Deep Purple – Whoosh! (2020) [Recenzja przedpremierowa]


Z taką częstotliwością nie nagrywali od lat 90., z takimi sukcesami artystycznymi  od lat 70. Na stare lata Deep Purple wróciło do formy. Po problemach zdrowotnych muzyków i długiej przerwie w studio, brytyjskie legendy rocka wydają już trzeci album w ciągu siedmiu lat. Whoosh! to kontynuacja dwóch poprzednich krążków, ale w zdecydowanie bardziej przebojowej formie. To zaleta czy wada?

Pisząc o płycie, nie sposób nie wspomnieć o jej poprzedniczkach  "Now What?!" oraz "InFinite". Obie płyty były nieoczekiwanym zwrotem akcji. Nowy producent, Bob Ezrin (znany m.in. ze współpracy z Kiss czy Pink Floyd), postawił sprawę jasno: panowie mają grać bez względu na długość utworów i ich przebojowość. Dzięki temu Deep Purple wróciło do grania z progresywnym, a momentami nawet psychodelicznym pazurem. 

Otwierający Throw My Bones zwiastuje odmienne podejście do tematu. To przebojowy, singlowy kawałek, który w żadnym przypadku nie przypomina nastrojowych, rozwijających się otwieraczy z dwóch poprzednich płyt. Tego brzmienia nie da się pomylić  bluesująca gitara, sączący się hammond i wyrazisty rytm. Całość wzbogaca symulacja smyków, grana przez Dona Aireya  najprawdopodobniej na jego Kurzweilu. Są wyraziste refreny, są solówki  obiecujący początek płyty. Drop The Weapon rozpoczyna się od gitarowo-organowej struktury. Powtarzający się, intrygujący motyw, szybki rytm i prosty refren  mamy do czynienia z kolejną propozycją na singiel. Ciekawym rozwiązaniem jest przejście w bridge'u z typowego rytmu 4/4 na 6/4. We're All In The Same Dark to kontynuacja klimatu poprzedniego utworu. Wysoki śpiew Iana Gillana uzupełniają chórki  również jego autorstwa. Trudno znaleźć tu jednak coś, co przyciągnie na dłużej naszą uwagę i da pretekst do ponownego przesłuchania. Jeśli musiałbym scharakteryzować ten utwór, to byłby "ten z bluesową gitarą Morse'a"  bo rzeczywiście gitarzysta gra tu na nieco słabiej przesterowanej gitarze. 
Nothing At All! Jeden z najciekawszych utworów na płycie, który bardzo wdzięcznie łączy przebojowość z kunsztem i techniką wykonawców. Chwytliwy i podniosły motyw, w którym Airey mistrzowsko uzupełnia się z Morsem, jest z pewnością inspirowany muzyką klasyczną. Sam Ian Gillan, który napisał tekst o niszczycielskim wpływie człowieka na przyrodę (matka natura jest opisana jako "old lady"), stwierdził, że to jego ulubiona kompozycja z nowej płyty. Po wyciszeniu słyszymy potężny akord hammonda Aireya. To przecież początek Perfect Strangers!  Nic z tego  to Need To Shout. To swoiste puszczenie oczka do słuchacza jest chyba najbardziej pomysłowym fragmentem całej kompozycji. Brakuje tu charakterystycznego motywu przewodniego czy oryginalnych solówek. Co prawda, Airey po raz pierwszy decyduje się tu na solowe pianino, ale brzmi wtórnie. Utwór spokojnie mógłby trafić na album pokroju "Bananas". Z pomocą nadchodzi Step By Step  tajemniczy i mroczny utwór w ujmującym rytmie 6/4. Ciekawie brzmi tu wokal Gillana, wspierany dodatkowo dogranymi harmoniami. Jeszcze jeden chórek "z klawisza" jest tu jednak absolutnie zbędny. Intrygują motywy, naastępujące po zwrotkach, intryguje również solówka Aireya na organach. Nie jest to jednak brzmienie klasycznego hammonda - wyróżnia się piskliwością i niedostrojeniem. What The What to zdecydowanie najsłabsza kompozycja, która trafiła na "Whoosh!". Fortepianowy blues może kojarzyć się z dokonaniami Gillana z jego pierwszym zespołem The Javelins. Odsyłam również do bonus tracka z "Now What!?" - It'll Be Me.
The Long Way Round to nieśmiały desant w kierunku bardziej rozbudowanego grania. Rytm narzuca tu żywiołowa gitara Morse'a, wspierana dodatkowo hammondowymi akcentami Aireya. Powtarzający się motyw gitarowy może kojarzyć się z The Mule. Ciekawym dodatkiem są tu pasaże instrumentalne  najpierw solówka na Moogu, a na koniec przestrzenne outro. Pianino z orkiestralnym layerem to już aireyowski klasyk. Do tego charakterystyczna, tłumiona gitara z dużą ilością delayu. Kiedy atmosfera gęstnieje, nagle wszystkie instrumenty rozstrajają się i stopniowo obniżają ton  efekt jest bardzo ciekawy i klaustrofobiczny. Mocny bas zwiastuje The Power Of The Moon. Takiego utworu purple jeszcze nie popełniły. Przenikliwy motyw na fortepianie i bliżej niezidentyfikowanych klawiszach, powtarza się zapętlony w trakcie zwrotek. Wokal Gillana udanie moduluje phraser. Z tajemniczymi zwrotkami kontrastuje mocny i prosty refren. Nie brakuje również solówek  kolejno Morse'a i Aireya. Warto dodać, że w kompozycji wyjątkowo mocno wybija się bas Rogera Glovera, który wielkim technikiem nie jest, solówek nie gra, ale szarpie struny ze szwajcarską precyzją. Czas na instrumentalny jam  Remission Possible. Hammond jest przesterowany, niczym ten Lorda, na pierwszych płytach kwintetu. Gitarowy, spieszny motyw jest bardzo luźnym nawiązaniem do solówki z Child In Time. Pod koniec taktów uwagę zwraca na siebie Ian Paice z udanymi i wybijającymi się przejściami na bębnach. Mniej więcej w połowie tego półtoraminutowego utworu przychodzi ulga  organy jedynie sączą się gdzieś w tle, a uwagę słuchacza przyciąga gitara Morse'a, niemal żywcem wyciągnięta z Uncommon Man.
Instrumental płynnie przechodzi w Man Alive. To najbardziej złożony utwór na płycie. Brzmienia orkiestry, chórki Gillana, do tego delikatne uderzenia Paice'a z nałożonym tykaniem zegara. Spokojne momenty z recytacją wokalisty, poprzecinane są dynamicznymi i ostrymi zwrotkami z charakterystycznym riffem. To, jak na Purpli, bardzo elektryczny i skomplikowany brzmieniowo utwór. Mam wręcz wątpliwości, czy zespół da radę grać kawałek na żywo bez nakładek z playbacku  a przecież to singiel promujący płytę. Uwagę przyciąga tu także tekst – Gillan mówi i śpiewa o postapokaliptycznej wizji ziemi. "Matka natura lubi pustkę, więc Ziemia została wyczyszczona". Nagle morze wyrzuciło coś na brzeg  to jedyny, żywy człowiek. Warto dodać, że w klimatycznym outro z tykającym zegarem, pojawia się tytułowa fraza płyty  "Whoosh!". To onomatopeja, która według Gillana symbolizuje przemijanie ludzkiej populacji na Ziemi i podsumowuje karierę Deep Purple. Ciekawostką jest uzupełnienie w postaci instrumentalnego And The Adress. To remake pierwszego utworu z debiutanckiego krążka "Shades Of Deep Purple". Kompozycja nagrana 52 (!) lata temu przez skład Blackmore/Lord/Simper/Evans/Paice brzmi w 2020 roku bardziej dynamicznie i mocniej. Jedynym członkiem zespołu, który zagrał w obu wersjach, jest perkusista. Płytę zamyka dramatyzujące i momentami elektroniczne Dancing In My Sleep. Rytmiczną kompozycję dekorują dostojne smyki i wyjątkowo udany, chwytliwy motyw. Poza konkretnymi momentami można jednak odnieść wrażenie, że słyszeliśmy to już wcześniej.

"Whoosh!" to przedziwne połączenie charakterystycznego, rockowego grania z eksperymentami brzmieniowymi. Nie wszystkie nowe pomysły są udane, ale muzykom udało się jednak raz na jakiś czas zaskoczyć świeżym brzmieniem. To nierówny album. Część kompozycji aż prosi się o rozwinięcie i dopisanie do nich ciekawych, instrumentalnych pasaży. Z drugiej strony, niektóre utwory są z kolei mocno wtórne i pełnią rolę wypełniaczy. Jedno zespołowi udało się na pewno  zachować w nagraniach charakter występu na żywo. Utwory były bowiem w większości nagrywane na tzw. "setkę". 

WERDYKT: ★ - płyta z przebłyskami 

Jonathan Wilson – Dixie Blur (2020) [Recenzja]

Dziesięciu dni potrzebował Jonathan Wilson na nagranie nowego albumu. "Dixie Blur" to spontaniczna podróż do korzeni amerykańskiej muzyki – z uwzględnieniem country, akustycznych ballad i rockowych aranżacji rodem z lat 60. To także zupełne przeciwieństwo skrupulatnie tworzonej poprzedniczki – płyty "Rare Birds", gdzie utwory miewały niezliczoną liczbę nakładek. Jonathan Wilson, producent i gitarzysta współpracujący m.in. z Laną Del Rey, Elvisem Costello czy Rogerem Watersem, udowadnia, że mniej znaczy więcej. 

Płyta rozpoczyna się od melancholijnego akordu Just For Love. To wiernie zrekonstruowany cover hippisowskiego zespołu Quiksilver Messenger Service. Dużo akustycznych instrumentów – fortepian, gitara akustyczna i rockowa sekcja rytmiczna. Utwór ozdabiają "dźwięki ameryki" wydobywające się z gitary lap steel, a nad konstrukcją utworu powabnie unosi się partia grana na flecie przez Jima Hoke'a. To zapowiedź tego, co czeka na nas w kolejnych minutach albumu. Tempo płyty jest zróżnicowane, choć moim zdaniem najciekawiej robi się przy okazji wolniejszych ballad. Wilson ze swoją stonowaną grą na gitarze i matowym wokalem idealnie wpasowuje się w klimatyczne brzmienia, które mogą być kojarzone z dokonaniami Johna Prine'a czy Davida Crosby'ego. Tak jest w 69 Corvette, gitarowej balladzie opartej na graniu techniką fingerstyle. To opowieść/wspomnienie o rodzinnym domu. Melancholijny tekst uzupełniają przestrzenne brzmienia skrzypiec i gitary lap steel. Podobnym klimatem cechuje się jeden z najciekawszych utworów na płycie – Korean Tea. "Would you like to come to my house and play records/ and drink the rest of this Korean Tea?" – Wilson nie jest wybitnym tekściarzem, ale taki wers otwierający automatycznie przyciąga uwagę słuchacza. Ballada, oparta na melodyjnym motywie przewodnim, to sześć minut klimatycznego grania na światowym poziomie. Stonowane brzmienia znajdziemy również w New Home, w którym bazą są gitary i fortepian. Co ciekawe, na tym drugim zagrał Drew Erickson – klawiszowiec, którego Wilson zaciągnął kilka lat wcześniej do zespołu Rogera Watersa, basisty Pink Floyd. W wyniku tajemniczej kontuzji Erickson pograł u boku Watersa zaledwie przez trzy miesiące. Wracając do omawianego utworu – jego ozdobą jest solówka na gitarze lap steel, dzięki której robi się intymnie i przestrzennie.
Szukając szybszych (choć nie mocniejszych) utworów, trafiamy na So Alive. Rytm country wzbogacają bogate partie skrzypiec. W zwrotkach urzeka ciekawe akcentowanie perkusji, w tle słyszymy również dźwięczną gitarę akustyczną i najróżniejsze dźwięki wydobywające się ze skrzypiec, łącznie z piskami. Kolejną propozycją stricte w klimacie country to In Heaven Making Love. Prosty rytm uzupełnia melodeklamacja Wilsona. Szczególnie ciekawie robi się w drugiej części, kiedy po solówce skrzypiec gitarzysta zaczyna wyciągać wyższe dźwięki, a kawałek robi się zdecydowanie bardziej intensywny. Definicję muzyki country przedstawia również El Camino Real. Coraz szybsze, proste tempo, zagrywki fortepianowe i solówki skrzypiec. Eksperyment, ale wbrew pozorom to jedna z najnudniejszych propozycji na płycie. Wracamy do spokojniejszej muzyki. Kapitalne Oh Girl otwiera coraz głośniejszy motyw fortepianu. Do śpiewającego Wilsona dołącza najpierw gitara lap steel, a później intrygujące, nieco cukierkowe dźwięki fletu. Chwilowa zmiana klimatu w bridge'u oznacza wejście mocniejszych, fuzzowych gitar. Klimat wraca jednak do początku – najpierw partia samotnie brzmiącej harmonijki ustnej, później chwytliwy motyw chórkowy. Ballada ponownie nabiera rozpędu i angażuje słuchacza. Bardzo dobrze zrobiony kawałek, który już samą muzyką opowiada pewną historię.
Stricte akustycznych klimatów jest na tym krążku więcej – to m.in. Pirate z ciekawą sekwencją akordów oraz kapitalny, walczykowaty Fun For The Masses z chwytliwym refrenem i podniosłą partią fortepianu. W nieco rozmytym Riding The Blinds ciekawostką jest nagła zmiana tempa i nastroju. Z nieco nudnawej ballady utwór przeradza się w klimatyczne, typowo amerykańskie granie. Udanym kawałkiem jest również Golden Apples, oparty na gitarze akustycznej. Kompozycja rozwija się powolnie, ale warto uzbroić się w cierpliwość. Ozdobą utworu są dźwięczne i bardzo taneczne motywy grane na harmonijce ustnej oraz flecie. Ciekawostką jest Enemies, kawałek oparty na chóralnym śpiewie Wilsona, perkusji z dużą ilością pogłosu i gitarach akustycznych. Brzmienie rodem z "Born To Run" Bruce'a Springsteena! Ozdobą płyty jest Platform, niezwykle kameralny utwór z melancholijnym, "wspominkowym" i nieco surrealistycznym tekstem. Urzekająca, powabna linia melodyczna i oszczędna aranżacja z harmonijką ustną na czele. Kompozycja przeradza się w ambientowe outro z fletem, mellotronem i organami w roli głównej. Kapitalny moment.

To nie jest przełomowa płyta. Na "Dixie Blur" Jonathan Wilson udowadnia, że jest bardzo dobrym songwriterem, mającym głowę pełną pomysłów. Mimo że płyta jest hołdem dla muzycznego dorobku Stanów Zjednoczonych i dużo w niej melancholii, nie brakuje dźwiękowych żartów i nagłych zmian klimatu. Muzyka jest świetnie zaaranżowana i wysmakowana. Minusem płyty jest jednak nierówny materiał. Można też przyczepić się do powtarzalności – momentami słuchając kolejnego utworu bazującego na fortepianie i gitarze akustycznej, można odnieść wrażenie, że płyta wystartowała od nowa. Mimo wszystko to jednak naprawdę udany krążek, którego warto słuchać przede wszystkim dla klimatu.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Rick Wright – Broken China (1996) [Recenzja]

Jest rok 1995. Pink Floyd wrócił z The Division Bell Tour – jak się później okazało, ostatniej trasy koncertowej. Zespół po odejściu Rogera Watersa przedefiniował nieco swój styl, a muzycy wrócili do dawnej formy, również kompozytorskiej. Klawiszowiec Rick Wright postanowił, że nie będzie czekał na kolejny sygnał lidera i gitarzysty, Davida Gilmoura, i nagra album solowy. Rezultat okazał się zaskakujący.

By lepiej opisać kulisy powstawania płyty, warto jeszcze dodać, jak przebiegał proces tworzenia The Division Bell. Według relacji muzyków, przy okazji tworzenia ostatecznej listy utworów, które trafią na płytę, przeprowadzono demokratyczne głosowanie. Wright wybierał przede wszystkim swoje utwory, nie zważając na ich obiektywną wartość i na to, czy będą pasowały w kontekście przygotowywanego zestawu. Możemy więc domniemywać, że część utworów, opublikowanych w 1996 roku na krążku Broken China, to utwory napisane już kilka lat wcześniej.

Klawiszowiec początkowo myślał o albumie instrumentalnym – oddającym emocje towarzyszące jego przyjaciółce, która przechodziła kliniczną depresję. I tak już od pierwszych minut Broken China, towarzyszą nam pejzaże dźwiękowe. Breaking Water to tajemnicza introdukcja, zbierająca dźwięki z kolejnych piosenek. To również początek historii choroby – mamy tu muzyczny obraz dziecka w łonie matki. Wraz z narodzinami i nadejściem mocniejszych syntezatorów rozpoczyna się Night Of Thousand Furry Toys. To całkiem mocne odejście od stylu Pink Floyd. Słyszymy sporo smaczków ze świata popu i jazzu. Nieprzypadkowo elektroniczny puls wzmacnia tu perkusista Manu Katché, który grał m.in. ze Stingiem i Peterem Gabrielem. Przestrzenne syntezatory ozdabia tu tłusta, niezwykle smaczna solówka na gitarze elektrycznej Tima Renwicka, który był członkiem koncertowego zespołu Pink Floyd. Wokal Ricka Wrighta uzupełnia tu główny twórca tekstów, Anthony Moore, który napisał już wcześniej dla klawiszowca tekst do Wearing The Inside Out z The Division Bell. Okazało się, że początkowo jedyny planowany utwór z wokalem zainspirował artystów do stworzenia kolejnych. W Hidden Fear słyszymy niespokojny wokal Wrighta na tle syntezatorów i rożka angielskiego. Klawiszowiec, który, jak sam przyznał, nigdy nie lubił swojego głosu, dużo eksperymentował w trakcie sesji nagraniowych. W znalezieniu odpowiednich technik przekazu pomogła mu domowa atmosfera – album był w dużej mierze nagrywany w prywatnym studiu muzyka. Runaway wprowadza do opowiadanej historii niepokój. Posępne syntezatory uzupełnia loop imitujący stukot przejeżdżającego pociągu. Instrumental jest popisem Katchego, którego agresywną partię słyszymy wyłącznie na lewym kanale. Kawałek to rzecz z pogranicza fusion jazzu, rocka i hip-hopu – w takiej stylistyce Wright nie tworzył nigdy wcześniej. Czas na drugi etap życia naszej bohaterki – dojrzewanie. Niepokój i załamanie nastroju oddaje Unfair Ground. To kolaż "wodnych" syntezatorów, przeraźliwie uwodzącej wiolonczeli (gra na niej Sian Bell) oraz dźwięków nastolatków bawiących się w wesołym miasteczku. Utwór płynnie przechodzi w Satelite, dynamiczny, instrumentalny jam, oparty na wprawce perkusji oraz dźwiękach elektroniki. Tłem do solowych popisów Tima Renwicka jest tu jazzujący, niepodrabialny w brzmieniu, bas Pino Palladino. Po rozbujanej improwizacji czas na balladę Woman Of Custom. Przestrzenne dźwięki syntezatora dopełnia gitara klasyczna Dominica Millera. Wright opisuje bohaterkę, kobietę nawyków, jako osobę, która nie do końca potrafi zrozumieć swoje uczucia i przyzwyczajenia. Ten pozornie sielankowy klimat przerywa Interlude. Powtarzający się akord fortepianu, przeradza się w instrumentalną narrację, wspartą dodatkowo syntezatorami. Utwór może oddawać stan zamyślenia. Załamanie i lęki wracają w Black Cloud. Powtarzające się narastające uderzenia syntezatorów gęstnieją. Ponad trzyminutowy, arytmiczny obrazek pokazuje szeroką paletę brzmieniową Wrighta. Warto zauważyć, że mimo upływu lat, elektroniczne brzmienia nie są przestarzałe i wciąż potrafią przeszywać na wskroś. W dynamicznym Far From Harbour Wall słyszymy wyraźniejsze nawiązania do muzyki Pink Floyd. Oprócz zaprogramowanego, elektrycznego rytmu, mamy tu m.in. pianino elektryczne i organy Farfisa, które pojawiały się przed laty w Echoes. Bohaterka ma uczucie, że przegrywa nierówną walkę z własnym umysłem i nie potrafi pokonać strachu. Jej stan szczególnie dobrze oddaje chaotyczny, instrumentalny bridge z mnogością wstawek perkusji. Drowning to chwila spokoju. Przestrzenne syntezatory, zataczające się od lewej do prawej słuchawki, zwiastują zmiany. Przechodzimy do ostatniego, przełomowego etapu życia bohaterki. Reaching For The Rail to klimatyczna ballada, oparta na niespiesznym rytmie i podniosłych, niskich syntezatorach. Tu narrator pierwszy raz oddaje głos swojej bohaterce – jej kwestię śpiewa Sinead O'Connor, która sama lata później przyznała, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. "Czuje się jakbym miała gorączkę, jak dziecko. (...) Pozostaje ten sam, nieprzerwany łańcuch" – te wersy dobitnie obrazują obecną sytuację bohaterki. Rozbudowana, ponad sześciominutowa ballada, rozpisana na dwa głosy, ma jeszcze jeden ogromny atut – fragmenty instrumentalne. Najpierw przenosimy się do... klubu, w którym to Wright, pośród rozmawiających ludzi, gra urzekającą solówkę na fortepianie. W drugiej części, gdy utwór nabiera mocy, liryczne solo gra z kolei Renwick. Blue Room In Venice to powrót do przestrzennych brzmień. Wright, liryczny przyjaciel bohaterki, śpiewa o jej wewnętrznej absencji i wyraża tęsknotę. Monolog wspierają chłodne, orkiestralne brzmienia. Utwór płynnie przechodzi w Sweet July, instrumentalną perełkę z Dominiciem Millerem w roli głównej. Delikatne brzmienia stratocastera uzupełnia fortepian i brzmienia syntezatorów. Along The Shorline to najmocniejsza propozycja na albumie. Energetyczny rytm z podniosłą solówką Reniwcka wdzięcznie łączy się z tekstem. Stan bohaterki wyraźnie się poprawił, czuć od niej bijące ciepło. Jest zdolna do okazywania miłości. Całość kwituje mocne solo Wrighta na syntezatorze, do złudzenia przypominające to w Run Like Hell z The Wall. Płytę wieńczy przełom, Breakthrough. Wraca O'Connor i opowieść bohaterki. To podsumowanie jej wzlotów i upadków, odkrycie siebie na nowo. Pozytywne zakończenie obrazuje delikatny, jazzujący podkład z kontrabasem i gitarą klasyczną Millera na czele. Co ciekawe, utwór powstał w dwóch wersjach. W nieopublikowanej zagrał ponoć David Gilmour.

Przy użyciu wielu środków wyrazu, Wright przenosi słuchacza w podróż w głąb umysłu swojej bohaterki. Mnogość brzmień i kolorów na tej płycie idealnie oddaje emocje, które czuła przyjaciółka muzyka. To płyta trudna i wymagająca skupienia – szczególnie w utworach instrumentalnych męczymy się wspólnie z bohaterką. Rozumiemy jej emocje, a w finale tak, jak ona, czujemy ulgę. Wielka szkoda, że Wright tak rzadko działał na własną rękę, tworząc albumy solowe. Szkoda również, że płyta z topową, muzyczną "obsadą", jest nieco zapomniana. Nie dostaniemy jej w sklepach, nie znajdziemy w serwisach streamingowych a na portalach aukcyjnych to biały kruk. Hej @DavidGilmourOfficial, a może by tak...

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – przełomowa płyta!

Iggy Pop – Free (2019) [Recenzja]

Miał się już żegnać rockowym Post Pop Depression, ale groźba się nie spełniła.  Iggy Pop,  który przez ostatnie lata prowadził audycję w brytyjskim radiu, otworzył się na nowe gatunki muzyczne. Zaprosił więc do studia nieszablonowych muzyków i stworzył najbardziej eteryczną płytę w swoim dorobku.

Dużo syntezatorów, pogłosów i struny gitary prowokowane przez smyczek – brzmi jak początek intrygującego krążka. Wrażenie melancholii potęguje przydymiona trąbka z tłumikiem, na której gra cichy bohater tej płyty, Leron Thomas, który skomponował niemalże wszystkie utwory i napisał większość tekstów. "I wanna be free" powtarza Pop niczym z zaświatów. Krótkie intro to dobra zapowiedź tego, co czeka słuchacza. Wiemy już także, że nie będzie to tak przebojowa płyta, jak zapowiadana jako pożegnanie, Post Pop Depression z 2016 roku. Loves Missing, z zadziornym rytmem i przesterowanymi gitarami, może kojarzyć się z pierwszymi płytami z bogatego dorobku Brytyjczyka. Powolny rytm gęstnieje, nabiera dynamiki, a w intrygujących refrenach uzupełniają go nakładki trąbki. Dźwięki przeszywają nasze uszy to z lewej, to z prawej strony. Iggy umiejętnie potęguje emocje, by dojść do finału, krzycząc "love screaming". Kolejną, niezwykle udaną kompozycją jest Sonali. Pojawiły się humorystyczne głosy, że to nieznany utwór z sesji do Blackstar Davida Bowiego, skąd inąd przyjaciela Popa. Utwór opiera się na przestrzennych, basowych frażoletach. Dynamiczne zwrotki, oparte na pokrzywionym rytmie, zaczerpniętym najpewniej z hip-hopu, kontrastują ze stonowanymi refrenami, w których zadumany wokalista przywołuje imię bohaterki utworu. Trzeba przyznać, że dobór postaci opisywanych w piosenkach jest dosyć wyjątkowy. Kolejny utwór, James Bond, to historia o kobiecie, która ma cechy słynnego agenta 007. Najbardziej przebojowa kompozycja na płycie z wyraźnym, powtarzalnym refrenem, opiera się na chwytliwym riffie basu, który rzeczywiście może kojarzyć się ze ścieżką dźwiękową do popularnej serii filmów. Nawet w tym przypadku, gdy mamy do czynienia z czysto rockowym kawałkiem, słyszymy jednak jazzowy sznyt. Wszystko za sprawą dynamicznej solówki Thomasa. Amerykański trębacz jest również swoistym dyrygentem w kolejnej kompozycji, Dirty Sanchez. Ponad minutowe intro rozpisane na dwie partie trąbki jest ozdobą płyty i zapowiedzią kolejnych zmian nastroju. Wyraźne nawiązania do Meksyku przeradzają się w prosty rytm i skandowanie. Iggy krzyczy, a przedziwny, nieco przygnębiony w swoim wyrazie chórek, powtarza za nim słowo w słowo. Intrygujące – szczególnie w obliczu tematyki tekstu. Cóż, sam utwór traktuje o fantazjach seksualnych. Tytułowy Dirty Sanchez nie jest jednak miłym mieszkańcem półwyspu Jukatan. O tym, gdzie i czym można domalować wąsy partnerowi w łóżku, odsyłam do Wikipedii, albo bezpośrednio – na bardziej dosadne portale. Glow In The Dark frasuje już od pierwszych dźwięków. Zdublowany, ponury wokal Iggiego, uzupełnia bas. Między nimi dziwne pogłosy i efekty dźwiękowe, trochę syntezatorów – to efekt pracy francuskiego duetu Kenny Ruby + Florian Pellissier. Oryginalny riff brzmi bardzo świeżo. Sens tego kawałka tkwi w jego prostocie – tyczy się to zarówno muzyki, jak i warstwy tekstowej. "To explain all this means further explaining" poddaje się Pop, tłumacząc wcześniej zasady, które są podstawą  funkcjonowania wszystkich społeczeństw. Z czasem jego głos zastępuje mrucząca trąbka, powoli nabierająca dynamiki. Pojawiają się przestery, a w tle coraz mocniej szumią gitary. Szumią, bo to, co robi z instrumentem Brytyjka Noveller, jest nieprawdopodobne. Używa niezliczonej liczby pogłosów i efektów, niemalże tworząc z gitary syntezator. Jej talent i niezwykła aura pojawia się we wszystkich utworach na Free. Klimat płyty powoli mętnieje. Page to ostatni utwór z wyraźnie zarysowanym rytmem. Syntezatory, elektroniczny beat i Pop, który przeciąga kolejne głoski z nienaturalnie intensywnym vibrato. "We're only human, no longer human" śpiewa bohater płyty. Mocno polecane w jakiś ciemny i obrzydliwy jesienny wieczór. Pierwszy akord fortepianu zwiastuje We Are The People. Iggy recytuje tu tekst Lou Reeda. W tle mruczy trąbka, która prowadzi swój własny, osobny monolog. Ostatnie dwa utwory to swoista coda. Do Not Go Gentle Into That Good Night to druga wersja intra do płyty. Niezwykle mroczny The Dawn to połączenie melorecytacji, przestrzennych gitar Noveller i nerwowego, elektronicznego rytmu.

Iggy Pop uwolnił się od gitarowych schematów, sam zwolnił się z obowiązku przebojowości. Wokalista sięgnął po niezwykle barwnych artystów, tworząc niepowtarzalny klimat nagrania. To zdecydowanie jedna z najbardziej udanych płyt w dorobku legendy punk rocka, muzyka najwyższych artystycznych lotów. Miejmy nadzieję, że mimo wszystko nie będzie dla Popa tym, czym okazał się Blackstar dla Davida Bowiego.

WERDYKT: ★★★★★★★★★ – płyta bliska ideału

Deep Purple – Tauron Arena Kraków, 03.12.19 (The Long Goodbye Tour) [Relacja]

Mieli już kończyć, ale jak na razie ich obietnica na szczęście nie została spełniona. Deep Purple wydali najpierw swój "pożegnalny" krążek InFinite przed dwoma laty, by wyruszyć w The Long Goodbye Tour. Teraz wiemy już, że jest "even longer", a w trzecim roku trwania trasy Brytyjczycy zawitali ponownie do Krakowa. Co zaprezentowali?

Prawie dwugodzinne show w Tauron Arenie rozpoczęło się od podniosłych dźwięków Mars, the Bringer of War Gustava Holsta. Po orkiestrowym intrze na scenie pojawili się muzycy i zaintonowali Highway Star. Klasyczny purplowy otwieracz zastąpił w trakcie trasy Time For Bedlam, o którym nieco później. Seniorzy grali z pasją, a Ian Gillan, który przez lata miał słabszą dyspozycję wokalną, udowadniał, że bez problemu potrafi śpiewać czysto i mocno. Bez zbędnych przerywników zespół rozpoczął Pictures Of Home. Muzycy w ostatnich latach chętnie wracają do charakterystycznego riffu. Mimo niekończących się improwizacji utwór został odegrany w duchu nagrania studyjnego z 1972 roku. Zupełnie, jak na płycie Machine Head, muzycy urwali w pewnym momencie solówkę, pozostawiając pole do okrzyków krakowskiej publiczności. Kolejne wybory zespołu z klasycznych płyt – Bloodsucker i Demon's Eye – poderwały tych, którzy nie obudzili się jeszcze po popołudniowej kawie. Precyzja i wirtuozeria w jednym, z dużą dawką muzycznego poczucia humoru. 


Ciekawe, że pominięto absolutny szlagier ostatnich lat, Strange Kind Of Woman. Stały element programu koncertów mógł się już fanom przejeść. Po krótkim przywitaniu i tradycyjnych, niekończących się opowieściach Gillana, czas na nowszy repertuar. Na początek Sometimes I Feel Like Screaming, z ulubionej, jak przyznał przed koncertem basista Roger Glover, płyty Purpendicular. Riff zaintonował gitarzysta Steve Morse, a subtelności dodawały smaczki grane na talerzach przez Iana Paice'a. W śpiewaniu refrenu do Gillana próbowali dołączyć Glover i Morse, ale wokalista tak wczuł się w rolę, że nieumyślnie zabierał mikrofon sprzed nosów swoich kolegów. Czas na solówkę Steve'a Morse'a – rozbudowanym i nieco chaotycznym intrem otworzył Uncommon Man. Utwór z niezwykle udanej płyty Now What?! z 2013 roku jest już stałym punktem koncertów Deep Purple i gości w setliście nieprzerwanie od sześciu lat. Tytułowym "niezwykłym człowiekiem" był oczywiście były klawiszowiec zespołu, Jon Lord, który odszedł w trakcie tworzenia płyty. Jego zdjęcie pojawiło się na telebimach po zakończeniu kawałka. Lazy było popisem następcy Lorda, Dona Aireya. Rozbudowane intro na organach Hammonda przerodziło się w klimatyczny, bluesowy jam. Gillan, który w trakcie popisów instrumentalnych lubi uciekać ze sceny, wyłonił się zza kulis w czapce św. Mikołaja i zagrał solo na harmonijce ustnej. 


Koniec żartów, krakowską Tauron Areną zawładnęły złowrogie, niskie syntezatory. To Time For Bedlam, jedyny reprezentant ostatniej płyty zespołu. Kapitalny utwór z solówką rozpisaną na organy i gitarę z charakterystycznym przesunięciem akcentów. Gillan śpiewał z wyjątkowym zaangażowaniem, momentami nawet wyżej, niż w wersji studyjnej. Panowie nagle zniknęli ze sceny. Pozostał na niej tylko Airey, który zaprezentował szeroką paletę swoich brzmień – począwszy od kombinacji z syntezatorem Mooga, przez fragmenty Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zagrane na pianinie, po solo na Hammondzie. Intonując charakterystyczny motyw, przechodzimy płynnie do Perfect Strangers, w trakcie którego robiło się coraz goręcej i coraz bardziej emocjonalnie. Zespół zakończył podstawowy set kolejnymi szlagierami – Space Truckin' i Smoke On The Water, a wspomagał go chór w postaci tysięcy gardeł. Muzycy nie musieli się długo prosić o powrót na scenę. Zagrali – co już chyba oczywiste – Hush i Black Night. Wersje napakowane solówkami i cytatami z innych wykonawców. Była zabawa, było wspólne śpiewanie. Muzycy grają jednak taki sam bis od lat i w tym przypadku mogło brakować świeżości.


Już wiemy, że to nie ostatnie "goodbye" wiekowych Brytyjczyków. W październiku przyszłego roku zespół wraca na koncert do Łodzi. Niewykluczone, że z nowym materiałem, bo pojawiają się plotki o kolejnym albumie na wiosnę przyszłego roku. I bardzo dobrze – Deep Purple to stan umysłu, jeden z ostatnich zespołów, który gra bez click tracków, gdzie to wizualizacje na ekranach muszą się dostosowywać do muzyków, a nie na odwrót. Niech grają tak długo, na ile starczy im sił, bo nadal mają moc.

Sting – My Songs (2019) [Recenzja]

Jest taka jedna magiczna zasada, która wywindowała niejednego artystę na szczyt list przebojów i największe sceny świata – trzeba być szczerym wobec słuchacza. Słysząc hasło "nowy album studyjny", czekamy na nieznane dotąd doznania, chcemy usłyszeć kogoś w nowej odsłonie. Sęk w tym, że nowy album Stinga to nic innego, jak składanka największych przebojów w nowych wykonaniach. Artysta zapowiadał publikowane utwory jako przebudowane, odświeżone i zaaranżowane na nowo. Czyżby?

To, co dzieje się w pierwszych minutach krążka to kryminał. Nowe wersje utworów z 1999 roku – Brand New Day i Desert Rose, to nic innego, jak remiksy. Słyszymy wokale sprzed dwudziestu lat i część partii instrumentalnych z sesji do płyty Brand New Day. Sporo również nowych dodatków – zaskakuje wyrzucenie oryginalnych partii perkusji na rzecz automatu perkusyjnego. Są też nowe głosy bliżej niezidentyfikowanych wokalistów, często przetworzone i podwyższone o kilka oktaw – wszak to teraz modne. Warto dodać, że utwory doczekały się już przecież swoich remiksów przy okazji wydania singlów – oba kawałki mają już po kilka przeróbek. Trzecia propozycja na My Songs to kolejny remiks – tym razem If You Love Somebody (Set Them Free). Omawiam go osobno, ponieważ w przeciwieństwie do poprzednich jest całkiem udany. Hit z 1985 roku został przerobiony na modłę mieszanki disco z soulem. Pojawiły się nowe, smaczne syntezatory. Został saksofon Branforda Marsailisa. Drażni tylko ten automat perkusyjny. Nie wierzę w to, że Sting zamienił partię Omara Hakima na kupę japońskiego złomu w imię postępu technologicznego. Za wszystkie trzy remiksy odpowiada Dave Aude, który regularnie zabiera się za przeróbki nowych piosenek Stinga. Zazwyczaj z miernym efektem. Zapominamy o niesmacznym początku i przenosimy się do 2017 roku. To wtedy w trakcie trasy 57th & 9th Sting wszedł ze swoim zespołem do kilku amerykańskich studiów i na nowo nagrał klasyki The Police. Miało być "refitted and rearranged", a wyszły wierne kopie oryginałów. Tak jest w przypadku Every Breath You Take, Message In A Bottle czy Walking On The Moon. Odbiór nowych nagrań jest pozytywny, ale brakuje tu elementów zaskoczenia i świeżości – czegoś, co nadałoby nagraniom nowej wartości i zwyczajnie dałoby powód do ich wydania. Ciekawie wypada So Lonely, zagrane w niższej tonacji. To chyba jedyny utwór w zestawie, który przebija oryginalną wersję, nagraną przez The Police. Kawałek, pierwotnie wydany w 1978, mógł drażnić piskliwym wokalem Stinga. Tu jego głos jest bardziej stonowany, czysty, a kiedy trzeba – zdublowany, co daje bardzo interesujący efekt. Ciekawie robi się także w Demolition Man, który zaczyna się od charakterystycznego intro Dominica Millera z użyciem efektu wah-wah. Ta sama zagrywka rozpoczynała również swojego czasu na koncertach inny utwór Policjantów, Driven To Tears. Kompozycja brzmi dynamicznie, mocniej, niż oryginał. Ciekawostką jest nowy bridge, w którym zachowawczą solówkę grają obaj Millerowie – Dominic i jego syn, Rufus. Solidnie wypada również Can't Stand Losing You, po które Sting nie sięgał od czasów koncertów z The Police. Na płycie słyszymy wierną kopię oryginału z 1979 roku. Ciekawszą wersję słyszeliśmy natomiast na ostatnich koncertach trasy promującej My Songs. Tam utwór trwa ponad pięć minut i rozpoczyna się jamem z jamajskim zacięciem. Podsumowując nowe wersje utworów The Police, należy przyznać, że wypadają blado w stosunku do wykonań live z ostatnich tras koncertowych Stinga. Tam bywały uzupełniane przez skrzypce czy akordeon i rzeczywiście odbiegały od znanych nam oryginałów. Nabierały nowych kolorów. W trzeciej grupie utworów na My Songs lądują wykonania popowo-akustyczne, nagrane z udziałem Jerry'ego Fuentesa z The Last Bandoleros. Nowa wersja Fields Of Gold brzmi bardziej plastikowo i patetycznie. Kompozycja nie została przearanżowana, a na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (brakuje charakterystycznych zagrywek Millera na gitarze klasycznej). Dodano również nowe, przestrzenne syntezatory i delikatny, ale elektroniczny rytm. Fragile dostało nowe wokale, elektroniczny puls, pianino elektryczne, szumy i przedziwne głosy w tle. Brak tu wartości dodanej, czegoś, co przekonałoby słuchaczy do sięgnięcia po nową wersję, a nie oryginał. Całkiem przyjemnie robi się w Shape Of My Heart, może to dlatego, że brzmienie przypomina to oryginalne. Utwór został jednak nagrany na nowo w całości – na pierwszym planie słyszymy gitarę akustyczną (a nie klasyczną) oraz cajon. Na końcu krążka dostajemy kolejną porcję nowoczesnych i "fajnych" hitów, które w zamyśle miały chyba pożreć konkurencję w listach przebojów i Spotify. Nowy Englishman In New York ma rytm... salsy. Dodano również nowe wokale, syntezatory i przedziwne przejścia do refrenów w stylu perkusji z lat 80. W trakcie charakterystycznej przerwy, w której słyszymy wyłącznie elektroniczne uderzenia, dodano dźwięki... trąbiących samochodów. If I Ever Lose My Faith In You to kolejny popis Dave'a Audego. Utwór brzmi jak podkład hiphopowy. Nowe partie wokalu Stinga zostały mocno przetworzone. Po odśpiewaniu każdego wersu słyszymy więc echo z obniżonym głosem w stylu kronik policyjnych. Dzięki takim małym, nowoczesnym smaczkom Sting  z  p e w n o ś c i ą  przypadnie do gustu młodszym pokoleniom. Wersja sprzed ponad 20 lat z akustyczną perkusją i gitarami jest już bowiem przestarzała i po prostu niezdatna do odbioru. Płytę My Songs "wieńczy" Roxanne. Tym razem to nie żaden remiks czy nowe wykonanie studyjne, a fragment koncertu z Paryża z 2017 roku. Co ciekawe, Sting grał wtedy swój hit, miksując go z Ain't No Sunshine Billa Withersa. Ktoś jednak skrzętnie wyciął fragment coveru i na płycie dostajemy trzyminutową Roxanne, zbliżoną brzmieniem do oryginału. 

"Więcej" nie jest synonimem słowa "lepiej". Sting był na bardzo dobrej drodze do wyjścia na artystyczną prostą. Potwierdzeniem może być charakterna płyta 57th & 9th i bardzo udany album 44/876, nagrany z Shaggim. Trudno jednak uznać My Songs za kolejny pełnoprawny album studyjny, chociażby przez remiksy i wykonanie koncertowe. Byłoby to bardzo ciekawe greatest hits i z powodzeniem mogłoby trafić na przykład do boksu "The Best Of 25 Years" z 2011 roku. Dlaczego więc zdecydowano się na publikację My Songs? Z dwóch powodów. Dzięki płycie Sting przez następne półtora roku może skupić się na koncertach i graniu największych przebojów. Możliwe, że przy okazji będzie tworzył materiał na prawdziwie nową płytę studyjną. Drugim powodem publikacji Moich Utworów są pieniądze. W płytę zaangażowano Dave'a Audego i Jerry'ego Fuentesa, którzy nagrywają dla tej samej wytwórni, co Sting – Cherrytree Records. Spoiwem współpracy jest szef wytwórni i przy okazji manager Stinga, Martin Kierszenbaum. Mam nieodparte wrażenie, że to on, a nie Sting stoi za stworzeniem recenzowanego produktu.

WERDYKT: ★★ – nieporozumienie

Nick Mason's Fictitious Sports (1981) [Recenzja]

Końcówka lat 70. była dla muzyków Pink Floyd czasem rozłamu. Każdy z czterech filarów zespołu rozpoczął pracę na boku – David Gilmour i Rick Wright nagrali solowe płyty, a Roger Waters przygotował dema pod The Wall i pierwowzór solowego The Pros And Cons Of Hitch Hiking. Co zrobił Nick Mason? Odpowiedź poniżej.

Perkusista zespołu nigdy nie miał zapędów kompozytorskich, co dla większości bębniarzy typowe. Największe dźwiękowe "kreacje" Masona to trudna w odbiorze kompozycja The Grand Vizier's Party z płyty Ummagumma, która bazuje na uderzaniu najróżniejszych przedmiotów. Zasługą Nicka jest również Speak To Me, intro do The Dark Side Of The Moon. Koniec. Tym bardziej dziwić może solowy krążek perkusisty – Fictitious Sports. Okazuje się jednak, że pod medialnym opakowaniem kryją się kompozycje Carli Bley, awangardowej i jazzowej pianistki ze Stanów Zjednoczonych. W praktyce Mason zagrał w utworach na perkusji i zaprosił do studia swoich dobrych znajomych. Już pierwszy utwór Can't Get My Motor To Start intryguje mnóstwem dźwięków. Rytm na werblu uzupełniają szeleszczące gitary i dziesiątki głosów – momentami tworzące chór. Do tego solówka na harmonijce i dęciaki. To całkowita ucieczka od stylu Pink Floyd. Bardzo udany, nieco chaotyczny utwór o kabaretowym zabarwieniu. I Was Wrong to ciąg dalszy jazzowych naleciałości – tym razem z dozą funku. Charakterystyczny riff uzupełniają dynamiczne zwrotki i wokal. Wszystkie piosenki śpiewa na albumie Robert Wyatt z Soft Machine, który występował również na płytach Davida Gilmoura. Wokalista słynie ze swojej pesymistycznej, nieco przytłumionej barwy głosu. W połączeniu z dynamiczną muzyką osiągnięto jednak bardzo ciekawy efekt. Coś, co rzuca się w uszy przy odsłuchu kolejnych utworów, to bardzo dobre brzmienie sekcji rytmicznej. Nie przejmuje całego miksu, ale gra mocno i dobitnie. Tak jest również w Siam, gdzie basista Steve Swallow gra dodatkowo kostką. Intrygujący utwór, który ponownie uzupełnia motyw dęciaków. Kontrastują z nim spokojne refreny. Na uwagę zasługuje solówka na saksofonie Gary'ego Windo, dodatkowo uzupełniana przez bliżej nieokreślone dźwięki atakujące słuchacza na szerokości całej panoramy stereo. Pod numerem czwartym kryje się prawdziwy diament – Hot River. Rozbudowana, mocna ballada z ciekawą sekwencją akordów i nieco dramatycznym tonem. Organy Hammonda i narracyjny fortepian mogą kojarzyć się z grą Ricka Wrighta na płytach pokroju Wish You Were Here. Wyatt śpiewa tu w duecie z Karen Kraft – przełamuje ona dramatyzm głosu Wyatta aranżacją wokalu w stylu piosenki autorskiej. Prawdziwą ozdobą nie tylko tego utworu, ale i całej płyty są rozciągnięte solówki gitarowe Chrisa Speddinga. Niespieszne, trochę w stylu Gilmoura. Uważniejsze ucho zauważy, że w trakcie tej najdłuższej, zamykającej utwór, oprócz wokalizy Kraft, słyszymy również odgłosy tonięcia. Na najwyższą notę zasługuje tu także Mason, któremu zawsze służyły niespieszne rytmy – dzięki nim ma bowiem mnóstwo przestrzeni na improwizowane przejścia na bębnach. Boo To You Too to takie swoiste połączenie Shakin' Stevensa z piosenką kabaretową. Dużo dęciaków, przekolorowane chórki i nieoczekiwane zmiany tempa. Do tego gitarowa solówka i klimat rhythm and bluesa. Przedziwna kombinacja. Do Ya? to całkowita zmiana klimatu. Kompozycja rozpoczyna się od lamentu dęciaków. Powolne tempo łączy się z melancholijnym fortepianem. Wyatt brzmi tu zupełnie jak na swoich solowych, niezwykle ciężkostrawnych albumach. Utwór ma jednak swoje walory, intryguje i potrafi wprowadzić słuchacza w określony klimat. Wervin' to powrót do dynamicznego grania z szalonymi dęciakami i mocną grą sekcji rytmicznej. Ciekawym rozwiązaniem jest trzynutowy, nerwowy motyw fortepianu, brzmiący niemalże jak sekwencer. Ozdobą jest jazzowe solo saksofonu z eksperymentalnymi dźwiękami syntezatora w tle. Album zamyka I'm A Mineralist. Przedziwny, progresywny utwór, który mógłby trafić do jednej szufladki z Hot River. Powolne tempo wyznacza gitara i fortepian. Marzycielski klimat uzupełniają dźwięki dzwonków. Markotny wokal Wyatta uzupełnia dramatyczna trąbka. Nagle pojawia się motyw chóru, wspomagany przez organy. Cmentarny klimat ciągnie się niemalże w nieskończoność – jedyną zmianą są inne akcenty chóru. Męczącą podróż przerywa cisza. Powrót do pierwotnego klimatu. Nagle kolejna zmiana – dynamiczne wejście gitarowego riffu, solówki na puzonie i energicznej perkusji. Co się dzieje? Też chciałbym odpowiedzieć na to pytanie. I'm A Mineralist będzie jeszcze dwukrotnie zmieniał swój klimat, kończąc na powtarzanej "pogrzebowej" konsekwencji. Utwór, który bardzo dobrze podsumowuje złożoność tej płyty – żeby nie powiedzieć "jej chaotyczność".

Nicka Masona w Nicku Masonie nieco mało, co jest często wyznacznikiem recenzji tej płyty. Należy patrzeć na nią jak na projekt sygnowany nazwiskiem perkusisty Pink Floyd. Muzyk miał niemały udział w produkcji krążka, choć jeśli chodzi o zawartość muzyczną i tekstową – to album Carli Bley. Należy przyznać, że płyta się broni. Mimo zmian stylistycznych ma spójne brzmienie instrumentów i swój charakter. Zdarzają się na niej perełki, nie brakuje jednak utworów, wobec których przechodzi się obojętnie. Mocne strony – świetna sekcja rytmiczna i pomysłowość realizacji. Słabe – chaotyczność i zbyt dużo zmian nastroju.

WERDYKT: ★★★★★★ – album z przebłyskami