Garou – Wrocław, Hala Stulecia, 06.11.18 (20 Years Jubilee Tour) [Relacja]

Garou świętuje w tym roku 20 lat kariery muzycznej. Kanadyjski piosenkarz nie odnosi w ostatnich latach tak dużych sukcesów, jak przed laty, ale w Polsce wciąż przyciąga tłumy. Okazuje się jednak, że trasa mająca być podsumowaniem dorobku stała się nieco niezrozumiałą wędrówką przez kolejne covery oklepanych klasyków.


Idąc na koncert wciąż miałem w głowie poprzednią trasę muzyka z 2015 roku, która promowała albumy "Au Millieu De Ma Vie" i "Rhythm And Blues". Byłem wtedy naprawdę pozytywnie zaskoczony zaproponowanymi utworami oraz treścią muzyczną. Minęło trzy i pół roku i coś wyraźnie uległo zmianie. Koncert zapowiadał się bardzo dobrze – pojawiło się Seul w nieco zmienionej aranżacji z bohaterem wieczoru grającym na gitarze akustycznej. Na niecodzienne zwroty akcji nie trzeba było jednak czekać zbyt długo. Najpierw klasyk Sous Le Vent połączony z fragmentem Zombie The Cranberries. Chwilę później Demande Au Soleil z rytmem zapożyczonym z Every Brath You Take The Police. Garou przypomniał przy okazji kilka wersów z piosenki Stinga. Szybki przegląd solowego katalogu – medley z bardzo dobrym Je Suis Le Meme i Avancer, nagranym na potrzeby ostatniej płyty z autorskim materiałem. Nagle zwrot akcji – Garou przypomina piosenki najbardziej znanych francuskich autorów. Jest kameralne i jazzujące Les Moulins De Mon Coeur Michela Legranda, pojawiło się także Champs Elysees Joe Dassina. Między tym wszystkim I Love Paris Elli Fitzgerald. Covery pozostawiły po sobie nijakie wrażenie, bo dobór utworów był oczywisty, a i aranżacje były wyjątkowo bezpieczne. Garou zawsze lubił wtrącać do swojego show kilka pożyczonych autorów. Tym razem lista coverów nie miała końca – pojawiał się jeszcze m.in. Le Port d'Amsterdam Jacquesa Brela czy I Put A Spell On You Screamin' Jaya Hawkinsa. Generalizując, co najmniej połowa koncertu była mieszanką R&B i soulu sprzed kilkudziesięciu lat. Dobre, bezpieczne covery znanych piosenek powodowały co prawda, że co niektórym chodziła noga, ale jakiekolwiek emocje i nieco głębsze odczucia pojawiły się dopiero przy okazji Que l'Amour Est Violent. Świetny, rozbudowany, blisko sześciominutowy utwór został zagrany wyjątkowo wiernie. Podobnie zresztą jak ciepło przyjęte Belle i Gitan. Kiedy wydawało się, że koncert nabiera rumieńców, a przemiły i niezwykle pozytywny bohater wieczoru jest już rozgrzany, muzycy zeszli ze sceny. Publiczność pożegnał medley That's The Way I Like It KC & The Sunshine Band, solowego Reviens wykonanego z funkowym posmakiem i... Get Lucky Daft Punk. Mimo udanego wykonania – lekki przerost formy nad treścią. Nawet do kończącego l'Adieu muzycy musieli wpleść fragment My Way Franka Sinatry. 


Skąd tak duża ilość coverów? Możliwe, że Garou uformował tak przedziwną setlistę pod wpływem francuskiej edycji The Voice (w Polsce pod nazwą The Voice Of Poland), w której nasłuchał się i naśpiewał rozmaitych coverów od Bohemian Rhapsody powszechnie znanego autorstwa po Radioactive Imagine Dragons. Utworów, którym muzyk pozwolił wybrzmieć od początku do końca, było we Wrocławiu jak na lekarstwo. Wątków i kolejnych znanych refrenów było aż za dużo. Z drugiej strony bardzo ciężko było nasycić się zestawem utworów solowych, które utonęły pod naciskiem coverów. Tym bardziej szkoda, bo to w nich zawarty jest prawdziwy charakter Garou. Mogłyby one znacząco urozmaicić koncert brzmieniowo. Oczywiście, to wokal miał być tu najważniejszy i tak też było. Muzyk błyszczał niezwykle mocnym, zachrypniętym i niepodrabialnym głosem, ale pełnię możliwości pokazywał dopiero w utworach napisanych pod niego.


Garou potrafi zbudować niezwykle ciepłą i przyjazną atmosferę. Co więcej, jest autentyczny i zdarza się, że uroni kilka łez w momentach wzruszenia. Tylko ta setlista... Znudzenie własnymi kompozycjami? Poczuwanie się do roli propagatora tradycji francuskiej piosenki rozrywkowej? Nie o takiego Garou walczyłem.

Czasy seksu i narkotyków minęły – wywiad z Davem Kilminsterem (Roger Waters, Steven Wilson)

Roger Waters dotarł w sierpniu ze swoją widowiskową trasą „Us + Them” do Krakowa i Trójmiasta. Jednym z głównych bohaterów efektownego show był Dave Kilminster, etatowy gitarzysta byłego lidera Pink Floyd. W wywiadzie dla Czynników Pierwszych opowiada o tym, jak trafił do zespołu Watersa, opisuje swojego szefa i przekonuje, dlaczego warto być słownym.


Marcin Obłoza: Koncerty w Tauron Arenie i ERGO Arenie były wielkim przeżyciem dla słuchaczów. Usłyszeliśmy dużo klasycznych utworów Pink Floyd z płyt „Animals” czy „The Dark Side Of The Moon”. Czy można grać bez przerwy te same, znane utwory, z pasją i zaangażowaniem?

DK: Każdej nocy próbuję grać je coraz lepiej. Wciąż pracuję nad niuansami, by upodobnić moje brzmienie do oryginalnych partii z płyt. Taki mam styl – ciągle chcę poznawać coś nowego. Jest wielu gitarzystów, którzy osiągają pewien szczyt, po czym spada ich kreatywność i technika. Nie ma na to wytłumaczenia. Dzięki ciągłej nauce znane kompozycje floydów wciąż brzmią świeżo.

Na koncertach Rogera Watersa muzyka jest zawsze perfekcyjnie zgrana z wizualizacjami. Czy wobec tego na scenie jest miejsce na improwizację?

Wszystko jest zsynchronizowane co do sekundy, więc nie ma mowy o spontanicznym graniu. Roger jest perfekcjonistą, cały czas pracuje nad kształtem show. W tej chwili głównie skupia się na wizualizacjach, bo wciąż ma nowe pomysły.

Jakim jest szefem?

Świetnie się z nim pracuje. Jeśli robisz to, o co prosi, jest szefem idealnym. Lubię to, bo nie ma między nami niedomówień. Wychwytuje i na bieżąco omawia każdy najmniejszy błąd. Moim głównym zadaniem jest po prostu sprostanie jego oczekiwaniom. Następna w kolejności ma być publiczność, a później reszta zespołu. Rozmawiając o innych muzykach – Roger lubi zmieniać skład, z ktorym występuje. Poznawanie stylu gry nowych muzyków to niemałe wyzwanie. Od poprzedniego roku, w związku z premierą solowego krążka Rogera, „Is This The Life We Really Want?”, gra z nami trójka nowych muzyków. To producent płyty, Nigel Godrich, zaproponował ich Rogerowi. Szczególnie lubię grać z perkusistą, Joeyem Waronkerem, którego styl przypomina mi grę Nicka Masona.

Grasz z Watersem od dwunastu lat, ale na wspomnianej płycie ciebie nie słyszymy.

Po części dlatego, że byłem w trasie ze Stevenem Wilsonem. Ledwo wróciłem do domu i już następnego dnia dostałem telefon od Rogera. „Pracuję w Los Angeles z nowymi ludźmi i chciałbym, żebyś ocenił ich grę, bo może weźmiemy ich na trasę” powiedział. Myślałem, że dostanę nagrania, ale Roger od razu zaproponował mi, żebym po południu poleciał do studia, w którym pracował. Nie zdążyłem się nawet rozpakować po poprzedniej trasie (śmiech)! Ostatecznie nie zagrałem na albumie, bo gitary były już zarejestrowane przez Jonathana Wilsona i Gusa Seyfferta, a Roger nie chciał zbyt wielu gitarowych solówek. Ostatecznie niektóre z nowych kompozycji wykonujemy na żywo. Muszę przyznać, że z koncertu na koncert ewoluują, najwięcej nowych pomysłów pojawiło się w Picture That.

W Gdańsku zagraliście też Wait For Her, inny utwór z nowej płyty. Wykonywanie go na żywo to prawdziwa rzadkość.  
Gramy go zamiennie z innymi utworami, zawsze przed kończącym Comfortably Numb. Decyzja, jaki będzie przedostatni utwór, zapada w trakcie koncertu. Roger po prostu rzuca tytuł utworu, kiedy kończymy podstawowy set. Muszę przyznać, że za każdym razem gramy Wait nieco inaczej i kombinujemy nawet w trakcie gry.

Czytając recenzje trasy, można odnieść wrażenie, że to polityka, a nie muzyka, wywołuje wśród odbiorców najwięcej emocji.

Te wszystkie smaczki skierowane przeciwko Donaldowi Trumpowi są zazwyczaj przyjmowane naprawdę dobrze. Roger zawsze zabiera głos w ważnych sprawach. Zgadzam się z jego poglądem, że Trump to niebezpieczeństwo dla całego świata. Czasami Amerykanie mówią „jesteś Anglikiem, nie masz z tym nic wspólnego”. Uważam jednak, że jego rasizm może udzielić się rządzącym w innych krajach. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że nie jestem fanem łączenia polityki z muzyką. Wychowałem się na muzyce Siergieja Rachmaninowa, Claude’a Debussy’ego czy Niccolo Paganiniego. Zdaje się, że w ich kompozycjach nie ma polityki (śmiech). To czysta sztuka.

Jak trafiłeś do zespołu Watersa?

W 2006 roku dostałem informację o przesłuchaniu od mojego managera. W tej pracy umiejętności to jedno, ale ważny jest też twój charakter czy nawyki. Przed otrzymaniem angażu na trasę „The Dark Side Of The Moon Live” dużo rozmawiałem z całym zespołem. Oczywiście, musiałem odnaleźć się w różnych tempach czy klimatach muzycznych. Moje brzmienie gitary musiało być odpowiednio „tłuste” i śpiewne. Z drugiej strony Roger zwracał jednak uwagę na to, czy jestem dobrze zorganizowany albo czy nie stresuję się na występach przed kilkudziesięciotysięczną publicznością. Współpraca na scenie to jedno. Z całą ekipą spędza się jednak mnóstwo czasu w hotelach czy na lotniskach. Pytano mnie więc nawet, czy biorę narkotyki albo palę. Ważne było też, by wyzbyć się swojego ego – szczególnie pracując z kimś tak charakternym, jak Roger.

To całkowite zaprzeczenie stereotypowego „sex, drugs and rock&roll”.

Po prostu nie ma na to miejsca, szczególnie na tak dużej trasie, jak ta. Nawet gdybyś po pijaku zagrał przyzwoity koncert, następnego dnia trafisz na YouTube’a. Żeby wytrzymać obciążenia napiętego harmonogramu koncertów, dbam o dobrą kondycję – wspólnie z Ianem (Ritchie, saksofonista – przyp. red.), ćwiczymy niemal codziennie. Myślę, że czasy seksu i narkotyków już minęły. Wiem, że to bardzo smutne (śmiech).

Między kolejnymi trasami Rogera, udaje ci się raz na jakiś czas nagrać solowy materiał. Ostatni, „...And The Truth Will Set You Free...” ukazał się rok po zakończeniu ogromnej trasy The Wall Live. Masz już pomysły na kolejną płytę?

Cały czas piszę w trakcie trasy. W tym momencie mam ponad 600 wstępnych pomysłów na telefonie. Myślę, że mógłbym wycisnąć z nich nawet pięć płyt. Po zakończeniu trasy z Rogerem będę musiał posiedzieć kilka dobrych dni, żeby wszystko przesłuchać i wybrać najciekawsze motywy. Powinienem znaleźć na to czas w przyszłym roku.

Dominic Miller about the new album "Absinthe" – "It's highly energetic"

"I'm the same as Sting, we work very similar. We always like to take different roots" said Dominic Miller in May 2018. "My new album is highly energetic. There's quite a lot of power – especially for ecm records. We play some grooves, really hard grooves. It's nothing like the previous album".

                                                                                                                                                          photo: promotional materials

Marcin Obłoza: One of your new composition is entitled "Bicycle". 

Dominic Miller: I can't remember why I called it like that. It's got a circular kind of movement, it has no beginning and no end. That's what I feel when I'm on a bike – it's a sort of meditation. You keep going and going and going... uphills, downhills... comfortable sections, difficult sections... but you never stop. I like that constant movement. "Bicycle" is a good metaphor for something that's constant.

How long had you been recording the new album?

Two days.

So it will be quite raw material. 

Well, it's just raw like all ecm records. All these albums were done in two or three days. That's the philosophy of the label – to capture a moment. If you spend too long over something, you'll lose a lot of sincerity and honesty. It's like a first love – you can't recreate that. What we do with ecm is to record that initial spark of communication. That's what you hear. It has got mistakes or misarticulated notes, that's true. But that's what makes it beautiful, I think. It's a completely new chapter. I'm not sure what it is, you just have to wait and see. It's very difficult to describe music verbally.

I noticed, that people like to describe music like a fine arts, just to make a specific description of a sound. 

That's a very good thing that you say, because my new album is directly inspired by painters. They were hanging around in the south of France around the beginning of the 20th century. I wanted to capture that energy, that not just painters, but writers and thinkers, had around that time in France. In the south particularly, where the light is magic and there's a sort of uncomfortable feeling about the mistral. Everyone thought that those artists were crazy. No one took them seriously, but they still created something amazing – e.g. Erik Satie, Claude Debussy, Vincent Van Gogh or Paul Cezanne. They were really breaking down the barriers. I wanted to make an homage to them, all these crazy pioneers. I'm trying to create that energy on the new album.


"Absinthe" will be released on the 1st of March via ecm records.

Dominic Miller will be on tour in February and March 2019. 

Nowa płyta będzie całkowicie inna – wywiad z Dominiciem Millerem (Sting, Phil Collins)


Przyjechał do Szczecina, by promować swój najnowszy album “Silent Light”, chociaż większość kojarzy go z gry u boku Stinga. Dominic Miller spotkał byłego członka The Police blisko trzydzieści lat temu i gra z nim do dziś. Gitarzysta mówi nam o ostatnim albumie swojego szefa „44/876”, nagranym w duecie z Shaggym. Po raz pierwszy opowiada również o swojej nowej płycie, która ukaże się na początku przyszłego roku.


Marcin Obłoza: „Silent Light” jest albumem nagranym w całości od nowa, ale znalazły się na nim utwory, które ukazywały się już na wcześniejszych płytach. Czy zgodzisz się, że ta płyta jest swoistą składanką the best of?

Dominic Miller: Miałem mało czasu na przygotowanie materiału do nagrania. Skomponowałem kilka nowych kawałków – What You Didn’t Say, En Passant czy Valium, a reszta to tak, jak mówisz – utwory the best of, bo najlepiej pasowały mi do narracji i nastroju tego projektu. Myślę, że moje wybory były słuszne. Na płytę trafiło też Fields Of Gold Stinga. To rodzaj prywatnej wiadomości, dziękuję mu w niej za blisko trzydzieści niesamowitych lat wspólnej pracy.

Na albumie słyszymy wyłącznie twoją gitarę i perkusistę, Milesa Boulda. Przyznałeś wcześniej, że nie zaangażowałeś w projekt większej liczby muzyków, bo mieli problem ze znalezieniem wolnego czasu.

Tak, każdy był wciąż zajęty. Też jestem zapracowany, bo mam napięty harmonogram koncertów ze Stingiem. Wszystko zostało zrobione w pośpiechu, w dobrym znaczeniu tego słowa. Miałem miesiąc, żeby się przygotować, wiedziałem, że mam utwory, które zawsze chciałem zinterpretować z producentem Manfredem Eicherem. Tak samo jest z muzyką klasyczną – możesz grać poszczególne kompozycje setki razy i wciąż znajdować w nich coś nowego. Nie musisz wykonywać ich raz.

Twoja wersja Fields Of Gold to zupełnie inna interpretacja piosenki Stinga.

O tak, jest w innej tonacji i aranżacji.

Zauważyłem ciekawą zależność. Kiedy Sting grał rock i pop, ty prezentowałeś albumy akustyczne. Kiedy zrezygnował w 2006 roku z grania muzyki rozrywkowej i opublikował serię akustycznych albumów z orkiestrą symfoniczną czy lutnią, ty zacząłeś zabawy w klimatach fusion jazzu. Teraz Sting wrócił do rocka – w kwietniu opublikował płytę „44/876” z Shaggym – a ty po kilkunastu latach ponownie nagrałeś muzykę akustyczną.

To bardzo zabawne, interesująca obserwacja. Nie wiem, dlaczego tak było. Mam tak samo, jak Sting – zawsze bierzemy na warsztat przeróżne korzenie muzyczne. Idąc tym tokiem myślenia – moja kolejna płyta będzie całkowicie inna. Prawdę mówiąc, mój nowy album jest już nagrany. Jest wyjątkowo energetyczny. Dużo w nim energii, szczególnie jak na płytę wytwórnii ECM. Na perkusji zagrał Manu Katche, a Nicolas Fiszman na basie. Mam też muzyka z Argentyny, który zagrał na bandoneonie. Gramy wspólnie naprawdę ciężkie rytmy. Ta muzyka będzie znacząco różniła się od tego, co nagrałem na album „Silent Light”. Może to znaczy, że następny album Stinga będzie folkowy? Kto wie? Warto coś zmieniać, najważniejszym mianownikiem jest fakt, że kompozycje pochodzą z jednego miejsca. Kwestia tego, jak je zaprojektujesz.

Na razie grałeś jeden z nowych utworów na próbie.

Nazywa się Bicycle. Często jeżdżę na rowerze, jak wracam do domu. Prawdę mówiąc, rzadko jednak tam bywam. Nie pamiętam, dlaczego tak nazwałem ten utwór. Może kojarzyć się z ruchem kolistym, nie ma początku i końca. Tak czuję się, gdy jeżdżę rowerem – to rodzaj medytacji, która trwa i trwa... w górę i w dół. W utworze momenty wygody przeplatają się z sekcjami trudności, ale nigdy się nie zatrzymujesz. Lubię ciągły ruch, więc pomyślałem, że Bicycle może być dobrą metaforą na coś stałego.

Kiedy nowy album zostanie opublikowany?

Wyjdzie na początku marca.

Wiem, że nagrywałeś go we Francji, ponieważ zdjęcia z sesji pojawiały się na instagramie. Było ich jednak niewiele – ile trwała rejestracja nowych utworów?

Dwa dni.

Czyli to naprawdę surowy materiał.

Podobnie, jak „Silent Light”. Wszystkie płyty ECM zostały nagrane w ciągu dwóch-trzech dni. Filozofią wytwórni jest uchwycenie momentu. Jeśli poświęcisz czemuś zbyt wiele czasu, zostaniesz perfekcjonistą i stracisz wiele szczerości i surowej energii – takiej samej, jak w przypadku pierwszej miłości. Nie da się odtworzyć później takich rzeczy. Wspólnie z wytwórnią ECM próbujemy złapać pierwotną iskrę komunikacji i nagrać ją. To właśnie słyszysz. Są tam błędy, niedociągnięcia czy źle wyartykułowane nuty, to prawda. Myślę jednak , że dzięki nim muzyka jest piękna. To kompletnie nowy rozdział, nie mam pojęcia, co z niego wyniknie. Musisz poczekać i przekonać się sam. Ciężko opisać muzykę słowami.

Zauważyłem, że ludzie często uciekają w takich sytuacjach do plastycznych metafor.

To bardzo trafna uwaga, bo bezpośrednią inspiracją nowego albumu są malarze, którzy pałętali się po południu Francji na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Chciałem zarejestrować tę energię, którą nie tylko malarze, ale także poeci, pisarze czy myśliciele mieli w tamtym czasie we Francji. Szczególnie na południu światło jest magiczne i nieprzyjemnie wieje mistral. Wszyscy myśleli, że to, co robią ci ludzie, było szaleństwem. Nikt nie brał ich na poważnie. Mimo tego tworzyli niezwykłe rzeczy, także muzykę – by wymienić Erika Satiego czy Claude’a Debussy’ego. Oni naprawdę przekraczali bariery. Podobnie Vincent Van Gogh czy Paul Cézanne. Chciałem złożyć hołd tym wszystkim szalonym pionierom.

W przeszłości skomponowałeś dla Stinga muzykę do Shape Of My Heart, jednego z największych hitów lat 90. Czy często przemycasz do jego muzyki swoje solowe dokonania?

Nie mam z tym problemu, często bierzemy muzyczne cytaty z innych utworów. Klasycznym przykładem może być partia w Brothers In Arms Dire Straits, gdzie Sting śpiewa: „I want my MTV”. To ta sama melodia, co „don’t stand so close to me”. To samo robię ze swoją muzyką.

W kwietniu Sting nagrał w duecie z Shaggym album 44/876. Teraz, aż do listopada promujecie płytę w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jak pracowało się z kimś tak spontanicznym, jak Shaggy?

To świetny koleś i artysta. Wiem, że wiele osób pyta się „Dlaczego Sting robi takie rzeczy?”. Sting robi, co tylko zechce. Gdy decyduje się na coś, to robi to bardzo dobrze, poświęca się temu. Zaangażowanie Shaggiego jest równie mocne.

Wspomniana płyta to duża dawka przebojowego popu, ale również reggae – gatunku, w którym Shaggy odnajduje się najlepiej. Nie miałeś problemu z dostosowaniem stylu swojej gry do tak odmiennej muzyki?

O to właśnie chodzi – wspieram go przy okazji każdego projektu, bo mocno się w niego angażuje. Jestem zadowolony z każdej decyzji, którą podejmie.

Mało kto wie, ale oprócz solowej kariery i występów ze Stingiem, jesteś gitarzystą sesyjnym. Twoja gitara jest na albumie „...But Seriously” Phila Collinsa.

To był niezwykły moment. Pamiętam, że był dla mnie wielką szansą. Rezygnowałem wtedy ze wszystkiego, co wiedziałem i czego się uczyłem o muzyce. Pytałem moją wyższą siłę, bo nie jestem religijny, jak mam to zrobić. Odpowiedź – graj prosto. Po prostu zrób to, co jest wymagane. Nie ma tu związku z Twoją osobowością. Jesteś już we właściwym miejscu, nie musisz więc robić niczego niezwykłego. Okazało się, że pierwsze arpeggio w przeboju Another Day In Paradise było zwyczajną rozgrzewką w studio. Phil powiedział „mamy to”. Wywnioskowałem, że jeśli grasz z innymi artystami, musisz całkowicie wyzbyć się swojego ego. Po prostu podaję muzykę i to działa. Nie o ciebie w tym chodzi. Jeśli, to, co robisz, przykuwa uwagę w piosence – robisz to źle.

Sting & Shaggy – 44/876 (2018) [Recenzja]

Duet Stinga z Shaggym to jedna z największych niespodzianek roku. Muzycy po raz pierwszy weszli do studia w 2016 roku i zarejestrowali singiel Don’t Make Me Wait. Współpraca przebiegała jednak na tyle dobrze, że powstał „44/876” – wakacyjny album utrzymany w klimatach reggae.

Płytę otwiera tytułowa, czysto dancehallowa kompozycja. Syntezatory, elektroniczny beat i charakterystyczny efekt MLG horns nie jest najlepszą zapowiedzią albumu. W karaibski klimat wprowadza gospodarz, Shaggy, który zaprasza Stinga do podróży na Jamajkę. Chyba ciężko o bardziej toporny i dosłowny tekst. 44/847 zdecydowanie odstaje klimatem i produkcją od reszty kompozycji, a to dlatego, że brakuje w niej akustycznych instrumentów i choć odrobiny polotu. Reggae pojawia się natomiast w Morning Is Coming. Należy przyznać, że charakterystyczny rytm na dwa został bardzo smacznie zmieszany z partiami dęciaków i gitar. Całość ozdabiają refreny śpiewane w harmonii przez Stinga oraz delikatne wstawki Branforda Marsalisa na saksofonie sopranowym. To pierwszy występ wybitnego jazzmana na płycie Stinga od 2010 roku.  Kolejny singiel, Waiting For The Break Of Day, to wyraźny zwrot w stronę brzmienia The Police. Po delikatnym, fortepianowym intrze, na pierwszy plan wysuwa się mocna perkusja i swingujący bass Stinga. Mimo że Shaggy uzupełnia utwór swoimi deklamowanymi wstawkami, nie ma tu mowy o karaibskim klimacie. Całość opiera się na dźwiękach clavinetu i przestrzennych syntezatorów, które mogą kojarzyć się z płytą „Sacred Love”, wydaną przez Brytyjczyka w 2003 roku. Warto podkreślić, że „44/876” został naprawdę dobrze wyprodukowany i zmiksowany. Muzycy, często za pomocą oldschoolowych instrumentów, bardzo dobrze uchwycili wakacyjny klimat, a wykonanie może kojarzyć się z popem z lat 90. (w tym przypadku to komplement). Takie granie uchwycono w Gotta Get Back My Baby – przestrzennej kompozycji z elementami reggae i chwytliwym refrenem. Obaj wokaliści dzielą się tu partiami niemalże po połowie i uzupełniają się celująco. Co ciekawe, utwór w podobnej formie ukazał się już w 2012 roku, na solowym krążku Shaggy'ego, "Rise". Wtedy nosił tytuł Get Back My Baby. Piątą propozycją duetu jest Don’t Make Me Wait, od którego rozpoczęła się wspólna praca w studio. Tak naprawdę była to piosenka Shaggy’ego, do której dwa lata temu Sting dołożył swoje wysokie wokale. Wyraźny, wyjątkowo chwytliwy refren został bardzo dobrze przyjęty przez stacje radiowe, ale patrząc z perspektywy całego albumu, to jeden ze słabszych utworów. Bardzo dobrą singlową propozycją może być natomiast Dreaming In The U.S.A., który aranżacją przypomina soulowe nagrania wytwórni Motown z lat 60. Paradoksalnie, to kolejny bardzo „stingowy” utwór. W refrenach i zwrotkach przemycono gitarę z Roxanne The Police. Genialnie brzmią również dwa cichsze fragmenty utworu. Pierwszy oparty jest na przestrzennych chórkach Stinga i instrumentach z nałożonym pogłosem, drugi to natomiast tłumiona, klimatyczna partia gitary Dominica Millera. Utwór jest bardzo pomysłowo zaaranżowany i nawiązując do jego tekstu – zabiera nas w swoistą podróż. 22nd Street to rzecz, która spokojnie mogłaby ukazać się na jednej z pierwszych płyt solowych basisty The Police. Dużo tu przestrzennych, gitarowych brzmień oraz pozytywnych, słodkich wstawek instrumentów klawiszowych. Jeden z najlepszych utworów na płycie. No dobrze, w takim razie gdzie to reggae? Należy przyznać, że pokaźna część utworów to lekki pop z ewentualnymi wstawkami rodem z Jamajki. Inaczej jest już na przykład w Just One Lifetime, gdzie rytm na dwa uzupełnia całe stado dęciaków i funkowa, tłumiona gitara elektryczna. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to najlepszy refren na płycie, w którym Sting pokazuje pełnię swoich umiejętności.  Mocną stroną utworu jest również tekst, który zachęca do poprawy stosunków międzyludzkich. Brytyjczyk użył w nim fragmentu wiersza „Mors i cieśla” Lewisa Carrolla. Klimatycznym, bardzo udanym i rozbudowanym utworem jest Sad Trombone. Niespieszna kompozycja z rytmem na dwa ozdobiona jest charakterystycznym riffem granym, nomen omen, na puzonie. Wnikliwi dopatrzą się kalki motywu z History Will Teach Us Nothing, który Sting nagrał w 1987 roku. W refrenie jest tu również sporo smaczków z Sister Moon. To kolejny utwór, który zawłaszczył sobie Sting. Shaggy ubarwia go jedną krótką zwrotką i kilkoma wtrąceniami. W poszukiwaniu Jamajczyka warto zwrócić uwagę na To Love And Be Loved oraz Crocked Tree, dwa nieco chaotyczne utwory w karaibskim klimacie. Shaggy prezentuje w nich swój niezwykły głos, który jest w niezmiennie dobrej formie od ponad dwudziestu lat. Płytę kończy Night Shift, zwracający uwagę wykorzystaniem sampli imitujących prace na budowie. Powtarzany w kółko refren uzupełniają wokale córki Stinga, Eliot Sumner, oraz infantylne wtrącenia saksofonu i fletu.

Album stworzony przez muzyków z teoretycznie dwóch innych światów zawiera interesujący materiał. Kompozycje, teoretycznie bliższe Shaggy’emu, zostały mocniej naznaczone przez Stinga. Decydującym czynnikiem okazała się umiejętność śpiewu – wszystkie refreny przejął Brytyjczyk, przez co częściej pojawia się na nagraniach. Sting chyba nigdy nie był w swojej solowej karierze tak blisko muzyki The Police, jak na „44/876”. Co więcej, duet z Shaggym zdecydowanie przebija poprzednie wydawnictwo instrumentalisty, „57th & 9th”. Wspólna praca wyszła na dobre także Jamajczykowi, który od co najmniej dziesięciu lat nie miał pomysłu na swoją twórczość i prezentował ciekawego materiału.

WERDYKT: ★★★★★★★ – interesująca płyta

Dominic Miller – Szczecin i Ostrów Wielkopolski (Silent Light Tour 2018) [Relacja]

Dominic Miller, jazzowy gitarzysta wytwórni ECM, znany przede wszystkim z występów ze Stingiem, wyruszył w wyjątkowo długą, drugą część trasy promującej album „Silent Light”. W jej ramach aż sześciokrotnie wystąpi przed polską publicznością.

 
Relacja będzie miksem wrażeń z dwóch koncertów gitarzysty. Co ciekawe, muzyk w trakcie obu występów przyznawał, że nie tworzy setlist i na bieżąco informuje swój zespół o tym, co zagrają. Rzucając lekko światło na formę obu występów – szczeciński koncert w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza z 29 maja był przepełniony najbardziej znanymi, starszymi kompozycjami. Prezentacja w Kinie Komeda w Ostrowie Wielkopolskim z  3 czerwca zawierała aż osiem z jedenastu utworów z Silent Light. Fakt, że muzyk daje ponieść się chwili, dodaje występom pikanterii. Z drugiej jednak strony, Miller ma pewne stałe punkty programu. Oba koncerty rozpoczęły się od Do You Want Me i La Boca z debiutu First Touch. Na początku nie zabrakło również Ripped Nylon oraz rarytasu w postaci St. Agnes And The Burning Train z płyty The Soul Cages Stinga. Jeden z niewielu instrumentali szefa Millera został bardzo wiernie oddany, a partię drugiej gitary klasycznej zastąpił grą na basie Nicolas Fiszman. Muzycy czerpali z gry bardzo dużo radości,  często wymieniając się spojrzeniami. Uwagę wokół siebie często skupiał perkusista, Miles Bould, który grał z niezwykłym feelingiem i sięgał po niestandardowe techniki gry, m.in. podwójny rim shot. W La Belle Dame Sans Regret, w zamykającej części z rytmem bossa nova, sięgał po trójkąt. Miller namawiał go do częstszego korzystania z tego niewielkiego instrumentu. Główny bohater wieczoru był w bardzo dobrej formie, czerpał dużą radość z gry i szukał kontaktu z publicznością. W Szczecinie przyznał nawet, że Filharmonia jest urzekająca i jest jedną z najładniejszych i najlepiej brzmiących lokalizacji, w których grał. Pozostając przy utworach Stinga – tych na obu koncertach było wyjątkowo dużo. Reinterpretacja Fields Of Gold, która trafiła na Silent Light, została odegrana dokładnie tak samo, jak w studio. Delikatne Shape Of My Heart z perkusjonaliami i basem, podkreśliło nieocenioną rolę Millera w trakcie komponowania utworu. Gitarzysta zaprezentował również A Day In The Life Beatlesów, który również wykonywał swojego czasu ze Stingiem.



No dobrze, co w takim razie z nowym materiałem? Należy przede wszystkim podkreślić, że na scenie brzmi on zdecydowanie bardziej dynamicznie i mocniej, niż w studio. Cała w tym zasługa sekcji rytmicznej, której na nagraniu praktycznie nie ma (jest tylko Miles Bould, grający na przeszkadzajkach). Dzięki temu utwory, takie, jak rozkołysane, walcowe Valium i nieco skrócony What You Didn’t Say (tylko Ostrów Wlkp.), brzmiały bardzo świeżo. W drugim z wymienionych utworów Fiszman używał wyjątkowo dużo delayu, dzięki czemu jego bas brzmiał jak syntezator. Belgijski muzyk polskiego pochodzenia zaprezentował słuchaczom szeroką paletę barw i zastosowań swojego instrumentu. Water, w którym Miller grał z ogromnym skupieniem, zabrzmiało bardzo wiernie w stosunku do wersji z albumu. Z nowej płyty na scenie pojawił się również Urban Waltz, Tisane, En Passant i Baden (ostatnie dwa tylko w Ostrowie Wlkp.), Ciekawie wypadł miks Exciting Purgatory i Scirocco, który zakończył się zabawami rytmicznymi i śmiechem muzyków. Jednym z najlepszych momentów był Rush Hour, połączony z intro do February Sun. Miller w charakterystycznym riffie zaprezentował swoje niebanalne umiejętności i bawił publikę nietypowym rozkładaniem akcentów w taktach. Nowością jest również wtrącenie w kompozycję bluesowego riffu rodem z nagrań B.B. Kinga. Do setlisty trafiły również utwory z elektronicznych albumów Dominica – Sharp Object (Szczecin) i Catalan (Ostrów Wlkp.), które w wersjach akustycznych nabrały nowych walorów i brzmiały jeszcze ciekawiej, niż w wersjach studyjnych. Podstawowy set zamykało nietypowe wykonanie Truco. Po zapowiedzi utworu gitarzysta zagrał kilka taktów jednego akordu, po czym wstał i skierował się do wyjścia. Wrócił, wyjaśniając, że zapomniał o jednej sekcji. Na koniec kolejne dzieło Stinga – Bring On The Night, połączone z When The World Is Running Down, You Make The Best Of What’s Still Around. Obie publiczności żegnały artystę na stojąco.

Surowe koncerty z serii Silent Light to powrót Millera do akustycznej gry z czasów debiutanckiego albumu. Gitarzysta ma inteligentne poczucie humoru, które, co ciekawe, potrafi przelać na strukturę swoich kompozycji, używając odpowiednich dźwięków. Koncerty prezentowały pełne, szerokie spektrum możliwości gitarzysty. Cały czas unosił się w nich duch improwizacji. Teraz pozostało nam czekać na kolejne dzieło muzyka – premiera w marcu 2019 roku.

Arek Jakubik – Szatan Na Kabatach (2018) [Recenzja]

Zdecydowana większość kojarzy Arkadiusza Jakubika z wielkiego ekranu. Niektórzy wiedzą również, że wspólnie z kilkoma muzykami tworzy formację Dr. Misio, w której jest wokalistą i całkiem niezłym performerem. Dwudziestego kwietnia otworzył nowy etap swojej kariery, wydając pierwszą solową płytę – „Szatan Na Kabatach”.
Jakubik zamienił rock na oldchoolowe brzmienia syntezatorów oraz szybkie, niepokojące rytmy. Główny bohater płyty zapowiadał, że album będzie bardzo eklektyczny i nie do końca można się z tym zgodzić. Artysta stworzył spójny, niepokojący zestaw, przepełniony elektroniką i wzbogacony niebanalnymi efektami dźwiękowymi. Sporo tu brzmieniowych nawiązań do lat 90. (Cudowne Pogaństwo), przestrzennej muzyki Tycho (Szatan na Kabatach) oraz brytyjskiego popu ostatnich lat (Atomowy Skuter). Nerwowe rytmy, elektroniczne pulsy oraz ostre syntezatory przypominające brzmieniem Kraftwerk czy Bauhaus przełamywane są przez marzycielskie partie gitar. Mocnym fragmentem płyty jest singlowy Dziś W Internecie, w którym Jakubik recytuje tytuły portali internetowych i w osobliwy, trafiający w sedno sposób prezentuje kondycję współczesnego społeczeństwa. Artysta, który jeszcze w Dr. Misio przepadał za prezentowaniem swoich poglądów, przemyca do swoich solowych kompozycji dużo wątków politycznych i socjologicznych. Szczególnie zwraca uwagę na mechanizmy, które rządzą mieszkańcami dużych miast. Tytułowy Szatan Na Kabatach to portret przeciętnego obywatela, który popada w marazm, mieszkając w dużym mieście. W Psach prowokuje powtarzane stwierdzenie „A wszystkie drzewa wyciąć trzeba, bo przysłaniają sanktuarium”, które można skojarzyć ze skandalizującym singlem Pismo, nagranym wspólnie z Dr. Misio. Teksty piosenek są przesiąknięte aurą tajemnicy i dwuznaczności. Jakubik lubuje się w powtórzeniach i grach słownych. Jego sposób śpiewu i melorecytacji może kojarzyć się z nagraniami Marcina Świetlickiego. Nic dziwnego – frontman Świetlików jest współtwórcą tesktów na albumie.

„Szatan Na Kabatach” to płyta, w której dominuje pesymizm i ironia. Nastroje, które, jak przekonuje sam autor, wiernie odzwierciedlają jego osobę, potrafią emanować i zarażać słuchaczy. Mimo dynamicznych rytmów płyta nie jest łatwa w odbiorze. Potrafi za to przejąć, zmusić do refleksji i wywoływać u odbiorców zamierzone emocje.

★★★★★★ – płyta z przebłyskami