniejsze.

Duet z Margaret był niemałym zaskoczeniem, bo na co dzień śpiewa pop. Jesteście z zupełnie innych światów.

Ma za to jazzowe wykształcenie, zdaje się, że grała nawet na saksofonie. Margaret bardzo lubi takie klimaty. Jazz to jeden z tych gatunków, które możesz śpiewać bez względu na wiek. Nikt nie powie ci, że jesteś za stary na takie klimaty. Patrz na Tony'ego Benetta. Nie ma zbyt wielu dziewięćdziesięciolatków, śpiewających pop. Myślę, że jak Margaret będzie starsza, to wyda kolejną jazzową płytę.

Śledzisz polską scenę muzyczną? 

Słucham radia, tu, w Warszawie. To niezwykłe, jak popularne jest disco polo. Każdy kraj ma wielkich artystów i artystów popularnych. Warto to rozróżniać.

Podoba ci się w takim razie nasze disco polo?

Jeśli znalazłbym się nocą w klubie – jasne.

Jak dobrze potrafisz mówić po polsku?

(mówi łamanym polskim) Dobry wieczór państwu, witam wszystkich. Cieszę się, że znowu jestem w Polsce. (śmiech) Cóż, moja córeczka uczy się polskiego. Ma zaledwie dwa lata. Zapamiętuję nowe słowa razem z nią, wyłapuję podstawowe frazy.

Kto w takim razie mówi lepiej?

Myślę, że ona. W tym cały problem.

Nadchodzi czas świąt. Musimy zaznaczyć, że nagrałeś sporo świątecznych utworów. Wydałeś nawet specjalny, zimowy album „Old School Yule!”. To musi być dla ciebie specjalny czas.

Kiedy byłem dzieckiem, zawsze słuchaliśmy wtedy Nat King Cole’a i Binga Crosby’ego. Co roku puszczamy więc w domu stare winyle. Stworzyłem „Old School Yule!” zaraz po narodzinach mojej córki. Chciałem mieć piosenki, które mógłbym jej śpiewać. Teraz śpiewa już razem z płytą.

W Polsce mamy też nową świąteczną tradycję – wszyscy oglądają Kevina. Czy w Kanadzie też jest tak popularny?

Tak, co roku powtarzają się wszystkie świąteczne filmy. Kevin zdecydowanie jest jednym z nich.

Jakie masz plany na nowy rok? Na razie wiemy wyłącznie o trasie po Kanadzie.

Będę promował najnowszą płytę w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Przyjadę też do Polski – w lutym albo marcu. Niebawem ogłosimy kolejne daty. Nagrywanie płyty sprawia dużą radość, ale to na koncertach zależy mi najbardziej. Kontakt z widzami wytwarza świetną energię.

Przyjedziesz do Wrocławia?

Jak najbardziej, Wrocław na pewno jest na naszej liście.

W takim razie czekamy na oficjalne potwierdzenie. Wesołych świąt, Matt!

Dzięki. (śpiewa) We wish you a Marry Christmas and a Happy New Year!

Słuchacze nie potrzebują nowej muzyki – Al Di Meola o albumie "Opus" [Wywiad]

Spotkaliśmy się na backstage'u wrocławskiego Impartu. Al Di Meola skończył właśnie rozgrzewkę. Słuchacze usłyszą za kilkanaście minut całe spektrum gatunków muzycznych zamkniętych w pudle rezonansowym gitary klasycznej. Będzie też kilka nowych kompozycji z płyty "Opus". Przed wyjściem na scenę, zadaję Di Meoli kilka nurtujących pytań.




Marcin Obłoza: Przyjechałeś do Wrocławia z nowym projektem – promujesz album „Opus”. W wywiadach wspominałeś, że w przypadku tej płyty rola komponowania i aranżacji była ważniejsza niż samo granie na gitarze.

Bez porządnej kompozycji nieważne jest, jak dobrze grasz na gitarze. Jest wielu świetnych improwizatorów grających jazz, ale ostatecznie i tak najważniejsze jest to, jak na dany utwór zareaguje publiczność. Możesz grać solówki przez dwie godziny, ale wszystkich zanudzisz. Przede wszystkim kobiety. Musi więc pojawiać się ta „zawartość” – mocna kompozycja, której tak bardzo brakuje w jazzie. Prawdopodobnie zmieniłem podejście do muzyki dzięki Beatlesom, których słuchałem, będąc nastolatkiem. Później poznanie Astora Piazzolli, ojca muzyki tango, uświadomiło mi, że elementy kompozycji są ważniejsze niż solówki. Mamy dzięki temu do czynienia z szerszym zakresem emocji, a publiczność może łatwiej przyzwyczajać się do utworów. Tak, „Opus” to kolejny etap w ewolucji mojego komponowania.

Na nowej płycie lubisz żonglować nastrojami. W niektórych, dłuższych kompozycjach, zawierasz co najmniej kilka wątków. 

Nigdy nie wiesz, gdzie zabierze cię twój umysł. To jak wtedy, gdy spacerujesz ulicą i nagle spotykasz przyjaciela, którego nie widziałeś od wielu lat. Albo, gdy nagle widzisz wypadek samochodowy i wokół ciebie zaczynają wyć syreny. Ponieważ moje kompozycje nie mają słów, ważne, by poprzez muzykę odzwierciedlać dane scenerie. 

 Czy potrafisz komponować w trakcie trasy?

Daj mikrofon mojemu menedżerowi (śmiech). Mam wiele dzieci do wykarmienia. Żartuję. Teraz koncertowanie odgrywa ważniejszą rolę niż w latach 70. czy 80. Wtedy występowałeś, żeby promować płytę. Teraz musisz grać, żeby promować wiele innych rzeczy. Rola płyt zmniejszyła się o jakieś 90 procent. Nie ma sensu nagrywać nowych albumów. Ludzie naprawdę nie potrzebują nowej muzyki. Nawet The Rolling Stones nie musi wydawać nowych albumów. Paul McCartney też nie. Chcemy słuchać takich piosenek, które lubimy, a te zostały nagrane już wiele lat temu.

To dlaczego wydałeś "Opus"?

To kwestia artystyczna. W przeciwieństwie do gwiazd popu, wciąż mogę prezentować nowe utwory. Nigdy nie miałem bowiem wielkich hitów, tak, jak oni. My, jazzmani możemy grać na koncertach co tylko chcemy.

Nie masz wrażenia, że wszystko zostało już nagrane, że nie da się już być innowacyjnym?

Tak. Młodzi mają teraz wyjątkowo trudno żeby się przebić.

Na nowym albumie zagrałeś sporo solówek na gitarze elektrycznej, mimo że najczęściej sięgasz po gitarę klasyczną. Rock and roll musi być dla ciebie dużą inspiracją, bo nagrałeś nawet album z coverami Beatlesów.

Uwielbiam ich, słucham też dużo Led Zeppelin z wcześniejszego okresu. Kiedy dorastałem w Nowym Jorku, miałem wybór i codziennie mogłem chodzić na jakiś jazzowy albo rockowy koncert. To była wielka zaleta tego miasta.

Czy masz już plany na następny rok? Może nowa płyta?

Tak, robimy drugi album z coverami Beatlesów. Fani chyba nie spodziewali się takiej płyty, ale dlaczego nie – wychowaliśmy się na tej muzyce. Wciąż jest świetna. Obecne dzieciaki nie będą mogły powiedzieć za kilkadziesiąt lat, że muzyka Kanyego Westa była świetna. Obudzą się i stwierdzą „mój boże, dlaczego słuchałem tak beznadziejnej muzyki”. Wszyscy dojdą do takich wniosków, po prostu muszą. Ta muzyka nie ma żadnej zawartości, brak w niej harmoni, melodii, głos jest bardzo słaby i przesłanie nie jest najlepsze.

Garou – Wrocław, Hala Stulecia, 06.11.18 (20 Years Jubilee Tour) [Relacja]

Garou świętuje w tym roku 20 lat kariery muzycznej. Kanadyjski piosenkarz nie odnosi w ostatnich latach tak dużych sukcesów, jak przed laty, ale w Polsce wciąż przyciąga tłumy. Okazuje się jednak, że trasa mająca być podsumowaniem dorobku stała się nieco niezrozumiałą wędrówką przez kolejne covery oklepanych klasyków.



Idąc na koncert wciąż miałem w głowie poprzednią trasę muzyka z 2015 roku, która promowała albumy "Au Millieu De Ma Vie" i "Rhythm And Blues". Byłem wtedy naprawdę pozytywnie zaskoczony zaproponowanymi utworami oraz treścią muzyczną. Minęło trzy i pół roku i coś wyraźnie uległo zmianie. Koncert zapowiadał się bardzo dobrze – pojawiło się Seul w nieco zmienionej aranżacji z bohaterem wieczoru grającym na gitarze akustycznej. Na niecodzienne zwroty akcji nie trzeba było jednak czekać zbyt długo. Najpierw klasyk Sous Le Vent połączony z fragmentem Zombie The Cranberries. Chwilę później Demande Au Soleil z rytmem zapożyczonym z Every Brath You Take The Police. Garou przypomniał przy okazji kilka wersów z piosenki Stinga. Szybki przegląd solowego katalogu – medley z bardzo dobrym Je Suis Le Meme i Avancer, nagranym na potrzeby ostatniej płyty z autorskim materiałem. Nagle zwrot akcji – Garou przypomina piosenki najbardziej znanych francuskich autorów. Jest kameralne i jazzujące Les Moulins De Mon Coeur Michela Legranda, pojawiło się także Champs Elysees Joe Dassina. Między tym wszystkim I Love Paris Elli Fitzgerald. Covery pozostawiły po sobie nijakie wrażenie, bo dobór utworów był oczywisty, a i aranżacje były wyjątkowo bezpieczne. Garou zawsze lubił wtrącać do swojego show kilka pożyczonych autorów. Tym razem lista coverów nie miała końca – pojawiał się jeszcze m.in. Le Port d'Amsterdam Jacquesa Brela czy I Put A Spell On You Screamin' Jaya Hawkinsa. Generalizując, co najmniej połowa koncertu była mieszanką R&B i soulu sprzed kilkudziesięciu lat. Dobre, bezpieczne covery znanych piosenek powodowały co prawda, że co niektórym chodziła noga, ale jakiekolwiek emocje i nieco głębsze odczucia pojawiły się dopiero przy okazji Que l'Amour Est Violent. Świetny, rozbudowany, blisko sześciominutowy utwór został zagrany wyjątkowo wiernie. Podobnie zresztą jak ciepło przyjęte Belle i Gitan. Kiedy wydawało się, że koncert nabiera rumieńców, a przemiły i niezwykle pozytywny bohater wieczoru jest już rozgrzany, muzycy zeszli ze sceny. Publiczność pożegnał medley That's The Way I Like It KC & The Sunshine Band, solowego Reviens wykonanego z funkowym posmakiem i... Get Lucky Daft Punk. Mimo udanego wykonania – lekki przerost formy nad treścią. Nawet do kończącego l'Adieu muzycy musieli wpleść fragment My Way Franka Sinatry. 


Skąd tak duża ilość coverów? Możliwe, że Garou uformował tak przedziwną setlistę pod wpływem francuskiej edycji The Voice (w Polsce pod nazwą The Voice Of Poland), w której nasłuchał się i naśpiewał rozmaitych coverów od Bohemian Rhapsody powszechnie znanego autorstwa po Radioactive Imagine Dragons. Utworów, którym muzyk pozwolił wybrzmieć od początku do końca, było we Wrocławiu jak na lekarstwo. Wątków i kolejnych znanych refrenów było aż za dużo. Z drugiej strony bardzo ciężko było nasycić się zestawem utworów solowych, które utonęły pod naciskiem coverów. Tym bardziej szkoda, bo to w nich zawarty jest prawdziwy charakter Garou. Mogłyby one znacząco urozmaicić koncert brzmieniowo. Oczywiście, to wokal miał być tu najważniejszy i tak też było. Muzyk błyszczał niezwykle mocnym, zachrypniętym i niepodrabialnym głosem, ale pełnię możliwości pokazywał dopiero w utworach napisanych pod niego.


Garou potrafi zbudować niezwykle ciepłą i przyjazną atmosferę. Co więcej, jest autentyczny i zdarza się, że uroni kilka łez w momentach wzruszenia. Tylko ta setlista... Znudzenie własnymi kompozycjami? Poczuwanie się do roli propagatora tradycji francuskiej piosenki rozrywkowej? Nie o takiego Garou walczyłem.

Czasy seksu i narkotyków minęły – wywiad z Davem Kilminsterem (Roger Waters, Steven Wilson)

Roger Waters dotarł w sierpniu ze swoją widowiskową trasą „Us + Them” do Krakowa i Trójmiasta. Jednym z głównych bohaterów efektownego show był Dave Kilminster, etatowy gitarzysta byłego lidera Pink Floyd. W wywiadzie dla Czynników Pierwszych opowiada o tym, jak trafił do zespołu Watersa, opisuje swojego szefa i przekonuje, dlaczego warto być słownym.


Marcin Obłoza: Koncerty w Tauron Arenie i ERGO Arenie były wielkim przeżyciem dla słuchaczów. Usłyszeliśmy dużo klasycznych utworów Pink Floyd z płyt „Animals” czy „The Dark Side Of The Moon”. Czy można grać bez przerwy te same, znane utwory, z pasją i zaangażowaniem?

DK: Każdej nocy próbuję grać je coraz lepiej. Wciąż pracuję nad niuansami, by upodobnić moje brzmienie do oryginalnych partii z płyt. Taki mam styl – ciągle chcę poznawać coś nowego. Jest wielu gitarzystów, którzy osiągają pewien szczyt, po czym spada ich kreatywność i technika. Nie ma na to wytłumaczenia. Dzięki ciągłej nauce znane kompozycje floydów wciąż brzmią świeżo.

Na koncertach Rogera Watersa muzyka jest zawsze perfekcyjnie zgrana z wizualizacjami. Czy wobec tego na scenie jest miejsce na improwizację?

Wszystko jest zsynchronizowane co do sekundy, więc nie ma mowy o spontanicznym graniu. Roger jest perfekcjonistą, cały czas pracuje nad kształtem show. W tej chwili głównie skupia się na wizualizacjach, bo wciąż ma nowe pomysły.

Jakim jest szefem?

Świetnie się z nim pracuje. Jeśli robisz to, o co prosi, jest szefem idealnym. Lubię to, bo nie ma między nami niedomówień. Wychwytuje i na bieżąco omawia każdy najmniejszy błąd. Moim głównym zadaniem jest po prostu sprostanie jego oczekiwaniom. Następna w kolejności ma być publiczność, a później reszta zespołu. Rozmawiając o innych muzykach – Roger lubi zmieniać skład, z ktorym występuje. Poznawanie stylu gry nowych muzyków to niemałe wyzwanie. Od poprzedniego roku, w związku z premierą solowego krążka Rogera, „Is This The Life We Really Want?”, gra z nami trójka nowych muzyków. To producent płyty, Nigel Godrich, zaproponował ich Rogerowi. Szczególnie lubię grać z perkusistą, Joeyem Waronkerem, którego styl przypomina mi grę Nicka Masona.

Grasz z Watersem od dwunastu lat, ale na wspomnianej płycie ciebie nie słyszymy.

Po części dlatego, że byłem w trasie ze Stevenem Wilsonem. Ledwo wróciłem do domu i już następnego dnia dostałem telefon od Rogera. „Pracuję w Los Angeles z nowymi ludźmi i chciałbym, żebyś ocenił ich grę, bo może weźmiemy ich na trasę” powiedział. Myślałem, że dostanę nagrania, ale Roger od razu zaproponował mi, żebym po południu poleciał do studia, w którym pracował. Nie zdążyłem się nawet rozpakować po poprzedniej trasie (śmiech)! Ostatecznie nie zagrałem na albumie, bo gitary były już zarejestrowane przez Jonathana Wilsona i Gusa Seyfferta, a Roger nie chciał zbyt wielu gitarowych solówek. Ostatecznie niektóre z nowych kompozycji wykonujemy na żywo. Muszę przyznać, że z koncertu na koncert ewoluują, najwięcej nowych pomysłów pojawiło się w Picture That.

W Gdańsku zagraliście też Wait For Her, inny utwór z nowej płyty. Wykonywanie go na żywo to prawdziwa rzadkość.  
Gramy go zamiennie z innymi utworami, zawsze przed kończącym Comfortably Numb. Decyzja, jaki będzie przedostatni utwór, zapada w trakcie koncertu. Roger po prostu rzuca tytuł utworu, kiedy kończymy podstawowy set. Muszę przyznać, że za każdym razem gramy Wait nieco inaczej i kombinujemy nawet w trakcie gry.

Czytając recenzje trasy, można odnieść wrażenie, że to polityka, a nie muzyka, wywołuje wśród odbiorców najwięcej emocji.

Te wszystkie smaczki skierowane przeciwko Donaldowi Trumpowi są zazwyczaj przyjmowane naprawdę dobrze. Roger zawsze zabiera głos w ważnych sprawach. Zgadzam się z jego poglądem, że Trump to niebezpieczeństwo dla całego świata. Czasami Amerykanie mówią „jesteś Anglikiem, nie masz z tym nic wspólnego”. Uważam jednak, że jego rasizm może udzielić się rządzącym w innych krajach. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że nie jestem fanem łączenia polityki z muzyką. Wychowałem się na muzyce Siergieja Rachmaninowa, Claude’a Debussy’ego czy Niccolo Paganiniego. Zdaje się, że w ich kompozycjach nie ma polityki (śmiech). To czysta sztuka.

Jak trafiłeś do zespołu Watersa?

W 2006 roku dostałem informację o przesłuchaniu od mojego managera. W tej pracy umiejętności to jedno, ale ważny jest też twój charakter czy nawyki. Przed otrzymaniem angażu na trasę „The Dark Side Of The Moon Live” dużo rozmawiałem z całym zespołem. Oczywiście, musiałem odnaleźć się w różnych tempach czy klimatach muzycznych. Moje brzmienie gitary musiało być odpowiednio „tłuste” i śpiewne. Z drugiej strony Roger zwracał jednak uwagę na to, czy jestem dobrze zorganizowany albo czy nie stresuję się na występach przed kilkudziesięciotysięczną publicznością. Współpraca na scenie to jedno. Z całą ekipą spędza się jednak mnóstwo czasu w hotelach czy na lotniskach. Pytano mnie więc nawet, czy biorę narkotyki albo palę. Ważne było też, by wyzbyć się swojego ego – szczególnie pracując z kimś tak charakternym, jak Roger.

To całkowite zaprzeczenie stereotypowego „sex, drugs and rock&roll”.

Po prostu nie ma na to miejsca, szczególnie na tak dużej trasie, jak ta. Nawet gdybyś po pijaku zagrał przyzwoity koncert, następnego dnia trafisz na YouTube’a. Żeby wytrzymać obciążenia napiętego harmonogramu koncertów, dbam o dobrą kondycję – wspólnie z Ianem (Ritchie, saksofonista – przyp. red.), ćwiczymy niemal codziennie. Myślę, że czasy seksu i narkotyków już minęły. Wiem, że to bardzo smutne (śmiech).

Między kolejnymi trasami Rogera, udaje ci się raz na jakiś czas nagrać solowy materiał. Ostatni, „...And The Truth Will Set You Free...” ukazał się rok po zakończeniu ogromnej trasy The Wall Live. Masz już pomysły na kolejną płytę?

Cały czas piszę w trakcie trasy. W tym momencie mam ponad 600 wstępnych pomysłów na telefonie. Myślę, że mógłbym wycisnąć z nich nawet pięć płyt. Po zakończeniu trasy z Rogerem będę musiał posiedzieć kilka dobrych dni, żeby wszystko przesłuchać i wybrać najciekawsze motywy. Powinienem znaleźć na to czas w przyszłym roku.

Dominic Miller about the new album "Absinthe" – "It's highly energetic"

"I'm the same as Sting, we work very similar. We always like to take different roots" said Dominic Miller in May 2018. "My new album is highly energetic. There's quite a lot of power – especially for ecm records. We play some grooves, really hard grooves. It's nothing like the previous album".

                                                                                                                                                          photo: promotional materials

Marcin Obłoza: One of your new composition is entitled "Bicycle". 

Dominic Miller: I can't remember why I called it like that. It's got a circular kind of movement, it has no beginning and no end. That's what I feel when I'm on a bike – it's a sort of meditation. You keep going and going and going... uphills, downhills... comfortable sections, difficult sections... but you never stop. I like that constant movement. "Bicycle" is a good metaphor for something that's constant.

How long had you been recording the new album?

Two days.

So it will be quite raw material. 

Well, it's just raw like all ecm records. All these albums were done in two or three days. That's the philosophy of the label – to capture a moment. If you spend too long over something, you'll lose a lot of sincerity and honesty. It's like a first love – you can't recreate that. What we do with ecm is to record that initial spark of communication. That's what you hear. It has got mistakes or misarticulated notes, that's true. But that's what makes it beautiful, I think. It's a completely new chapter. I'm not sure what it is, you just have to wait and see. It's very difficult to describe music verbally.

I noticed, that people like to describe music like a fine arts, just to make a specific description of a sound. 

That's a very good thing that you say, because my new album is directly inspired by painters. They were hanging around in the south of France around the beginning of the 20th century. I wanted to capture that energy, that not just painters, but writers and thinkers, had around that time in France. In the south particularly, where the light is magic and there's a sort of uncomfortable feeling about the mistral. Everyone thought that those artists were crazy. No one took them seriously, but they still created something amazing – e.g. Erik Satie, Claude Debussy, Vincent Van Gogh or Paul Cezanne. They were really breaking down the barriers. I wanted to make an homage to them, all these crazy pioneers. I'm trying to create that energy on the new album.


"Absinthe" will be released on the 1st of March via ecm records.

Dominic Miller will be on tour in February and March 2019. 

Nowa płyta będzie całkowicie inna – wywiad z Dominiciem Millerem (Sting, Phil Collins)


Przyjechał do Szczecina, by promować swój najnowszy album “Silent Light”, chociaż większość kojarzy go z gry u boku Stinga. Dominic Miller spotkał byłego członka The Police blisko trzydzieści lat temu i gra z nim do dziś. Gitarzysta mówi nam o ostatnim albumie swojego szefa „44/876”, nagranym w duecie z Shaggym. Po raz pierwszy opowiada również o swojej nowej płycie, która ukaże się na początku przyszłego roku.


Marcin Obłoza: „Silent Light” jest albumem nagranym w całości od nowa, ale znalazły się na nim utwory, które ukazywały się już na wcześniejszych płytach. Czy zgodzisz się, że ta płyta jest swoistą składanką the best of?

Dominic Miller: Miałem mało czasu na przygotowanie materiału do nagrania. Skomponowałem kilka nowych kawałków – What You Didn’t Say, En Passant czy Valium, a reszta to tak, jak mówisz – utwory the best of, bo najlepiej pasowały mi do narracji i nastroju tego projektu. Myślę, że moje wybory były słuszne. Na płytę trafiło też Fields Of Gold Stinga. To rodzaj prywatnej wiadomości, dziękuję mu w niej za blisko trzydzieści niesamowitych lat wspólnej pracy.

Na albumie słyszymy wyłącznie twoją gitarę i perkusistę, Milesa Boulda. Przyznałeś wcześniej, że nie zaangażowałeś w projekt większej liczby muzyków, bo mieli problem ze znalezieniem wolnego czasu.

Tak, każdy był wciąż zajęty. Też jestem zapracowany, bo mam napięty harmonogram koncertów ze Stingiem. Wszystko zostało zrobione w pośpiechu, w dobrym znaczeniu tego słowa. Miałem miesiąc, żeby się przygotować, wiedziałem, że mam utwory, które zawsze chciałem zinterpretować z producentem Manfredem Eicherem. Tak samo jest z muzyką klasyczną – możesz grać poszczególne kompozycje setki razy i wciąż znajdować w nich coś nowego. Nie musisz wykonywać ich raz.

Twoja wersja Fields Of Gold to zupełnie inna interpretacja piosenki Stinga.

O tak, jest w innej tonacji i aranżacji.

Zauważyłem ciekawą zależność. Kiedy Sting grał rock i pop, ty prezentowałeś albumy akustyczne. Kiedy zrezygnował w 2006 roku z grania muzyki rozrywkowej i opublikował serię akustycznych albumów z orkiestrą symfoniczną czy lutnią, ty zacząłeś zabawy w klimatach fusion jazzu. Teraz Sting wrócił do rocka – w kwietniu opublikował płytę „44/876” z Shaggym – a ty po kilkunastu latach ponownie nagrałeś muzykę akustyczną.

To bardzo zabawne, interesująca obserwacja. Nie wiem, dlaczego tak było. Mam tak samo, jak Sting – zawsze bierzemy na warsztat przeróżne korzenie muzyczne. Idąc tym tokiem myślenia – moja kolejna płyta będzie całkowicie inna. Prawdę mówiąc, mój nowy album jest już nagrany. Jest wyjątkowo energetyczny. Dużo w nim energii, szczególnie jak na płytę wytwórnii ECM. Na perkusji zagrał Manu Katche, a Nicolas Fiszman na basie. Mam też muzyka z Argentyny, który zagrał na bandoneonie. Gramy wspólnie naprawdę ciężkie rytmy. Ta muzyka będzie znacząco różniła się od tego, co nagrałem na album „Silent Light”. Może to znaczy, że następny album Stinga będzie folkowy? Kto wie? Warto coś zmieniać, najważniejszym mianownikiem jest fakt, że kompozycje pochodzą z jednego miejsca. Kwestia tego, jak je zaprojektujesz.

Na razie grałeś jeden z nowych utworów na próbie.

Nazywa się Bicycle. Często jeżdżę na rowerze, jak wracam do domu. Prawdę mówiąc, rzadko jednak tam bywam. Nie pamiętam, dlaczego tak nazwałem ten utwór. Może kojarzyć się z ruchem kolistym, nie ma początku i końca. Tak czuję się, gdy jeżdżę rowerem – to rodzaj medytacji, która trwa i trwa... w górę i w dół. W utworze momenty wygody przeplatają się z sekcjami trudności, ale nigdy się nie zatrzymujesz. Lubię ciągły ruch, więc pomyślałem, że Bicycle może być dobrą metaforą na coś stałego.

Kiedy nowy album zostanie opublikowany?

Wyjdzie na początku marca.

Wiem, że nagrywałeś go we Francji, ponieważ zdjęcia z sesji pojawiały się na instagramie. Było ich jednak niewiele – ile trwała rejestracja nowych utworów?

Dwa dni.

Czyli to naprawdę surowy materiał.

Podobnie, jak „Silent Light”. Wszystkie płyty ECM zostały nagrane w ciągu dwóch-trzech dni. Filozofią wytwórni jest uchwycenie momentu. Jeśli poświęcisz czemuś zbyt wiele czasu, zostaniesz perfekcjonistą i stracisz wiele szczerości i surowej energii – takiej samej, jak w przypadku pierwszej miłości. Nie da się odtworzyć później takich rzeczy. Wspólnie z wytwórnią ECM próbujemy złapać pierwotną iskrę komunikacji i nagrać ją. To właśnie słyszysz. Są tam błędy, niedociągnięcia czy źle wyartykułowane nuty, to prawda. Myślę jednak , że dzięki nim muzyka jest piękna. To kompletnie nowy rozdział, nie mam pojęcia, co z niego wyniknie. Musisz poczekać i przekonać się sam. Ciężko opisać muzykę słowami.

Zauważyłem, że ludzie często uciekają w takich sytuacjach do plastycznych metafor.

To bardzo trafna uwaga, bo bezpośrednią inspiracją nowego albumu są malarze, którzy pałętali się po południu Francji na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Chciałem zarejestrować tę energię, którą nie tylko malarze, ale także poeci, pisarze czy myśliciele mieli w tamtym czasie we Francji. Szczególnie na południu światło jest magiczne i nieprzyjemnie wieje mistral. Wszyscy myśleli, że to, co robią ci ludzie, było szaleństwem. Nikt nie brał ich na poważnie. Mimo tego tworzyli niezwykłe rzeczy, także muzykę – by wymienić Erika Satiego czy Claude’a Debussy’ego. Oni naprawdę przekraczali bariery. Podobnie Vincent Van Gogh czy Paul Cézanne. Chciałem złożyć hołd tym wszystkim szalonym pionierom.

W przeszłości skomponowałeś dla Stinga muzykę do Shape Of My Heart, jednego z największych hitów lat 90. Czy często przemycasz do jego muzyki swoje solowe dokonania?

Nie mam z tym problemu, często bierzemy muzyczne cytaty z innych utworów. Klasycznym przykładem może być partia w Brothers In Arms Dire Straits, gdzie Sting śpiewa: „I want my MTV”. To ta sama melodia, co „don’t stand so close to me”. To samo robię ze swoją muzyką.

W kwietniu Sting nagrał w duecie z Shaggym album 44/876. Teraz, aż do listopada promujecie płytę w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jak pracowało się z kimś tak spontanicznym, jak Shaggy?

To świetny koleś i artysta. Wiem, że wiele osób pyta się „Dlaczego Sting robi takie rzeczy?”. Sting robi, co tylko zechce. Gdy decyduje się na coś, to robi to bardzo dobrze, poświęca się temu. Zaangażowanie Shaggiego jest równie mocne.

Wspomniana płyta to duża dawka przebojowego popu, ale również reggae – gatunku, w którym Shaggy odnajduje się najlepiej. Nie miałeś problemu z dostosowaniem stylu swojej gry do tak odmiennej muzyki?

O to właśnie chodzi – wspieram go przy okazji każdego projektu, bo mocno się w niego angażuje. Jestem zadowolony z każdej decyzji, którą podejmie.

Mało kto wie, ale oprócz solowej kariery i występów ze Stingiem, jesteś gitarzystą sesyjnym. Twoja gitara jest na albumie „...But Seriously” Phila Collinsa.

To był niezwykły moment. Pamiętam, że był dla mnie wielką szansą. Rezygnowałem wtedy ze wszystkiego, co wiedziałem i czego się uczyłem o muzyce. Pytałem moją wyższą siłę, bo nie jestem religijny, jak mam to zrobić. Odpowiedź – graj prosto. Po prostu zrób to, co jest wymagane. Nie ma tu związku z Twoją osobowością. Jesteś już we właściwym miejscu, nie musisz więc robić niczego niezwykłego. Okazało się, że pierwsze arpeggio w przeboju Another Day In Paradise było zwyczajną rozgrzewką w studio. Phil powiedział „mamy to”. Wywnioskowałem, że jeśli grasz z innymi artystami, musisz całkowicie wyzbyć się swojego ego. Po prostu podaję muzykę i to działa. Nie o ciebie w tym chodzi. Jeśli, to, co robisz, przykuwa uwagę w piosence – robisz to źle.

Sting & Shaggy – 44/876 (2018) [Recenzja]

Duet Stinga z Shaggym to jedna z największych niespodzianek roku. Muzycy po raz pierwszy weszli do studia w 2016 roku i zarejestrowali singiel Don’t Make Me Wait. Współpraca przebiegała jednak na tyle dobrze, że powstał „44/876” – wakacyjny album utrzymany w klimatach reggae.

Płytę otwiera tytułowa, czysto dancehallowa kompozycja. Syntezatory, elektroniczny beat i charakterystyczny efekt MLG horns nie jest najlepszą zapowiedzią albumu. W karaibski klimat wprowadza gospodarz, Shaggy, który zaprasza Stinga do podróży na Jamajkę. Chyba ciężko o bardziej toporny i dosłowny tekst. 44/847 zdecydowanie odstaje klimatem i produkcją od reszty kompozycji, a to dlatego, że brakuje w niej akustycznych instrumentów i choć odrobiny polotu. Reggae pojawia się natomiast w Morning Is Coming. Należy przyznać, że charakterystyczny rytm na dwa został bardzo smacznie zmieszany z partiami dęciaków i gitar. Całość ozdabiają refreny śpiewane w harmonii przez Stinga oraz delikatne wstawki Branforda Marsalisa na saksofonie sopranowym. To pierwszy występ wybitnego jazzmana na płycie Stinga od 2010 roku.  Kolejny singiel, Waiting For The Break Of Day, to wyraźny zwrot w stronę brzmienia The Police. Po delikatnym, fortepianowym intrze, na pierwszy plan wysuwa się mocna perkusja i swingujący bass Stinga. Mimo że Shaggy uzupełnia utwór swoimi deklamowanymi wstawkami, nie ma tu mowy o karaibskim klimacie. Całość opiera się na dźwiękach clavinetu i przestrzennych syntezatorów, które mogą kojarzyć się z płytą „Sacred Love”, wydaną przez Brytyjczyka w 2003 roku. Warto podkreślić, że „44/876” został naprawdę dobrze wyprodukowany i zmiksowany. Muzycy, często za pomocą oldschoolowych instrumentów, bardzo dobrze uchwycili wakacyjny klimat, a wykonanie może kojarzyć się z popem z lat 90. (w tym przypadku to komplement). Takie granie uchwycono w Gotta Get Back My Baby – przestrzennej kompozycji z elementami reggae i chwytliwym refrenem. Obaj wokaliści dzielą się tu partiami niemalże po połowie i uzupełniają się celująco. Co ciekawe, utwór w podobnej formie ukazał się już w 2012 roku, na solowym krążku Shaggy'ego, "Rise". Wtedy nosił tytuł Get Back My Baby. Piątą propozycją duetu jest Don’t Make Me Wait, od którego rozpoczęła się wspólna praca w studio. Tak naprawdę była to piosenka Shaggy’ego, do której dwa lata temu Sting dołożył swoje wysokie wokale. Wyraźny, wyjątkowo chwytliwy refren został bardzo dobrze przyjęty przez stacje radiowe, ale patrząc z perspektywy całego albumu, to jeden ze słabszych utworów. Bardzo dobrą singlową propozycją może być natomiast Dreaming In The U.S.A., który aranżacją przypomina soulowe nagrania wytwórni Motown z lat 60. Paradoksalnie, to kolejny bardzo „stingowy” utwór. W refrenach i zwrotkach przemycono gitarę z Roxanne The Police. Genialnie brzmią również dwa cichsze fragmenty utworu. Pierwszy oparty jest na przestrzennych chórkach Stinga i instrumentach z nałożonym pogłosem, drugi to natomiast tłumiona, klimatyczna partia gitary Dominica Millera. Utwór jest bardzo pomysłowo zaaranżowany i nawiązując do jego tekstu – zabiera nas w swoistą podróż. 22nd Street to rzecz, która spokojnie mogłaby ukazać się na jednej z pierwszych płyt solowych basisty The Police. Dużo tu przestrzennych, gitarowych brzmień oraz pozytywnych, słodkich wstawek instrumentów klawiszowych. Jeden z najlepszych utworów na płycie. No dobrze, w takim razie gdzie to reggae? Należy przyznać, że pokaźna część utworów to lekki pop z ewentualnymi wstawkami rodem z Jamajki. Inaczej jest już na przykład w Just One Lifetime, gdzie rytm na dwa uzupełnia całe stado dęciaków i funkowa, tłumiona gitara elektryczna. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to najlepszy refren na płycie, w którym Sting pokazuje pełnię swoich umiejętności.  Mocną stroną utworu jest również tekst, który zachęca do poprawy stosunków międzyludzkich. Brytyjczyk użył w nim fragmentu wiersza „Mors i cieśla” Lewisa Carrolla. Klimatycznym, bardzo udanym i rozbudowanym utworem jest Sad Trombone. Niespieszna kompozycja z rytmem na dwa ozdobiona jest charakterystycznym riffem granym, nomen omen, na puzonie. Wnikliwi dopatrzą się kalki motywu z History Will Teach Us Nothing, który Sting nagrał w 1987 roku. W refrenie jest tu również sporo smaczków z Sister Moon. To kolejny utwór, który zawłaszczył sobie Sting. Shaggy ubarwia go jedną krótką zwrotką i kilkoma wtrąceniami. W poszukiwaniu Jamajczyka warto zwrócić uwagę na To Love And Be Loved oraz Crocked Tree, dwa nieco chaotyczne utwory w karaibskim klimacie. Shaggy prezentuje w nich swój niezwykły głos, który jest w niezmiennie dobrej formie od ponad dwudziestu lat. Płytę kończy Night Shift, zwracający uwagę wykorzystaniem sampli imitujących prace na budowie. Powtarzany w kółko refren uzupełniają wokale córki Stinga, Eliot Sumner, oraz infantylne wtrącenia saksofonu i fletu.

Album stworzony przez muzyków z teoretycznie dwóch innych światów zawiera interesujący materiał. Kompozycje, teoretycznie bliższe Shaggy’emu, zostały mocniej naznaczone przez Stinga. Decydującym czynnikiem okazała się umiejętność śpiewu – wszystkie refreny przejął Brytyjczyk, przez co częściej pojawia się na nagraniach. Sting chyba nigdy nie był w swojej solowej karierze tak blisko muzyki The Police, jak na „44/876”. Co więcej, duet z Shaggym zdecydowanie przebija poprzednie wydawnictwo instrumentalisty, „57th & 9th”. Wspólna praca wyszła na dobre także Jamajczykowi, który od co najmniej dziesięciu lat nie miał pomysłu na swoją twórczość i nie prezentował ciekawego materiału.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta