Moja muzyka jest jak ramen – Lion [Wywiad]

Zrobiło się o niej głośno za sprawą występów na kilku europejskich festiwalach. W poprzednim roku wydała debiutancką epkę. Przedstawiła się już także polskiej publiczności, grając minikoncert w Warszawie. "Nie za bardzo wiem, jak mogę siebie opisać. Głośna, z bujną fryzurą" mówi sama o sobie. Tak naprawdę nazywa się Beth Lowen (niem. Löwen – lew). Wybór pseudonimu artystycznego był więc oczywisty. 

 fot. facebook.com/iamlionofficial

Pierwszy raz wystąpiłaś przed publicznością jako dziesięciolatka. Z koncertem wiąże się pewna anegdota – teraz brzmi zabawnie, ale wtedy nie było ci chyba do śmiechu.

Chyba nigdy nie denerwowałam się tak mocno, jak wtedy. Śpiewałam bardzo cicho, stojąc z dala od mikrofonu, bo byłam przestraszona. Jakaś kobieta powiedziała mi po koncercie, że brzmiałam, jakbym wypaliła paczkę papierosów i wypiła butelkę whisky. Zaczęłam płakać, bo nie wiedziałam, o co jej chodziło. Spokojnie, nie piłam wtedy whisky!

Wiedziałaś już wtedy, że zostaniesz muzykiem?

Raczej tak, nie chciałam zajmować się czymś innym.

Mieszkasz w Londynie, który jest prawdziwym tyglem muzycznym. Jako słuchacz, codziennie masz do wyboru dziesiątki koncertów. Gorzej to wygląda z perspektywy muzyka. Chyba trudno jest się tam przebić?

Zaczęłam śpiewać w pubach – grałam najwięcej, jak się tylko dało. Często brałam udział w wydarzeniach open mic, gdzie śpiewać może każdy chętny. Było trudno, bo wielu innych muzyków stara się zaistnieć w podobny sposób.

W zeszłym roku opublikowałaś swoją pierwszą epkę z czterema utworami. To zbiór twoich pierwszych singli. Każdy z nich jest rockowy i pełen energii.

Wybrałam najbardziej beztroskie piosenki ze wszystkich, które miałam. Nie ma tam zbytniej ciężkości, nie są też zbyt uczuciowe. Poszły na pierwszy ogień, bo po prostu czerpię z nich radość. Napisałam je w duetach. W jednej z nich pomógł mi mój brat, który potrafi zagrać na instrumencie, o którym nawet nie słyszał. Tworzyłam też z moim znajomym, Richem Cooperem. Lubię współtworzyć muzykę z drugą osobą.

Zaciekawił mnie tekst utworu „Fiction”, gdzie śpiewasz o byciu okłamywaną.

To trochę zabawne, kiedy twoi znajomi cię okłamują, a ty zdajesz sobie z tego sprawę.

Jakie są twoje muzyczne inspiracje? Obstawiałbym zespoły z lat 70.

Część inspiracji to muzyka, której słuchali moi rodzice – Fleetwood Mac, Bob Dylan czy Joni Mitchell. Przechodziłam też etap, w którym słuchałam Arctic Monkeys.

To ciekawe, ale recenzenci piszą czasami o muzyce, jak o jedzeniu – "ta gitara brzmi tłusto", "ten kawałek jest ciężkostrawny". Jeśli twoja muzyka miałaby być jakąś potrawą – co by to było?

Ramen. Masz porządną podstawę, czasami jest trochę ostra, płynna, spływająca, raz lekka, raz cięższa i jesteś po niej nasycony.

Dziennikarze nazywają cię jedną ze wschodzących gwiazd brytyjskiej sceny muzycznej. Czy nie jest trudniej tworzyć, kiedy inni mają wobec ciebie duże oczekiwania?

Myślę, że nie można brać tego do siebie. Trzeba być wiernym swoim ideałom.

Na razie nie ma w internecie zapowiedzi i teaserów, ale wiem, że przygotowujesz swoją pierwszą, pełną płytę długogrającą.

Skończyłam już nad nią prace, teraz jest miksowana. Powinna wyjść na początku przyszłego roku, myślę, że to dosyć realna data. Ten album płynie, ma inny klimat niż epka. Jest na nim więcej wzruszających momentów i dużo bolesnych przeżyć. Mówi też o dorastaniu. To podsumowanie ostatnich dziesięciu lat mojego życia. Będzie nazywał się Wonderland.

Kiedy pojawisz się na pierwszym, pełnym koncercie w Polsce?

Na pewno tu wrócę, przy okazji ostatniego pobytu zakochałam się w Polsce. Jeśli wyruszę w trasę, to przyjadę. Kocham Polskę, bo utrzymujecie rocka przy życiu! 

Dominic Miller – Absinthe (2019) [Recenzja przedpremierowa]

Czasami warto wykonać krok w tył, żeby później zrobić dwa do przodu. Potwierdzeniem tej sentencji są ostatnie publikacje Dominica Millera, który przed trzema laty związał się z wytwórnią ECM. Pierwszy album nagrany dla nowej oficyny podawał gitarzystę w wersji sauté, jedynie z delikatnym akompaniamentem perkusji. Na Absinthe mamy do czynienia z prawdziwie zespołowym graniem. Miller częściej odsuwa się na drugi plan, oddając przestrzeń innym muzykom. Wszystko po to, by zilustrować szalony świat artystów pomieszkujących w przeszłości na południu Francji.

Bezpośrednią inspiracją do stworzenia płyty były historie malarzy i pisarzy, którzy tworzyli w Prowansji na przełomie XIX i XX wieku. Mowa tu między innymi o Vincencie Van Goghu, Eriku Satiem czy Claudzie Debussym (Dominic wymieniał swoje inspiracje w wywiadzie z poprzedniego roku). Tytułowy absynt, alkohol bazujący na halucynogennym działaniu piołunu miał być kompanem ich procesów twórczych. To także symbol artystycznego szaleństwa. Utwór tytułowy zaczyna się spokojnym intro gitary klasycznej. Główny sprawca zamieszania wprowadza w odpowiedni klimat, powoli przyłączają się do niego pozostali muzycy. Kadrowe wybory Millera to połączenie wieloletnich współpracowników i zupełnie nowych twarzy. Manu Katché, z charakterystycznie wysoko nastrojonym werblem, nie grał z Millerem od dobrych parunastu lat. W Absinthe na pierwszy plan wysuwa się również Santiago Arias, grający na bandoneonie (nieco mniejszy odpowiednik akordeonu). Miller wypatrzył Argentyńczyka na jednym z koncertów lokalnych muzyków w Buenos Aires. Słuchamy Mixed Blessings i wiemy, że to muzyka Dominica Millera. Gitarzysta wciąż lubuje się w melancholijnych, często dysonansowych akordach. Wydaje się, że gdyby nie udział innych muzyków, materiał spokojnie mógłby trafić na surową płytę Silent Light sprzed dwóch lat. Arias zarysowuje tu wyraźny, melodyjny motyw. Uzupełnia go miotełkowanie Katchego, a gdzieś w tle plumka delikatny syntezator Mike'a Lindupa z Level 42. Kolejne dwie kompozycje to tak naprawdę miniatury – Verveine, czyli "werbena", rzeczywiście ma wyjątkowo kojące właściwości. Uzupełniająca się gitara i fortepian przypominają motyw z If You Can't Love Me Stinga (płyta 57th & 9th). La Petite Reine to monotonny rytm Katchego na bębnach. Chwilami dołącza do niego fingerstyle gitarzysty. To swoista chwila wytchnienia przed Christianią. O ile większość utworów ma tytuły kojarzące się z Francją, o tyle tutaj bohaterem została alternatywna, hippisowska dzielnica Kopenhagi. Brzmienia tej gitary akustycznej nie da się podrobić. Mamy tu sporo smaczków, łącznie z efektem vibrato (!) i grą tych samych dźwięków na dwóch strunach.. Do przestrzennej, zadumanej gitary dołącza przepełniona groovem perkusja. Całość uzupełnia Arias – czasami wtrącając solowe frazy, czasami wyłącznie malując akordy. Etude to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Zaczyna się od niespokojnego, energicznego motywu granego przez Millera i basistę, Nicholasa Fiszmana. Dołączająca perkusja Katchego zamyka przestrzeń, a bandoneon dekoruje kompozycję. Dramaturgii dodaje również wchodzący momentami fortepian Lindupa. Szlachetny motyw trwa przez blisko sześć minut. Jest on bazą do wzajemnego przenikania się instrumentów oraz zespołowej interakcji. Mimo wyłącznie akustycznych instrumentów robi się naprawdę mocno. Bicycle to wyciszony utwór bazujący na gitarze akustycznej Millera i rytmie perkusji. Warto zaznaczyć, że to ten sam motyw, co w La Petite Reine. Nieśmiałe solo gra tu Fiszman, pod koniec pojawia się Prophet 5 sterowany przez Lindupa. Są zabawy rytmem i akordami, jest również modulacja dynamiki. Bardzo nastrojowa gra. Co ciekawe, Miller ćwiczył już ten utwór na próbach przed zeszłorocznymi koncertami, jeszcze w ramach trasy Silent Light. Ombu to definitywna wersja Evelyn, bonus tracka z płyty Ad Hoc z 2014 roku. Wtedy były dwie gitary klasyczne i bas – teraz kompozycję przejęła genialna gra Katchego. Bębniarz umiejętnie buduje groove i wchodzi w strukturę utworu. Momentami głos przejmuje również Miller i Arias. Najciekawiej robi się, gdy gitarzysta zupełnie oddaje przestrzeń, grając co takt jeden akord. To właśnie wtedy szaleje Katché, a Fiszman wspiera go funkującą grą na basie. Jeden z najjaśniejszych momentów płyty. Ténébres rozpoczyna się od solowego wstępu bandoneonu. Utwór przejmują ciepłe kolory malowane przez gitarę Millera – raz ciepłe i liryczne, czasami szarpane i pełne nadziei (jak w końcówce). Mamy tutaj też trochę solowego, millerowego grania. Trzeba bowiem zaznaczyć, że Abisnthe nie jest albumem, na którym wirtuoz nadmiernie chwali się swoimi umiejętnościami. Nagranie kończy groove'owy Saint Vincent. Dużo tu staccata – tworzonego przez Lindupa na fortepianie i przez Millera na gitarze klasycznej. Przekładając brzmienia na realia malarskie – to tak, jak gdyby muzycy zostawiali kolejne kropki na płótnie, tworząc z nich pewną całość. Energetyczny rytm perkusji, szarpana gra Millera i melancholijny bandoneon powoduje, że nie wyjmujemy płyty z odtwarzacza do ostatniej sekundy wyciszenia muzyki.

Absinthe to granie tu i teraz. Muzycy występują z dużą świadomością, jak gdyby już w trakcie grania danej nuty myśleli o kolejnych decyzjach i dźwiękach. To nie jest płyta dla każdego – problemem może okazać się specyficzny, momentami piskliwy dźwięk bandoneonu. Ciekawi natomiast fakt, że na tej płycie Miller nie jest typowym wirtuozem, a raczej architektem gry, kimś, kto steruje pozostałą czwórką. Dopiero w ostatnim zdaniu tej recenzji dodaję, że jest on gitarzystą znanym z występów ze Stingiem – niech to będzie taki swoisty komplement.

WERDYKT: ★★★★★★★★ bardzo dobra płyta

Premiera 1 marca
wyd. ECM Records

Gra ze Stingiem była moim marzeniem – Rufus Miller (Sting & Shaggy) [Wywiad]

Przez ostatnie pół roku grał w zespole Stinga i Shaggiego. Z Brytyjczykiem wystąpił już na trzech trasach. Teraz angażuje się w promocję swojej pierwszej solowej płyty, "Pop Skull" – na razie trafiła do serwisów streamingowych. Poznajcie Rufusa Millera.

fot. materiały promocyjne/Robert Wolański

Marcin Obłoza: Od czerwca grałeś w zespole Stinga i Shaggiego. Było dużo reggae i wakacyjnego klimatu. Jak podsumujesz tę serię występów?

Rufus Miller: Atmosfera była bardzo pozytywna, wszyscy się polubili, dobrze się przy tym bawiąc. W zespole Stinga pojawiła się świeża krew, bo dołączyli do nas muzycy z zespołu Shaggiego. To także kolejna trasa z moim tatą i Joshem Freesem, więc w zespole była równowaga.

Jak ludzie reagowali na tak nietypową współpracę? Sting – zamyślony, poważny Brytyjczyk, pojawił się na scenie ze spontanicznym wykonawcą muzyki reggae i dancehallu z Jamajki.

O to właśnie chodzi – Sting lubi zapraszać na scenę najróżniejszych muzyków. Wszyscy są profesjonalistami, więc po prostu zaczynają ze sobą współgrać.

Za wami koncerty w Łodzi i Trójmieście. Czy były w jakiś sposób wyjątkowe?

Było wspaniale. Wyprzedały się całe areny. Słuchacze naprawdę słuchali tego, co graliśmy. To były wyjątkowe występy.

Co dalej?

Dzięki tym występom mogłem odkryć swoją, solową karierę. Nagrałem więc swój album – na razie ukazał się w serwisach streamingowych. Jestem naprawdę dumny z tego, co stworzyłem. Gram na gitarze od siódmego roku życia. Zacząłem tworzyć swoje utwory,  robiłem to gdzieś na boku przez wiele lat. Mój obecny etap życia jest dobrym czasem na to, by ludzie usłyszeli moje piosenki.  

Pierwszymi singlami, które pojawiły się na YouTube były Idle Hands i Wicked Lady.
Ukazują dwie odmienne strony. Kolejne trzy-cztery utwory to po prostu ja i gitara akustyczna. Jest też kilka kolejnych rockowych utworów, takich, jak Wicked Lady. Interesują mnie takie ciemne, gotyckie klimaty, więc przemycam je do swojej muzyki.

Moje pierwsze rockowe skojarzenie – twoje koncertowe solówki z rockowego Petrol Head z poprzedniej płyty Stinga.

Słuchałem partii studyjnych Lyle’a Workmana. Były niezwykłe. Widziałem, że nie uda mi się tego powtórzyć. Pozwolono mi więc stworzyć swoją własną partię, to było naprawdę miłe.

Jaka jest w takim razie twoja ulubiona piosenka z trasy z Shaggim?

(śpiewa) Wake up, it’s a beautiful day (Morning Is Coming – M.O.) Uwielbiam te zagrywki.

Oglądamy występ w Atlas Arenie i nagle na scenie pojawia się Shaggy przebrany za sędziego, z długą, siwą peruką. Ochroniarz w przeciwsłonecznych okularach każe Stingowi ubrać strój więźnia. Rozpoczyna się proces i utwór „Crocked Tree”. Kto miał tak przedziwny pomysł na wykonanie tego utworu?

Nie mam pojęcia, to po prostu zaczęło dziać się na próbach. Jeśli przesłuchasz uważnie studyjnej wersji piosenki, to od razu zauważysz, że wyraźnie różni się od innych. Po prostu urzeczywistniliśmy proces, który wybrzmiewa w utworze.

Jesteś w zespole Stinga już od siedmiu lat.

Jeśli gra z dwoma gitarzystami. Trochę bolało, kiedy musiałem odejść. Na moje miejsce wrócił na pewien czas klawiszowiec David Sancious, który jest prawdziwą legendą. Kiedy Sting chciał wrócić do składu z dwoma gitarami, byłem nieco zaskoczony, ale szczęśliwy.

Jak to jest grać z taką legendą jak Sting?

To niesamowite. Mam jeszcze w głowie dziecięcą perspektywę, w której mój tato dołącza do jego zespołu. Miałem wtedy pięć lat. Zawsze, jeśli chciałem zobaczyć tatę w akcji, nie było problemu. Jako dziecko nie zauważasz tej koncertowej otoczki. Nadal mam więc w głowie tamtą perspektywę.

Twój ojciec, Dominic Miller, pomógł ci zapewne w aklimatyzacji w zespole. Miałeś wtedy ledwo dwadzieścia sześć lat.

Zdecydowanie. Pamiętam, że nim zaczęliśmy występować, powiedział mi „stwórzmy coś legendarnego” – coś na najwyższym poziomie. Tak, jak w Mettalice i innych zespołach – ludzie muszą wiedzieć o duecie naszych gitar. Już teraz, jeśli myśli się o muzycznych duetach synów z ojcami, to jesteśmy na tej liście.  Może to brzmi jak tani chwyt, ale między nami zachodzą prawdziwe emocje. Muszę przyznać, że dołączenie do tej ekipy to jak zdobycie Mount Everest.

Widziałem, że masz nową gitarę.

Kupiłem ją w styczniu 2018 roku, głównie na potrzeby mojej muzyki. Nie sądziłem, że będzie pasowała do muzyki Stinga. Wziąłem ją jednak jako gitarę zapasową na trasę „44/876”.  Nie byłem do niej przekonany, ale pewnego dnia techniczny powiedział, że trochę mi ją ustawi i mogę wypróbować ją na soundchecku (zaciera ręce). Mogę opowiadać godzinami o małych różnicach, bo wcześniej przez dwie godziny musiałem dźwigać ciężkiego Les Paula. Ta gitara ma to samo, ciężkie brzmienie Gibsona. Nie wyobrażam sobie Andy’ego Summersa, grającego Every Breath You Take na tak dużej gitarze, ale inżynier dźwięku przyznał mi, że ma świetne brzmienie. Techniczny dodał, że muszę dokupić sobie drugi, zapasowy egzemplarz.

Jak wyglądał twój pedalboard?

Podstawą jest chorus, kompresor, delay i vibrato. Mam dwa pedalboardy, bo lubię mieć coś w zanadrzu. Jeden z nich jest ustawiony pod tape echo. Czasami używam też delaya Bossa, który ma cyfrowe brzmienie. Do tego wzmacniacze Mesa Boogie.

Twój ojciec powiedział mi kiedyś, że nieważny jest sprzęt, na jakim grasz. Zgodzisz się z tym?

Jak najbardziej, nauczył mnie tego. Żyję z takim podejściem i prawdopodobnie z nim umrę (śmiech).

Mówi się o tym, że Sting nagrywa nowy album.

Nic o tym nie wiem, spytam się go przy następnej okazji. Sting bardzo lubi niespodzianki. Zaskakuje nawet nas. To ekscytujące, bo pracując z nim, nie wiesz nawet czy zostaniesz w zespole. Dzięki temu jego muzycy zawsze są czujni i polują na muzykę. Możliwe, że obudzi się któregoś dnia i stwierdzi, żeby zrobić coś zupełnie innego. To zrobił przecież z ostatnią płytą z Shaggim. Na promocyjnej trasie albumu „57th & 9th” grałem na większości koncertów. Nagle, kiedy promował "44/876", zaczął kombinować z innymi muzykami. Miał nowych gitarzystów. Oglądałem te występy na YouTube i miałem tylko nadzieję, że nadal będzie chciał mnie zatrudnić.

Wiemy natomiast już na pewno, że Sting wyrusza w nową, wakacyjną trasę My Songs już bez Shaggy’ego. Wiążesz z nim dalsze plany?

Zdecydowanie. Dużo o tym myślałem i stwierdziłem, że będąc pięciolatkiem, to było moje największe marzenie. Chciałem zajmować się muzyką i być blisko taty. Pamiętam, że czasami dawali mi pograć na próbach i bardzo dużo to dla mnie znaczyło. Nagle zapominasz o swoim marzeniu, bo życie po prostu daje ci szansę. Jak dużo rockowych zespołów zapełnia całe hale – mam na myśli takiego prawdziwego rocka, całkowicie na żywo? Naprawdę niewiele. Moje muzyczne CV nie jest tak naprawdę zbyt wystarczające, żeby znaleźć się w tym miejscu, ale rozumiem to. Byłoby mi szkoda, gdybym opuścił zespół. Chcę w nim zostać.

Kupcie chociaż jeden garnitur – Matt Dusk o świętach i płycie "Jet Set Jazz" [Wywiad]

"Kiedy byłem nastolatkiem, imponowali mi croonersi, czyli piosenkarze standardów jazzowych – Frank Sinatra, Tony Benett, Nat King Cole" mówi Matt Dusk, który w listopadzie wypuścił nowy album, Jet Set Jazz. "Kocham taką muzykę. Dlaczego? Myślę, że jest bardzo elegancka i romantyczna".

                                                                                                                                                                                 wikimedia.org

Marcin Obłoza: Wspominasz o jazzie i soulu. Nie słuchałeś nigdy mocniejszych brzmień tak jak inni nastolatkowie?

Matt Dusk: Na początku lat dziewięćdziesiątych słuchałem trochę popu. Rozwijała się też scena grunge'u. Byłem fanem Nirvany. Wielkim zespołem było też wtedy U2. Tak naprawdę lubię wszystkie gatunki.

Ciężko mi sobie ciebie wyobrazić śpiewającego w takich cięższych klimatach. Wielu zaczyna od grania w garażach. Jak było w twoim przypadku?

Oczywiście, każdy śpiewał wtedy piosenki Pearl Jam ze swoim rockowym zespołem, ale mnie szło to naprawdę słabo. Teraz już tego nie robię, bo fatalnie brzmię w takich brzmieniach.

Mimo wszystko chciałbym usłyszeć cię zachrypniętego w jakimś gitarowym utworze. 

Możesz w takim razie zmontować jakiś zespół. Przyłącze się do was.

Kiedy po raz pierwszy miałeś uczucie, że śpiewanie stało się twoim sposobem na życie, że to twoja praca?

Kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem śpiewać jazz i swing. Wtedy robiłem to dla przyjemności, ale nagle ludzie zaczęli mi za to płacić. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, grałem już jakieś dwadzieścia koncertów miesięcznie w klubach. Przeżycia, które czerpiesz z muzyki, są niesamowite. Dzięki temu trafiłem nawet do Warszawy i z tobą rozmawiam. Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie muzyka.

W listopadzie wydałeś nowy album, „Jet Set Jazz”, który brzmi, jakby był nagrany w latach sześćdziesiątych.

Taki był plan, chcieliśmy oddać klimat tamtych czasów, najlepiej, jak tylko potrafiliśmy. Nagraliśmy big band w Toronto. Kto nagrywa jeszcze trzynaście dęciaków jednocześnie? Jako producent, cały czas siedziałem w reżyserce i nadzorowałem wszystko, co było nagrywane. Robię to samo od prawie dwudziestu pięciu lat, ale nadal czuję ekscytację w studio. Marzyłem o tym jako dziecko. 

Nowa płyta jest też inspirowana lataniem.

Jako wykonawcy, podróżujemy po całym świecie. Nadal jestem zaskoczony, gdy wchodzisz na pokład i lecisz do kompletnie nowego, egzotycznego miejsca. Nawet Warszawa jest dla mnie egzotyczna. Latanie stało się popularne w latach pięćdziesiątych. Frank Sinatra śpiewał wówczas „Come Fly With Me”. Podróże samolotem były wtedy takie wytworne. Wchodziłeś na pokład, częstowano cię posiłkami i mnóstwem drinków. Wszyscy się cieszyli. Chciałem zabrać słuchacza w podróż w czasie – ale ze mną, bo wszyscy inni wykonawcy już nie żyją.

Jesteś perfekcjonistą?

O boże, tak. To nie jest dobre, bo nie zgadzam się na kompromisy. Zawsze muszę robić wszystko najlepiej, jak tylko potrafię. W przeciwnym razie żałowałbym tego.

Perfekcjonizm widać też po tym, jak się ubierasz. Zawsze masz na sobie białą koszulę, krawat i garnitur. To bardzo dobrze pasuje do muzyki, którą tworzysz.

Gdy dorastałem, byłem nastolatkiem, chciałem się identyfikować z dorosłymi. Zawsze chciałem być kimś starszym, niż jestem. Frank Sinatra czy Nat King Cole, prawdziwi mężczyźni, zawsze bardzo dobrze się ubierali. Zauważyłem, że każdy, kto włoży dobry garnitur, może wyglądać całkiem przystojnie.

To co poradziłbyś mężczyznom, którzy chcieliby oczarować swoje kobiety?

Kupcie chociaż jeden garnitur i upewnijcie się, że jest dobrze skrojony. Wcale nie musi być drogi, ale powinien idealnie pasować.

Czujesz się jak wzór do naśladowania dla innych mężczyzn?

Po prostu chcę dobrze wyglądać. Ubrania zawsze mogą poprawić twój wygląd. Gdybym ubierał zwyczajne koszulki i spodnie, nie wyglądałbym już tak korzystnie.

Równie nienaganny jest twój głos. Jest bardzo czysty i miękki, nie ma w nim zbędnej, rockowej ostrości.

Uczyłem się śpiewu klasycznymi metodami – w chórach i klimatach opery. Gdybyś był sportowcem, codziennie ćwiczyłbyś na siłowni. To samo jest z muzyką – im więcej trenujesz, tym z czasem stajesz się coraz lepszy. Mój głos potrzebuje sporo whisky. Na scenie mamy bar. Wspólnie z członkami zespołu lubimy się tam zrelaksować i po prostu cieszyć się chwilą, bo występ na scenie trwa naprawdę bardzo krótko. Moment, w którym gramy jest dla nas wyjątkowo łatwy i przyjemny.

Jesteś mocno związany z Polską, nie tylko prywatnie. W 2015 roku nagrałeś album „Just The Two Of Us” z Margaret. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Gdy po raz pierwszy zostałem poproszony o nagranie duetów, zadzwoniłem do moich wytwórni. Bardzo lubię współpracować. Gdy po raz pierwszy poznałem Margaret, zadziwiła mnie jej pewność siebie. Zawsze mi mówi, że jestem niedołęgą, ale zaczęliśmy się ze sobą rozumieć. Polubiliśmy się. Kiedy masz obok kogoś pomocnego, występy są jeszcze przyjemniejsze.

Duet z Margaret był niemałym zaskoczeniem, bo na co dzień śpiewa pop. Jesteście z zupełnie innych światów.

Ma za to jazzowe wykształcenie, zdaje się, że grała nawet na saksofonie. Margaret bardzo lubi takie klimaty. Jazz to jeden z tych gatunków, które możesz śpiewać bez względu na wiek. Nikt nie powie ci, że jesteś za stary na takie klimaty. Patrz na Tony'ego Benetta. Nie ma zbyt wielu dziewięćdziesięciolatków, śpiewających pop. Myślę, że jak Margaret będzie starsza, to wyda kolejną jazzową płytę.

Śledzisz polską scenę muzyczną? 

Słucham radia, tu, w Warszawie. To niezwykłe, jak popularne jest disco polo. Każdy kraj ma wielkich artystów i artystów popularnych. Warto to rozróżniać.

Podoba ci się w takim razie nasze disco polo?

Jeśli znalazłbym się nocą w klubie – jasne.

Jak dobrze potrafisz mówić po polsku?

(mówi łamanym polskim) Dobry wieczór państwu, witam wszystkich. Cieszę się, że znowu jestem w Polsce. (śmiech) Cóż, moja córeczka uczy się polskiego. Ma zaledwie dwa lata. Zapamiętuję nowe słowa razem z nią, wyłapuję podstawowe frazy.

Kto w takim razie mówi lepiej?

Myślę, że ona. W tym cały problem.

Nadchodzi czas świąt. Musimy zaznaczyć, że nagrałeś sporo świątecznych utworów. Wydałeś nawet specjalny, zimowy album „Old School Yule!”. To musi być dla ciebie specjalny czas.

Kiedy byłem dzieckiem, zawsze słuchaliśmy wtedy Nat King Cole’a i Binga Crosby’ego. Co roku puszczamy więc w domu stare winyle. Stworzyłem „Old School Yule!” zaraz po narodzinach mojej córki. Chciałem mieć piosenki, które mógłbym jej śpiewać. Teraz śpiewa już razem z płytą.

W Polsce mamy też nową świąteczną tradycję – wszyscy oglądają Kevina. Czy w Kanadzie też jest tak popularny?

Tak, co roku powtarzają się wszystkie świąteczne filmy. Kevin zdecydowanie jest jednym z nich.

Jakie masz plany na nowy rok? Na razie wiemy wyłącznie o trasie po Kanadzie.

Będę promował najnowszą płytę w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Przyjadę też do Polski – w lutym albo marcu. Niebawem ogłosimy kolejne daty. Nagrywanie płyty sprawia dużą radość, ale to na koncertach zależy mi najbardziej. Kontakt z widzami wytwarza świetną energię.

W takim razie czekamy na oficjalne potwierdzenie. Wesołych świąt, Matt!

Dzięki. (śpiewa) We wish you a Merry Christmas and a Happy New Year!

Słuchacze nie potrzebują nowej muzyki – Al Di Meola o albumie "Opus" [Wywiad]

Spotkaliśmy się na backstage'u wrocławskiego Impartu. Al Di Meola skończył właśnie rozgrzewkę. Słuchacze usłyszą za kilkanaście minut całe spektrum gatunków muzycznych zamkniętych w pudle rezonansowym gitary klasycznej. Będzie też kilka nowych kompozycji z płyty "Opus". Przed wyjściem na scenę, zadaję Di Meoli kilka nurtujących pytań.




Marcin Obłoza: Przyjechałeś do Wrocławia z nowym projektem – promujesz album „Opus”. W wywiadach wspominałeś, że w przypadku tej płyty rola komponowania i aranżacji była ważniejsza niż samo granie na gitarze.

Bez porządnej kompozycji nieważne jest, jak dobrze grasz na gitarze. Jest wielu świetnych improwizatorów grających jazz, ale ostatecznie i tak najważniejsze jest to, jak na dany utwór zareaguje publiczność. Możesz grać solówki przez dwie godziny, ale wszystkich zanudzisz. Przede wszystkim kobiety. Musi więc pojawiać się ta „zawartość” – mocna kompozycja, której tak bardzo brakuje w jazzie. Prawdopodobnie zmieniłem podejście do muzyki dzięki Beatlesom, których słuchałem, będąc nastolatkiem. Później poznanie Astora Piazzolli, ojca muzyki tango, uświadomiło mi, że elementy kompozycji są ważniejsze niż solówki. Mamy dzięki temu do czynienia z szerszym zakresem emocji, a publiczność może łatwiej przyzwyczajać się do utworów. Tak, „Opus” to kolejny etap w ewolucji mojego komponowania.

Na nowej płycie lubisz żonglować nastrojami. W niektórych, dłuższych kompozycjach, zawierasz co najmniej kilka wątków. 

Nigdy nie wiesz, gdzie zabierze cię twój umysł. To jak wtedy, gdy spacerujesz ulicą i nagle spotykasz przyjaciela, którego nie widziałeś od wielu lat. Albo, gdy nagle widzisz wypadek samochodowy i wokół ciebie zaczynają wyć syreny. Ponieważ moje kompozycje nie mają słów, ważne, by poprzez muzykę odzwierciedlać dane scenerie. 

 Czy potrafisz komponować w trakcie trasy?

Daj mikrofon mojemu menedżerowi (śmiech). Mam wiele dzieci do wykarmienia. Żartuję. Teraz koncertowanie odgrywa ważniejszą rolę niż w latach 70. czy 80. Wtedy występowałeś, żeby promować płytę. Teraz musisz grać, żeby promować wiele innych rzeczy. Rola płyt zmniejszyła się o jakieś 90 procent. Nie ma sensu nagrywać nowych albumów. Ludzie naprawdę nie potrzebują nowej muzyki. Nawet The Rolling Stones nie musi wydawać nowych albumów. Paul McCartney też nie. Chcemy słuchać takich piosenek, które lubimy, a te zostały nagrane już wiele lat temu.

To dlaczego wydałeś "Opus"?

To kwestia artystyczna. W przeciwieństwie do gwiazd popu, wciąż mogę prezentować nowe utwory. Nigdy nie miałem bowiem wielkich hitów, tak, jak oni. My, jazzmani możemy grać na koncertach co tylko chcemy.

Nie masz wrażenia, że wszystko zostało już nagrane, że nie da się już być innowacyjnym?

Tak. Młodzi mają teraz wyjątkowo trudno żeby się przebić.

Na nowym albumie zagrałeś sporo solówek na gitarze elektrycznej, mimo że najczęściej sięgasz po gitarę klasyczną. Rock and roll musi być dla ciebie dużą inspiracją, bo nagrałeś nawet album z coverami Beatlesów.

Uwielbiam ich, słucham też dużo Led Zeppelin z wcześniejszego okresu. Kiedy dorastałem w Nowym Jorku, miałem wybór i codziennie mogłem chodzić na jakiś jazzowy albo rockowy koncert. To była wielka zaleta tego miasta.

Czy masz już plany na następny rok? Może nowa płyta?

Tak, robimy drugi album z coverami Beatlesów. Fani chyba nie spodziewali się takiej płyty, ale dlaczego nie – wychowaliśmy się na tej muzyce. Wciąż jest świetna. Obecne dzieciaki nie będą mogły powiedzieć za kilkadziesiąt lat, że muzyka Kanyego Westa była świetna. Obudzą się i stwierdzą „mój boże, dlaczego słuchałem tak beznadziejnej muzyki”. Wszyscy dojdą do takich wniosków, po prostu muszą. Ta muzyka nie ma żadnej zawartości, brak w niej harmoni, melodii, głos jest bardzo słaby i przesłanie nie jest najlepsze.

Garou – Wrocław, Hala Stulecia, 06.11.18 (20 Years Jubilee Tour) [Relacja]

Garou świętuje w tym roku 20 lat kariery muzycznej. Kanadyjski piosenkarz nie odnosi w ostatnich latach tak dużych sukcesów, jak przed laty, ale w Polsce wciąż przyciąga tłumy. Okazuje się jednak, że trasa mająca być podsumowaniem dorobku stała się nieco niezrozumiałą wędrówką przez kolejne covery oklepanych klasyków.



Idąc na koncert wciąż miałem w głowie poprzednią trasę muzyka z 2015 roku, która promowała albumy "Au Millieu De Ma Vie" i "Rhythm And Blues". Byłem wtedy naprawdę pozytywnie zaskoczony zaproponowanymi utworami oraz treścią muzyczną. Minęło trzy i pół roku i coś wyraźnie uległo zmianie. Koncert zapowiadał się bardzo dobrze – pojawiło się Seul w nieco zmienionej aranżacji z bohaterem wieczoru grającym na gitarze akustycznej. Na niecodzienne zwroty akcji nie trzeba było jednak czekać zbyt długo. Najpierw klasyk Sous Le Vent połączony z fragmentem Zombie The Cranberries. Chwilę później Demande Au Soleil z rytmem zapożyczonym z Every Brath You Take The Police. Garou przypomniał przy okazji kilka wersów z piosenki Stinga. Szybki przegląd solowego katalogu – medley z bardzo dobrym Je Suis Le Meme i Avancer, nagranym na potrzeby ostatniej płyty z autorskim materiałem. Nagle zwrot akcji – Garou przypomina piosenki najbardziej znanych francuskich autorów. Jest kameralne i jazzujące Les Moulins De Mon Coeur Michela Legranda, pojawiło się także Champs Elysees Joe Dassina. Między tym wszystkim I Love Paris Elli Fitzgerald. Covery pozostawiły po sobie nijakie wrażenie, bo dobór utworów był oczywisty, a i aranżacje były wyjątkowo bezpieczne. Garou zawsze lubił wtrącać do swojego show kilka pożyczonych autorów. Tym razem lista coverów nie miała końca – pojawiał się jeszcze m.in. Le Port d'Amsterdam Jacquesa Brela czy I Put A Spell On You Screamin' Jaya Hawkinsa. Generalizując, co najmniej połowa koncertu była mieszanką R&B i soulu sprzed kilkudziesięciu lat. Dobre, bezpieczne covery znanych piosenek powodowały co prawda, że co niektórym chodziła noga, ale jakiekolwiek emocje i nieco głębsze odczucia pojawiły się dopiero przy okazji Que l'Amour Est Violent. Świetny, rozbudowany, blisko sześciominutowy utwór został zagrany wyjątkowo wiernie. Podobnie zresztą jak ciepło przyjęte Belle i Gitan. Kiedy wydawało się, że koncert nabiera rumieńców, a przemiły i niezwykle pozytywny bohater wieczoru jest już rozgrzany, muzycy zeszli ze sceny. Publiczność pożegnał medley That's The Way I Like It KC & The Sunshine Band, solowego Reviens wykonanego z funkowym posmakiem i... Get Lucky Daft Punk. Mimo udanego wykonania – lekki przerost formy nad treścią. Nawet do kończącego l'Adieu muzycy musieli wpleść fragment My Way Franka Sinatry. 


Skąd tak duża ilość coverów? Możliwe, że Garou uformował tak przedziwną setlistę pod wpływem francuskiej edycji The Voice (w Polsce pod nazwą The Voice Of Poland), w której nasłuchał się i naśpiewał rozmaitych coverów od Bohemian Rhapsody powszechnie znanego autorstwa po Radioactive Imagine Dragons. Utworów, którym muzyk pozwolił wybrzmieć od początku do końca, było we Wrocławiu jak na lekarstwo. Wątków i kolejnych znanych refrenów było aż za dużo. Z drugiej strony bardzo ciężko było nasycić się zestawem utworów solowych, które utonęły pod naciskiem coverów. Tym bardziej szkoda, bo to w nich zawarty jest prawdziwy charakter Garou. Mogłyby one znacząco urozmaicić koncert brzmieniowo. Oczywiście, to wokal miał być tu najważniejszy i tak też było. Muzyk błyszczał niezwykle mocnym, zachrypniętym i niepodrabialnym głosem, ale pełnię możliwości pokazywał dopiero w utworach napisanych pod niego.


Garou potrafi zbudować niezwykle ciepłą i przyjazną atmosferę. Co więcej, jest autentyczny i zdarza się, że uroni kilka łez w momentach wzruszenia. Tylko ta setlista... Znudzenie własnymi kompozycjami? Poczuwanie się do roli propagatora tradycji francuskiej piosenki rozrywkowej? Nie o takiego Garou walczyłem.

Czasy seksu i narkotyków minęły – wywiad z Davem Kilminsterem (Roger Waters, Steven Wilson)

Roger Waters dotarł w sierpniu ze swoją widowiskową trasą „Us + Them” do Krakowa i Trójmiasta. Jednym z głównych bohaterów efektownego show był Dave Kilminster, etatowy gitarzysta byłego lidera Pink Floyd. W wywiadzie dla Czynników Pierwszych opowiada o tym, jak trafił do zespołu Watersa, opisuje swojego szefa i przekonuje, dlaczego warto być słownym.


Marcin Obłoza: Koncerty w Tauron Arenie i ERGO Arenie były wielkim przeżyciem dla słuchaczów. Usłyszeliśmy dużo klasycznych utworów Pink Floyd z płyt „Animals” czy „The Dark Side Of The Moon”. Czy można grać bez przerwy te same, znane utwory, z pasją i zaangażowaniem?

DK: Każdej nocy próbuję grać je coraz lepiej. Wciąż pracuję nad niuansami, by upodobnić moje brzmienie do oryginalnych partii z płyt. Taki mam styl – ciągle chcę poznawać coś nowego. Jest wielu gitarzystów, którzy osiągają pewien szczyt, po czym spada ich kreatywność i technika. Nie ma na to wytłumaczenia. Dzięki ciągłej nauce znane kompozycje floydów wciąż brzmią świeżo.

Na koncertach Rogera Watersa muzyka jest zawsze perfekcyjnie zgrana z wizualizacjami. Czy wobec tego na scenie jest miejsce na improwizację?

Wszystko jest zsynchronizowane co do sekundy, więc nie ma mowy o spontanicznym graniu. Roger jest perfekcjonistą, cały czas pracuje nad kształtem show. W tej chwili głównie skupia się na wizualizacjach, bo wciąż ma nowe pomysły.

Jakim jest szefem?

Świetnie się z nim pracuje. Jeśli robisz to, o co prosi, jest szefem idealnym. Lubię to, bo nie ma między nami niedomówień. Wychwytuje i na bieżąco omawia każdy najmniejszy błąd. Moim głównym zadaniem jest po prostu sprostanie jego oczekiwaniom. Następna w kolejności ma być publiczność, a później reszta zespołu. Rozmawiając o innych muzykach – Roger lubi zmieniać skład, z ktorym występuje. Poznawanie stylu gry nowych muzyków to niemałe wyzwanie. Od poprzedniego roku, w związku z premierą solowego krążka Rogera, „Is This The Life We Really Want?”, gra z nami trójka nowych muzyków. To producent płyty, Nigel Godrich, zaproponował ich Rogerowi. Szczególnie lubię grać z perkusistą, Joeyem Waronkerem, którego styl przypomina mi grę Nicka Masona.

Grasz z Watersem od dwunastu lat, ale na wspomnianej płycie ciebie nie słyszymy.

Po części dlatego, że byłem w trasie ze Stevenem Wilsonem. Ledwo wróciłem do domu i już następnego dnia dostałem telefon od Rogera. „Pracuję w Los Angeles z nowymi ludźmi i chciałbym, żebyś ocenił ich grę, bo może weźmiemy ich na trasę” powiedział. Myślałem, że dostanę nagrania, ale Roger od razu zaproponował mi, żebym po południu poleciał do studia, w którym pracował. Nie zdążyłem się nawet rozpakować po poprzedniej trasie (śmiech)! Ostatecznie nie zagrałem na albumie, bo gitary były już zarejestrowane przez Jonathana Wilsona i Gusa Seyfferta, a Roger nie chciał zbyt wielu gitarowych solówek. Ostatecznie niektóre z nowych kompozycji wykonujemy na żywo. Muszę przyznać, że z koncertu na koncert ewoluują, najwięcej nowych pomysłów pojawiło się w Picture That.

W Gdańsku zagraliście też Wait For Her, inny utwór z nowej płyty. Wykonywanie go na żywo to prawdziwa rzadkość.  
Gramy go zamiennie z innymi utworami, zawsze przed kończącym Comfortably Numb. Decyzja, jaki będzie przedostatni utwór, zapada w trakcie koncertu. Roger po prostu rzuca tytuł utworu, kiedy kończymy podstawowy set. Muszę przyznać, że za każdym razem gramy Wait nieco inaczej i kombinujemy nawet w trakcie gry.

Czytając recenzje trasy, można odnieść wrażenie, że to polityka, a nie muzyka, wywołuje wśród odbiorców najwięcej emocji.

Te wszystkie smaczki skierowane przeciwko Donaldowi Trumpowi są zazwyczaj przyjmowane naprawdę dobrze. Roger zawsze zabiera głos w ważnych sprawach. Zgadzam się z jego poglądem, że Trump to niebezpieczeństwo dla całego świata. Czasami Amerykanie mówią „jesteś Anglikiem, nie masz z tym nic wspólnego”. Uważam jednak, że jego rasizm może udzielić się rządzącym w innych krajach. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że nie jestem fanem łączenia polityki z muzyką. Wychowałem się na muzyce Siergieja Rachmaninowa, Claude’a Debussy’ego czy Niccolo Paganiniego. Zdaje się, że w ich kompozycjach nie ma polityki (śmiech). To czysta sztuka.

Jak trafiłeś do zespołu Watersa?

W 2006 roku dostałem informację o przesłuchaniu od mojego managera. W tej pracy umiejętności to jedno, ale ważny jest też twój charakter czy nawyki. Przed otrzymaniem angażu na trasę „The Dark Side Of The Moon Live” dużo rozmawiałem z całym zespołem. Oczywiście, musiałem odnaleźć się w różnych tempach czy klimatach muzycznych. Moje brzmienie gitary musiało być odpowiednio „tłuste” i śpiewne. Z drugiej strony Roger zwracał jednak uwagę na to, czy jestem dobrze zorganizowany albo czy nie stresuję się na występach przed kilkudziesięciotysięczną publicznością. Współpraca na scenie to jedno. Z całą ekipą spędza się jednak mnóstwo czasu w hotelach czy na lotniskach. Pytano mnie więc nawet, czy biorę narkotyki albo palę. Ważne było też, by wyzbyć się swojego ego – szczególnie pracując z kimś tak charakternym, jak Roger.

To całkowite zaprzeczenie stereotypowego „sex, drugs and rock&roll”.

Po prostu nie ma na to miejsca, szczególnie na tak dużej trasie, jak ta. Nawet gdybyś po pijaku zagrał przyzwoity koncert, następnego dnia trafisz na YouTube’a. Żeby wytrzymać obciążenia napiętego harmonogramu koncertów, dbam o dobrą kondycję – wspólnie z Ianem (Ritchie, saksofonista – przyp. red.), ćwiczymy niemal codziennie. Myślę, że czasy seksu i narkotyków już minęły. Wiem, że to bardzo smutne (śmiech).

Między kolejnymi trasami Rogera, udaje ci się raz na jakiś czas nagrać solowy materiał. Ostatni, „...And The Truth Will Set You Free...” ukazał się rok po zakończeniu ogromnej trasy The Wall Live. Masz już pomysły na kolejną płytę?

Cały czas piszę w trakcie trasy. W tym momencie mam ponad 600 wstępnych pomysłów na telefonie. Myślę, że mógłbym wycisnąć z nich nawet pięć płyt. Po zakończeniu trasy z Rogerem będę musiał posiedzieć kilka dobrych dni, żeby wszystko przesłuchać i wybrać najciekawsze motywy. Powinienem znaleźć na to czas w przyszłym roku.